niedziela, 21 stycznia 2018

BDP, czyli dywidenda obywatelska

BDP w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej przestaje być „mokrym snem lewaka”, a jego wprowadzenie już wkrótce stanie się koniecznością.

W świąteczno-noworocznej „Gazecie Finansowej” red. Jakub Woziński zamieścił interesujący felieton dotyczący tzw. Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP), który ja wolę nazywać „dywidendą obywatelską” (dlaczego właśnie tak – o tym za chwilę). Autor, przytaczając argumenty „za” (np. opinię Miltona Friedmana, kwestię „naoliwienia” systemu finansowego czy zagrożenia ze strony postępującej robotyzacji) pozycjonuje się jednak jako przeciwnik tej koncepcji. Pozwolę sobie przedstawić odmienną opinię – i to wcale nie z powodu robotów „kradnących pracę”, czy troski o „oliwienie” konsumpcji. Przyczyny mojego stanowiska są, odnoszę wrażenie, nieco głębsze.

Otóż uważam, że BDP w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej przestaje być „mokrym snem lewaka”, a jego wprowadzenie już wkrótce stanie się po prostu koniecznością. To dlatego właśnie władze Finlandii i kanadyjskich prowincji Ontario i Quebec zdecydowały się na próbne eksperymenty w tej materii. Natomiast odrzucenie BDP w szwajcarskim referendum i różne obiekcje wynikają raczej z ugruntowanych schematów myślenia, każących instynktownie wzdragać się przed rozdawaniem pieniędzy „za nic”. Proszę zwrócić uwagę, że z podobnymi głosami mieliśmy do czynienia również w przypadku programu „500+”, stanowiącego właśnie coś w rodzaju fragmentarycznego dochodu podstawowego.

Dlaczego zatem wprowadzenie BDP uważam w jakiejś perspektywie czasowej za konieczne? Wynika to wprost z obecnych realiów, w których zacięły się szeroko rozumiane mechanizmy redystrybucyjne. Powszechnym trendem jest np. malejący udział płac w PKB, rosnąca przewaga kapitału nad pracą oraz wzrost rozwarstwienia społecznego, o czym alarmują nawet takie świątynie globalizacji, jak MFW czy Bank Światowy (inna sprawa, że niewiele z tym robią). Jeżeli w Polsce średnia krajowa wynosi 4346,76 zł brutto, a dominanta ponad dwukrotnie mniej - 2074,03 zł, przy czym górny decyl zarabia na godzinę 4,7 raza więcej niż decyl dolny (ewenement na skalę Europy) – to słowo „patologia” samo ciśnie się na usta. Okazuje się, że bogactwo bynajmniej nie „skapuje w dół”, tylko wręcz odwrotnie, zaś „przypływ nie podnosi wszystkich łodzi” - unosi te największe, mniejsze zaś idą na dno.

Konsekwencją powyższego jest postępująca pauperyzacja i zanik klasy średniej. Szczególnie dobrze widać to w Ameryce – niedawno opublikowano dane z których wynika, że odsetek rodzin z długami przewyższającymi oszczędności jest najwyższy od 1962 r., zaś mediana majątku przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa domowego jest niższa niż w 1989 roku. Wzrost płac nie nadąża za kosztami życia – a warto zwrócić uwagę, że jeszcze w latach '60 na ogół jedynym dochodem były zarobki ojca rodziny, wystarczające na utrzymanie domu. Wynika to chociażby z pogarszającej się jakości współczesnych miejsc pracy – postępuje „uśmieciowienie”, a normalna umowa o pracę (niegdyś standard) dziś pomału staje się luksusem. Idąc dalej – wzrost wynagrodzeń (zwłaszcza biorąc pod uwagę inflację) nie nadąża za wzrostem produktywności, co prowokuje pytanie, kto konsumuje tę różnicę?

Tego typu wynaturzeniami rynek pracy (ten realny, widoczny choćby z perspektywy polskiej prowincji, a nie z okien wysokich gabinetów) jest wręcz przesycony. Doczekaliśmy się całej nowej warstwy społecznej – prekariatu - skazanej na wieczną niestabilność i tymczasowość. Rośnie rzesza ludzi pozbawionych różnych form społecznych ubezpieczeń (np. zdrowotnego, również tu, w Polsce), a na horyzoncie rysuje się widmo głodowych emerytur ludzi pracujących całe życie na „śmieciówkach”.

Generalnie, zoligarchizowany rynek wielkich, globalnych korporacji przestał się „samoregulować”, a stał się wampirem wysysającym siły witalne z całych społeczeństw i narodów. Zatem BDP pełniłby w tych warunkach funkcję redystrybutora tego, co wcześniej ukradziono ludziom (np. w postaci zaniżonych płac), rodzaju „dywidendy obywatelskiej” dla tych, którzy wypracowują PKB, nie partycypując dziś należycie w jego podziale. I tak właśnie na to należy moim zdaniem patrzeć - nie traktować BDP jako socjalistycznego „rozdawnictwa”, lecz właśnie jako dywidendę. Państwo jest przedsiębiorstwem w którym wszyscy pracujemy, a nawet więcej - jesteśmy jego współwłaścicielami, „akcjonariuszami”. A skoro przyczyniamy się jako pracownicy i konsumenci do wytwarzania jego dochodu (PKB), to należą się nam stosowne profity.

Na chwilę obecną jedynym racjonalnym kontrargumentem dla „dywidendy obywatelskiej” jest groźba bankructwa finansów publicznych. Jeżeli jednak uszczelnienie podatków pozwoliło sfinansować „500+”, to może i BDP nie jest wcale taką nierealną mrzonką? Zwłaszcza, gdyby wprowadzić BDP w miejsce dotychczasowych, rozproszonych świadczeń socjalnych, oszczędzając tym samym na kosztach ich obsługi? Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby poprzez skuteczne opodatkowanie zmusić niejako wielkie koncerny do bardziej sprawiedliwego podziału bogactwa. Skoro inne mechanizmy zawiodły, to trzeba właśnie tak.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Ubóstwo i nierówności – bomba zegarowa

Cena demokracji

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 03 (19-25.01.2018)

sobota, 20 stycznia 2018

Ręce precz od narodowców!

Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.

