Chrześcijańscy
syjoniści tworzą najpoważniejsze lobby w Stanach i liczyć się z nimi
musi każdy – z prezydentem włącznie.
I. Największy sojusznik Izraela
Omawiając kwestie sporne na linii Polska-Izrael oraz szerzej
Polska-żydowska diaspora, nie sposób abstrahować od jednoznacznie
proizraelskiej polityki Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście wiele
mówi się o wpływach żydowskiego lobby w USA – i faktycznie,
stosunkowo niewielka mniejszość (ok. 4 mln wyborców – czyli 2
proc. elektoratu) poprzez usytuowanie swych przedstawicieli w
kluczowych obszarach, takich jak administracja, finansjera, media,
czy przemysł rozrywkowy, ale też chociażby w biurach kongresmanów,
odgrywa rolę nieproporcjonalnie dużą w stosunku do liczebności
żydowskiej populacji.
Sami
Żydzi jednak nie byliby w stanie aż tak mocno oddziaływać na kierunki
amerykańskiej polityki, gdyby nie mieli potężnego sprzymierzeńca,
którego istnienie – w USA oczywiste – jest niemal
kompletnie pomijane przez obserwatorów zagranicznych, w tym polskich.
Tym sojusznikiem jest
wielki ruch „chrześcijańskich syjonistów”, którego
ideowo-religijnym założeniem jest wspieranie Żydów i państwa
izraelskiego we wszelkich jego poczynaniach.
Wspominałem już o nim na tych łamach (artykuł „Polscy
judeochrześcijanie”
- „Polska Niepodległa” nr 22 (92) 10-16.06.2015),
ale sądzę, że w obliczu obecnego napięcia wokół sporu o holokaust i
forsowania w amerykańskim kongresie żydowskich roszczeń majątkowych
(słynna ustawa 447/1226) warto wrócić do tematu i przedstawić go
nieco bardziej obszernie – bo bez tego nie sposób zrozumieć
poczynań Waszyngtonu, również w odniesieniu do naszego kraju.
II.
Starotestamentowi protestanci
Na
początek nieco historii. Termin „chrześcijański syjonizm”
powstał pod koniec XIX w. - w ten sposób ojciec-założyciel
współczesnego syjonizmu Theodor Herzl określał chrześcijan
sprzyjających ruchowi syjonistycznemu. Sama idea sięga jednak co
najmniej XVII stulecia – przykładowo, w 1649 r. purytańska
rodzina Cartwrightów skierowała do brytyjskiej Rady Wojennej petycję
w której domagała się, by Wlk. Brytania użyła swej floty do
przetransportowania europejskich Żydów do Palestyny, powołując się na
„bożą misję” przywrócenia Żydom Ziemi Świętej. Z pomysłu
nic nie wyszło, zresztą Żydzi mieli wtedy swój „Paradisus
Judaeorum” w Rzeczypospolitej Obojga Narodów i nigdzie się nie
wybierali, jednak doktryna zwana na różnych etapach „hebraizmem”,
później (XIX w.) „restauracjonizmem”, wreszcie -
„chrześcijańskim syjonizmem” trwała, osiągając prawdziwy
triumf w zasiedlanych przez ortodoksyjnych protestantów amerykańskich
koloniach, następnie zaś, po wywalczeniu niepodległości, w Stanach
Zjednoczonych.
Wywodzi
się ona z ewangelikalnego protestantyzmu, zaś jej usystematyzowanie
dokonało się wraz z narodzinami teologii dyspensacjonalizmu (od lat
30. XIX w.) – zakładającej m.in. literalne odczytywanie Pisma
Świętego i prezentującej „biblijną” wizję historii oraz
czasów przyszłych. W interesującym nas aspekcie, historia
ludzkości sprowadzona zostaje do wypełniania się proroctw – aż
do powtórnego nadejścia Chrystusa i jego tysiącletniego panowania na
Ziemi, poprzedzonego ostatecznym, apokaliptycznym starciem z
Antychrystem. Jednym z kluczowych elementów dyspensacjonalizmu
jest również starotestamentowa koncepcja przymierza Izraela (ludu
bożego) z Bogiem – co warto odnotować, z pominięciem Kościoła,
liczy się bowiem zbiorowy akt dobrowolnie zrzeszonych ludzi
zawierających „sojusz” ze Stwórcą.
