czwartek, 26 kwietnia 2012

Żer dla mediodajni

Powiedzmy to jasno, państwo „prawicowcy”: bywając tam gdzie bywacie, legitymizujecie wrogi front propagandowy. nie zyskując nic w zamian dla sprawy, której ponoć służycie.

I. Naiwni? Masochiści?

W poniedziałkowy wieczór portal wPolityce.pl rutynowo odnotował kolejny popis pluralizmu a la Tomasz Lis. Oto ten prominentny hunwejbin jedynie słusznej opcji polityczno-światopoglądowej w dyskusji na temat ideologicznej konwencji Rady Europy dotyczącej przemocy wobec kobiet, oraz klauzuli sumienia dla aptekarzy, po raz kolejny postawił na złotą proporcję „trzech na jednego”. W praktyce oznacza to, że mamy w studio Lisa, który w sojuszu z zaproszonymi przedstawicielkami skrajnej feministycznej lewicy – Katarzyną Piekarską (SLD) i Kazimierą Szczuką - pastwi się nad osamotnionym przedstawicielem ciemnogrodu w osobie Tomasza „taliba” Terlikowskiego.

Czyli, nic nowego – znamy to nie od dziś i nie od wczoraj. Modus operandi charakterystyczny dla cotygodniowych, Lisowych seansów nienawiści. Nawet trudno wykrzesać z siebie oburzenie, był czas przywyknąć. Nie o tym będzie ta notka.

A o czym?

Otóż, pod portalowym doniesieniem pojawiło się sporo komentarzy internautów dających się sprowadzić do fundamentalnego pytania: po kiego dzwona porządni ludzie łażą do Lisa i jemu podobnych, skoro z góry wiadomo, jaki będzie efekt? Po co uwiarygadniają swoją obecnością wraże mediodajnie i sprzedajnych dziennikarzy – wyrobników propagandowego frontu Dyktatury Matołów i Antycywilizacji Postępu?

Ano właśnie. Podpisuję się pod tymi pytaniami w całej rozciągłości. Na co liczą ci, którzy przychodzą do „Tomasz Lis na żywo” i innych tego typu programów? Liczą, że przedrą się ze swym przesłaniem, komunikatem, że przekonają nieprzekonanych? Że ich argumentacja przebije się przez nienawistny zgiełk Zetki, TokFm, czy innego TVN-u? Że zaznaczą swą obecność, dadzą świadectwo? Że będą mieli możność wyartykułowania w sposób czytelny dla przeciętnego odbiorcy choć jednej myśli, zdania?

Naiwni? Masochiści?

II. Dostarczanie żeru

Poruszałem już ten problem w kontekście peregrynacji polityków PiS po reżimowych mediodajniach, w których nie spotyka ich nic poza upokorzeniem, sponiewieraniem, odarciem z godności. Poza wszystkim, takie „bywanie” jest przede wszystkim przeciwskuteczne – nie służy niczemu, poza masowaniem ego i zaspokajaniem własnego parcia na szkło. W tekście „PiS a mediodajnie” przytoczyłem przykłady dwóch półrocznych bojkotów – TVN-u od lipca 2008 do stycznia 2009 roku i Radia Zet w 2011. Żaden z tych bojkotów nie odbił się negatywnie na sondażach, przeciwnie – stanowił problem dla bojkotowanych stacji, którym bez pisowskich chłopców do bicia siadała dramaturgia programów. Oba bojkoty odwoływano ze względu na zbliżające się wybory, w których PiS zgarniał swoją tradycyjną pulę głosów – i nic ponadto.

Uważam, że podobny mechanizm funkcjonuje również w odniesieniu do tzw. „naszych” publicystów, „liderów opinii” - jak zwał, tak zwał. Sądzę, że ich obecność w audycjach i mediodajniach stanowiących propagandową ekspozyturę obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP niczemu nie służy. Czy Terlikowski przekonał kogokolwiek usiłując dać odpór rozjazgotanym lewaczkom podbechtywanym przez prowadzącego? „Przypuszczam, że wątpię”, jak mawiał Walery Wątróbka. Widz zarejestrował fundamentalistycznego oszołoma, który ciągle by ludziom czegoś zabraniał i tyle. Co gorsza, taka obecność wprowadza w głowach niezorientowanej gawiedzi (czyli większości tele-publiki) niepotrzebny i szkodliwy zamęt, legitymizując Lisa i jego program, no bo przecież były reprezentowane obie strony sporu...

Szkodliwość i przeciwskuteczność takiego postępowania dotyczy oczywiście również odwiedzin w pozostałych mediodajniach. Powiedzmy to jasno, państwo „prawicowcy”: bywając tam gdzie bywacie, ułatwiacie tym samym robienie ludziom wody z mózgów, bierzecie bowiem w ten sposób udział w spektaklu zwanym „pluralizm opinii w mediach III RP”. Powtórzę – legitymizujecie wrogi front propagandowy nie zyskując nic w zamian dla sprawy, której ponoć służycie. Dostarczacie żeru wrażym przekaziorom i żadne zaklęcia tego nie zmienią. Tymczasem, owe przekaziory należy konsekwentnie delegitymizować – choćby za pomocą bojkotu, to zawsze można zrobić. Można przecież odmówić Lisowi, czy Monice Olejnik. Można, prawda?

III. Delegitymizować mediodajnie!

Wiarygodność to podstawa skutecznej propagandy. W aktualnych realiach owa „wiarygodność” mainstreamowego przekazu zasadza się na wywoływaniu u odbiorcy wrażenia „obiektywizmu” i „otwartości” danego medium. Efekt ów uzyskuje się zapraszając do studia „pisowca”, „oszołoma”, „mohera”, następnie zaś wspólnie glanując frajera na antenie. Prowadzący wraz z pozostałymi „dyskutantami” mogą sobie na to pozwolić bez obaw o konsekwencje. Oszołom został zaproszony? Został. A że dyskusja miała taki a nie inny przebieg? Widocznie nie miał racji...

W przypadku konsekwentnego bojkotu z „naszej” strony, zarysowana powyżej gra pozorów jest znacznie utrudniona. Ponadto mediodajniom żyjącym z antenowego „mięcha” siada ekspresja przekazu, gdy zabraknie ofiary do pałowania. To zaś oznacza problemy z utrzymaniem oglądalności. Nie wierzę, że tego nie wiecie. Po prostu nie wierzę. Pojął to chociażby Przemysław Wipler wycofując się z firmowania swą twarzą „parówkowego portalu” Lisa.

Mamy Drugi Obieg 2.0. Ostatnie lata, zwłaszcza okres po Tragedii Smoleńskiej, przyczyniły się do jego rozwoju, okrzepnięcia. Mamy własne kanały docierania do odbiorców. Nie tak masowe, nie tak potężne jak elektroniczne środki rażenia pozostające w rękach „tamtych” - ale znacznie bardziej zdywersyfikowane jeśli chodzi o metody docierania do ludzi z naszym przekazem. Tu jest konkretna praca do wykonania. Łażenie po Lisach i Tefałenach nie jest w stosunku do Drugiego Obiegu komplementarne – ono temuż obiegowi szkodzi, rozmydlając przekaz. O Drugim Obiegu 2.0 pisałem – TUTAJ i TUTAJ. Nie będę się powtarzał. Możecie ten drugoobiegowy potencjał, rzecz jasna, zmarnować, rozmienić na drobne w imię pokazania co jakiś czas swej facjaty na ogólnopolskiej antenie – choćby i u Lisa. Możecie, oczywiście. Nikt wam tego nie jest w stanie zabronić.

No, chyba, że te wszystkie fundamentalne, polityczno-ideowe spory to tylko cyrk odgrywany na nasz użytek, żebyśmy mieli się czym ekscytować, a tak naprawdę jesteście Panie i Panowie z tej samej showmańskiej branży i po „krwistym” programie idziecie razem na piwo. Ale w takim razie powiedzcie to jasno i nie zawracajcie nam więcej głowy.

Gadający Grzyb

P.S.

Chciałbym jeszcze powiedzieć coś o ks. Isakowiczu-Zaleskim i jego tournee po mediach wszelakich po tym, jak w wywiadzie-rzece „Chodzi mi tylko o prawdę” spisanym przez Terlikowskiego, napiętnował m.in. homoseksualizm w szeregach Kościoła. Nie wycofując tego, co napisałem w tekście „Klecha kontra kardynał”, muszę stwierdzić, że wszystko o czym traktuje powyższa notka odnosi się również do tej osobliwej pielgrzymki zacnego kapłana po przybytkach typu Superstacja. Co innego wytykać nieprawidłowości „w porę i nie w porę”, a co innego firmować swym wizerunkiem antykościelną nagonkę w którą mediodajnie ochoczo wpisały niepokornego księdza. Człowiek o takim doświadczeniu jak ks. Isakowicz-Zaleski powinien zdawać sobie sprawę z tego, w jaki kontekst szczekaczki będą starały się wpisać jego przesłanie. Roztropność każe nie dostarczać żeru wrogim przekaziorom.

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 22 kwietnia 2012

Wystraszeni 2012

W samym tylko dziale „Komentarze” na stronach „Wyborczej” naliczyłem 38 mniej lub bardziej pałkarskich tekstów dotyczących II Rocznicy Katastrofy.

I. Strach rocznicowy

Reakcje mainstreamu na „pozaoficjalne” obchody II Rocznicy Katastrofy Smoleńskiej pokazują jak łatwo ten cały obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP wprawić w stan nerwowej lewitacji. Wystarczy kilkudziesięciotysięczna manifestacja w centrum Warszawy i kilka sondaży wskazujących, że tzw. „lud smoleński” - jak raczył Wolnych Polaków określić z właściwym sobie protekcjonalizmem Marek Beylin – nie znika, przeciwnie, konsoliduje się, a nawet jakby tegoż „ludu” przyrastało. Z roku na rok rośnie odsetek osób dopuszczających możliwość zamachu (z 8% w 2011 do 18% w 2012), zaś 32% pytanych twierdzi, że rządy Polski i Rosji z premedytacją ukrywają prawdę (sondaż „GW”). W sondażu SMG/KRC dla TVN w zamach wierzy 21% badanych, zaś 55% uważa, że Rosjanie sabotują prowadzenie rzetelnego śledztwa.

Apogeum strachu nastaje w okolicach 10 kwietnia. Rok temu napisałem notkę „Strach rocznicowy”, w której przytaczałem przykłady paroksyzmów uwidocznione na łamach „Wyborczej”. W tym roku było podobnie, acz trzeba przyznać, że przekaz został nieco zniuansowany. Oprócz tekstów typowo pałkarskich odezwały się bowiem również głosy „umiarkowane”, starające się racjonalizować i obłaskawiać tę jątrzącą mniejszość, która nie chce się zamknąć i zrozumieć. Przeciwnie, radykalizuje się wbrew wszystkiemu – wbrew czynnikom oficjalnym wciskającym ten sam kit z doraźnymi tylko modyfikacjami, wbrew nawoływaniom reżimowych mediodajni wraz z gronem dyżurnych autorytetów, wbrew społecznej większości, która „rzyga Smoleńskiem” i leje po nogawkach ze strachu przed Ruskimi, słowem – wbrew całemu „Smoleńskiemu status quo”, które pozwoliłem sobie zdiagnozować w jednej z poprzednich notek.

II. Pałkarstwo antysmoleńskie

I tu miałem zamiar jak przed rokiem przytoczyć i pokrótce omówić gazetowyborczą, „antysmoleńską” propagandę, ale wszedłem na internetowy dział publicystyki „GW” i zwyczajnie opadła mi kopara. To se ne da, wołowej skóry by nie starczyło, a co dopiero blogerskiej notki, tym bardziej, że w zasadzie każdy z tych tekstów trzeba by osobno odkłamywać.