I. Nagonka na narodowców

Wszystko zaczęło się od ostatniego Marszu Niepodległości, który jak co roku przeszedł ulicami Warszawy. Jak pamiętamy, wśród ponad 60 tys. uczestników znalazło się kilka bliżej niezidentyfikowanych grupek, które przyniosły ze sobą prowokacyjne transparenty typu „Europa będzie biała, albo bezludna” czy „Wszyscy różni, wszyscy biali”. Oliwy do ognia dolał rzecznik Młodzieży Wszechpolskiej, który wdał się w idiotyczne dywagacje na temat „separatyzmu rasowego”. Przesłanie tego typu jest oczywiście sprzeczne z polską tradycją narodową - dla przedwojennych przedstawicieli obozu narodowego liczył się bowiem głównie aspekt tożsamościowy i cywilizacyjno-kulturowy: czujesz się Polakiem, częścią naszej wspólnoty, tradycji, chcesz pracować dla dobra Polski – jesteś „nasz”, a pochodzenie etniczne ma znaczenie drugorzędne. Dlatego właśnie wśród narodowców można było znaleźć zasymilowanych Niemców, Żydów, Tatarów... O jawnie fałszywej alternatywie Europy „białej” albo „bezludnej” w ogóle szkoda gadać, ciekawe jaki mędrzec/prowokator ukuł ten wiekopomny slogan.

Powyższe potwierdzili również w specjalnym oświadczeniu przedstawiciele organizacji narodowych – Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Obozu Narodowo-Radykalnego, odcinając się od ideologii rasistowskich i postaw szowinistycznych, podkreślając natomiast wagę wspomnianego czynnika tożsamościowego. Nic to nie dało – wokół Marszu rozpętano medialno-polityczną histerię, która swym zasięgiem wylała się poza granice Polski. Zbitkę o „60 tys. faszystów” na ulicach Warszawy powtarzano we wszelkich możliwych konfiguracjach, przechodząc do porządku dziennego zarówno nad stanowiskiem organizatorów, jak i nad tym, że rzecznik MW po swoim niefortunnym wystąpieniu został ekspresowo odsunięty od pełnienia funkcji.

Pół biedy, jeśli wrzask wydobywał się z gardzieli „totalnej opozycji” i lewackich mediów – tu po pierwsze, nie można się było spodziewać niczego innego, po drugie – pojawiły się wręcz elementy humorystyczne („kulson-gate”). Marsz Niepodległości od swego zarania, gdy był jeszcze niszową imprezą narodowców, wywoływał wściekłość kosmopolitycznej lewicy, która nota bene nagłośnionymi medialnie „gwizdkami Blumsztajna”, próbami blokad i zapraszaniem bandziorów z Antify walnie przyczyniła się do sukcesu inicjatywy i zmiany jej statusu z wydarzenia środowiskowego na największą demonstrację patriotyczną w Polsce. Gorzej, że odciąć się, potępić i napiętnować rzekomy „faszyzm” uznali za stosowne także prominentni przedstawiciele obozu „dobrej zmiany” - i to, jak wiele wskazuje, pod naciskiem środowisk żydowskich, o czym szerzej za chwilę.


II. Małostkowa „dobra zmiana”

Taka postawa to tchórzliwa głupota i skrajna nielojalność wobec setek tysięcy uczestników Marszu biorących w nim udział na przestrzeni ostatnich lat. Marsz Niepodległości nie jest bowiem wyłącznie imprezą narodowców. Idą w nim także m.in. zwolennicy PiS i szerzej – wszyscy ci, którzy w Święto Niepodległości chcą zamanifestować swój patriotyzm. To oni w znacznej mierze sprawili, że podczas rządów PO obóz niepodległościowy nie „wymarł jak dinozaury”, a postawy patriotyczne upowszechniły się w młodym pokoleniu Polaków. To oni dawali świadectwo – przychodząc bez względu na liczne prowokacje, często ryzykując spałowanie, areszt i procesy sądowe. To oni wreszcie, nadstawiając karku, w ostatecznym rozrachunku utorowali PiS-owi drogę do władzy. W podzięce usłyszeli, że są „faszystami”, bo PiS przestraszyło się przyklejanej mu przez media łatki „nacjonalistów”.

Ów strach przed „obciążeniem wizerunkowym” przebija również z wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, który jeszcze niedawno wysyłał do uczestników Marszu wzniosłe listy, a dziś na wyprzódki odżegnuje się od „chorobliwego nacjonalizmu” - z pełną świadomością, że rasistowskie poglądy są na Marszu (i szerzej – w Polsce) absolutnym marginesem marginesu. Nawiasem, wygląda na to, że prezydent w ten sposób skorzystał z okazji, by usprawiedliwić ex post brak zaproszenia dla przedstawicieli środowisk narodowych do honorowego komitetu upamiętniającego 100-lecie odzyskania niepodległości.

Sprawy jednak zaszły dalej, niż małostkowy koniunkturalizm jednego czy drugiego polityka. Do gry wkroczyła bowiem prokuratura, która wszczęła postępowanie dotyczące wykreślenia z rejestru stowarzyszeń Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej oraz Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, o czym poinformował sam zastępca Prokuratora Generalnego Robert Hernand. Jeżeli rzecz się oparła o taki szczebel, to raczej wykluczone, by odbyło się to bez błogosławieństwa z samej góry.

I tu warto się na chwilę zatrzymać nad pewną koincydencją. Oto wkrótce po Marszu Niepodległości (17 listopada) doszło do spotkania przedstawicieli środowisk żydowskich (w tym naczelnego rabina Polski Michaela Schudricha i przewodniczącego Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP Lesława Piszewskiego) z Jarosławem Kaczyńskim, podczas którego jednym z głównym tematów był Marsz oraz rzekomo narastający antysemityzm. Jarosław Kaczyński był ponoć „zszokowany”, a wkrótce potem prokuratura wszczęła z urzędu postępowanie...