III.
„Błogosławienie Izraelowi”
Owo
dowartościowanie Starego Testamentu (czasem można odnieść wrażenie,
że wręcz przedkładanego nad Nowy) niesie ze sobą szereg implikacji –
i tu dochodzimy do sedna. Otóż niezbędnym warunkiem ponownego
przyjścia Jezusa jest powtórne zgromadzenie się „ludu Izraela”
w Palestynie - a co za tym idzie, obowiązkiem chrześcijan jest
dopomagać w spełnieniu się proroctwa. Fundamentem podejścia
chrześcijańskiego syjonizmu do Żydów jest ustęp z Księgi Rodzaju w
którym Pan obiecuje Abrahamowi: „Będę błogosławił tym,
którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli,
i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo
ludy całej ziemi” (Rdz.
12,3). W optyce chrześcijańskich syjonistów zatem Żydzi pozostają
narodem wybranym, będącym w szczególnej więzi z Bogiem (co bardziej
radykalni uznają, że Bóg ma przewidzianą dla Żydów osobną ścieżkę
zbawienia, więc nie muszą się nawracać na chrześcijaństwo), zaś drogą
do zaskarbienia sobie Bożych łask jest „błogosławienie
Izraelowi”.
Trzeba
tu zaznaczyć – nie mówimy o jakiejś nielicznej sekcie
fundamentalistów, wszystko opisane powyżej jest integralną częścią
amerykańskiej kulturowej tożsamości. Przykładowo, cytowana w
eseju Philipa
Earla Steele „Jutro będzie koniec świata, czyli religia w
Ameryce” (miesięcznik „Znak” nr 686-687)
amerykańska polityk Michele Bachmann
wyznała w 2011 r. na spotkaniu Republikańskiej Koalicji Żydowskiej:
„Jestem przeświadczona w swoim sercu oraz w swoim umyśle, że
jeśli Stany Zjednoczone nie staną przy Izraelu, będzie to koniec
Stanów Zjednoczonych (…) Musimy pokazać, że jesteśmy
nierozłącznie ze sobą związani i że jako naród jesteśmy błogosławieni
z powodu naszych stosunków z Izraelem, i że jeśli odwrócimy się od
Izraela, to klątwa da o sobie znać. Mój mąż i ja jesteśmy
chrześcijanami, i oboje mocno wierzymy w werset z Księgi Rodzaju,
mocno wierzymy, że narody będą błogosławione, o ile błogosławią
Izrael. Jest to mocna i piękna zasada”. Tak wygląda
amerykański polityczny mainstream. Historycznym odpowiednikiem pani
Bachmann może być anglikański duchowny i współpracownik Theodora
Herzla, wielebny William Hechler, który wyliczył ponowne przyjście
Jezusa na lata 1897-1898 i w związku z tym jego „najwyższą
życiową ambicją było zostać biskupem Jerozolimy i osobiście przywitać
Zbawiciela przy bramie miasta”.
Tu
dotykamy kolejnego istotnego wątku, ustawiającego perspektywę
ewangelikalnych chrześcijańskich syjonistów – mianowicie
przytłaczająca większość spośród nich wierzy, że żyjemy w biblijnych
„dniach ostatnich”, a koniec dziejów to kwestia
jednego-dwóch pokoleń.
Widomym znakiem tego jest dla nich powstanie izraelskiej państwowości
w 1948 r., zaś argumentem rozstrzygającym stała się wojna
sześciodniowa z 1967 r. - oto na ich oczach wydarzyła się historia
jak z kart Starego Testamentu: Izraelici, niczym w starożytnych
czasach, gromią swych wrogów! Nie trzeba było lepszego dowodu na
bezpośrednią ingerencję Boga w historię. Z tego punktu widzenia,
historia współczesnej izraelskiej państwowości jest czymś na kształt
dopisywania kolejnych kart Biblii. Tym bardziej więc należy
„błogosławić Izraelowi”, by zyskać dla siebie łaski –
a kres czasów jest tuż-tuż...