Dość powiedzieć, że w samym tylko dziale „Komentarze” naliczyłem 38 mniej lub bardziej pałkarskich tekstów dotyczących II Rocznicy Katastrofy. Powtarzam – 38 samych krótkich komentarzy, zamieszczonych w dniach 4-20.04.2012. Jeśli doliczyć do tego dłuższe teksty publicystyczne, wywiady i artykuły „informacyjne”, to na oko spokojnie byłoby ich drugie tyle, jeśli nie więcej – może ktoś policzy – a przecież w wydaniu internetowym nie ma wszystkiego. Dodajmy jeszcze dla porządku, że na „Wyborczej” świat się nie kończy i w „przemysł pogardy” zaangażowane są również pozostałe reżimowe mediodajnie, które na antysmoleńskim flekowaniu skoncentrowały się w tych dniach z równą intensywnością.

Teksty miały różny charakter – od odpowiednio sformatowanych przeglądów prasy służących autorom niemal wyłącznie do ukazania głębokiej niesłuszności pozamainstreamowego przekazu, poprzez pohukiwania cyngli o „Biesach” smoleńskich, smoleńskim „show”, „dniu wstydu”, „użytecznych fanatykach Kaczyńskiego”, aż po pełne protekcjonalnej zadumy próby „zrozumienia” „ludu smoleńskiego” - ciemnej, zmanipulowanej przez pisowskie demony masy. Wszystko przeplatane drwinami o „świętym kościele smoleńskim” tudzież „zamachu w załatwianiu” na zmianę w wezwaniami kierowanymi do władzy by dała odpór, ponieważ, „gdy rząd milczy, szaleją demony”. Momenty, w których „Wyborcza” przez chwilę przemawiała ludzkim głosem, jak wywiad z Aleksandrem Smolarem, czy pojednawcze artykuły Grzegorza Sroczyńskiego i Ewy Milewicz były – nie odmawiając z góry szczerości ich autorom – jedynie krótką „pieredyszką” przed powtórnym atakiem, który nastąpił na sygnał, jakim było haniebne wystąpienie Tuska podczas debaty nad uchwałą wzywającą Rosję do zwrotu dowodów.

Krótko mówiąc – histeryczny kociokwik.

III. Nieczyste sumienia

Taka reakcja świadczyć może tylko o jednym: nieczystym sumieniu.

Obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego nieodłączną częścią jest medialny mainstream, po prostu dobrze wie, że ta kraina, którą z łaski Niewidzialnej Ręki dostali w pacht przy okrągłym stole tak naprawdę im się nie należy, że są intruzami, uzurpatorami, tak jak byli ich ojcowie i dziadowie – założyciele Czerwonych Dynastii. Dlatego tak nerwowo reagują na syndromy narodowego przebudzenia Polaków - nawet, jeśli ci „obudzeni” są w mniejszości, nawet jeśli realnie nic nie mogą, nawet jeśli prowadzone na smyczy przemysłu pogardy lemingi mogłyby nakryć ich czapkami, naszczać na znicze i kiepować pety na karkach, jak działo się to pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Nawet wtedy czują nieprzyjemne mrowienie na plecach, bo każda taka manifestacja – niechby i mocno mniejszościowa – własnej podmiotowości, poczucia tożsamości, przypomina im o miejscu z którego wyrastają ich nogi i kariery. Pamiętacie, jak dwa lata temu redaktor Miecugow troskał się, by smoleńska tragedia nie obudziła „demonów polskiego patriotyzmu”? No właśnie.

Dziś owi „wystraszeni 2012” już nie tyle się „troskają”, ile kąsają w panicznym strachu, niczym zagonione w kąt szakale, gdyż mają pełną świadomość tego, co wyprawiali przez ostatnie dwa lata, oddając się z czystej nienawiści do PiS, Kaczyńskiego i „moherów” oraz ze strachu o własne cztery litery na propagandowe usługi Rosji i jej prywislańskich marionetek. Tymczasem ich wrzutki, histeryczne zadeptywanie pamięci, walkę z „legendą Lecha Kaczyńskiego” i ruską narrację kolportowaną dzień w dzień, z pianą na ustach, diabli wzięli. Padają pełne niepokoju słowa – rok temu w zamach wierzyło 8%, dziś 18... ile „ludu smoleńskiego” przybędzie za rok, za dwa lata? Została im tylko świadomość własnego łajdactwa i strach na widok tłumów, które o tym łajdactwie dobrze wiedzą i z pewnością go nie zapomną.

Stąd nawoływania kierowane do Dyktatury Matołów, by coś zrobiła, by dała odpór, by Tusk huknął pięścią w stół... Jestem pewien, że gdyby Ober-Matoł zdecydował się na siłową rozprawę ze „smoleńską opozycją”, spotkałoby się to z pełnym poparciem medialnych funkcjonariuszy, nie mniej gorliwym, niż to, które niegdyś „sowiecki generał w polskim mundurze” otrzymał od reżimowej prasy PRL-u. I co więcej, poparcie to zostałoby – w rzekomo wolnym kraju – udzielone z identycznych powodów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zniesmaczeni 2012


…czyli czego nie pojął redaktor Mazurek.


I. To se ne wrati

Po lekturze manifestu Roberta Mazurka „Więcej nie pójdę przed pałac” w pierwszym odruchu wzruszyłem ramionami i pomyślałem: obejdzie się, łaski bez. Jednak po namyśle stwierdziłem, że warto się do tego tekstu odnieść, sądzę bowiem, iż Mazurek zaprezentował stanowisko charakterystyczne dla nieco szerszej grupy osób, których razi „upartyjnienie”, tudzież „uwiecowienie” rocznicowych obchodów smoleńskiej katastrofy. Otóż wydaje mi się, że podstawowym błędem popełnianym przez grupę, nazwijmy to - „zniesmaczonych” - jest tęsknota za nastrojem podniosłej żałoby, zadumy, smutku i jedności, tak pięknie przeżywanych w pierwszych dniach po tragedii.

Nic z tego. To se ne wrati. Pierwszy cios obliczony na podzielenie Polaków i rozhuśtanie antysmoleńskich emocji został zadany już w trakcie Żałoby Narodowej za pomocą grupy krzykaczy zwerbowanych przez pracownika biura eurodeputowanej PO Róży Marii Gräfin von Thun und Hohenstein (de domo Woźniakowskiej), protestujących przeciw pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu. Potem przemysł pogardy i nienawiści ruszył już na powrót pełną parą, pracując niestrudzenie nad delegitymizacją społecznej pamięci o Smoleńsku.

II. Zimna wojna domowa

Przypominam te początki obecnej polsko-polskiej „zimnej wojny domowej”, gdyż Mazurek zdaje się brać w nawias wszystko to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa lata. A wydarzyło się wiele, nastąpił jakiś upiorny ciąg zaniechań, przeniewierstw, kłamstw, została obnażona w całej swej zgniliźnie wszechstronna degrengolada struktur państwa – słowem, uwidoczniła się niespotykana w żadnym normalnym kraju pogarda wobec, mówiąc Dmowskim, „obowiązków polskich” dla których „należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Ta „katastrofa po-smoleńska”, jak określił Ziemkiewicz ów autodestrukcyjny korowód, jest dziś podstawowym paliwem dla ludzkich emocji wyrażanych na kolejnych miesięcznicach – i te emocje, naturalną koleją rzeczy, musiały zdominować również rocznicowe obchody.

Nie ma więc co tęsknić do spontanicznej manifestacji jedności narodowej z pierwszych chwil po tragedii, która zresztą wprawiła prywislańskie salony w stan nerwowej drżączki i sprowokowała redaktora Miecugowa do wygłoszenia na antenie reżimowej mediodajni słynnej frazy o „demonach polskiego patriotyzmu”, innych zaś do dywagacji na temat „kultu Tanatosa”. Tamte chwile należy zachować we wdzięcznej pamięci, ale ze świadomością, że dziś w ludziach, których obchodzi Polska i kwestia wyjaśnienia katastrofy – czyli walka o prawdę w wymiarze bliskim walki o prawdę na temat katyńskiego ludobójstwa - że w tych ludziach, którzy nie „rzygają Smoleńskiem”, w tej grupie 20-30% rymkiewiczowskich Wolnych Polaków dominuje głucha wściekłość i desperacja. Stąd szubienice i ostre hasła na transparentach.

Ludzie obecni w Rocznicę na Krakowskim Przedmieściu czczą pamięć ofiar i Prezydenta Lecha Kaczyńskiego nieustannie, w każdej chwili swego życia - ta pamięć stała się integralną częścią ich tożsamości. Natomiast 10 kwietnia przyszli pod Pałac przede wszystkim domagać się prawdy. Może mam słabe prawo, by na ten temat gardłować, bo zabrakło mnie tego dnia w Warszawie, ale sądzę, że zapoznałem się z przebiegiem uroczystości na tyle gruntownie i „czuję” tę sprawę na tyle głęboko, że niniejsze uwagi są usprawiedliwione.

III. Katastrofa polityczna

Katastrofa smoleńska, poza innymi wymiarami, była katastrofą stricte polityczną. Doszło do niej na skutek politycznej gry polskiego rządu i premiera Tuska osobiście. Gry prowadzonej wspólnie z rosyjskim, czekistowskim reżimem przeciw głowie własnego państwa. Polityczne było od samego początku zachowanie Rosji. Nie wyrokując ostatecznie, czy był to zamach (choć obecnie niemal wszystko na to wskazuje), trzeba jasno sobie powiedzieć, że polityczna tragedia wymaga politycznej odpowiedzi. Stąd taki a nie inny charakter rocznicowego wiecu na Krakowskim Przedmieściu, który tak zniesmaczył redaktora Mazurka.

Polityczny jest też strach rządzącej ekipy, by Tragedia nie dała wyborczego paliwa opozycji i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tym strachem właśnie podyktowane jest zadeptywanie pamięci oraz dziesiątki większych lub mniejszych szykan spotykających w różnych zakątkach Polski próby upamiętnienia Prezydenta, choćby w formie skromnej tablicy, czy popiersia na skwerku. Ta symboliczna przemoc polegająca na – powtórzę – delegitymizacji pamięci, ma polityczny charakter. Wszystko wokół Smoleńska aż ocieka polityką. I nie jest to bynajmniej wina PiS-u, „Gazety Polskiej”, czy Jarosława Kaczyńskiego. Tych nieestetycznych paroksyzmów rażących Mazurka i innych „zniesmaczonych” nie byłoby, gdyby katastrofa była wyjaśniana w cywilizowany sposób, a państwo polskie faktycznie zdało egzamin – i to z czegoś więcej, niż z organizacji pogrzebów.

Czy obchody na Krakowskim Przedmieściu były wiecem wyborczym? W znacznej mierze tak – ale inaczej być nie mogło. Albowiem, jeśli jeszcze cokolwiek można w sprawie Smoleńska wyjaśnić, jeśli jest jeszcze jakakolwiek szansa na odbudowę pozycji Polski choćby tylko w regionie i autorytetu państwa w oczach Polaków, można to osiągnąć jedynie poprzez obalenie obecnej, skurwionej do szczętu, władzy.

Kończąc - odnoszę wrażenie, że zarówno Mazurek jak i pozostali „zniesmaczeni 2012” czuli rumieniec wstydu i zażenowania na widok politycznych transparentów, politycznych okrzyków i politycznych wystąpień. Proszę mi wierzyć, ja ten wstyd i zażenowanie odczuwam na co dzień. Ale z zupełnie innych powodów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 10 kwietnia 2012

Smoleńskie status quo


Herbertowska „zdrada o świcie” odbywa się każdego dnia w sercach i głowach Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.