III. Żydowski kompleks prawicy

Swoje dołożyła również wiceminister kultury dr Magdalena Gawin, zgłaszając postulat delegalizacji ONR. Znamienna jest przy tym okazja, przy jakiej doszło do tej deklaracji. Otóż stało się to podczas konferencji „Zjawisko antysemityzmu w Polsce” (5 grudnia 2017) zorganizowanej przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami i polski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC). Otwarcie środkowoeuropejskiego biura AJC w Warszawie (w obecności ambasadora USA Paula W. Jonesa) było w marcu 2017 uroczyście fetowane przez przedstawicieli polskiego rządu, zaś prezydent Duda przygotował na tę okazję wylewny list powitalny. Ze swojej strony przedstawiciele AJC zapowiedzieli „walkę z ekstremizmem” oraz ma się rozumieć „antysemityzmem”. Z kolei Centrum Badań nad Uprzedzeniami to jawnie lewacka, ideologiczna jaczejka funkcjonująca na Uniwersytecie Warszawskim, zajmująca się diagnozowaniem ludności tubylczej pod kątem „nietolerancji” i „ksenofobii”. I w takich oto uroczych okolicznościach przyrody pani wiceminister, przez nikogo nie wywoływana do tablicy, poczuła się w obowiązku oznajmić, iż ONR powinien zostać zdelegalizowany, jako że jego działalność ma być „sprzeczna z konstytucją”. Zastanawiająca gorliwość, sprawiająca wręcz wrażenie dość żałosnego „pucowania się” z domniemanego zarzutu „faszyzmu”.

Osobnym wątkiem w tej historii jest aktywność „przyjaciela Polski” - niejakiego Jonny Danielsa, który po Marszu Niepodległości złożył do prokuratury zawiadomienie o „propagowaniu nienawiści i dyskryminacji” (zasłynął też wezwaniem do wyeliminowania z życia publicznego Grzegorz Brauna). Człowiek ten, robiący od pewnego czasu furorę na prawicowych salonach władzy i okolic, dał się poznać jako szef fundacji „From the Depths” będącej głównym organizatorem bezprecedensowej wyjazdowej sesji Knesetu w Auschwitz 27 stycznia 2014 r. Obecnie zaś ów piarowiec-lobbysta i były sierżant sztabowy izraelskich sił specjalnych robi za głównego łącznika między Izraelem i środowiskami żydowskimi, a Polską. Coś niebywałego – przybywa tu, ot tak sobie, ktoś kreujący się na swoistego następcę Szewacha Weissa (Weiss jest zresztą w radzie honorowej „From the Depths”) i z miejsca otwierają się przed nim wszystkie drzwi zarówno poprzedniej, jak i obecnej władzy. Powiedzmy więc wprost: jest to najpewniej agent wpływu od którego na kilometr czuć Mossadem, jego prawdziwe cele mogą być zgoła odmienne od deklarowanych - a polskie władze odprawiają wokół niego jakieś żenujące tańce, zaś prawicowa publika robi mu klakę tylko dlatego, że nie lubi go żydowska lewica od Hartmana i B'nai B'rith. Co więcej, ten „ktoś” bez cienia żenady zabiera się za orzekanie komu wolno działać w polskiej przestrzeni publicznej – i polskie elity patriotyczne przyjmują to z pełnym zrozumieniem.

Ów specyficzny „żydowski kompleks” polskiej inteligencji – również tej prawicowej i patriotycznej – jak ognia wystrzegającej się choćby cienia podejrzeń o antysemityzm, jest zaiste fenomenem godnym osobnych rozbiorów. W każdym razie, widoczny efekt jest taki, że prawicowe elity stają się zakładnikami różnych żydowskich uroszczeń, choćby w polityce historycznej, czy – jak w omawianym przypadku - dołączają do nagonki na legalnie działających narodowców. Nie dziwi więc, że posłowie Tomasz Rzymkowski, Bartosz Jóźwiak i Robert Winnicki zgłosili do ministra Glińskiego oficjalne zapytanie, czy polski rząd nadal podejmuje za pośrednictwem swoich służb działania operacyjne przeciw organizacjom narodowym i czy faktycznie zamierza je zdelegalizować. Ja ze swej strony dodam: łapy precz! Jeśli już musicie, to zapalajcie sobie razem z Danielsem te chanukowe świeczki, róbcie sobie swoje obchody Święta Niepodległości bez następców Dmowskiego – ale od narodowców wara.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Knesset From the Depths

… i po Knesecie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

Pod-Grzybki 122

Ziemia się zatrzęsła, Macierewicz zdymisjonowany! „Zona Wolnego Słowa” w histerii! Nie dziwota, zważywszy, że Antoni Macierewicz jest ojcem chrzestnym dziecka Sakiewicza. W zemście za dymisję swojego kuma, ewidentnie przepchniętą przez prezydenta, Sakiewka zapowiedział, że już nigdy-przenigdy na Dudę nie zagłosuje. Już widzę te szpagaty w 2020 roku, gdy Kaczyński jednak wystawi Dudę w wyborach – od takiego rozkroku łatwo mogą pęknąć portki i nawet nie będzie czym ich załatać, bo zapewne wraz z Macierewiczem skończy się kasa z MON. Jeśli na dodatek Kaczyński straci cierpliwość do wodzowskich uroszczeń Sakiewicza, to wkrótce może się okazać, że wyschną również inne źródełka i szef „Zony” znów będzie musiał polegać na topniejącym gronie czytelników, świecąc przy tym golizną. I tak oto, wraz z portkami, pęknie balonik pychy samozwańczego „Michnika polskiej prawicy”.


*

Żeby była jasność – nie, żebym był zachwycony dymisją Macierewicza, bo nie jestem. Podobnie jak prezydenturą i różnymi zagrywkami Dudy. Ale, bezinteresownie cieszy mnie, że Pan Sakiewka przy okazji nieco schudnie – facet jest w wieku zawałowym, więc ostatecznie wyjdzie mu to tylko na zdrowie. Dudzie pewnie jednak za to nie podziękuje, niewdzięcznik jeden.


*

Generalnie jednak, serial pt. „Rekonstrukcja” okazał się jeszcze słabszy niż „Korona Królów” - i wątpię, czy możemy mieć po nim nadzieję choćby na „Wspaniałe Stulecie”.


*

Ale co tam rekonstrukcja – Petru ma plan! Dokładnie, „Plan Petru”, który jest Petru-planem, a nikt inny, tylko Petru ów Plan stworzył i Planem Petru jest ów Plan. Przynajmniej taki nieskomplikowany przekaz płynie z medialnych doniesień. A biznes-plan owego Planu Petru jest następujący: zmieniamy pracę i bierzemy kredyt. Pytanie tylko, czy jakikolwiek bank „umoczy” miliony w inicjatywie Petru po raz drugi, czy też Petru-planowi zostaną jedynie „chwilówki”? A swoją drogą - „Plan Petru”, „Ruch Palikota”... widać rękę tego samego kreatora. Jacy oni są przewidywalni...