IV.
Najpotężniejsze lobby
Podkreślam
– to co dla nas brzmi niczym obłęd, przez rzesze Amerykanów
traktowane jest ze śmiertelną powagą i całą dosłownością.
I dopiero na tym tle możemy właściwie zrozumieć politykę zagraniczną
USA, mentalność jaka za nią stoi, a także oszacować należycie
żydowskie wpływy. Otóż
liczebność „chrześcijańskich syjonistów” ocenia się na 50
do 70 mln. Są to ludzie silnie zdeterminowani, zaangażowani i
znakomicie zorganizowani. Tworzą w sumie najpoważniejsze lobby w
Stanach, wywierając nieustanny nacisk na polityków i liczyć się z
nimi musi każdy – z prezydentem włącznie.
Jeśli zachodzimy w głowę, dlaczego Donald Trump przenosi amerykańską
ambasadę do Jerozolimy, to właśnie mamy odpowiedź – jest to
ukłon w stronę chrześcijańskich syjonistów i spełnienie jednego z ich
postulatów, symbolizującego amerykańskie „błogosławienie
Izraelowi”. O ile więc politycy mogliby od biedy machnąć ręką
na nieliczną mniejszość żydowską (która i tak przeważnie głosuje na
Demokratów), o tyle już kilkudziesięciu milionów baptystów,
zielonoświątkowców tudzież innych denominacji zaludniających tzw.
„pas biblijny” (plus kilka milionów mormonów) zlekceważyć
nie mogą – zwłaszcza Republikanie, dla których jest to żelazny
elektorat, skrupulatnie rozliczający ich z tego, co dobrego zrobili
dla „ludu Izraela”.
Na
stronach internetowych największej organizacji chrześcijańskich
syjonistów, „Christians United For Israel” (CUFI), można
np. przeczytać świadectwa „łask” otrzymanych za sprawą
„błogosławienia Izraelowi”, ta sama organizacja stoi za
mityngami z cyklu „Noce oddania czci Izraelowi”, podczas
których wierni w ekstazie wymachują flagami z gwiazdą Dawida. Nic
dziwnego, że izraelscy politycy (zwłaszcza z prawicy) utrzymują z
CUFI ożywione kontakty, a Benjamin Netanjahu stwierdził, iż „jedynym
pasem bezpieczeństwa dla Izraela jest amerykański pas biblijny”.
Jak łatwo
zauważyć, chrześcijański syjonizm tak naprawdę ustawia się w roli
służebnej – dobre jest to, co służy Izraelowi. Dla „izraelitów”
jest to więc sojusznik idealny, wzmacniający ponad dziesięciokrotnie
żydowski potencjał w amerykańskiej polityce.
Do tego hojny – niezależnie od pomocy amerykańskiego rządu,
chrześcijańscy syjoniści przekazują Izraelowi co roku dziesiątki
milionów dolarów. A wszystko w apokaliptycznej atmosferze końca
świata, do którego należy się przygotować, by w wielkiej bitwie
między Dobrem a Złem stanąć po właściwej stronie jako „good
guys” - bowiem amerykański syjonizm jest również silnie
militarystyczny, zaś takie zjawiska jak islamski terroryzm jedynie
utwierdzają wyznawców w przekonaniu o rychłym Ostatecznym
Rozstrzygnięciu.
A
morał dla nas? Jeśli Ameryka będzie musiała wybierać: stanąć po
stronie Polski czy Izraela - ZAWSZE wybierze Izrael. Warto mieć tego
świadomość.
*
PS. Podczas pisania
artykułu posiłkowałem się m.in. esejami Philipa Earla Steele „Jutro
będzie koniec świata, czyli religia w Ameryce” (miesięcznik
„Znak” nr 686-687) oraz „Chrześcijański syjonizm”
(„Znak” nr 698-699).
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
Polscy
judeochrześcijanie
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w dwutygodniku „Polska
Niepodległa” nr 06 (14-27.03.2018)