I. Status quo

Przepatrywałem sobie ostatnio teksty, które ukazały się przed rokiem - przy okazji I Rocznicy Tragedii Smoleńskiej - i prawdę rzekłszy, większość z nich mogłaby ukazać się również dziś, co najwyżej po zmianie drugorzędnych detali. Można zatem powiedzieć, że w kwestii smoleńskiej i okołosmoleńskiej utrzymuje się status quo. Z jednej strony mamy wciąż trzymany pod parą przemysł pogardy, usiłujący dokonać swoistej „delegitymizacji pamięci”, oraz pozostającą pod jego większym bądź mniejszym wpływem społeczną większość, z drugiej zaś zdeterminowaną mniejszość rymkiewiczowskich „Wolnych Polaków” dopominających się o prawdę i bijących głową w mur wrogości lub obojętności.

II. Cień Moskwy

Nad tymi paroksyzmami rozpościera się złowrogi cień Moskwy, która od dawna już przestała udawać cokolwiek i okazuje bez zahamowań, że traktuje „stronę polską” jak bandę pętaków, wobec których rozgrywa swoją grę, składającą się na zmianę z drobnych gestów przeplatanych upokorzeniami. Tak jak dzisiaj, 10.04.2012, kiedy piszę te słowa – wręczono nam 2 tomy akt rosyjskiego śledztwa, lecz by Polaczkom we łbach się nie poprzewracało zapowiedziano twardo, że o wydaniu wraku Tupolewa będziemy mogli rozmawiać dopiero po zakończeniu postępowania przez rosyjskie organa, co w praktyce oznacza stwierdzenie – oddamy wam „Tutkę” (albo i nie), kiedy będzie nam się podobało. Z kolei obietnica wybudowania pod Smoleńskiem pomnika „zrównoważona” została postawieniem w ostatniej chwili na czele rosyjskiej delegacji zamiast ministra kultury Aleksandra Awdiejewa, przewodniczącego Dumy, Siergieja Naryszkina – kagiebisty, zaufanego współpracownika Putina znanego z antypolskich wypowiedzi i niedawnego cenzora zadaniowanego do ścigania niewygodnych z rosyjskiego punktu widzenia publikacji historycznych jako przewodniczący Prezydenckiej Komisji Federacji Rosyjskiej ds. Przeciwstawiania się Próbom Fałszowania Historii ze Szkodą dla Interesów Rosji.

Strona polska oczywiście nawet nie kwiknęła, tylko pokornie uczestniczyła w ramach oficjalnych obchodów w groteskowej uroczystości bicia pokłonów przed Pancerną Brzozą, sankcjonując w ten sposób po raz kolejny kłamstwa raportu Anodiny. Czyli tutaj również wszystko pozostaje po staremu, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie było nowych ustaleń rozsypujących w drobny mak rosyjską narrację i coraz mocniej wskazujących na zamach, jakby nie było Zespołu Parlamentarnego Antoniego Macierewicza, odczytów z czarnych skrzynek negujących tezy naciskowe, czy analiz niezależnych ekspertów obnażających nicość raportu MAK i tzw. komisji Millera.

W tej sytuacji do roli symbolu urasta podkreślanie konieczności zalania betonem pobojowiska na Siewiernym – już, już, szybciutko, do października, zanim przyjdą mrozy, tak, by monument gotów był na następne obchody. Podobno teren ma zostać uprzednio przebadany przez archeologów. Na wniosek rodzin, dodajmy, gdyż polski rząd sam z siebie oczywiście nie widział takiej konieczności. Już widzę, te „badania”. Najpierw będą mnożone rozliczne „trudności”, a następnie, gdy ekipa archeologiczna zostanie w końcu dopuszczona do prac, okaże się, że mają w najlepszym razie kilka dni, bo pospiech, bo czekają betoniarki, zaś wszystko co ewentualnie uda się wygrzebać przekazane zostanie na wieczne nieoddanie Rosjanom. Następnie zaś betoniarki zaleją pamięć i przesiewanie ziemi na metr w głąb zostanie już na zawsze tylko w kłamstwach pani Kopacz, po których próżno szukać śladu w sfałszowanym sejmowym stenogramie.

III. "Konformiści" kontra "niezłomni"

To zalanie betonem pamięci o Smoleńsku jak raz pasuje również do obrazu sytuacji w Polsce – i nie mówię tu jedynie o rządzących oraz ich reżimowych szczekaczkach. Tych zostawmy na chwilę na boku, bo wiadomo, że niczego innego po Dyktaturze Matołów i ich medialnych wyrobnikach nie sposób się spodziewać. Spójrzmy jednak na społeczeństwo – tutaj podobnie jak w przypadku „czynników oficjalnych” nie nastąpił żaden przełom – jest jak przed rokiem i to pomimo wszystkiego, co w przeciągu ostatnich miesięcy wypłynęło na światło dzienne, jednoznacznie wskazując, że to zwyczajnie nie mogła być zwykła katastrofa, że zamach jest na dzień dzisiejszy bardziej prawdopodobny, niż kiedykolwiek przedtem.

W Polsce bowiem dokonał się podział trafnie zdiagnozowany przez Rymkiewicza słowami „To co nas podzieliło – to się już nie sklei” ; podział – widać to wyraźnie – na okres co najmniej pokolenia. To narodowe status quo trwa w zasadzie od momentu zakończenia żałoby. Możemy co najwyżej mieć nadzieję, że uda się obudzić jeszcze kilka osób z „tamtej strony”, ale musimy się także liczyć z tym, że i wśród nas nie sposób będzie utrzymać permanentnej mobilizacji – że ludzie będą się zniechęcać, wykruszać, uciekać w prywatność... - że powtórzy się schemat katyński. Generalnie jednak linia podziału na 25-30% „niezłomnych” i całą resztę „konformistów” będzie się utrzymywała.

Dzieje się tak dlatego, że zdecydowana większość Polaków, o czym pisałem szerzej w tekście „Ani dla jednych, ani dla drugich”, nie tylko gremialnie odmawia przyjęcia na siebie „obowiązków polskich” (a jednym z tych obowiązków jest zarówno Smoleńsk, jak i szeroko rozumiana „katastrofa po-smoleńska”), ale wręcz kategorycznie odmawia przyjęcia do wiadomości samego ich istnienia. Roman Dmowski we Wstępie do „Myśli nowoczesnego Polaka” pisał: „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.” W innym zaś miejscu: „Jestem nim (Polakiem – GG) nie dlatego tylko, że mówię po polsku (...), ale także dlatego, że (…) obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno. (skróty i wytłuszczenia moje - GG) Dziś takiej postawy próżno u większości naszych rodaków szukać.

IV. Zabetonować sumienie

Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”. Bo gdyby się okazało, że to jednak Ruscy zamordowali nam elitę z Prezydentem na czele, to... no właśnie, co? Wypowiemy Rosji wojnę? Porozmawiajcie z jakimkolwiek przedstawicielem „tamtych” - jeśli nie spławi was z miejsca wrzaskiem, że „rzyga już Smoleńskiem”, to prędzej czy później pojawi się ten niemal atawistyczny, paraliżujący strach przed potęgą Kremla, podparty niby-zdroworozsądkową argumentacją, że lepiej się dogadać, nie fikać i handlować, bo przecież Rosja to, panie, taaki rynek i nie ma co narażać kontaktów na szwank z powodu jednego „Kaczora”.

Tak będzie jeszcze długo. Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.

Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii – ostatnio w rocznicowym przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu. Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 7 kwietnia 2012

Gunter Grass i mądrość etapu



W przypadku „wiersza” Guntera Grassa mamy do czynienia ze strojącym się w szaty bezkompromisowości czystej wody konformizmem.


I. Lifting przywiędłej sławy

Wierszydło Guntera Grassa, które narobiło ostatnio tyle zamieszania nie jest świadectwem „antysemityzmu” autora, jak chcieliby jego przeciwnicy, ani tym bardziej wyrazem nonkonformizmu tudzież odwagi intelektualnej, jak pragnęliby widzieć to jego zwolennicy. Ten niby-wiersz noblisty jest ni mniej ni więcej, tylko próbą podlansowania się na lewicowych salonach. Próbą dość żałosną, dodajmy, jak niemal zawsze, gdy znakomita niegdyś postać życia publicznego próbuje na siłę dokonać liftingu przywiędłej ostatnimi czasy sławy. Grass (co by o nim nie sądzić w innych sprawach) wybitnym pisarzem był, tym bardziej więc szkoda, że postanowił o sobie przypomnieć za pomocą tabloidalnej wręcz metody, jaką jest sztucznie wygenerowany, wykalkulowany na zimno pseudo-skandal.

II. Niby-wiersz

Zanim jednak przejdę do uzasadnienia powyższej tezy, słów parę o samym utworze, który nazwałem przed chwilą „niby-wierszem”. To nie jest poezja. Pozwolę sobie to stwierdzenie zilustrować przykładem, przechodząc na chwilę na formułę „poezji” a la Grass:

Fakt, że Grass zdecydował się na właśnie taką formę

upublicznienia swych politycznych wynurzeń -

wynurzeń drugiej świeżości,

jest pierwszym fałszem,

jaki rzuca się w oczy

i każe traktować całą resztę tej hucpy

z podejrzliwością.

Prawda, że poetycko to wygląda? ;) Niemniej, to że ktoś postanowił poszatkować jak najbardziej prozatorską wypowiedź na „wierszowato” wyglądające wersy nie czyni jeszcze tekstu poezją. W przypadku „Co musi zostać powiedziane” mamy zatem do czynienia z dość topornie napisanym felietonem; publicystyką nie najwyższego lotu, z miałkim, gazetowym przekazem o zaniechaniu przemocy i poddaniu kontroli międzynarodowej potencjału atomowego Izraela oraz irańskiego programu nuklearnego („Wiersz” Grassa zamieszczam pod tekstem – osądźcie sami).

Co zatem sprawiło, że pisarz, który powinien być wyczulony na tego typu literackie fałszywe nuty, zdecydował się na właśnie taki, rozstrojony akord? Sądzę, że postanowił przydać swojemu przesłaniu powagi, doniosłości. Gdyby te kilka zdań ukazało się w „Süddeutsche Zeitung” jako krótki felieton, wrzawa byłaby mniejsza, a banalność przemyśleń autora bardziej jaskrawa. Tymczasem wiersz... noo... cóż... noblista! Ten wysilony zabieg maskujący, mający uruchomić ciąg skojarzeń: „Grass-wiersz-LITERATURA-ważny głos w debacie”, poddaje nam wszakże kolejny trop interpretacyjny w rozwikłaniu tej awantury.

III. Lifting przywiędłej sławy – c.d.

I tu wracamy do zasygnalizowanej na wstępie tezy, że Grass postanowił „odświeżyć” nieco swą przykurzoną legendę i wizerunek. Otóż, gdańsko-niemiecki pisarz swoim tekstem złożył akces do polityczno-intelektualnych następców tzw. „nowej lewicy”.

Lewicowcem był od zawsze, nie wyłączając młodzieńczego epizodu w narodowo-socjalistycznej formacji jaką była Waffen SS, stanowiąca bardziej zideologizowany odpowiednik Wehrmachtu. Wszak, jak wspominał, powodowała nim chęć wyzwolenia się spod wpływu rodziców i drobnomieszczańskiej duchoty. Małostkowo dodam, że moment przyznania się noblisty jakoś tak zbiegł się z przewartościowaniem polityki historycznej Niemiec i coraz silniejszym podkreślaniem niemieckim „krzywd” zaznanych w wyniku II Wojny światowej. Timing jest wszystkim... Po wojnie Grass przeszedł na pozycje socjaldemokratyczne i „antyfaszystowskie” - i w tym duchu uprawiał swą rozliczeniową wobec okresu hitlerowskich „błędów i wypaczeń” twórczość, która przyniosła mu sławę, zaszczyty, status „autorytetu moralnego” i „sumienia Niemiec”, aż w końcu – literackiego Nobla. Lustrzane odbicie drogi życiowej prominentnych przedstawicieli naszej „salonowszczyzny” - od stalinistów, poprzez rewizjonistów, po „europejską” lewicę – że tak na marginesie zauważę.