*

Lewackie media czule i z sentymentem pożegnały „Bravo”. Młodszym wyjaśniam, że to taki niemiecki szmatławiec, który ukształtował sporą część młodzieży lat '90, redagowany wedle wzorów prasy gadzinowej, mającej na celu demoralizację miejscowej ludności. Lansował najgorszy muzyczny (i nie tylko) chłam, a jego ozdobą były wymyślane „listy czytelników” w których rzekomi 13-latkowie opisywali „swój pierwszy raz”. Teraz zdechł, a nam pozostaje mieć nadzieję, że jest to tzw. dobry początek.


*

W osobnym tekście piszę o sekowaniu narodowców pod dyktando m.in. środowisk żydowskich i pana Jonny Danielsa, który uznał się za powołanego do meblowania polskiej rzeczywistości. W związku z tym uważam, że kolejny Marsz Niepodległości powinien przejść pod hasłem: „Jonny Daniels – f***k off”. Jest to przekaz stosowny do okazji, czyli 100-lecia niepodległości: podmiotowy, treściwy i co najważniejsze – anglojęzyczny adresat choćby nie chciał, to zrozumie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (17-30.01.2018)

niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

Ekonomia – nauka pod specjalnym nadzorem

Wypłukiwanie pieniędzy z powietrza” zarówno w mikro-, jak i makroskali, to dosłownie „złoty interes” – a, jak wiadomo, wielkie pieniądze lubią milczenie.

Witam Państwa po świąteczno-noworocznej przerwie i zapraszam do lektury ostatniej części felietonowego mini-cyklu poświęconego pracy prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód” (wyd. Fundacja „Jesteśmy Zmianą”, 2016). Jako że od ostatniego felietonu minęło nieco czasu, przypomnę pokrótce, iż do tej pory zdążyłem omówić w jaki sposób prof. Werner udowodnił empirycznie prawdziwość bankowej teorii kreacji kredytu, oznaczającej, że bank w momencie udzielania pożyczki kreuje pieniądz „z niczego” („O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza”), sfalsyfikował zaś teorię rezerwy cząstkowej i bankową teorię pośrednictwa finansowego – oraz przedstawił konsekwencje takiego stanu rzeczy. Z kolei w tekście „Wirtualny pieniądz i realny dług” pochyliliśmy się nad zdiagnozowanymi przez prof. Wernera patologiami globalnego systemu finansowego, wraz z fikcją międzynarodowych „pożyczek” kreowanych „pod zastaw” jak najbardziej namacalnych aktywów państw-kredytobiorców – i niemal każdorazowo wpędzających owe kraje w pętlę niespłacalnych długów.

Dziś natomiast, na zakończenie, prześledzimy nie mniej interesujący wątek, dotyczący ekonomii jako nauki pozostającej pod specyficznym nadzorem. Jak to jest możliwe, że w podręcznikach i w gospodarczej praktyce w najlepsze funkcjonują aksjomaty w oczywisty sposób sprzeczne z doświadczalną rzeczywistością? (Vide – sfalsyfikowane teorie bankowe). Dlaczego, pomimo tego, że ekonomiczne realia systematycznie weryfikują negatywnie te założenia (choćby poprzez kolejne „bańki spekulacyjne” i kryzysy) – to one wciąż pozostają w najlepsze w naukowym obiegu? Otóż odpowiedź jest zarówno zaskakująca, jak i – co tu ukrywać - dość ponura. Okazuje się bowiem, że ekonomia poddawana jest czemuś w rodzaju systemowej cenzury, na straży której stoi swoisty „kartel” czerpiący z tak zaprogramowanej „wirtualnej rzeczywistości” konkretne profity.

Zacznijmy jednak od fundamentalnego błędu metodologicznego współczesnej klasycznej i neo-klasycznej ekonomii, jaki wytyka prof. Werner. Rzecz w tym, iż budowana jest ona „odgórnie” - najpierw pojawiają się niezweryfikowane aksjomaty i założenia, a dopiero do nich dostosowuje się „wyniki” badań. Jak łatwo zauważyć, jest to kompletne postawienie spraw na głowie, co skutkuje tworzeniem całych fikcyjnych „światów”, „modeli” i sprzyja tendencyjności. „Można powiedzieć, że metodologia dedukcyjna jest użyteczna do wytwarzania argumentów, które mają pozory naukowości, ale są tylko prezentacją wcześniej określonej opinii” - konkluduje Werner. Miast tego, postuluje stosowanie metodologii indukcyjnej, stawiającej na pierwszym miejscu badania empiryczne – tak jak w omawianym uprzednio eksperymencie, który pokazał proces kreowania przez banki pieniądza „ex nihilo”. Właśnie owa błędna metodologia w znacznej mierze jest współwinna temu, że ekonomia jest wyjątkowo podatna na różne fałszywe teorie i jako nauka nie tylko nie zrobiła postępu od początku XX stulecia, ale wręcz... uwsteczniła się. Stąd właśnie swojej pracy Werner nadał tytuł „Stracone stulecie w ekonomii”.

Ale fałszywa metodologia to jeszcze pół biedy – w normalnych warunkach, wskutek naturalnego rozwoju danej dziedziny wiedzy, prędzej czy później zostałaby obalona i zastąpiona prawidłową. Problem jednak w tym, że warunki nie są normalne. Werner podaje przykłady naukowców (m.in. Samuelson, Stiglitz), którzy zdają się wręcz celowo zaciemniać obraz i wprowadzać odbiorców w błąd! Dlaczego? Cóż, z jednej strony może wchodzić w grę obrona własnego dorobku i pozycji – jeśli „zainwestowało się” cały swój prestiż w fałszywe teorie (chociażby te dotyczące kreacji kredytu), to ciężko jest się wycofać.