To jednak melodia przeszłości, natomiast Grass pragnie być na fali i na czasie, a że talentu do autokreacji i wyczucia ducha epoki nigdy mu nie brakowało, więc postanowił przytulić się do obecnego lewactwa – duchowych spadkobierców „pokolenia 68”. I stąd właśnie to szokujące dla niektórych publicystyczne uderzenie w Izrael, przedstawienie go jako potencjalnie ludobójcze, agresywne atomowe mocarstwo. Stąd również bierze się nagły dąsik Autorytetu na szantaż moralny, jakim jest zarzut „antysemityzmu” mający stygmatyzować krytyków Izraela. Albowiem żydożerstwo (i to wcale nie wydumane), kamuflowane jako „antyizraelizm”, jest obecnie jednym z głównych wyznaczników tożsamościowych „antysystemowej” lewicy, podobnie jak poparcie dla świata islamskiego w jego walce z „małym” (Izrael) i „wielkim szatanem” (USA). Nie bez przyczyny „arafatki” są jednym z charakterystycznych elementów „stroju organizacyjnego” lewicowych środowisk na Zachodzie. Do nas zresztą również to dotarło – praca na niwie agit-propu towarzystwa kręcącego się wokół „Krytyki Politycznej” nie idzie na marne.

IV. Noblista i mądrość etapu

W przypadku „wolty” Guntera Grassa mamy zatem do czynienia ze strojącym się w szaty bezkompromisowości czystej wody konformizmem. Pisarz na gwałt stara się doszlusować do aktualnie obowiązujących po lewej stronie polityczno-ideowych trendów. A że dziś na lewicy trendy jest sprzyjanie Iranowi, Palestynie i oskarżanie Izraela o ludobójstwo i terroryzm... cóż, należy podchwycić i przyswoić również i tę „mądrość etapu”. Ryzyko żadne, wszystkie sformułowane w „niby-wierszu” poglądy mieszczą się bowiem doskonale od dość dawna w lewicowym dyskursie i funkcjonują w przestrzeni publicznej. Wyartykułowanie ich przez Grassa nosi zatem typowe cechy lanserskiego pseudo-skandalu, niczym tysięczna kupa w galerii sztuki nowoczesnej, tyle że uczynione zostało może z bardziej moralizatorskim zadęciem.

Cel osiągnięty. O Grassie mówi się, pisze, komentują go politycy, dziennikarze, intelektualiści... Grass stał się „kontrowersyjny” (we współczesnym, „pluszowym” znaczeniu tego słowa) dzięki, powtórzę - udawanemu, skalkulowanemu na zimno posunięciu. Powiedział lewackim środowiskom: „jestem wasz”. Jednak czy dzisiejsza „młoda lewica” przyjmie go jak swego?

Smutne to. Koniunkturalna zagrywka Grassa przypomina bowiem zachowanie podstarzałego Jean-Paula Sartre'a usiłującego podpiąć się pod studenckie bunty końca lat 60-tych. Dodam, że tamten polityczny romans ze „zbuntowaną młodzieżą” zakończył się, gdy przed jednym z wystąpień w 1969 roku wręczono nadętemu filozofowi kartkę ze słowami: „Sartre, mów jasno i krótko. Mamy sporo zarządzeń do przedyskutowania i przyjęcia".

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Ilustracja: http://www.presseurop.eu/pl/content/cartoon/1753121-wraca-kij

P.S.

Günter Grass: Co musi zostać powiedziane



Dlaczego milczę, zbyt długo milczę o tym,

co oczywiste i przećwiczone w grach symulacyjnych,

na których końcu my, którzy przeżyliśmy,

jesteśmy tylko przypisami.



Chodzi o rzekome prawo do uprzedzającego uderzenia,

które mogłoby unicestwić

ujarzmiony przez zarozumialca

i regularnie zmuszany do owacji naród irański,

dlatego że na jego terenie

prawdopodobnie powstaje bomba atomowa.



Ale dlaczego zabraniam sobie

wypowiedzieć nazwę innego kraju,

w którym od lat - choć w tajemnicy -

powiększa się arsenał nuklearny,

lecz poza wszelką kontrolą, bo nikt nie jest do niego

dopuszczany?



Powszechne przemilczanie tego faktu,

które sprowokowało również moje milczenie,

odczuwam jako ciążące kłamstwo

i przymus, którego nie można zlekceważyć

pod groźbą kary;

oskarżenie o "antysemityzm" słyszy się często.



Ale teraz, gdy mój kraj,

raz po raz wzywany i odpytywany

przez własne zbrodnie,

które są nieporównywalne,

wysyła do Izraela z przyczyn wyłącznie ekonomicznych,

choć zręczny język przedstawia to jako zadośćuczynienie,

kolejną łódź podwodną, której specjalnością

jest wystrzeliwanie wszystko pustoszących głowic

tam, gdzie rzekomo istnieje

jedna bomba atomowa

(dowodem na jej istnienie jest tylko obawa)

- teraz mówię to, co musi zostać powiedziane.



Dlaczego do tej pory milczałem?

Bo sądziłem, że moje pochodzenie,

związane z nigdy nie dającą się usunąć skazą,

zabrania mi wypowiedzieć tę oczywistą prawdę

wobec państwa Izrael, wobec którego mam

i będę miał dług wdzięczności.



Dlaczego dopiero teraz, w podeszłym wieku

i u schyłku mojego pisania, mówię,

że mocarstwo atomowe Izrael

zagraża i tak już kruchemu pokojowi na świecie?

Dlatego, że musi zostać powiedziane to,

na co jutro już może będzie za późno;

i dlatego że my, Niemcy, wystarczająco już obciążeni,

moglibyśmy stać się dostawcami zbrodni,

którą łatwo przewidzieć, a więc naszej współwiny

nie dałoby się zamaskować

zwykłymi wymówkami.



I przyznaję: przerywam milczenie,

dlatego, że dość już mam

obłudy zachodu; poza tym można mieć nadzieję,

że wielu wyzwoli się z milczenia,

zmusi sprawcę widocznego niebezpieczeństwa

do rezygnacji z przemocy

i będzie nalegać, by rządy Izraela oraz Iranu

zgodziły się na swobodną i nieprzerwaną kontrolę

izraelskiego arsenału nuklearnego oraz irańskich urządzeń atomowych

przez którąś z międzynarodowych organizacji.



Tylko w ten sposób można pomóc wszystkim,

Izraelczykom i Palestyńczykom,

więcej, wszystkim ludziom żyjącym obok siebie i nienawidzącym się w tym

okupowanym przez szaleństwo regionie,

a w końcu też i nam samym.



Tłum. Tomasz Ososiński



Źródło: Gazeta Wyborcza

wtorek, 3 kwietnia 2012

Rosja nie zapomina


Czy zamach na Ahmeda Zakajewa miał być swoistą inauguracją „drugiej rundy” prezydentury Putina na arenie międzynarodowej?


I. Bandyckie mocarstwo

Ujawniona niedawno przez brytyjskie media próba zamachu na Ahmeda Zakajewa – premiera emigracyjnego rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkeria, którą udaremniło MI5 pokazuje, że Rosja nie zapomina ani nie przebacza. Nigdy. Co więcej, wydarzenie to potwierdza bandycki charakter rosyjskiego mocarstwa, które czuje się władne mordować kogo uzna za stosowne, szczególnie, jeśli osoba ta demaskuje turańskie barbarzyństwa czekistowskiego reżimu. Tak było z Litwinienką, który ujawnił rolę FSB w zamachach na domy mieszkalne w Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku (plus udaremniony zamach w Riazaniu). Dodajmy - zamachach, które umożliwiły rozpętanie II wojny czeczeńskiej połączonej z przeprowadzeniem na Kaukazie regularnej eksterminacji i wyniosły do władzy ludobójcę – Władimira Putina.

Świat, hołdujący zasadzie „niedrażnienia Rosji”, odwrócił wprawdzie usłużnie głowę w inną stronę, lecz Rosji to nie wystarcza. Zbrodnia wymaga bowiem eliminacji wszystkich świadków, którzy nie chcą siedzieć cicho i którzy przy okazji jakichś zmian na geopolitycznej szachownicy mogą zostać przez Zachód wysłuchani i wyciągnięci niczym as z rękawa. Prócz tego, morderstwa zarówno na terenie Federacji Rosyjskiej, jak i poza jej granicami mają walor „edukacyjny”, mający na celu zastraszenie tych, którym przyszłoby do głowy gardłować o rosyjskich bestialstwach w Czeczenii. Nie od rzeczy byłoby tu przypomnieć o kulturze politycznej Rosji, którą pozwalam sobie określać mianem zmongolizowanego bizantynizmu, a której immanentną cechą jest oparty na kulcie przemocy swoisty sadyzm, każący dla zasady zgnoić lub uśmiercić każdego, kto ośmiela się nie przyjmować do wiadomości oficjalnego stanowiska Rosji w jakiejkolwiek sprawie. Prócz Litwinienki przekonała się o tym Anna Politkowska, zamordowana w urodziny Putina i wielu innych zabitych w ostatnich latach dziennikarzy, którzy w ten czy inny sposób podpadli trzęsącej rosyjskim państwem czekistowskiej mafii.

Nic więc dziwnego, że padło w końcu również na Zakajewa, który samym swym istnieniem przypomina, że Czeczeni nie są „terrorystami” jak usiłuje wmówić światu reżim Putina, że kaukascy „wahabici” to wyhodowana w podmoskiewskich obozach szkoleniowych FSB agentura i wreszcie – że Czeczeni zasługują na niepodległość i przywódcę, który byłby przeciwieństwem panującego z łaski Kremla zwyrodniałego degenerata Ramzana Kadyrowa. Zresztą, to właśnie Kadyrow (najpewniej z błogosławieństwem Moskwy) stał za udaremnioną przez brytyjskie służby próbą zamachu. Przypomnijmy jeszcze, że zatrzymany na lotnisku Heathrow Rosjanin (nazywany E1) miał w 2009 roku zastrzelić w Wiedniu ochroniarza Zakajewa – Umara Irsaiłowa, zaś całkiem niedawno (20 marca 2012) postrzelono w Londynie rosyjskiego bankiera Giermana Gorbuncowa. Zakajew twierdzi, iż obecnie w Londynie jest więcej rosyjskich agentów niż w czasach Zimnej Wojny.

II. Rosyjskie zabiegi

Sama próba zamachu miała być prawdopodobnie ukoronowaniem długoletnich zabiegów Kremla o wydanie Ahmeda Zakajewa, który w Wlk. Brytanii ma status uchodźcy. Zgody na ekstradycję odmówiła Federacji Rosyjskiej już w 2002 Dania – czym zresztą wywołała furię tak Moskwy, jak i zwykłych Rosjan, którzy nie mogli wprost pojąć, jak taka maleńka Dania śmiała się postawić „wielkiemu mocarstwu”. Jeśli ktoś szukał dowodów na nieprzekraczalną barierę cywilizacyjną, to reakcja na odmowę ze strony Danii jest właśnie jednym z nich.

Z kolei Wielka Brytania po procesie sądowym zajęła stanowisko, że brak dowodów na „terrorystyczną” działalność czeczeńskiego przywódcy, zeznania mające owego „terroryzmu” dowodzić zostały wymuszone w Moskwie torturami, zaś wydanie Zakajewa Rosji jest niemożliwe m.in. ze względów humanitarnych – byłby on bowiem narażony na tortury i nie mógłby liczyć na uczciwy proces. Jak łatwo się domyślić, takie stanowisko wywołało na Kremlu atak szału, o który każdorazowo przyprawia rosyjskie władze zakwestionowanie głębokiego humanitaryzmu, którym przepojony jest ustrojowo-prawny porządek Wielkiego Mocarstwa.

Po raz trzeci Rosja domagała się ekstradycji Ahmeda Zakajewa od Polski – w 2010 roku, kiedy to Zakajew przybył na odbywający się w Pułtusku Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego (16 – 18.09.2010) na który zgodził się jeszcze śp. Prezydent Lech Kaczyński. Doszło wtedy wprawdzie do dość ohydnego zatrzymania czeczeńskiego premiera przez policję i doprowadzenia do prokuratury – z ewidentnym zamiarem utrudnienia mu uczestnictwa w Kongresie, zaś ambasador Federacji Rosyjskiej Aleksander Aleksiejew zwołał bezprecedensową konferencje prasową na której powtórzył standardowy zestaw rosyjskich kłamstw, lecz do najgorszego – czyli wydania Rosjanom Zakajewa na pewną śmierć – na szczęście nie doszło. (więcej na ten temat w notce „Kłamstwa ambasadora Aleksiejewa”).

III. Zamach na inaugurację prezydentury Putina?

Po tej serii niepowodzeń Rosja najwyraźniej postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, na zasadzie: „nie chcecie nam go wydać, to my i tak go sobie zabijemy”. Podobnie było z Litwinienką, na którego nie pożałowano kosztownego polonu – był to swoisty symbol mający pokazać, że Rosja z wielkopańskim gestem nie cofnie się przed możliwie spektakularnym uśmierceniem swych zdrajców – tak, by do wszystkich dotarło.

Warto jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Zakajew, który ma w Czeczenii dość ograniczone wpływy i jego realne możliwości nie są większe niż, powiedzmy, siła polityczna Rządu Londyńskiego w czasie zaawansowanej komuny, tak uwiera Rosję.

Po pierwsze – Putin chce go zlikwidować dla zasady, żeby podkreślić, jak zauważyłem na wstępie, że Rosja nie wybacza i nie zapomina.

Po drugie – Zakajew jest politykiem umiarkowanym - hasłowo mówiąc, bliżej mu do Maschadowa (którego był przedstawicielem), niż do Basajewa – i odcina się zarówno od terrorystycznych metod, jak i od samozwańczego Emiratu Kaukazu, tudzież islamskich ekstremistów. Komuś takiemu trudno przyszyć etykietę „terrorysty” i taki ktoś jest potencjalnie do zaakceptowania przez Zachód jako przywódca czeczeńskiej diaspory – dlatego musi umrzeć.

Po trzecie wreszcie – należy pokazać Zachodowi możliwości i determinację Rosji, która „terrorystów” będzie „topiła w kiblu”, jak z knajacką swadą stwierdził onegdaj Putin. Udany zamach byłby swoistą inauguracją „drugiej rundy” prezydentury Putina na arenie międzynarodowej.

***

Na zakończenie, chciałbym się zwrócić do premiera Zakajewa z nieśmiałą prośbą, by omijał szerokim łukiem Polskę. Kraj, którego rząd kolaborował z Rosją przeciw własnemu prezydentowi i który nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa Głowie Państwa, następnie zaś beztrosko oddał śledztwo smoleńskie, biernie godząc się na skandaliczne manipulacje i ordynarne fałszerstwa, przetrzymywanie kluczowych dowodów oraz urągające wszelkim standardom postępowanie strony rosyjskiej - taki kraj z pewnością nie jest miejscem, w którym ktoś taki jak Ahmed Zakajew mógłby czuć się bezpiecznie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/klamstwa-ambasadora-aleksiejewa

sobota, 31 marca 2012

Klecha kontra kardynał


„(...) była to szczera i uczciwa rozmowa, ta droga, którą obrał Kościół, czyli rozmowa, jest bardzo pozytywna” - ks. Isakowicz-Zaleski.


 

I. Nieoczekiwany skutek

Z niejakim zdziwieniem odnotowałem, iż rozpętane przez Dyktaturę Matołów palikociarsko-urbanoidalne z ducha antyklerykalne emocje przyniosły pewien pozytywny choć zgoła nieoczekiwany skutek. Chodzi mi o wyjątkowo łagodne potraktowanie przez krakowską kurię i kardynała Dziwisza ks. Isakowicza-Zaleskiego po opublikowaniu przezeń wspólnie ze znanym talibem i fundamentalistą Tomaszem Terlikowskim wywiadu-rzeki „Chodzi mi tylko o prawdę”, zawierającego słynne fragmenty o homoseksualnym lobby w Kościele.

Jestem przekonany, że jeszcze rok temu dostojny hierarcha przeczołgałby niepokornego kapłana, tak jak uczynił to przy okazji publikacji „Księży wobec bezpieki...”, jeśli nie surowiej. Dufny w sojusz „kościoła łagiewnickiego” z rządowym ołtarzem, cementowany pokazowymi rekolekcjami i związkami personalnymi na linii kuria - partia rządząca, nie zawahałby się sięgnąć po którąś z wachlarza kanonicznych sankcji. Oczywistością jawiłaby się kardynałowi konieczność uciszenia jątrzącego klechy, który uporczywie odmawiając przyjęcia do wiadomości różnych mądrości etapu, niepomiernie drażni swą niewczesną bezkompromisowością nie tylko Dyktaturę Matołów, lecz cały obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP wraz z jego duchowo-intelektualnymi przybudówkami w rodzaju krakówkowego środowiska „otwartych katolików” zwasalizowanego doktrynalnie przez „Wyborczą”, a siedzącego po części wraz z „Tygodnikiem Powszechnym” w kieszeni ITI.

II. „Nastawaj w porę, nie w porę”

Na tym lista przewinień bezczelnego księżula się rzecz jasna nie kończy, albowiem przejawia on irytujący brak cnoty roztropności nakazującej szacunek wobec dominującego kultu Świętego Spokoju, który to obrządek niepomiernie poszerzył obszar swego oddziaływania za szczęśliwych czasów panowania prymasa Józefa Kowalczyka (kontakt informacyjny „Cappino”). Na skutek owego nieszczęsnego defektu charakterologicznego ks. Isakowicz-Zaleski zwykł wyskakiwać z różnymi niewczesnymi opiniami i zarzutami dotyczącymi kondycji polskiego kościoła nie mając przy tym względu na swą macierzystą, krakowską archidiecezję. „Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd (...)” - powiada Pismo w 2 Liście do Tymoteusza, więc ksiądz Tadeusz jak ten głupi „głosi” i „nastaje”, nie bacząc, iż zaraz, w tym samym Liście, pada przestroga „Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli.”

Nie dziwota więc, że przy takim podejściu niekumaty ksiądz wyhodował sobie liczne grono zaprzysięgłych wrogów wśród poirytowanych jego działalnością wpływowych kurialistów o „świerzbiących uszach”, którzy „namnożyli sobie nauczycieli” rekrutowanych bądź to ze stronnictwa Świętego Spokoju, bądź to między postępowymi cadykami salonowszczyzny spod znaku „grubej kreski”. Patronów zaś upatrywali pośród świeżo nawróconych na „katolicyzm łagiewnicki” rutynowanych aferałów i politycznych wycirusów skrzykniętych pod wezwaniem świątobliwego Gromosława z Jasnego Nieba.

Czym grozi godzenie w fundamenty i podważanie pryncypiów, ksiądz Isakowicz-Zaleski miał okazję nie raz się przekonać, również w „demokratycznym państwie prawnym” jak krotochwilnie ochrzczono III RP, toteż można się było spodziewać, że ostatnia publikacja – ta, w której jest o pedałach - dostarczy znakomitej amunicji do uciszenia tego narwańca, który nigdy nie wie kiedy siedzieć cicho, powodując notoryczne świerzbienie uszu u wyżej usadowionych współbraci. Na dodatek, perfidnie trzyma się doktryny i dyscypliny, nie ułatwia więc sprawy jak nieopatrznie uczynił to ksiądz Natanek.

III. Krach sojuszu platformersko-łagiewnickiego

Tymczasem nic takiego się nie stało. Przeciwnie, irytujący klecha został zaproszony do kurii na rozmowę – posiedzenie Rady Kapłańskiej Archidiecezji Krakowskiej. „Poruszaliśmy różne trudne sprawy, była to szczera i uczciwa rozmowa, ta droga, którą obrał Kościół, czyli rozmowa, jest bardzo pozytywna”ocenił ks. Isakowicz-Zaleski. Dziw nad dziwy, jeśli wspomnimy na obcesowe zakneblowanie ks. Tadeusza przed wydaniem „Księży wobec bezpieki...”. Nagle okazało się, że można rozmawiać z księdzem – moherem i „pisowcem”, czyli osobnikiem z definicji niesłusznym, nienawistnym, wstecznym i jątrzącym.

Cóż takiego się wydarzyło, że sprawa przyjęła taki obrót? Zmieniły się okoliczności - ot, co. W międzyczasie bowiem posypał się w gruzy sojusz platformersko-łagiewnicki i nawet ksiądz prałat Dariusz Raś nie pomógł. Skończyły się szumnie odtrąbiane rekolekcje i „dni skupienia”, zaś o kościelnym ożenku Ober-Matoła zapomnieli najstarsi górale, tym bardziej, iż sam Matoł obwieścił koniec „klękania przed księdzem”. Wybuchła natomiast antyklerykalna nagonka wedle wzorców przetrenowanych uprzednio na handlarzach dopalaczami i kibolach. Na domiar złego, Dyktatura Matołów wzięła się za bolesne „odcinanie pępowiny” łączącej Kościół z budżetem państwa i postanowiła pojechać na emocjach ludowego antyklerykalizmu, który objawił swój potencjał windując do Sejmu wesołą gromadkę Palikota z błogosławieństwem Urbana i Dukaczewskiego. Wszystko to razem wzięte sprawiło, że cały ten „łagiewnicki katolicyzm” z dnia na dzień poszedł się, z przeproszeniem, jebać.

Ta nagła wolta i eskalacja antykościelnych posunięć musiała być prawdziwym szokiem i unaocznić dostojnemu purpuratowi, iż sojusz krakowskiego ołtarza z rządowym tronem był jedynie wydmuszką, zaś Tusk i jego ferajna pod wezwaniem Gromosława z Jasnego Nieba potraktowali JEGO – kardynała i współpracownika Papieża! - czysto instrumentalnie, jako listek figowy i narzędzie do bałamucenia maluczkich, które gdy już wyczerpało swój polityczny potencjał, zostało bez sentymentów odesłane do kąta. Kardynał Dziwisz na pociechę może sobie popatrzeć na sugerujące filozoficzny namysł miny pobożnego intelektualisty Gowina i jego wielce konserwatywne garnitury.

IV. Przeprosiny z „moherami”?

Stawia to „czynniki” kościelne zaangażowane do tej pory w romans z obecną władzą w mocno nieciekawej sytuacji pierwszej naiwnej, co to straciwszy cnotę nie zarobiła rubla a na koniec okazało się jeszcze, że absztyfikant szarpnął ją po sakiewce. Na dodatek coraz wyraźniej okazuje się, że „waadza” postanowiła aktywnie włączyć się w proceder „pierekowki dusz” ludności tubylczej, mający na celu wyhodowanie jakichś wykorzenionych klonów bez tożsamości, czego systemowym przejawem jest wyrugowanie z liceów lekcji historii. I tu robi się naprawdę nieciekawie, bowiem taka polityka grozi pozbawieniem Kościoła społecznego zaplecza i to w perspektywie zaledwie jednego pokolenia.