Ale jest i inny, rzekłbym, „systemowy” aspekt – otóż, zagadnienie kreacji kredytu jest swoistym tabu. Tak się składa, że głównymi „dysponentami” tematu są ośrodki badawcze afiliowane przy bankach centralnych – i jakoś dziwnym trafem skrupulatnie unikają one publikacji dotyczących kreacji kredytu. Mamy zatem „»zarządzanie informacją« poprzez kontrolę zakresu publikowanych badań naukowych”, to zaś przekłada się na eliminowanie tzw. „szkodliwej prawdy”. Powyższe dotyczy również szwedzkiego banku centralnego sponsorującego tzw. „ekonomicznego Nobla” - a więc najbardziej prestiżową nagrodę z dziedziny ekonomii. Żaden z jej laureatów nie był zwolennikiem bankowej teorii kreacji kredytu. Ten trend zaś promieniuje na ośrodki analityczne i uniwersyteckie, które „badają” i „nauczają” - mówiąc wprost – zgodnie z modą. Zresztą, sam Werner miał nielichy kłopot z przeprowadzeniem swojego eksperymentu (odmówiły mu wszystkie duże banki) zanim zgody udzielił mu mały bank spółdzielczy z Bawarii.

Intencja utrzymywania tej naukowej fikcji jest oczywista – „wypłukiwanie pieniędzy z powietrza” zarówno w mikro-, jak i makroskali, to dosłownie „złoty interes”, co przedstawiłem Państwu w dwóch poprzednich felietonach – a, jak wiadomo, wielkie pieniądze lubią milczenie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług

Uczłowieczenie ekonomii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (12-18.01.2018)

niedziela, 7 stycznia 2018

Unijni mordercy zza biurek

Dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji.

I. Polska kontra Soros

Mam odwagę zadać pytanie elitom politycznym w Europie: dokąd zmierzacie, dokąd zmierzasz, Europo? Podnieś się z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! - to przesłanie premier Beaty Szydło wygłoszone w polskim (wreszcie polskim, chciałoby się dodać) Sejmie, odbiło się szerokim echem w świecie, budząc zrozumiały odzew w zmaltretowanych kryzysem migracyjnym i falą terroryzmu społeczeństwach Zachodu. Na podobnej zasadzie w internecie furorę zrobiły zdjęcia z warszawskiego metra – widać na nich czysty wagon w którym ludzie spokojnie sobie siedzą, przeglądają smartfony, czytają książki itd. Zachodni internauci z miejsca zaczęli porównywać tę sytuację z obrazkami z rodzimych krajów. Komentarze w rodzaju: „Tylko tam siedzą. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Jakie to dziwne. Na pewno to na tej planecie?” czy „Dlaczego nie ma kału ani moczu czy czarnych palących skręty?”, mówią same za siebie.

Odwrotnie było z europejskimi decydentami, dla których takie postawienie sprawy jest czystą herezją. Im przyświeca raczej program George'a Sorosa - UE powinna przyjmować ok. miliona „uchodźców” rocznie, przymusowo relokować ich zgodnie z unijnymi wytycznymi, przeznaczać na każdego migranta 15 tys. euro przez dwa lata, zaś całość sfinansować za pomocą długu, emitując co roku obligacje o wartości 20 mld. euro. Nic więc dziwnego, że przeciw krajom opierającym się wspomnianym założeniom, takim jak Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej, wytoczono najcięższe działa. Soros oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiązał powyższego z interesami, jako że przy innej okazji wizytując Parlament Europejski stwierdził, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych – czyli przestrzeni w której Soros zarabia swoje miliardy. Zatem grandziarz, inkasując „zysk bez ryzyka” od euroobligacji, zyskiwałby jednocześnie kolejne fundusze na dalsze finansowanie swej opętańczej utopii. Istne perpetuum mobile zbrodni.


II. Norymberga dla eurokratów

Tak właśnie, nie przesłyszeli się Państwo – zbrodni, bowiem dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji. Procederem tym zaś zawiadują unijni mordercy zza biurek - to oni odpowiedzialni są za „opłakiwanie swoich dzieci” przez Europę. Na szczęście, pomału, z oporami, ale jednak zachodnie społeczeństwa się budzą, o czym świadczy rosnąca popularność wyklinanych „populistów”. I to właśnie te społeczeństwa, po wybudzeniu z lewackiej śpiączki powinny pociągnąć do odpowiedzialności winnych obecnego stanu rzeczy. Eurokratów musi spotkać Norymberga – i to dokładnie z tych samych powodów, dla których zostali skazani ich historyczni odpowiednicy, realizujący projekt „zjednoczonej Europy” pod przywództwem III Rzeszy.

Ideowym patronem obecnych europejskich elit nie jest wprawdzie Adolf Hitler (a przynajmniej nie oficjalnie), lecz włoski komunista Altiero Spinelli, którego imieniem nazwano budynek Parlamentu Europejskiego w Brukseli – ale cel jest ten sam. Spinelli w „Manifeście z Ventotene” zarysował wizję zniszczenia państw narodowych i mającej zająć ich miejsce europejskiej, socjalistycznej federacji – na rzecz której zresztą działał później w Komisji Europejskiej i jako deputowany do Parlamentu Europejskiego. W sierpniu 2016 r. na jego grobie na wyspie Ventotene kwiaty złożyli niemiecka kanclerz Angela Merkel, francuski prezydent Francois Hollande oraz premier Włoch Matteo Renzi, zaś Merkel przy tej okazji powiedziała: „To wyraźnie pokazuje, że wiemy, skąd wzięła się Unia Europejska”. Skromnie tylko nie dodała, że do planu Spinellego wprowadziła drobną modyfikację – ma to być federalna Unia pod niemiecką hegemonią.

Owi pogrobowcy włoskiego lewaka w imię realizacji tego „Nowego Wspaniałego Świata” (że nawiążę do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya) nie cofną się przed żadnym łajdactwem i zbrodnią. Otwarcie Europy na oścież jawi się w tym kontekście jako element szerszego, przeprowadzanego z pełną premedytacją planu: najpierw wywołujemy potężny kryzys, by następnie przerażonym społeczeństwom przedstawić „rozwiązanie” pod postacią „ucieczki do przodu” - więcej integracji, więcej władzy dla centralnych eurostruktur, a mniej suwerenności, mniej samostanowienia poszczególnych państw i narodów. A że po drodze zginą ludzie? Cóż, to są nieuniknione koszta postępu – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.