Cóż zatem robić? Ano, Jego Ekscelencja podrapał się po łepetynie i stwierdził, że może jednak warto by przeprosić się z tymi „moherami” i wykonać jakiś pojednawczy gest wobec tego całego Isakowicza-Zaleskiego, skoro jest dla tych „moherów” taki ważny. Stąd to zaproszenie na kurialne pałace i rzeczowa, spokojna rozmowa bez apodyktycznych połajanek, która tak ujęła księdza Tadeusza. Jeżeli już tak się złożyło, że te wszystkie pisowce są obecnie jedyną jakoś liczącą się i zorganizowaną siłą działającą w interesie polskiego narodu i Kościoła, to trzeba zmienić politykę i trochę się z nimi przeprosić. Stąd też pełna troski kardynalska wizyta u głodujących w obronie lekcji historii. Skoro obiektywnie patrząc są naszymi sojusznikami, to nie ma co wybrzydzać. Elementarne, tyle dotarło nawet do persony o lotności krakowskiego hierarchy, choć nie powstrzymało go przed małostkowym zakazem przeprowadzenia rekolekcji przez Terlikowskiego w jednej z krakowskich parafii.

Tak więc, z obserwowanej obecnie antyklerykalnej jazdy i antytożsamościowej polityki Dyktatury Matołów może wyniknąć przynajmniej tyle dobrego, że część hierarchii ocknie się z błogiej drzemki, prawidłowo zdiagnozuje zagrożenie i chociaż na chwilę stanie w jednym szeregu ze swymi najwierniejszymi owieczkami. Choć, nie da się ukryć, że okres letargu w blasku pontyfikatu Jana Pawła II - letargu kontynuowanego następnie na siłę pod postacią kultu Świętego Spokoju - sprawił, że polski Kościół do rozpoczynającej się właśnie fundamentalnej, cywilizacyjnej batalii przygotowany jest dramatycznie słabo.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 27 marca 2012

Skandal! Litwa obejmie kontrolę nad 1/5 przestrzeni powietrznej Polski!


Konsekwencje polsko-litewskich negocjacji w sprawie powołania Baltic FAB.


I. FAB – co to jest, założenia

Od dwóch dni były minister transportu Jerzy Polaczek alarmuje na portalu wPolityce.pl, że w Wilnie negocjowane jest oddanie Litwie w zarząd 1/5 polskiej przestrzeni powietrznej (teksty TU i TU). I co? I nic. To nie jest news. Mediodajnie wolą się ekscytować czymkolwiek innym, tylko nie tym, czy przestrzeń powietrzna obejmująca m.in. Warszawę będzie nadzorowana przez służby polskie, czy litewskie. Na stronach Ministerstwa Transportu ostatnia wiadomość dotycząca Baltic FAB pochodzi z 15.06.2011 r. i jest tak ogólnikowa, że nie idzie się z niej czegokolwiek konkretnego dowiedzieć.

No więc ja podejmę temat. Na początek, gwoli wyjaśnienia: UE nakazała krajom członkowskich tworzenie FAB-ów (Functional Airspace Block – Funkcjonalny Blok Przestrzeni Powietrznej). Jest to racjonalne i ma na celu zoptymalizowanie żeglugi powietrznej na obszarze UE – choćby po to, by samoloty nie robiły „zygzaków” wzdłuż granic. Tych FAB-ów funkcjonuje kilka (patrz mapka pod tekstem), zaś Polska i Litwa negocjują od dłuższego czasu (od 2010 roku) utworzenie Baltic FAB, czyli Bałtyckiego Funkcjonalnego Bloku Przestrzeni Powietrznej. No i pozornie wszystko gra, albowiem jak czytamy na stronach ministerstwa:

„Głównym celem utworzenia FAB w Europie jest osiągnięcie maksymalnej pojemności i wydajności sieci zarządzania ruchem lotniczym, skrócenia długości tras lotniczych - z czym wiąże się oszczędność paliwa lotniczego oraz zmniejszenie emisji zanieczyszczeń do środowiska, przy zachowaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa i poprawy efektywności kosztowej instytucji zapewniających służby żeglugi powietrznej. Zgodnie z celami pakietu legislacyjnego Jednolitej Europejskiej Przestrzeni Powietrznej II (SES II) funkcjonalne bloki przestrzeni są głównymi elementami umożliwiającymi poprawę współpracy pomiędzy instytucjami zapewniającymi służby żeglugi powietrznej, służącej zwiększeniu efektywności działania i redukcji kosztów. Państwa członkowskie UE są zobowiązane do utworzenia FAB- ów najpóźniej do 4 grudnia 2012 roku.”

II. Uderzenie w suwerenność i bezpieczeństwo Polski

Zatem, gdzie tu afera? Wszak to czysto techniczne sprawy, dotyczące specjalistycznego odcinka gospodarki i stosunków międzynarodowych... Ano w tym, że polscy negocjatorzy pod kierunkiem wiceministra Tadeusza Jarmuziewicza mają zamiar w ramach Baltic FAB oddać Litwie zarządzanie nad 1/5 polskiej przestrzeni powietrznej (zob mapka):

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjqtYO-901xGctz3KqV7IXSZZFrzif5XLasEDls5-nd1ggOIpb5BLAegZWbLF0tDQHOyK5oEgebJlZIfaFylHVJ5eYIOjkJTYv4kX0kv8phH7q8c3Z2KclWORWgfduyjQoAhPx7XNDmjwVJ/s377/Przestrze%25C5%2584%2520powietrzna%2520oddana%2520Litwie.jpg

Trzeba tu podkreślić z całą mocą, że UE nie wymaga od krajów członkowskich zbywania na rzecz innego państwa kontroli nad swym obszarem powietrznym – to, w jaki sposób poszczególne kraje ułożą sobie kooperację w ramach FAB w dużej mierze zależy od nich samych. Dotychczas w Europie żadne państwo nie scedowało poprzez FAB na kooperanta nadzoru nad całością lub częścią swej przestrzeni. Polska jest pierwsza.

Oczywiście, w ramach dwustronnych umów dochodziło uprzednio do delegowania sąsiadowi kontroli nad jakimś wycinkowym fragmentem strefy przygranicznej (tzw. delegacja przestrzeni powietrznej - tam, gdzie granica ma np. kłopotliwe wybrzuszenie) – np. w Polsce Czechy sprawują nadzór nad częścią Kotliny Kłodzkiej, Niemcy nad okolicami Świnoujścia, Cedyni i Bogatyni, z kolei Polska obejmuje swym nadzorem fragmencik Czech – jednak oddelegowanie kompetencji do sprawowania kontroli powietrznej nad 1/5 własnego terytorium jest w warunkach pokoju czymś bez precedensu.

Jako się rzekło, pod litewskim nadzorem znajdzie się m.in. stolica Polski. Ale nie tylko. Na załączonej mapce widać, że jest to cała północno-wschodnia część kraju, w tym obszar graniczący z silnie zmilitaryzowanym Obwodem Kaliningradzkim i spora część granicy z Białorusią. Jest to również obszar lotów naszych myśliwców F-16, które obsługiwane byłyby przez kontrolerów z Litwy. Innymi słowy, mamy do czynienia z fundamentalnym zagrożeniem bezpieczeństwa państwa. Dodajmy, że na 32 litewskich pracowników kontroli obszaru powietrznego ponad połowę stanowią Rosjanie. I jeszcze aspekt ekonomiczny: litewska kontrola lotów pobiera za obsługę o 30% wyższe stawki, niż kontrola polska...

III. Pytania

Teraz nadeszła pora na kilka pytań:

1) Jakie były przyczyny delegowania stronie litewskiej kontroli nad 1/5 obszaru Polski?

2) Jak rząd Tuska wyobraża sobie w takich warunkach zapewnienie bezpieczeństwa stolicy kraju i całej północno-wschodniej Polski?

3) Jaki jest poziom zaufania do rosyjskich kontrolerów pracujących na Litwie, którzy będą zawiadywali lotami polskich samolotów wojskowych, w tym myśliwców F-16, które okresowo w ramach NATO patrolują również terytorium Litwy?

4) Jak będzie w związku z tym wyglądała nasza wiarygodność w NATO?

5) Czy polska kontrola lotów zatrudniająca 450 pracowników, w tym 150 w kontroli obszaru powietrznego nie jest w stanie udźwignąć obsługi polskiej przestrzeni powietrznej (litewska kontrola zatrudnia ok. 70 pracowników, w tym 32 kontrolerów z czego połowa to Rosjanie)?

6) Kto, prócz wiceministra Tadeusza Jarmuziewicza jest personalnie odpowiedzialny za wynegocjowanie i przyjęcie opisanych tu ustaleń?

7) Czy obszar polskiej kontroli powietrznej naprawdę musi się kończyć już za Łodzią i Radomiem?

8) Jakie są przewidziane dalsze kroki w ramach Baltic FAB? Czy rząd planuje oddanie kontroli nad kolejnymi obszarami przestrzeni powietrznej kraju gdyby do FAB zechciała dołączyć np. Białoruś i Obwód Kaliningradzki? (cyt. „Na podstawie rekomendacji Komitetu Sterującego ds. Studium Wykonalności Bałtyckiego FAB, Komitet Strategiczny zadecydował, iż jako kierunki dalszego rozwoju Bałtyckiego FAB-u analizowane będą: - Bałtycki FAB + Białoruś + Obwód Kaliningradzki (Federacja Rosyjska) (...)” źródło: http://www.transport.gov.pl/2-482b061c5dcb5-1794142.htm).

9) Jak nazwać takie uderzenie w strategiczne bezpieczeństwo Polski? No, jak?! Proszę powiedzieć panie ministrze, panie premierze... Jak zakwalifikować Wasze poczynania?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Mapka FAB-ów:

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhaytdYmuTw8aE4Rb1g0WW0ufH1eYECTzk_iwzMfWNnXOucTjm084Cjnci3LmZwclSnFCqgkWm3ntHw3JHRDseDI7maJcQpT6pkAcQ0SoqOLiv6HF2ENx6TXfl-i0d-INSid1bJCEFp336C/s500/FAB%2520-%2520Europa.jpg

 

Teksty Jerzego Polaczka:

http://wpolityce.pl/artykuly/25459-nasz-news-szczelina-poprzeczna-na-polskim-niebie-czy-litwa-bedzie-zarzadzala-15-naszej-przestrzeni-powietrznej

 

http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-jerzego-polaczka/25516-czy-rzad-tuska-cokolwiek-rozumie-ciag-dalszy-w-sprawie-czy-litwa-bedzie-zarzadzala-15-naszej-przestrzeni-powietrznej

 

Strona Baltic FAB:

http://www.balticfab.eu/

środa, 21 marca 2012

Pierekowka dusz na zlecenie


Obecna wojenka władza-Kościół jest kolejną odsłoną „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie.


I. Zarządzanie przez kryzys

W sumie można się było tego spodziewać. Po kastrowaniu pedofilów, dopalaczach, kibolach i kim tam jeszcze, Tusk wskazał palcem kolejny obiekt: Kościół Katolicki. Wpisuje się to w logikę wywoływania sztucznych wojenek odwracających uwagę od rzeczywistych problemów państwa, narastających lawinowo pod rządami Dyktatury Matołów. A że skala niekompetencji i brakoróbstwa zaczęła ostatnio przy okazji mnożących się wtop nie-rządu docierać również do lemingów oraz wyborców pogrążonych do tej pory w usypiającym błogostanie (ACTA, skandal z refundacją leków, zapaść kolei, pękające autostrady, problemy ze Stadionem Narodowym, zamykanie placówek oświatowych, podwyżki cen energii – i tak można wymieniać ad infinitum) to i obiektem „nagonki przykrywkowej” należało uczynić odpowiednio poważną instytucję. Tu kibole już nie wystarczą. Więc czemu by nie Kościół?