III. Oskarżam!

Zatem trzeba powiedzieć „oskarżam!”.

Oskarżam George'a Sorosa o celową działalność na szkodę Europy, mającą zniszczyć państwa narodowe. Robił to zarówno poprzez propagandową i „społeczną” aktywność podległych mu organizacji, jak i wpływając na polityków (w tym 226 eurodeputowanych), a także współfinansując falę muzułmańskiej migracji do Europy. Ostatnim przejawem powyższego była aktywność tzw. „organizacji humanitarnych”, które współpracując ściśle z przemytniczymi mafiami, ustanowiły wręcz „przeprawę promową” z libijskiego wybrzeża na Sycylię. Skutkiem bezpośrednim powyższego był kryzys humanitarny i w konsekwencji liczne ofiary śmiertelne wśród migrantów, a pośrednim – fala terroryzmu.

Oskarżam kanclerz Niemiec Angelę Merkel o świadome łamanie zarówno międzynarodowych traktatów, jak i prawa krajowego poprzez samowolne i bezprawne otwarcie granic, czego efektem był niekontrolowany napływ ponad miliona nielegalnych i w większości wrogich Europie muzułmańskich imigrantów. Oskarżam niemieckie władze o zaniechania i bezczynność, bierność w obliczu zagrożenia, skutkujące licznymi zamachami terrorystycznymi oraz skokowym wzrostem przestępczości - gwałty, napady, pobicia, kradzieże - tak w Niemczech, jak i w innych krajach. W szczególności kanclerz Merkel winna jest zamachowi na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie (19.12.2016) przeprowadzonemu przez islamistę Anisa Amriego w wyniku którego śmierć poniosło 12 osób (w tym Polak), a dalsze 56 zostało rannych; jest winna gwałtom i napaściom na kobiety podczas sylwestra w Kolonii 2015 r., a także szeregowi pozostałych zamachów i innych przestępstw popełnionych przez migrantów. Jako inicjatorka polityki „otwartych drzwi” jest współwinna aktów terroryzmu w wielu krajach Europy. Zarzut współwiny tyczy się również pozostałych oskarżonych.

Oskarżam prezydenta Francji Francois Hollanda, premiera Włoch Matteo Renziego, a także władze innych krajów, takich jak Belgia, Szwecja, Hiszpania, Wlk. Brytania – o zbrodniczą bezmyślność i bezczynność, co w języku prawa karnego przekłada się na działanie w tzw. „zamiarze ewentualnym”, której efektem były m.in. zamachy w Paryżu (13.11.2015 – 130 zabitych, ponad 300 rannych), Nicei (14.07.2016 - 87 ofiar śmiertelnych i ponad 200 rannych), Brukseli (22.03.2016 – 32 zabitych, 316 rannych), Manchesterze (22.05.2017 – 23 ofiary śmiertelne, 119 rannych), Londynie (03.06.2017 – 8 zabitych, 48 rannych), Barcelonie (18.08.2017 – 13 zabitych, ponad 100 rannych) – a także wiele innych aktów przemocy w Europie, takich jak pobicie i bestialski gwałt w Rimini na parze polskich turystów. Dodatkową konsekwencją działań i zaniechań oskarżonych był wzrost przemocy w przestrzeni publicznej oraz rozprzestrzenienie się radykalnego islamizmu na naszym kontynencie.

Oskarżam wreszcie europolityków, w szczególności zaś Martina Schulza, Jean-Claude Junckera, Fransa Timmermansa, Guya Verhofstadta – o poplecznictwo i aktywne propagowanie polityki migracyjnej skutkującej ww. zbrodniami, a także o niedopuszczalne naciski na państwa opierające się skonstruowanemu pod ich egidą tzw. „mechanizmowi relokacji”.

Podsumowując - wszyscy wymienieni, a także ich współpracownicy i zausznicy (w tym medialni propagandyści), działając z pobudek ideologicznych dopuścili się zbrodni przeciw ludzkości – i jako tacy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, bądź innym, powołanym w celu ich osądzenia specjalnym sądem międzynarodowym.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (05-11.01.2018)

piątek, 5 stycznia 2018

Czas sukcesów

Często słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni.


Naturalną rolą publicysty jest m.in. specyficzna forma społecznego „whistle-blowingu” - czyli ostrzeganie opinii publicznej przed różnymi niepokojącymi zjawiskami oraz komentowanie tychże. Siłą rzeczy, w konsekwencji obraz świata wyłaniający się z takich publikacji jest mocno przyczerniony, a odbiorca może odnieść wrażenie, że żyje w mrocznych i wrogich mu realiach. Ma to swoją dobrą stronę, bo uwrażliwia na zagrożenia, lecz po przekroczeniu pewnej masy krytycznej łatwo popaść w paranoję, niczym ci nieszczęśnicy wykrzykujący ze śmiertelną powagą, że mamy w Polsce jednocześnie stalinizm, faszyzm i Koreę Północną. Dlatego też warto co jakiś czas wskazać na pozytywy i sądzę, że Nowy Rok jest dobrą okazją na taką optymistyczną odtrutkę, tym bardziej, że ma ona mocne oparcie w rzeczywistości. Polska bowiem, mimo wewnętrznych swarów, indukowanej z premedytacją społecznej histerii oraz zewnętrznych paroksyzmów i szaleństw, jawi się jako kraj dość szczególny, w którym sytuacja generalnie idzie ku lepszemu.


I. Stabilizacja

Po pierwsze, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mamy na tle innych krajów stabilną sytuację wewnętrzną – i to pomimo ostatnich przetasowań w obozie władzy. Protesty „totalnej opozycji” i uliczne hece to głównie domena tzw. rzeczywistości medialnej. Można wręcz wysnuć tezę, że im bardziej histeryczne hasła wznoszą ci, którzy w rozhuśtywaniu nastrojów upatrują szansy na powrót do wpływów i władzy, tym mniejszym cieszą się poparciem. Wychodzi tu zdroworozsądkowe podejście Polaków, wbrew pozorom generalnie niezbyt skłonnych do angażowania się w polityczne awantury – dopóki ktoś ich naprawdę nie zdenerwuje... Ten zdrowy chłopski rozum dyktuje naszym rodakom, że zwyczajnie nie ma sensu urządzać przewrotów – zwłaszcza jeśli miałyby prowadzić do rządów Petru ze Schetyną.