Przy okazji można nieco uszczypnąć Palikota monopolizującego ostatnio antyklerykalny dyskurs w obszarze polityki, a że opierający się na zawiści wobec księżowskiej bryki tzw. ludowy antyklerykalizm zawsze miał się u nas całkiem nieźle (taki Urban w latach 90-tych zbił na tym majątek), to czemu nie sięgnąć po te polityczne punkty, gdy sondaże zaczynają szwankować?

Oczywiście, wszystkie te miliony, których beneficjentem jest Kościół, to kropla w skali budżetu państwa i dałoby się je zaoszczędzić w jakikolwiek inny sposób – choćby zwalniając kilku spośród rzeszy zatrudnionych w ostatnich latach urzędników, ale przecież nie o racjonalizację państwowych wydatków tu chodzi, tylko o emocje, mające zagospodarować uwagę gawiedzi i przekierować ją na temat zastępczy. Dlaczego państwo tonie w długach, zamyka się szkoły, brakuje pieniędzy na inwestycje infrastrukturalne? Już wiadomo – winna jest pazerność „czarnych” dojących budżet państwa i w związku z tym należy „przeciąć pępowinę”. To, że gdy już „klerowi” się zabierze ten Fundusz Kościelny i inne budżetowe obrywy, to nikomu się od tego nie polepszy, a „zaoszczędzona” w ten sposób kasa pójdzie tradycyjnie na zmarnowanie, nie ma znaczenia. Jutro, pojutrze, gdy wyeksploatowane zostaną indukowane dziś antyklerykalne emocje, wymyśli się co innego.

II. Kolonizacja

Ale to tylko pierwsze dno całej awantury, bowiem nie dam głowy, czy nie chodzi tu o coś znacznie głębszego.

Otóż, w naszym kraju katolicyzm - nierozerwalnie związany z patriotyzmem i polskością - jest jedyną ramą organizacyjną zdolną zagrozić Antycywilizacji Postępu i zwrócić uwagę ludzi na to, że nie zawsze liczy się „tu i teraz”, tudzież płytko pojmowana „europejska nowoczesność”, że istnieje coś takiego jak racja stanu, interes narodowy i takie tam. A takowy renesans narodowych sentymentów w naturalny sposób idzie w poprzek polityki plemienia Brukselczyków i kręcących unijnym interesem Niemiec, dla których UE w coraz większym stopniu staje się narzędziem realizacji ich narodowych interesów, których akurat Niemcy strzegą bardzo pilnie i realizują z nieubłaganą konsekwencją, udrapowawszy je uprzednio w szaty euro-nowomowy.

Interes Niemiec widziany z tej perspektywy staje się więc automatycznie interesem europejskim, zatem oczywiste jest, że na inne narodowe interesy miejsca robi się nagle bardzo mało, ba – tak po prawdzie, to miejsca nie ma w ogóle. Albowiem Lebensraum dla wielkiego narodu niemieckiego to nie w kij dmuchał, potrzebuje szerokiego rozpostarcia, gdyż wiadomo, że tak wielki naród musi się z czegoś utrzymać i zaspokajać swe równie wielkie ambicje, to zaś wymaga gospodarczej kolonizacji Europy, co też Niemcy wytrwale czynią, między innymi za pomocą fenomenalnego narzędzia jakim jest waluta euro, słabsza niż niegdysiejsza „dojczemarka” i stąd znakomicie lewarująca niemiecki eksport na rynki Europy, przy którym kwoty odprowadzane przez „największego płatnika” do euro-budżetu to doprawdy pikuś – drobna inwestycja przynosząca nieporównanie większe zyski. Po prostu zloty interes.

No dobrze, ale żeby ten plan działał bez większych zgrzytów wpierw należy narody kolonizowane rozbroić duchowo, najlepiej wpędzając w kompleksy i sprawić, by uznały swą kulturę, cywilizację i dorobek dziejowy za gorszy, zaściankowy i mniej atrakcyjny od cywilizacji metropolii. Wtedy z pocałowaniem ręki będą przyjmowały to, co metropolia uzna za stosowne im opchnąć – tak w sferze materialnej jak i ideologicznej - zaś ich jedynym marzeniem będzie, by stać się choć w części takimi, jak kolonizatorzy. Niczym Murzyni marzący o urzędniczej lub wojskowej posadzie w kolonialnych strukturach i błysku aprobaty w oczach białych bwana.

III. Pierekowka na zlecenie

I tu wracamy do obecnej wojenki z Kościołem a szerzej – z tradycjonalistycznie nastawioną częścią autochtonów. Jak wiadomo, nasz Ober-Matoł liczy na brukselskie splendory i temu podporządkowuje całą swą aktywność na niwie krajowej i zagranicznej. Wszystko inne to pochodne tego marzenia, lub doraźna łatanina mająca dowieźć Tuska do deadline – czyli do roku 2014 i wyborów do Parlamentu Europejskiego po których obiecano mu fotel szefa Komisji Europejskiej (nie dostanie go, ale mniejsza – ważne, że Admin w to wierzy).

Któryś z braci Karnowskich wysnuł kiedyś przypuszczenie, że uporczywe futrowanie środowiska „Krytyki Politycznej” publicznymi dotacjami może być odpowiedzią na cichy sygnał z Brukseli, by przeorać świadomość polskiego społeczeństwa i urobić je w bardziej postępackim, „europejskim” duchu. Bo nie da się ukryć, iż wciąż dość silna społeczna pozycja Kościoła jest dla Oświeconej Europy pewnym zgryzem – mianowicie, stanowi niebezpieczeństwo, że przy kolejnym odbiciu wyborczego wahadła nadwiślańscy Aborygeni znowu wybiorą kogoś okropnego jak w 2005 roku i znów trzeba będzie uruchamiać Fundację Adenauera oraz polskich podwykonawców do „społecznych kampanii” mobilizujących pożądane grupy docelowe.

Wspominam o tym nie bez przyczyny, sądzę bowiem, że to co obserwujemy obecnie w relacjach władza-Kościół jest kolejną odsłoną tego samego spektaklu – „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie, co jest warunkiem równie istotnym by zasłużyć się w oczach zagranicznych patronów decydujących o brukselskich stołkach, jak sprowadzenie Polski do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, czy kolonizacja gospodarcza o której mowa była nieco wyżej. Aby ta „pierekowka” się powiodła, należy osłabić Kościół w każdy możliwy sposób.

A że zostaną cywilizacyjne gruzy? A kogo to obchodzi? Obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów jest to najzupełniej obojętne, zaś tutejsze intelektualne elity o niczym innym nie marzą.

Gadający Grzyb

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 18 marca 2012

Kosztowne euro-ambicje Tuska


Tusk zrobi wszystko, by zasłużyć na euro-nagrodę. Za te mrzonki zapłacimy wszyscy i to prędzej niż się wydaje.


I. Wielkie nadzieje

Skoro „Uważam Rze” powołuje się ostatnio na Grzyba, to i Grzyb powoła się na „Uważam Rze”;) Chodzi oczywiście o wiadomość Piotra Zaręby, jakoby Donald Tusk, z zawodu premier, miał być jedynym kandydatem Europejskiej Partii Ludowej (EPP) na Przewodniczącego Komisji Europejskiej po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku. Nastąpiło wprawdzie błyskawiczne dementi i to z dwururki – premier „nic o tym nie wie”, zaś minister ds. Twittera, Radosław Sikorski oznajmił wręcz iż rozpuszczanie takich spekulacji jest „nieuprawnione i niepatriotyczne”. Ponieważ jednak zwykłem korzystać z dobrych wzorców i wierzę tylko w zdementowane informacje, to pozwolę sobie stwierdzić, iż z tą euro-posadą dla Ober-Admina Trzeciej RP musi być jednak coś na rzeczy.

Taka perspektywa tłumaczy bowiem całokształt przyjętej linii „nie-rządu” od 2007 roku, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej, która sprowadzała się do zasady: nie narazić się wpływowym graczom w kraju i za granicą. Do niedawna jedynie plotkowano o łasce, jaka miała spłynąć na szefa miejscowej Dyktatury Matołów w postaci jakiejś fuchy w Brukseli, natomiast obecnie znamy już stanowisko i horyzont czasowy – w każdym razie wiemy, do kiedy Tusk musi dodryblować, zanim tu wszystko pierdyknie. Deadline to rok 2014 i wybory do europarlamentu po których nasz Ober-Matoł ma zostać szefem KE.

II. Polityka masowania

To wszystko oczywiście złudzenia - obietnice łakoci, podrzucane przez Merkozego ambitnemu frajerowi usadowionemu na czele wasalnego rządu. Realnie Tusk może liczyć na jakieś pomniejsze stanowisko w Brukseli – może komisarza od prostowania bananów na desce, a może wręcz złapie tylko trzeciorzędną fuchę w banku jak Marcinkiewicz, gdzie będzie zarabiał na chlebek z masełkiem dzieląc się wiedzą na temat Polski i tego ile się z niej jeszcze da wycisnąć. Rostowski już o tym pomyśli, spokojna rozczochrana.

Ten trop wyjaśniałby determinację z jaką tandem Tusk-Rostowski zadłużał Polskę w ostatnich latach (niemal dwukrotny przyrost długu publicznego od 2007 roku), a wiadomo że tzw. „rynki”, czyli międzynarodowi grandziarze finansowi, lubią takie państwa które od nich pożyczają a następnie zwracają z sowitym procentem. I tu jesteśmy niezawodni – obsługa długu Skarbu Państwa to bodaj jedyna systematycznie rosnąca pozycja w budżecie, zaś w tym roku na pokrycie bieżących zobowiązań pójdzie cały płacony przez nas PIT i jeszcze trzeba będzie trochę dołożyć z podniesionego do 23% VAT (więcej w notce „Budapeszt czy Ateny?”). A że „rynki” mają sporo do powiedzenia w Zjednoczonej Europie, to i warto robić im zawczasu dobrze.

Na podobnej zasadzie wyjaśnia się polityka masowania Niemiec, czyli europejskiego hegemona, bez którego wiedzy i zgody nic w Europie zdarzyć się nie może, przedstawiana tubylczej gawiedzi jako „płynięcie z głównym nurtem europejskiej polityki”. To nie tylko słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego, który zapewne marzy o „twitterowaniu” z fotela zajmowanego obecnie przez baronessę z awansu społecznego - Catherine Ashton. To cały szereg zaniechań poczynionych wbrew fundamentalnym interesom Polski:

- dopuszczenie do upadku stoczni (konkurencja dla Niemiec);

- bierność w sprawie bałtyckiej rury i przyblokowania portów Szczecin-Świnoujście (konkurencyjnych wobec Niemiec);

 - rezygnacja z aktywnej polityki w regionie (konkurencyjnej wobec sami-wiecie-kogo) posunięta do tego stopnia, że polskie władze bały się nawet uczestniczyć w pogrzebie Vaclava Havla;

- „reset” w stosunkach z Rosją na smoleńskich trupach (na życzenie Niemiec);

- pasywny styl europrezydencji i przyklepywanie na wyprzódki rozmaitych różności urodzonych na unijnych szczytach wraz z ostatnim paktem fiskalnym, na dodatek razem z tajemniczymi załącznikami;

- przekazanie 6 miliardów z rezerwy NBP na dofinansowanie MFW (na życzenie...itd.);

wreszcie:

- symboliczna wymiana szefa delegacji PO w Parlamencie Europejskim z Jacka Saryusza-Wolskiego, który od czasu do czasu próbował się stawiać euro-decydentom na spolegliwie entuzjastyczną Różę Marię Gräfin von Thun und Hohenstein.