Wygląda to jeszcze bardziej dobitnie, gdy skonfrontujemy ten obraz z zagranicą. We Francji do początku listopada 2017 obowiązywał sześciokrotnie przedłużany stan wyjątkowy, obecnie zastąpiony „ustawą antyterrorystyczną”, w praktyce wprowadzającą państwo policyjne na stałe. Poparcie dla dopiero co wybranego Macrona leci na łeb na szyję, co ten usiłuje sobie zrekompensować nadaktywnością na arenie europejskiej i jałowym pokrzykiwaniem na Polskę. W Hiszpanii z kolei mamy niekończącą się awanturę wokół niepodległości Katalonii okraszoną pałowaniem na ulicach i rozpaczliwymi próbami utrzymania integralności terytorialnej przez rząd w Madrycie – a że ostatnio wybory znów wygrali separatyści, to serial będzie trwał dalej. Włochy wciąż nie mogą wygrzebać się z kryzysu finansowego, ich system bankowy balansuje na krawędzi bankructwa, zaś rozmaite ruchy radykalne rosną w siłę i zapewne najbliższe wybory będą tam prawdziwym trzęsieniem ziemi. Z kolei w Niemczech od ostatnich wyborów trwa kryzys polityczny i wciąż rządzi odziedziczony po poprzedniej kadencji „rząd tymczasowy”, zaś kolejne rozmowy koalicyjne idą jak po grudzie, bądź też kończą się fiaskiem („koalicja jamajska”).

Na powyższe nakłada się wciąż nierozwiązany kryzys migracyjny. Ciarki przechodzą po plecach, gdy się pomyśli, jak niewiele brakowało, byśmy zostali „ubogaceni” na podobieństwo Europy Zachodniej, która najwyraźniej postanowiła popełnić zbiorowe samobójstwo. Wszystkie wewnętrzne problemy jakie mamy bledną przy permanentnym zagrożeniu terrorystycznym i muzułmańskiej fali przekładającej się na ciągłe społeczne napięcia w poddawanych islamizacji krajach „starej Europy”. Ostatni przykład to chociażby policyjny stan podwyższonej gotowości w Niemczech przy okazji Bożego Narodzenia połączony np. z wyrywkowym rewidowaniem wiernych udających się na Pasterkę. Z innej beczki – jeżeli porównamy nasze „ciamajdany” ze zdemolowaniem przez lewactwo Hamburga przy okazji szczytu G-20, to możemy tylko podziękować za tak groteskową opozycję. Opatrzność czuwa.


II. „500+” i gospodarka

Wróćmy na krajowe podwórko. Niewątpliwym, wielowymiarowym sukcesem było wprowadzenie programu „Rodzina 500+” - i im dłużej on funkcjonuje, tym bardziej widać pozytywne efekty. Ubiegłe lata to spektakularny sukces w walce z biedą. Jak podaje październikowy raport EAPN Polska, poziom skrajnego ubóstwa w latach 2014-2016 spadł z 7,4 do 4,9 proc., natomiast pogłębiona deprywacja materialna (czyli sytuacja, gdy rodziny nie stać na co najmniej 4 z 9 podstawowych wydatków, takich jak opłaty, czy odpowiednie jedzenie) - z 10,4 do 6,7 proc. Skrajne ubóstwo wśród dzieci spadło z 11,9 do 5,8 proc. - a więc aż o 51 proc., z czego w latach 2015-2016 był to spadek o 36 proc. - ewidentny efekt „500+”. Z powyższym korespondują dane Eurostatu, wg których jesteśmy europejskim liderem walki z biedą – zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem społecznym spada u nas najszybciej spośród wszystkich państw Unii Europejskiej.

„500+” przełożyło się także na wzrost liczby urodzeń. Wg GUS od stycznia do października 2017 urodziło się 341,1 tys. dzieci (czyli o 21,5 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.) i wszystko wskazuje na to, że rok 2017 zakończył się rekordową liczbą ponad 400 tys. urodzeń. Tendencji tej sprzyja również wciąż poprawiająca się sytuacja na rynku pracy – ostatnie dane GUS (z października) informują o najniższej po 1990 r. stopie bezrobocia – 6,8 proc. Dane Eurostatu (wg nieco innej metodologii) są jeszcze bardziej optymistyczne i mówią o stopie bezrobocia na poziomie 4,6 proc., co sytuuje nas na 6 miejscu w UE – między Wlk. Brytanią a Holandią. O pomyślnej sytuacji ekonomicznej Polski świadczy również wzrost PKB na poziomie ponad 4 proc. (wyższy od zakładanego w ustawie budżetowej - 3,6 proc.), w czym niemały udział ma konsumpcja wewnętrzna – Polacy mają więcej pieniędzy i więcej kupują, częściej też korzystają z niedostępnych im wcześniej „luksusów” takich jak wyjazdy na rodzinne urlopy. Nic więc dziwnego, że w 2017 r. badania ufności konsumenckiej (wskaźnik pokazujący jak Polacy oceniają swoje perspektywy finansowe) zanotowały historyczny wynik – po raz pierwszy od czasu transformacji optymiści zaczęli przeważać nad pesymistami.

Wbrew czarnowidzom otwarcie życzącym Polsce bankructwa, do jakiego miało rzekomo doprowadzić „500+”, sytuacja budżetowa jest zdrowsza niż kiedykolwiek wcześniej. Dość powiedzieć, że przez szereg miesięcy, aż do listopada, notowaliśmy nadwyżkę budżetową – ewenement w najnowszej historii. „Pod kreską” znaleźliśmy się dopiero pod koniec roku, lecz i tak deficyt będzie znacząco niższy od pierwotnie zakładanego (najprawdopodobniej poniżej 40 mld. wobec prognozowanych 59 mld. zł.), co również jest zjawiskiem dotąd niespotykanym. Wiąże się to oczywiście m.in. ze znaczącą poprawą ściągalności podatków, w tym ukróceniem karuzel VAT-owskich, przekrętów na akcyzie, przemytu i temu podobnych zjawisk, z którymi przez osiem lat nie mogła sobie poradzić poprzednia ekipa (otwarte pozostaje pytanie, czy jedynie przez własną nieudolność). Mamy wzrost ściągalności VAT o ok. 20 proc., CIT o prawie 13 proc., PIT o ponad 8 proc. itd. Można? Można. Dla mnie osobiście symbolem „dobrej zmiany” jest sytuacja LOT-u. Jeszcze pod koniec rządów PO firma była na skraju bankructwa, a do kupna ustawiała się w kolejce Lufthansa. Dziś LOT jest na plusie, a o sprzedaży nikt już nawet nie wspomina. Wystarczy nie kraść...

Rozwodzę się tutaj nad różnymi aspektami gospodarczymi, ale trudno przejść obok nich obojętnie, mając w świeżej pamięci rozpaczliwe finansowe kuglarstwo „sztukmistrza z Londynu” Jacka Rostowskiego i wpisywanie do budżetu nieprzytomnych milionów dochodu z fotoradarów. Właśnie gospodarka w połączeniu z polepszającą się sytuacją materialną polskich rodzin są dla mnie najlepszym świadectwem polskiego sukcesu.


III. Ostoja normalności

Ze spraw lżejszego kalibru, lecz ważnych dla narodowego samopoczucia, warto wymienić dwie najpopularniejsze dyscypliny sportowe (odpowiednio letnią i zimową) – piłkę nożną i skoki narciarskie. Reprezentacja Adama Nawałki sprawia, że polska piłka notuje najlepsze wyniki od czasów Górskiego, Gmocha i Piechniczka, zaś dowodzona przez Stefana Horngachera kadra skoczków pokazuje zespołową siłę zrywając ze starym schematem „lider, a potem długo nic”.

No i wreszcie kwestie cywilizacyjne. Na tle pogrążającej się w degrengoladzie Europy, Polska wciąż jawi się jako ostoja tradycji, rodziny i patriotyzmu, skutecznie dając odpór ofensywie lewackiej inżynierii społecznej. Małżeństwo nadal pozostaje małżeństwem, a nie „związkiem partnerskim”, patriotyzm ani myśli ustąpić multikulturowemu „tolerancjonizmowi”, a Boże Narodzenie nadal jest dniem narodzenia Pańskiego, nie zaś „zimowymi wakacjami”. Nie zapominamy skąd nasz ród i nie dajemy się nabierać na postępowe plewy. Często w związku z tym słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem, który nie chce się „zmodernizować” pod dyktando lewackiej międzynarodówki. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni. I tak trzymać. Szczęśliwego Nowego Roku!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 01 (03-16.01.2018)

Pod-Grzybki 121

Dziś „Pod-Grzybki” będą utrzymane w klimatach okołoświątecznych. Prezydent Duda, zgodnie z idiotycznym zwyczajem (wprowadzonym niestety przez śp. Lecha Kaczyńskiego) zapalił w Pałacu Prezydenckim chanukowe świeczki. Jak rozumiem, w izraelskim Knesecie w ramach wzajemności postawili choinkę i śpiewali kolędy?


*

Paulina Młynarska podzieliła się z narodem refleksją, że Boże Narodzenie to m.in. światełka żrące prąd, dręczenie karpi i siebie nawzajem oraz zarzynanie zwierząt, żeby napchać brzuchy. Napisawszy powyższe, zaczęła emitować z siebie zgniłozieloną poświatę, a następnie uniosła się w powietrze i odleciała na orbitę Saturna.


*

Natomiast Waldemar Kuczyński, znany również jako „Panoramiks”, złożył na Twitterze życzenia świąteczne i noworoczne wszystkim za wyjątkiem „pisowców” takich jak „lump Terlecki”. Nieco niżej zaś wyraził opinię, że Kiszczak był dobrym człowiekiem, a Urban (w oryginale - „pan Jerzy”) „podoba się Bogu”, gdyż „nie jest palantem, jak wiele jego sług”. Po czym zaskwierczał, uniósł się na obłoku płonącej siarki i dołączył do Pauliny Młynarskiej.


*

Społeczeństwo odetchnęło z ulgą. Kijowski dostał swoje 32 tys. w ramach „stypendium wolności” i dzięki temu mógł przeżyć święta „bez stresu”. To bardzo dobrze, bo stres źle wpływa na trawienie. Teraz będzie nowa akcja – zbiórka sylwestrowa na smoking, żeby „Kiju” mógł równie bezstresowo pojawić się na balu. A po Nowym Roku jeszcze jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy... potem prezenty od wielkanocnego króliczka... imieniny... urodziny... i jakoś ten rok zleci.


*

Nieco wcześniej, bo już 17 grudnia, „Kiju” pojawił się na KOD-owskiej „wigilijce” pod Sejmem. Pewnie stypendium jeszcze nie doszło i przyszedł się najeść. Obserwując tę żenadę trzeba stwierdzić, że słynna „chytra baba z Radomia” przy Kijowskim jawi się jako wzór umiaru i wstrzemięźliwości. Ale nie bądźmy małostkowi, Święta to w końcu czas dzielenia się z tymi, którzy mają gorzej niż inni, więc w tym miejscu nadmienię nieśmiało, że mnie również przydałoby się trochę kasy – w związku z tym, jeśli ktoś ma kilka tysięcy na luzie to proszę o kontakt.


*

Tak nawiasem, komu jak komu, ale panu Mateuszowi nie powinniśmy niczego żałować. Jak wyczytałem, imię to pochodzi od hebrajskiego „Mattanjah”, co się tłumaczy jako „dar od Boga”. I pomyślcie sami: jak moglibyśmy dopuścić do tego, by ktoś taki musiał pracować?


*

Jacek Żakowski wnerwił się na polityków „totalnej opozycji”, bo ci nie stawili się 24 grudnia pod Pałacem Prezydenckim na wiec udający Wigilię. „Co, do jasnej cholery, robiliście w Wigilię o 15:30? Mieszaliście kapustę?” - zapytał surowo, niczym pryncypialny czekista o dobrych, trochę zmęczonych oczach. I zagroził: „Rozleniwiliście się, bo sądzicie, że i tak musimy na was głosować, jeśli nie chcemy PiS-u? A jak się okaże, że jednak nie musimy?”. O tak, tak, towarzyszu Żakowski, przekażcie kolegom, że wy nic nie musicie – a głosować to już w szczególności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 01 (03-16.01.2018)