III. Nie dla psa kiełbasa

No dobrze, ale czemu uważam, że mimo tych wszystkich lokajskich zasług Donald Tusk w 2014 roku obejdzie się smakiem? Ano dlatego, że gdyby faktycznie chciano go namaścić na Przewodniczącego KE, to oszczędzono by mu rozlicznych afrontów, które musiał znosić ostatnimi czasy z zaciśniętymi zębami i przymilnym uśmiechem na facjacie. Afrontów oszczędzono by choćby po to, aby nie podrywać powagi urzędu, który ma rzekomo objąć. „Podrywanie godnościowych podstaw” w imię partykularnych interesów to zabawa dla naszych piłkarzyków, na europejskich salonach robi się poważną politykę, poważnymi środkami.

Nie kazano by więc Donkowi czekać w korytarzu na wieści o tym, co przedstawią mu do podpisania dorośli, jak miało to miejsce w przypadku paktu fiskalnego, nie odstawiono by go od gremium decydującego o gospodarczej przyszłości Europy, nie zlekceważono by demonstracyjnie naszych interesów w kwestii Nord Streamu (przedstawicieli Polski nie zaproszono nawet na otwarcie gazociągu, mimo iż zyskał status inwestycji unijnej, a Polska sprawowała wtedy prezydencję), wreszcie – to ostatnio – nie olano by naszego weta w sprawie pakietu klimatycznego stwierdzeniem, że rujnujące nas ustalenia tak czy owak zostaną wdrożone. Skoro więc Polska została już koncertowo sprowadzona do parteru, do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, to jaki sens ma dopieszczanie i sztuczne podnoszenie znaczenia figuranta, który stanowisko zawdzięcza Fundacji Adenauera?

Chyba, że opisane wyżej pasmo upokorzeń to taki europejski rytuał inicjacyjny dla adeptów aspirujących do plemienia Brukselczyków. Wiecie: wśród ludów prymitywnych funkcjonują - na ogół dość przykre i bolesne - obrzędy, które każdy młodzian musi przejść, by zostać przyjętym do grona dorosłych wojowników, wykazując tym samym determinację jak bardzo mu zależy, tudzież szacunek wobec starszyzny i plemienia. Czyżby proces trybalizacji ludu brukselskiego zaszedł aż tak daleko? A może jednak jest tak, jak prognozuje Piotr Zaręba, że „Merkozy” podaruje jednak Tuskowi prominentną fuchę, traktując to jako element gry na osłabienie znaczenia Komisji Europejskiej, konkurencyjnej wobec niemiecko-francuskiego tandemu? Wiem, że to sprzeczne z tym, co napisałem nieco wyżej, ale powiedzmy, że słabo bo słabo, ale dopuszczam i taką możliwość.

IV. Kariera kosztem Polski

Swoją drogą, ciekawe kiedy Tusk dowiedział się o widokach na synekurę. Po wyborach w 2007? A może wcześniej były mgliste sygnały, natomiast konkretny przekaz otrzymał w początkach 2010, kiedy to zapałał nagłą niechęcią do „żyrandola” i z dnia na dzień zrezygnował ze startowania w wyborach prezydenckich? Czyżby poszedł komunikat: będziesz przewodniczącym KE, tylko masz bojowe zadanie – zostać na stanowisku premiera, wygrać po raz drugi wybory i dopilnować, by wszystko tutaj szło po naszej myśli? Kto mógł przekazać taką iskrówkę? Czy był to hipotetyczny „berliński łącznik” – Paweł Graś, który - być może - dodatkowo pilnuje z nadania Berlina, by Tusk się przypadkiem nie znarowił?

Po prawdzie, to z naszego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy Tusk zasiądzie na brukselskim stolcu. Nawet jeśli (choć w to nie wierzę), to jak napisał jeden z komentatorów (przepraszam, nie pamiętam kto), Polska i tak będzie miała z niego tyle pożytku, co Portugalia z Barroso. Ważne jest co innego: to mianowicie, iż Admin wierzy w te obiecanki i zrobi wszystko, by zasłużyć na euro-splendory, co oznacza dalszy dryf naszego kraju „w głównym nurcie” i degrengoladę Polski w roli „obrotowej bliskiej zagranicy”. Za te mrzonki zapłacimy wszyscy i to prędzej niż się wydaje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

http://niepoprawni.pl/blog/287/admin-donek-fiskalnie-wypaktowany

poniedziałek, 12 marca 2012

Partia Gazpromu w Polsce


Polski Urząd Regulacji Energetyki zachował się jak gazpromowska agentura wpływu. Zapłacimy za to wszyscy.


I. Skandal z rewersem wirtualnym

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do istnienia „partii Gazpromu w Polsce”, której przedstawiciele ulokowani są w najróżniejszych instytucjach – nie wyłączając administracji państwowej, to niedawno mogliśmy zaobserwować jej działanie w praktyce.

Oto, jak podała „Wyborcza”, od marca obowiązuje nowa taryfa za przesył gazu rurociągiem jamalskim, drastycznie redukująca opłacalność tzw. rewersu wirtualnego. O co chodzi z tym rewersem? Otóż, od czterech miesięcy istnieje możliwość wirtualnego transportu tańszego gazu z Niemiec - do Lwówka k. Poznania lub do Włocławka - za pomocą jamalskiej rury. Polega to na tym, że zamawia się gaz u niemieckiego dostawcy, a następnie „wymienia” się go na gaz dostarczony fizycznie z Rosji. Za operację odpowiada spółka Gaz System. Opłacalność tego „wirtualnego transportu” wynika nie tylko z niższej ceny „niemieckiego” gazu, ale również z dotychczasowej preferencyjnej stawki płaconej za wejście do rury przy rewersie wirtualnym - wynosiła ona dotąd 13,12 zł za 1000 m3 gazu. Jeśli zważymy, iż w tym roku za pomocą rewersu wirtualnego możemy sprowadzić aż 3,7 mld m3 gazu, czyli niecałą 1/3 całkowitego zapotrzebowania Polski, zaś wydobycie własne zaspokaja ponad 1/3 (ok. 5 mld m3), to okazałoby się, że za przepłacony gaz z Rosji bulilibyśmy w o wiele mniejszym wymiarze, niż wynikałoby to z „wynegocjowanej” przez Waldemara Pawlaka umowy.

Niestety, nie ma tak dobrze, albowiem ni z tego, ni z owego EuRoPol Gaz, zawiadujący polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego wprowadził nową stawkę za rewers wirtualny w wysokości 26,70 zł za 1000 m3 – ponad dwukrotnie wyższą od dotychczasowej! Formalnie w EuRoPol Gazie panuje równowaga udziałów między PGNiG a Gazpromem (po 48% udziałów, 4% ma Gas Trading), jednak to Gazprom jako dostarczyciel surowca gra tam pierwsze skrzypce, a szefem przedsiębiorstwa jest Aleksander Miedwiediew, zatem logiczne jest, iż będzie on reprezentował rosyjskie interesy, z którymi koliduje możliwość kupowania przez Polskę tańszego gazu z kierunku niemieckiego. To jedno.

II. Pod dyktando Gazpromu

Jednak prawdziwy skandal tkwi gdzie indziej. Mianowicie, według EuRoPol Gazu, dwukrotna podwyżka opłaty została wprowadzona... na pisemne wezwanie prezesa Urzędu Regulacji Energetyki! Innymi słowy, polski urząd i prezes Marek Woszczyk zachowali się jak gazpromowska agentura wpływu, redukując opłacalność rewersu wirtualnego. Import z Niemiec wciąż będzie stosunkowo korzystny, ale zwiększone koszty odbiją się w cenach gazu, za który zapłacimy wszyscy. Zyska na tym jedynie EuRoPol Gaz – czyli Gazprom i Rosja.

Dodatkowego smrodku przydaje sprawie moment podniesienia opłat, następuje on bowiem niedługo po tym, jak Polska skierowała do Trybunału Arbitrażowego w Sztokholmie pozew przeciw Gazpromowi i spółce Gazprom Eksport w którym domagamy się zmiany zasad ustalania cen i obniżenia ich o 10 procent. Warto pamiętać, iż w chwili obecnej płacimy ponad 500 dol. za 1000 m3, podczas gdy zachodni odbiorcy rosyjskiego gazu płacą średnio o 1/4 taniej, zaś Rosja dodatkowo jeszcze te ceny im obniża. Nam Rosja podobnych obniżek konsekwentnie odmawia i to by było tyle, jeśli chodzi o „korzystną formułę cenową” o której bredził wicepremier Waldemar Pawlak podczas pamiętnych gazowych negocjacji.

Efekt jest taki, że bardziej opłaca się nam odkupywać rosyjski gaz od Niemców. Nasi zachodni partnerzy sprowadzają surowiec z Rosji po tak korzystnych cenach, że nawet po doliczeniu marży ten niby-niemiecki gaz jest i tak o ok. 15% tańszy niż ten sam gaz kupowany bezpośrednio od Rosjan! Zresztą, w założeniu sprowadzanie gazu za pomocą rewersu wirtualnego miało być elementem nacisku na Gazprom, by w końcu obniżył nam stawki, tak jak uczynił to wobec zachodnich kontrahentów.

III. Dziwna niemożność

Po raz kolejny daje o sobie znać brak dywersyfikacji dostaw i oddanie de facto w rosyjskie ręce jamalskiej magistrali. I tu muszę przypomnieć o tzw. gazociągu słubickim, o którym pisałem w notce „Zapomniany gazociąg”. W skrócie: chodzi o gazociąg wybudowany w 2001 roku przez niemiecki koncern EWE, przebiegający pod Odrą w rejonie Słubic i zaopatrujący w gaz kilkadziesiąt gmin w woj. lubuskim. Niemcy do 2009 roku wybudowali ok. 1200 km gazociągów i oferowali Polsce możliwość sprzedaży do 2 mld m3 gazu rocznie. Do pełni szczęścia brakowało wybudowania 30 – 40 km rurociągu, który podłączyłby infrastrukturę niemieckiego koncernu do polskiej sieci przesyłowej. W ten sposób podpięlibyśmy się do europejskiego systemu przesyłowego z ominięciem „jamalu” i moglibyśmy dziś sprowadzać tańszy gaz z kierunku zachodniego bez zawracania sobie głowy różnymi „rewersami” i stawkami za wejście do rosyjskiej rury.

Niestety, mimo opracowania w 2004 roku studium wykonalności projektu i uzyskania pozwoleń na budowę, sprawa rozbiła się o postawę państwowego monopolisty, czyli spółki Gaz-System, zawiadującej polskimi gazociągami, która nie wyraziła zgody na podłączenie magistrali słubickiej do swojej sieci. Byłaby to oczywiście zaledwie namiastka dywersyfikacji, ale w naszej sytuacji nawet to byłoby nie do pogardzenia i dawało jakąś kartę przetargową wobec Gazpromu.

Tymczasem mamy niekorzystną umowę obowiązującą do 2022 roku, budowa gazoportu w Świnoujściu się ślimaczy, nie mówiąc już o Nord Streamie spłycającym tor podejściowy do portu, gaz łupkowy to melodia przyszłości i to niepewnej, zważywszy na antyłupkowy lobbing oraz dziwne machloje wokół koncesji, zaś Gazprom funduje stypendia dla doktorantów UW, werbując świeży narybek dla swej i tak potężnej agentury wpływu.

Partia Gazpromu w Polsce działa w ukryciu ale pełną parą. Przejawy jej aktywności można od czasu do czasu zaobserwować przy takich okazjach jak negocjacje gazowe, czy opisywana tu decyzja Urzędu Regulacji Energetyki. Jednak najlepszym dowodem na jej wszechobecność jest permanentny bezwład i niemożność naszego kraju we wszystkich inicjatywach, które mogłyby zagrozić interesom rosyjskiego giganta pełniącego funkcję czołowej broni w imperialnym arsenale Kremla.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL