sobota, 31 marca 2018

Pod-Grzybki 127

W Rosji odbyły się tradycyjne wybory na Putina, które wygrał Putin. A gdy obecnemu Putinowi skończy się resurs, to kupią nowego - dostępnego w każdym sklepie z Putinami.


*

Tymczasem w Wlk. Brytanii zapadł na zdrowiu wraz ze swoją córką podwójny agent Siergiej Skripal. Przyczyną ma być zatrucie bojowym specyfikiem o nazwie „nowiczok”, do którego doszło w centrum handlowym. Według agencji TASS, Skripal myśląc, że to dezodorant, sam przez nieuwagę opryskał się gazem nabytym chwilę wcześniej w lokalnym sklepie z nowiczokami.


*

Niedługo potem w Londynie znaleziono ciało Nikołaja Głuszkowa, bliskiego współpracownika Borisa Bieriezowskiego. Patolog ustalił, iż denat zmarł wskutek „ucisku na szyję”. Agencja TASS podała, iż taki „ucisk” można zakupić w każdym angielskim sklepie z tymi...no... uciskarkami do szyi...


*

...wróć! Rosyjscy śledczy po energicznym śledztwie ustalili ponad wszelką wątpliwość, że Głuszkow chciał odkręcić słoik z ogórkami, lecz przez roztargnienie chwycił się za gardło – tak pechowo, że dostał skurczu dłoni, wskutek czego nie mogąc oderwać ręki od szyi, koniec końców się udusił. Na ten trop naprowadziła śledczych opinia brytyjskiego patologa, który ocenił, że ucisk nastąpił przy użyciu „ręki i kawałka tkaniny” - a przecież wiadomo, że słoiki najlepiej odkręca się przez szmatkę. TASS podaje, że takie szmatki są do nabycia w każdym sklepie ze szmatkami.


*

Sąd Najwyższy w ramach pozostawiania po sobie wdzięcznej pamięci przywrócił do wykonywania zawodu sędziego, który zwinął w sklepie element wiertarki. Biedak, wziął oczywiście ten drobiazg przez „roztargnienie” - podobnie jak ten sędzia od 50 zł. Martwię się o naszych sędziów – takie roztargnienie może być śmiertelnie niebezpieczne. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli wezmą się za odkręcanie słoików.


*

Prof. Michał Bilewicz, którego aktywność nie raz już zdarzyło mi się omawiać na tych łamach, otrzymał właśnie od Narodowego Centrum Nauki blisko 2 mln. zł. na badania nad „epidemicznym modelem mowy pogardy”. W ramach projektu zapowiedział podłączanie do prądu mózgów różnych delikwentów, by sprawdzić prawidłowość reakcji na nienawistne bodźce. To i tak postęp – kiedyś podłączano akumulator do genitaliów „zaplutych karłów reakcji”, potem tylko zamykano ich w psychuszkach, a dziś humanitarny doktor Frankenstein politycznej poprawności poprzestanie na EEG, by zdemaskować zakamarki mózgów, w których ukrywają się demony polskiego nacjonalizmu. A potem szybka lobotomia – i następny proszę!


*

Tak nawiasem – w XIX w. wraz z rozprzestrzenianiem się darwinistycznych teorii rasowych, modne były rozmaite pomiary czaszek mające określić „wartość” poszczególnych nacji. Co więcej, parali się tym uznani naukowcy z uniwersyteckich katedr – całkiem jak dziś prof. Bilewicz. Różnica jest jedynie taka, że tamci poruszali się głównie w kręgu nauk przyrodniczych, a prof. Bilewicz przekłada tamtą szarlatanerię na pole społecznej inżynierii.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 07 (28.03-17.04.2018)

niedziela, 25 marca 2018

Kasa na inżynierię społeczną

Antypolska propaganda finansowana jest z publicznych pieniędzy przez NCN - instytucję podległą Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

I. Lewacka jaczejka

Niemal 2 miliony (dokładnie 1 939 410 zł.) otrzymał prof. Michał Bilewicz w formie grantu z Narodowego Centrum Nauki (NCN) na projekt o wdzięcznej nazwie „Mowa pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji werbalnej wobec grup mniejszościowych. Tu kilka podstawowych informacji: Michał Bilewicz jest szefem afiliowanego przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego „Centrum Badań nad Uprzedzeniami”. Podstawowym polem działania tej placówki jest tropienie różnorakich odstępstw od politycznej poprawności, takich jak „mowa nienawiści”, „homofobia”, „islamofobia”, „ksenofobia” oraz ma się rozumieć - „antysemityzm”. Innymi słowy, jest to motywowana ideologicznie lewacka jaczejka, mająca dostarczać ubranego w szaty „badań naukowych” uzasadnienia dla narracji o szalejącej w Polsce nietolerancji i szowinizmie - którym rzecz jasna należy dawać stosowny odpór. Celowi temu służą kolejne sondaże i raporty, skonstruowane pod z góry założoną tezę – począwszy od manipulacji w warstwie pojęciowej, a skończywszy na skrajnie tendencyjnych pytaniach – pułapkach.

Przykładem powyższego może być chociażby stosowana przez Bilewicza i jego podopiecznych definicja antysemityzmu – zastosowano w niej trik polegający na takim rozbudowaniu pojęcia, by objąć nim wszelkie negatywne opinie na temat Żydów oraz ich działalności. Szczególnie użyteczne jest tu określenie „antysemityzm wtórny” - oznacza ono, że antysemitą jest ten, kto... wypiera się „antyżydowskich uprzedzeń”. A „antyżydowskim uprzedzeniem” może być dosłownie wszystko – np. oczywista konstatacja, że środowiska żydowskie rozpowszechniają wizerunek „Polaka-antysemity” albo stwierdzenie, że holokaust jest wykorzystywany instrumentalnie przez organizacje żydowskie do osiągania korzyści majątkowych. Tego typu manipulacje omówiłem niedawno szerzej na łamach siostrzanej „Polski Niepodległej” przy okazji analizowania raportu pod znamiennym tytułem Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń 3”, więc tu tylko dodam, że gdyby zaprezentowane w nim wyniki brać serio, to wyszłoby, że polskie społeczeństwo wręcz dyszy jaskiniowym żydożerstwem – szczególnie tym „wtórnym”.


II. Projekt Bilewicza

Sam „guru” Michał Bilewicz to istne cudowne dziecko nauki – ten urodzony w 1980 r. psycholog społeczny habilitował się w wieku 33 lat, co pokazuje na czym można obecnie zrobić ekspresową karierę akademicką. Swój dorobek prezentuje przy okazji licznych wystąpień, wywiadów i publikacji – m.in. w zaprzyjaźnionych ideologicznie „Krytyce Politycznej” czy „Gazecie Wyborczej”. Można rzec, że w ostatnich latach stał się dyżurnym ekspertem od demaskowania „polskich demonów” – i nie inaczej było podczas niedawnego sabatu w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” urządzonego przy okazji 50. rocznicy Marca 1968. W wykładzie pt. „Epidemie mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?” otrzymaliśmy standardowy zestaw „szefa kuchni” ze wspomnianym „wtórnym antysemityzmem” na czele, wzbogacony o wystawę złożoną z internetowych komentarzy mających ilustrować tytułową tezę o „epidemii”.

I w tym miejscu dochodzimy do wspomnianego na początku dwumilionowego grantu od NCN. Otóż projekt przedstawiony przez prof. Bilewicza sprowadza się do kontynuacji tez wygłoszonych w „Polin”, a wcześniej w raportach „Centrum...”. Z opisu autorskiego dowiadujemy się, że fundusze spożytkowane zostaną m.in. na analizę forów internetowych pod kątem „mowy pogardy” wobec imigrantów, mniejszości etnicznych i religijnych – co prowadzić ma do zmniejszenia wrażliwości na tego typu język. Cytując: „podobnie jak wtedy, gdy ludzie wielokrotnie stykają się z agresją w brutalnych filmach i grach komputerowych. To pozwala mowie pogardy rozprzestrzeniać się w społeczeństwie niczym epidemia”. Warto na marginesie zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę – jeszcze niedawno każdy, kto podnosił destrukcyjny wpływ przemocy w grach czy filmach na psychikę odbiorcy (szczególnie dzieci), był wyśmiewany jako bigot i oszołom. Obecnie nadal w podobny sposób traktowane są ostrzeżenia przed pornografią lub „edukacją seksualną” w szkołach. A tu proszę – okazuje się jednak, że ciągła ekspozycja na niekorzystne bodźce może być niebezpieczna... kto by pomyślał...

Ale dalej jest jeszcze ciekawiej: „Sprawdzimy jak ekspozycja na mowę pogardy wpływa na funkcjonowanie na poziomie mózgu – wykorzystamy pomiar EEG aby sprawdzić zmiany w reakcjach mózgu na obraźliwe stwierdzenia, a także w reakcjach na twarze mniejszości etnicznych. Po ekspozycji na mowę pogardy, spodziewamy się słabszych reakcji mózgu na podobne stwierdzenia oraz słabszych wzorców aktywności mózgu powiązanych z postrzeganiem ludzkich twarzy”. I puenta:Rezultatem tego projektu będzie epidemiczny model mowy pogardy. Pozwoli on opisać i zrozumieć gwałtowne rozprzestrzenianie się mowy pogardy w rzeczywistości sieciowej. Ten model podstawowy może okazać się niezwykle użyteczny dla organizacji zajmujących się ograniczaniem skali mowy nienawiści i innych niebezpiecznych zjawisk związanych z korzystaniem z Internetu”.


III. Inżynieria społeczna

Zwracam uwagę zwłaszcza na ostatni fragment. Oznacza on bowiem ni mniej ni więcej, tylko stworzenie podkładki do cenzurowania internetu pod pozorem walki z „mową nienawiści”, a także ma podać na tacy „naukowe” argumenty zawodowym tropicielom różnych „x-fobii” składającym masowo zawiadomienia do organów ścigania. W dalszej kolejności – ponieważ będziemy mieli do czynienia z „epidemią” - „mowa nienawiści” może zostać potraktowana jako zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. W minionych latach policjanci i prokuratorzy byli „szkoleni” na podobne okoliczności przez lewackich aktywistów z organizacji typu „Nigdy Więcej” czy „Otwarta Rzeczpospolita” (ta ostatnia założyła nawet specjalny portal dla donosicieli), więc precedens już jest. W efekcie „piękne wyroki” mogą się posypać już nie tylko za spalenie „kukły Żyda”, lecz za komentarz w internecie. A stąd tylko krok do wprowadzenia cenzorskich algorytmów mających wyeliminować niebezpieczeństwo narażenia odbiorców na niepożądane bodźce.

Osobną sprawą jest, co począć z osobami, które już zostały zainfekowane „epidemią” i wykazują „nieprawidłowe” odczyty EEG? Obozy reedukacyjne? A może przymusowe wstrzykiwanie substancji chemicznych mających przywrócić „pożądane” funkcjonowanie mózgu? Pierwszy krok (podobnie jak w przypadku drakońskiej ustawy o „fake news”) poczyniła przodująca nauka niemiecka – naukowcy z Bonn przeprowadzili eksperyment w którym zastosowano połączenie indoktrynacji z kuracją hormonalną. Ochotnikom nie dość „empatycznym” wobec „uchodźców” odczytywano łzawe historyjki o ciężkiej doli migrantów, a następnie aplikowano oksytocynę („hormon miłości”) - w efekcie skokowo wzrastał u nich poziom altruizmu, przejawiający się m.in. chęcią do dzielenia się pieniędzmi. Jak widać, jeszcze wiele przed nami...

Mamy zatem do czynienia tak naprawdę z niebezpiecznym projektem z zakresu inżynierii społecznej, mającym dać narzędzia do modelowania zbiorowych zachowań. Świadczy o tym chociażby z góry założony efekt badań – autor w ogóle nie bierze pod uwagę uzyskania wyników innych niż zaplanowane. Mamy „epidemię” i już, a jedyną kwestią do ustalenia jest jej konkretny „model”. Dodajmy, że na komplementarny projekt pt. „Źródła negatywnych stereotypów grup spostrzeganych jako nieprzyjazne – porównanie uprzedzeń anty-romskich i antysemickich w Polsce i Niemczech” otrzymał grant w wysokości ponad miliona złotych (1 153 138 zł) podwładny prof. Bilewicza – dr Mikołaj Wiśniewski.

A tak na koniec – z czym Państwu kojarzy się wizerunek Polaków roznoszących „epidemię”? Czy aby nie z hitlerowską propagandą na temat pewnej grupy etnicznej mającej roznosić tyfus?

I taka propaganda finansowana jest z publicznych pieniędzy przez NCN - instytucję podległą Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Udał się nam ten Gowin, nie ma co...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antysemityzm urojony


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (23-29.03.2018)

Emerytalne miraże

Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”.

Kończąc mini-cykl poświęcony emeryturom w kontekście zbliżającej się „reformy Morawieckiego” wprowadzającej Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), warto się zastanowić jaki model byłby najbardziej wydajny, a przede wszystkim – najbezpieczniejszy dla przyszłych świadczeniobiorców. Jak wiemy, reforma rządu Jerzego Buzka z 1999 r. w połączeniu z późniejszym „uśmieciowieniem” rynku pracy zakończyła się klęską, nie tylko sprowadzając na rzesze pracowników widmo nędzy na stare lata, lecz także powodując gigantyczną dziurę w ZUS odpowiedzialną za połowę przyrostu długu publicznego w latach 1999-2013 (ok. 330 mld. zł.). Do czego może to prowadzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat, nader boleśnie przekonało się Chile, które po przeprowadzeniu w 1981 r. skrajnie liberalnej reformy, dziś musi borykać się z obciążającymi finanse publiczne dopłatami do głodowych emerytur – lecz nie mając do dyspozycji składek odprowadzanych w całości do prywatnych funduszy (co opisałem szczegółowo tydzień temu w felietonie „Chilijska lekcja”). Jakie płyną z tego wnioski dla nas?

W przeciwieństwie do cytowanej tu niejednokrotnie prof. Leokadii Oręziak nie jestem apriorycznym przeciwnikiem PPK – nie znaczy to jednak, że nie podzielam pewnych obaw związanych z ich wprowadzeniem. Przede wszystkim, PPK będące w istocie przymusowym III filarem (do tego sprowadzają się obostrzenia związane z wypisaniem się z projektu), nie mogą stanowić podstawowego składnika przyszłej emerytury. Związane jest to ze zbyt dużym ryzykiem jakie wiąże się z inwestowaniem na rynkach finansowych – wystarczy jeden porządny krach, by większość zainwestowanych pieniędzy „poszła z dymem”. Świadczenia decydujące dosłownie o życiu i śmierci (chociażby biorąc pod uwagę rosnące wraz z wiekiem koszty opieki zdrowotnej, leków) nie mogą być uzależnione od giełdowej ruletki – zwróćmy uwagę, że w tym systemie poza optymistycznymi szacunkami tak naprawdę nikt „oszczędzającym” niczego nie gwarantuje. Tymczasem premier Morawiecki sprawia wrażenie, jakby uznawał za znakomity pomysł rynkową ofertę polegającą de facto na obietnicy wygrania przyszłej emerytury w kasynie. A że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat nastąpi kolejny globalny kryzys finansowy – i to najpewniej nie jeden – możemy założyć w ciemno.

Obawa numer dwa związana jest z tym, że składkami III filaru będą zarządzały prywatne Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Wprawdzie ich prowizja nie może przekroczyć łącznie 0,6 proc. zgromadzonych na kontach środków, ale można iść o zakład, że gdy tylko projekt zostanie ostatecznie „przyklepany” nastąpi intensywny lobbing, by podnieść opłaty za zarządzanie. No i wreszcie, mamy swoistą „alchemię finansową” - mianowicie, wprowadzenie PPK oznacza systematyczne zasilanie rynków finansowych dziesiątkami miliardów złotych z przymusowych „oszczędności” (i pieniędzy publicznych – 250 zł. „startowego” plus coroczne dopłaty 240 zł. z Funduszu Pracy). Gracze giełdowi i maklerzy już zacierają ręce. Nie jest tajemnicą, że część z tych środków będzie inwestowana w obligacje skarbu państwa, co spowoduje, że prywatne instytucje finansowe będą z naszych pieniędzy finansowały pożyczkowe potrzeby budżetu, potrącając sobie po drodze honorarium za pośrednictwo. Zostaniemy więc sponsorami długu publicznego - „rynki” zarobią, Morawiecki dostanie kasę na wymarzoną „elektromobilność”, a obowiązkowi dostarczyciele składek może na koniec odzyskają swoje pieniądze... a może nie.

Podsumowując – PPK mogą stanowić co najwyżej dodatek do emerytury. A zatem, projekt Morawieckiego ma sens jedynie wówczas, gdy całkowicie zlikwidujemy pozostałości reformy z 1999 r., włącznie z tymi wszystkimi IKE, IKZE i przekierujemy całość składki emerytalnej do ZUS oraz powrócimy do zasady zdefiniowanego świadczenia w miejsce obecnego systemu „rentierskiego”. To może mieć postać np. powszechnej emerytury obywatelskiej gwarantującej normalne funkcjonowanie – plus to, co ewentualnie wypracuje III filar. No i przede wszystkim – niezbędne jest podniesienie płac oraz likwidacja umów śmieciowych. Przy rozpaczliwie niskiej dominancie zarobków (2074,03 zł. brutto, czyli 1511,61 zł. netto) żaden cudowny „plan kapitałowy” nie zapewni godnego życia, może co najwyżej pełnić rolę „kieszonkowego”. Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”. Rozumieją to np. Czesi, którzy restrykcyjnie limitują napływ pracowników z Ukrainy, nie ukrywając, że ma to wymusić właśnie wzrost płac. W efekcie, niedawno czeski „Lidl” ogłosił podwyżki – szeregowy pracownik zarabiał będzie 28 tys, koron, czyli... więcej niż średnia krajowa w Polsce. Wreszcie – zarządzaniem środkami powinno zająć się docelowo (a nie jak jest w obecnej propozycji, jedynie przez pierwsze dwa lata) TFI działające pod egidą Państwowego Funduszu Rozwoju. Spekulantom przebierającym nogami, by gładko wskoczyć w buty OFE – dziękujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (23-29.03.2018)

niedziela, 18 marca 2018

Rejterada

Jak widać, osławiona „murzyńskość” niejedno ma imię - tyle że różne ekipy praktykują ją wobec różnych „bezalternatywnych” protektorów.

I. Dobrze, że nie ma tu „Walmartu”

Na początek komunikat. Oto za nami pierwsza niedziela bez handlu, za moment kolejna – i proszę sobie wyobrazić – nie umarłem z głodu, a nawet mam silne przeczucie, że nic podobnego nie nastąpi w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie zauważyłem również ludzi dogorywających na ulicach, bądź masowo dobijających się do centrów handlowych, tudzież marketów. Nie zaobserwowałem nawet desperatów snujących się z obłędem w oczach i nie mających pojęcia co ze sobą zrobić. W poniedziałek zaś wybrałem się na zakupy – i znów zaskoczenie: nie nastąpił zbiorowy szturm wyposzczonego narodu na sklepy, ruch był taki sam jak zawsze. Słowem, wszystkie katastroficzne przepowiednie okazały się, jak było do przewidzenia, bujdą na resorach i jałowym narzekactwem garstki egoistów, gardłujących dla własnej wygody o pozbawianiu ich „wolności” i „prawa” do niedzielnych zakupów – i mających zarazem gdzieś te biedne, ganiające między półkami a kasą dziewczyny. Mam szczerą nadzieję, że mogły sobie wreszcie trochę odpocząć – również psychicznie, od sarkań zniecierpliwionych klientów, którzy jakoś nie są w stanie zrozumieć, że polityka minimalizacji kosztów poprzez celowe redukowanie personelu musi odbić się na jakości obsługi.

Całe szczęście - i tu już przechodzę do głównego tematu - że ustawy o handlu w niedzielę nie musieliśmy „konsultować” z ambasadą Izraela, ani z amerykańskim Departamentem Stanu, bo skutki byłyby takie same jak z nowelizacją ustawy o IPN, która właśnie na naszych oczach jest stopniowo odsyłana w niebyt. Sugestie rządzących (ostatnio prezydenta Dudy w wywiadzie dla „Dziennika”) formułowane pod adresem Trybunału Konstytucyjnego są jednoznaczne: ustawę należy „wykastrować”, by Żydzi i Amerykanie przestali się nas czepiać. Tak więc, gdyby na naszym rynku działał taki „Walmart”, to zapewne projekt wolnych niedziel błyskawicznie by upadł, bo amerykańska dyplomacja potrafi bardzo sprawnie lobbować za swoim biznesem. Zostalibyśmy postraszeni „pogorszeniem stosunków” i międzynarodowym arbitrażem (firmy z USA co do zasady nie przegrywają przed takimi gremiami) – i byłoby po sprawie. Warto tu przypomnieć, że w podobnym stylu w 2016 r. ambasador Paul W. Jones storpedował projekt chińskiej inwestycji w ramach „nowego Jedwabnego Szlaku” - budowy kanału Odra-Wisła (tzw. „Kanał Śląski”) - i to na kilka dni przed wizytą prezydenta Xi Jinpinga, kiedy to miano sfinalizować umowę.


II. Kompromitacja

Dziś historia się powtarza i spełniają się moje obawy wyrażone niedawno w artykule „Moratorium, czyli »uspokajactwo« stosowane” - najpierw mamy patriotyczne wzmożenie, a następnie cichą rejteradę przestraszonych własną odwagą mężyków stanu.

Wróćmy na chwilę do wspomnianego wywiadu, udzielonego przez prezydenta Andrzeja Dudę Piotrowi Zarembie z „Dziennika”. Jest to jedno wielkie trąbienie do odwrotu, nieudolnie maskowane „suwerennościową” retoryką. Z jednej strony bowiem padają zaklęcia w rodzaju „nikt z zagranicy nie może nam dyktować, czy wolno Polakom bronić się przed szkalowaniem”, ale gdy przychodzi do konkretów, to prezydent uderza w zgoła odmienne tony. Odpowiadając na pytanie dziennikarza odnośnie naszych relacji z Izraelem i USA (w tym kwestię obronności), Andrzej Duda przyznaje: „Między innymi dlatego skierowałem ustawę o IPN do Trybunału Konstytucyjnego. Chcę, żeby chłodnym okiem ocenił, czy prawo zostało przygotowane dobrze, bezpiecznie, choćby dla świadków tamtych straszliwych wydarzeń”. Prezydent oczywiście doskonale wie, że żadne świadectwa ocalałych nie są zagrożone - a przy okazji tak on, jak i wywiadujący przechodzą do porządku nad elementarną sprzecznością: „nikt nam nie będzie dyktował...itd” - lecz jednocześnie ustawę do TK skierował w trosce o relacje z USA i Izraelem. Wszystko niemal na jednym oddechu, by kilka zdań później półgębkiem potwierdzić sugestię Zaremby, że oczekuje od TK pomocy w wyplątaniu się z „niezręcznej sytuacji politycznej” (Jeżeli wskazówki co do legislacji można uznać za »pomoc w wyplątaniu się«, to tak. Może pan to tak rozumieć”).

No i wreszcie, pada wprost wyrażone oczekiwanie, co do orzeczenia Trybunału: Przede wszystkim dodałbym jednoznaczną deklarację, że chodzi wyłącznie o czyny popełnione z winy umyślnej. Ale, jak wspomniałem wcześniej, liczę na orzeczenie trybunału. To będzie najlepsza wskazówka, co dalej robić z tym prawem”. Prezydent jako prawnik doskonale wie, że ograniczenie penalizacji do „winy umyślnej” oznacza pozostawienie z ustawy jedynie retorycznej wydmuszki. Przecież znana powszechnie linia obrony paszkwilantów używających określenia „polish dead camps” sprowadza się właśnie do obłudnych zapewnień, że „nie chcieli nikogo urazić” i mieli na myśli jedynie „geograficzną lokalizację” obozów. Teraz, o ile TK spełni „zapotrzebowanie”, to tłumaczenie zostanie usankcjonowane prawnie. Co ciekawe, w tym akurat przypadku nie słychać alarmów, że Trybunał został „upolityczniony” i zapewne wyda wyrok na zamówienie – milczy „totalna opozycja” wraz ze swymi mediami, milczy Bruksela, milczy Ameryka... Najwyraźniej wszystkie zainteresowane ośrodki stoją na stanowisku, że jest upolitycznienie „słuszne” i „niesłuszne” - i jeżeli tylko TK zachowa się prawidłowo i spacyfikuje ustawę zgodnie z obstalunkiem, to wszystko będzie w jak najlepszym porządku i nikt nie rozedrze szat biadając nad upadkiem praworządności.

Koniec końców, wygląda na to, że sami sobie, w pełni „suwerennie” „podyktowaliśmy” rejteradę – w „trosce o relacje”, ma się rozumieć i żadne naciski zewnętrzne nie miały tu nic do rzeczy... Kto chce, niech wierzy. A mówiąc serio: widać wyraźnie, że na najwyższych szczeblach PiS zapadła decyzja o strategicznym odwrocie, którą można streścić następująco: 1) nie stosujemy uchwalonych przepisów; 2) rękami Trybunału Konstytucyjnego wybijamy ustawie zęby i staramy się ugłaskać Izrael oraz USA; 3) odkładamy na „święty nigdy” ustawę reprywatyzacyjną. Czyli zrobimy dokładnie odwrotnie, niż powinniśmy. Oznacza to całkowitą kompromitację, a dla świata (szczególnie zaś dla nieprzyjaznych nam środowisk) powyższe stanowi sygnał, że można z nami zrobić wszystko – trochę pokrzyczymy, ale wystarczy, niczym w bajce o wilku i trzech świnkach, „chuchnąć, dmuchnąć” i nasz słomiany domek rozlatuje się w drobny mak. Ciekawe tylko, jak opinii publicznej wyjaśnią to wszystko publicyści z redakcji uzależnionych finansowo od różnych partyjno-rządowych „kroplówek”. Stawiam na narrację o „moralnym zwycięstwie” i wyższych racjach stojących za ustępstwami.


III. „Murzyńskość”

Do takiego wniosku skłania mnie paniczna reakcja niektórych mediów na ujawnienie przetrzymanej w MSZ notatki o amerykańskich „ostrzeżeniach” w sprawie przepisów o IPN oraz projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Jak pamiętamy, spotkanie z Thomasem K. Yazdgerdi'm (odpowiedzialnym w Departamencie Stanu za kwestie związane z holokaustem) odbyło się 19 stycznia, a notatka trafiła do Ministerstwa Sprawiedliwości dopiero 30 stycznia. Ujawnienie tego „zatoru komunikacyjnego” wywołało prawdziwą burzę – dopytywano się o przyczyny opóźnienia i kto zawinił, a w tle pobrzmiewała niedopowiedziana sugestia, że gdyby Min. Sprawiedliwości wiedziało o sprawie, to ustawa w obecnej wersji nie ujrzałaby światła dziennego. Czyli, na zmarszczenie brwi „strategicznego sojusznika”, wyrzucilibyśmy projekt do kosza – tyle, że po cichu, a nie jak teraz, w świetle międzynarodowych jupiterów. Jak się domyślam, wtedy wszyscy byliby zadowoleni – a co niektórzy może nawet otarliby z ulgą pot z czoła, że oto udało się zachować fikcję „nadzwyczajnych stosunków” z naszymi „partnerami”. Retorycznie tylko zapytam, czy polska dyplomacja komunikowała w ramach symetrii stosunków stronie amerykańskiej, że ewentualne uchwalenie „ustawy 447 (1226)” zostanie odebrane przez Polskę jako krok nieprzyjazny? Jak widać, osławiona „murzyńskość” niejedno ma imię - tyle że różne ekipy praktykują ją wobec różnych „bezalternatywnych” protektorów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec złudzeń

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (16-22.03.2018)

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)

sobota, 17 marca 2018

Chrześcijański syjonizm, czyli fanatycy apokalipsy

Chrześcijańscy syjoniści tworzą najpoważniejsze lobby w Stanach i liczyć się z nimi musi każdy – z prezydentem włącznie.

I. Największy sojusznik Izraela

Omawiając kwestie sporne na linii Polska-Izrael oraz szerzej Polska-żydowska diaspora, nie sposób abstrahować od jednoznacznie proizraelskiej polityki Stanów Zjednoczonych. W tym kontekście wiele mówi się o wpływach żydowskiego lobby w USA – i faktycznie, stosunkowo niewielka mniejszość (ok. 4 mln wyborców – czyli 2 proc. elektoratu) poprzez usytuowanie swych przedstawicieli w kluczowych obszarach, takich jak administracja, finansjera, media, czy przemysł rozrywkowy, ale też chociażby w biurach kongresmanów, odgrywa rolę nieproporcjonalnie dużą w stosunku do liczebności żydowskiej populacji.

Sami Żydzi jednak nie byliby w stanie aż tak mocno oddziaływać na kierunki amerykańskiej polityki, gdyby nie mieli potężnego sprzymierzeńca, którego istnienie – w USA oczywiste – jest niemal kompletnie pomijane przez obserwatorów zagranicznych, w tym polskich. Tym sojusznikiem jest wielki ruch „chrześcijańskich syjonistów”, którego ideowo-religijnym założeniem jest wspieranie Żydów i państwa izraelskiego we wszelkich jego poczynaniach. Wspominałem już o nim na tych łamach (artykuł „Polscy judeochrześcijanie” - „Polska Niepodległa” nr 22 (92) 10-16.06.2015), ale sądzę, że w obliczu obecnego napięcia wokół sporu o holokaust i forsowania w amerykańskim kongresie żydowskich roszczeń majątkowych (słynna ustawa 447/1226) warto wrócić do tematu i przedstawić go nieco bardziej obszernie – bo bez tego nie sposób zrozumieć poczynań Waszyngtonu, również w odniesieniu do naszego kraju.


II. Starotestamentowi protestanci

Na początek nieco historii. Termin „chrześcijański syjonizm” powstał pod koniec XIX w. - w ten sposób ojciec-założyciel współczesnego syjonizmu Theodor Herzl określał chrześcijan sprzyjających ruchowi syjonistycznemu. Sama idea sięga jednak co najmniej XVII stulecia – przykładowo, w 1649 r. purytańska rodzina Cartwrightów skierowała do brytyjskiej Rady Wojennej petycję w której domagała się, by Wlk. Brytania użyła swej floty do przetransportowania europejskich Żydów do Palestyny, powołując się na „bożą misję” przywrócenia Żydom Ziemi Świętej. Z pomysłu nic nie wyszło, zresztą Żydzi mieli wtedy swój „Paradisus Judaeorum” w Rzeczypospolitej Obojga Narodów i nigdzie się nie wybierali, jednak doktryna zwana na różnych etapach „hebraizmem”, później (XIX w.) „restauracjonizmem”, wreszcie - „chrześcijańskim syjonizmem” trwała, osiągając prawdziwy triumf w zasiedlanych przez ortodoksyjnych protestantów amerykańskich koloniach, następnie zaś, po wywalczeniu niepodległości, w Stanach Zjednoczonych.

Wywodzi się ona z ewangelikalnego protestantyzmu, zaś jej usystematyzowanie dokonało się wraz z narodzinami teologii dyspensacjonalizmu (od lat 30. XIX w.) – zakładającej m.in. literalne odczytywanie Pisma Świętego i prezentującej „biblijną” wizję historii oraz czasów przyszłych. W interesującym nas aspekcie, historia ludzkości sprowadzona zostaje do wypełniania się proroctw – aż do powtórnego nadejścia Chrystusa i jego tysiącletniego panowania na Ziemi, poprzedzonego ostatecznym, apokaliptycznym starciem z Antychrystem. Jednym z kluczowych elementów dyspensacjonalizmu jest również starotestamentowa koncepcja przymierza Izraela (ludu bożego) z Bogiem – co warto odnotować, z pominięciem Kościoła, liczy się bowiem zbiorowy akt dobrowolnie zrzeszonych ludzi zawierających „sojusz” ze Stwórcą.


III. „Błogosławienie Izraelowi”

Owo dowartościowanie Starego Testamentu (czasem można odnieść wrażenie, że wręcz przedkładanego nad Nowy) niesie ze sobą szereg implikacji – i tu dochodzimy do sedna. Otóż niezbędnym warunkiem ponownego przyjścia Jezusa jest powtórne zgromadzenie się „ludu Izraela” w Palestynie - a co za tym idzie, obowiązkiem chrześcijan jest dopomagać w spełnieniu się proroctwa. Fundamentem podejścia chrześcijańskiego syjonizmu do Żydów jest ustęp z Księgi Rodzaju w którym Pan obiecuje Abrahamowi: „Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi” (Rdz. 12,3). W optyce chrześcijańskich syjonistów zatem Żydzi pozostają narodem wybranym, będącym w szczególnej więzi z Bogiem (co bardziej radykalni uznają, że Bóg ma przewidzianą dla Żydów osobną ścieżkę zbawienia, więc nie muszą się nawracać na chrześcijaństwo), zaś drogą do zaskarbienia sobie Bożych łask jest „błogosławienie Izraelowi”.

Trzeba tu zaznaczyć – nie mówimy o jakiejś nielicznej sekcie fundamentalistów, wszystko opisane powyżej jest integralną częścią amerykańskiej kulturowej tożsamości. Przykładowo, cytowana w eseju Philipa Earla Steele „Jutro będzie koniec świata, czyli religia w Ameryce” (miesięcznik „Znak” nr 686-687) amerykańska polityk Michele Bachmann wyznała w 2011 r. na spotkaniu Republikańskiej Koalicji Żydowskiej: „Jestem przeświadczona w swoim sercu oraz w swoim umyśle, że jeśli Stany Zjednoczone nie staną przy Izraelu, będzie to koniec Stanów Zjednoczonych (…) Musimy pokazać, że jesteśmy nierozłącznie ze sobą związani i że jako naród jesteśmy błogosławieni z powodu naszych stosunków z Izraelem, i że jeśli odwrócimy się od Izraela, to klątwa da o sobie znać. Mój mąż i ja jesteśmy chrześcijanami, i oboje mocno wierzymy w werset z Księgi Rodzaju, mocno wierzymy, że narody będą błogosławione, o ile błogosławią Izrael. Jest to mocna i piękna zasada”. Tak wygląda amerykański polityczny mainstream. Historycznym odpowiednikiem pani Bachmann może być anglikański duchowny i współpracownik Theodora Herzla, wielebny William Hechler, który wyliczył ponowne przyjście Jezusa na lata 1897-1898 i w związku z tym jego „najwyższą życiową ambicją było zostać biskupem Jerozolimy i osobiście przywitać Zbawiciela przy bramie miasta”.

Tu dotykamy kolejnego istotnego wątku, ustawiającego perspektywę ewangelikalnych chrześcijańskich syjonistów – mianowicie przytłaczająca większość spośród nich wierzy, że żyjemy w biblijnych „dniach ostatnich”, a koniec dziejów to kwestia jednego-dwóch pokoleń. Widomym znakiem tego jest dla nich powstanie izraelskiej państwowości w 1948 r., zaś argumentem rozstrzygającym stała się wojna sześciodniowa z 1967 r. - oto na ich oczach wydarzyła się historia jak z kart Starego Testamentu: Izraelici, niczym w starożytnych czasach, gromią swych wrogów! Nie trzeba było lepszego dowodu na bezpośrednią ingerencję Boga w historię. Z tego punktu widzenia, historia współczesnej izraelskiej państwowości jest czymś na kształt dopisywania kolejnych kart Biblii. Tym bardziej więc należy „błogosławić Izraelowi”, by zyskać dla siebie łaski – a kres czasów jest tuż-tuż...


IV. Najpotężniejsze lobby

Podkreślam – to co dla nas brzmi niczym obłęd, przez rzesze Amerykanów traktowane jest ze śmiertelną powagą i całą dosłownością. I dopiero na tym tle możemy właściwie zrozumieć politykę zagraniczną USA, mentalność jaka za nią stoi, a także oszacować należycie żydowskie wpływy. Otóż liczebność „chrześcijańskich syjonistów” ocenia się na 50 do 70 mln. Są to ludzie silnie zdeterminowani, zaangażowani i znakomicie zorganizowani. Tworzą w sumie najpoważniejsze lobby w Stanach, wywierając nieustanny nacisk na polityków i liczyć się z nimi musi każdy – z prezydentem włącznie. Jeśli zachodzimy w głowę, dlaczego Donald Trump przenosi amerykańską ambasadę do Jerozolimy, to właśnie mamy odpowiedź – jest to ukłon w stronę chrześcijańskich syjonistów i spełnienie jednego z ich postulatów, symbolizującego amerykańskie „błogosławienie Izraelowi”. O ile więc politycy mogliby od biedy machnąć ręką na nieliczną mniejszość żydowską (która i tak przeważnie głosuje na Demokratów), o tyle już kilkudziesięciu milionów baptystów, zielonoświątkowców tudzież innych denominacji zaludniających tzw. „pas biblijny” (plus kilka milionów mormonów) zlekceważyć nie mogą – zwłaszcza Republikanie, dla których jest to żelazny elektorat, skrupulatnie rozliczający ich z tego, co dobrego zrobili dla „ludu Izraela”.

Na stronach internetowych największej organizacji chrześcijańskich syjonistów, „Christians United For Israel” (CUFI), można np. przeczytać świadectwa „łask” otrzymanych za sprawą „błogosławienia Izraelowi”, ta sama organizacja stoi za mityngami z cyklu „Noce oddania czci Izraelowi”, podczas których wierni w ekstazie wymachują flagami z gwiazdą Dawida. Nic dziwnego, że izraelscy politycy (zwłaszcza z prawicy) utrzymują z CUFI ożywione kontakty, a Benjamin Netanjahu stwierdził, iż „jedynym pasem bezpieczeństwa dla Izraela jest amerykański pas biblijny”. Jak łatwo zauważyć, chrześcijański syjonizm tak naprawdę ustawia się w roli służebnej – dobre jest to, co służy Izraelowi. Dla „izraelitów” jest to więc sojusznik idealny, wzmacniający ponad dziesięciokrotnie żydowski potencjał w amerykańskiej polityce. Do tego hojny – niezależnie od pomocy amerykańskiego rządu, chrześcijańscy syjoniści przekazują Izraelowi co roku dziesiątki milionów dolarów. A wszystko w apokaliptycznej atmosferze końca świata, do którego należy się przygotować, by w wielkiej bitwie między Dobrem a Złem stanąć po właściwej stronie jako „good guys” - bowiem amerykański syjonizm jest również silnie militarystyczny, zaś takie zjawiska jak islamski terroryzm jedynie utwierdzają wyznawców w przekonaniu o rychłym Ostatecznym Rozstrzygnięciu.

A morał dla nas? Jeśli Ameryka będzie musiała wybierać: stanąć po stronie Polski czy Izraela - ZAWSZE wybierze Izrael. Warto mieć tego świadomość.


*

PS. Podczas pisania artykułu posiłkowałem się m.in. esejami Philipa Earla Steele „Jutro będzie koniec świata, czyli religia w Ameryce” (miesięcznik „Znak” nr 686-687) oraz „Chrześcijański syjonizm” („Znak” nr 698-699).


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polscy judeochrześcijanie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 06 (14-27.03.2018)

Pod-Grzybki 126

Niemieckie MON opublikowało raport z którego wynika, że Bundeswehra jest w stanie totalnej rozsypki. Literalnie, nic nie działa: do użytku nadaje się 13 z 58 helikopterów transportowych; 12 z 68 śmigłowców bojowych; 3 z 15 samolotów transportowych; 39 ze 128 myśliwców Eurofighter; 105 z 244 czołgów Leopard; 5 z 13 fregat i zero okrętów podwodnych. Z tego wniosek, że na Berlin najlepiej ruszyć właśnie teraz - tym bardziej, że Niemcy w ostatnim okresie sprowadziły ze Stanów niemal całe swoje złoto. Szybki rajd pancerny, kładziemy łapę na sztabkach - i sprawa wojennych reparacji załatwiona!


*

Sikorski na konwencji PO: wstydu się najadłem za Polskę! Cóż, Polska przez lata wstydziła się za Sikorskiego i jego pruskie hołdy - teraz powstydzi się trochę Sikorski. W końcu, musi być jakaś dziejowa sprawiedliwość.


*

Z cyklu „jak dogodzić bogatemu”. Wyciekła umowa, jaką z bankiem JP Morgan podpisało Ministerstwo Rozwoju i Finansów. Wynika z niej, że w ramach „pomocy publicznej” JP Morgan, który tylko w ubiegłym roku zarobił na czysto 24,4 miliarda dolarów, dostanie od polskiego państwa upominek powitalny w wysokości 20 mln. zł. „na tworzenie miejsc pracy” w mającym powstać „centrum usług biznesowych”. To ja też poproszę – kupię sobie biurko, komputer i będę „świadczył usługi biznesowe” aż miło!


*

Sąd Najwyższy uniewinnił Mirosława Topyłę, wiceprezesa sądu w Żyrardowie, który na stacji benzynowej zwinął 50 zł, położone wcześniej na ladzie przez starszą kobietę. Cóż tam się działo! Obrońcy zalewali się łzami, pomstując jeden przez drugiego na media i straszne czasy – ale gwoździem programu była opinia biegłego psychologa, który ni mniej, ni więcej, tylko zrobił z sędziego wariata, albo co najmniej osobę o nader ograniczonym kontakcie z rzeczywistością. Stwierdził mianowicie, iż sędzia Topyła cierpi na „wysoki deficyt samokontroli”, charakteryzuje się dużym stopniem roztargnienia, a w ogóle to zgarnął banknot „nieświadomie”, na skutek „automatyzmu działania”. Czyli – widzi pieniądz, to bierze. Wskutek tego, SN uznał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – sędzia z „wysokim deficytem samokontroli” działający w stanie tzw. pomroczności jasnej może dalej pracować w zawodzie i orzekać. Przyszli podsądni w sprawach prowadzonych przez sędziego Topyłę już zacierają ręce – bo właśnie dostali gotową linię obrony, a jemu będzie głupio ją zanegować.


*

Pierwszą osobą, która powinna skorzystać z powyższego precedensu, jest Mateusz Kijowski, oskarżony o przywłaszczenie sobie 120 tys. zł. od KOD-u za fikcyjne usługi informatyczne. Niech z miejsca pędzi do psychologa, który udowodni, że jako roztargniony informatyk działał w „mylnym błędzie” i był święcie przekonany, że wykonał wszystko, co zostało opisane na fakturach – tyle, że robił to „nieświadomie”. Tymczasem żegnam się z Państwem i lecę kogoś okraść – w końcu, nowa linia orzecznictwa dotycząca tzw. kradzieży zuchwałej nie może się zmarnować.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 06 (14-27.03.2018)

niedziela, 11 marca 2018

Koniec złudzeń

Nie ma „strategicznych sojuszy” dla słabych i tchórzliwych. Tak więc – koniec złudzeń, panowie. Ocknijcie się, póki jeszcze czas.

Z awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN wynikło przynajmniej tyle dobrego, że ostatecznie została obnażona fasadowość naszej dotychczasowej polityki zagranicznej – i to nie tylko ekipy „dobrej zmiany”, lecz generalnie wszystkich rządów III RP. Tyczy się to zarówno kierunku wschodniego (ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy), jak i „atlantyckiego”, no i ma się rozumieć – bliskowschodnio-izraelskiego. Powyższe ma ten pozytyw, że rodzi nadzieję na przetrzeźwienie, wybudzenie z ogłupiającego letargu i wyciągnięcie wniosków. Pytanie, czy nasi rządzący zechcą z tej okazji skorzystać, czy też kurczowo będą się trzymali dogmatu o „bezalternatywności” swoich wyborów strategicznych. Zresztą, spójrzmy.


I. Ukraina

Wydawało się, że spór o pamięć nt. ludobójstwa na Kresach i nieprzejednane stanowisko Ukrainy, domagającej się od nas w najlepszym razie uznania fałszywej symetrii win, a często wręcz negującej historię, spowodowało pewną rewizję stanowiska polskiego rządu odnośnie „strategicznego sojuszu”. Coraz rzadsze były głosy o tym, że skrajny nacjonalizm ogranicza się do kilku nieistotnych acz hałaśliwych ugrupowań, bo gołym okiem widać, że neobanderyzm jest oficjalnie promowany przez władze jako nowy mit założycielski. Przycichli nieco najbardziej hałaśliwi post-giedroyciowcy, ba – tu i ówdzie w prawicowym mainstreamie dała się zauważyć krytyka pod adresem Kijowa – rzecz jeszcze nie tak dawno nie do pomyślenia. Padły słowa, że z Banderą Ukraina nie wejdzie do Europy, pozwoliliśmy sobie na minimum asertywności w kwestiach symbolicznych, jak oficjalne uznanie przez Sejm zbrodni kresowej za ludobójstwo – lecz na tym z grubsza koniec. Zapis o penalizacji „negacjonizmu wołyńskiego” został przepchnięty kolanem przez posłów Kukiz'15 i wywołał na Ukrainie wściekły jazgot, którego ostatnim przejawem była antypolska manifestacja we Lwowie Korpusu Narodowego (politycznej przybudówki pułku „Azow”) i Swobody w rocznicę śmierci Romana Szuchewycza – zbrodniarza unurzanego po szyję we krwi – a pod jego pomnikiem złożyli kwiaty najwyżsi przedstawiciele władz obwodowych.

Tymczasem my, jak gdyby nigdy nic, postanowiliśmy wspomóc Ukrainę „za bezdurno” 60 mln m3 gazu ziemnego, po tym jak swoje dostawy wstrzymał Gazprom. Zresztą, od 2016 r. wysłaliśmy na Ukrainę łącznie 1 mld. m3 surowca. Nie poczekaliśmy, aż zmarzną im tyłki i nabiorą nieco poczucia rzeczywistości, co moglibyśmy wykorzystać do postawienia swoich warunków – po prostu powiedzieliśmy „chcecie gazu? nie ma sprawy!”. Jest to czyste frajerstwo z naszej strony – abstrahując już od tego, czy bankrut będzie nam w stanie zapłacić, popisaliśmy się po raz kolejny tyleż bezinteresownym, co bezsensownym gestem. Co więcej, zrobiliśmy to w momencie, gdy byliśmy panami sytuacji, bo prócz nas nikt nie był w stanie dostarczyć Ukrainie gazu „od ręki” - i nikt prócz nas nawet nie próbował. W ten sposób wsparliśmy głównego sojusznika Niemiec w regionie, licząc... sam nie wiem na co – na wdzięczność? Oczywiście rozumiem, że Ukraina wyłuskana z rosyjskiej strefy wpływów leży w naszym interesie – ale to zależy od determinacji Niemiec i Stanów Zjednoczonych. My możemy co najwyżej od czasu do czasu wykorzystać sprzyjający zbieg okoliczności, by spróbować ugrać na tym „zastępczym konflikcie” jaki toczy się ponad naszymi głowami coś dla siebie – i właśnie koncertowo zmarnowaliśmy okazję.


II. Izrael i Żydzi

Kolejna rzecz, to szansa na opamiętanie bezkrytycznych zwolenników „dialogu” polsko-żydowskiego, odbywającego się wedle schematu „Żydzi mówią, my słuchamy” - i przepraszamy za „marzec '68”, za Kielce, za Jedwabne... i ogólnie, za „polski antysemityzm”. Wydawało się, że wobec erupcji antypolskiego szamba w Izraelu i żydowskiej diasporze, tudzież pogróżek o „zerwaniu stosunków”, możemy tylko powiedzieć: „ależ zrywajcie te stosunki jak najprędzej i idźcie w cholerę – i zapomnijcie o naszych pieniądzach”. Lecz nie - do Izraela udał się z przebłagalną wizytą (i bez żadnych efektów) powołany w błyskawicznym trybie „zespół ds. dialogu historyczno-prawnego”. Tym samym uznaliśmy prawo Izraela do mieszania się w nasze ustawodawstwo i wolę nie myśleć, jakie może przynieść to konsekwencje. I znów, jak w przypadku Ukrainy – przekonaliśmy się na własnej skórze, jaką zakłamaną fikcją były dotychczasowe „specjalne stosunki” z Tel Awiwem, opierające się na uznaniu przez Polskę swojej „winy” i „współodpowiedzialności” za holokaust, czego konsekwencją miały być odszkodowania, doraźnie zaś – futrowanie działających w Polsce żydowskich organizacji, w zamian za co raz do roku prezydent był zaszczycany możliwością podejmowania w swej siedzibie rabinów i pajacowania w jarmułce przy chanukowych świeczkach. Trochę drogo nas wyniosła ta przyjemność.

Oczywiście, w momencie, gdy ośmieliliśmy się upomnieć o elementarną historyczną prawdę, okazało się natychmiast, że nie mamy do niej prawa. Ofiara „nazizmu” może być tylko jedna, a nam przewidziano zupełnie inną rolę – dziś widzimy, jaką. Swoją drogą, powołanie wspomnianego „zespołu ds. dialogu... itd.” dowodzi, że polskie państwo potrafi działać szybko – szkoda, że podobnej szybkości i determinacji nie przejawia, gdy idzie o obronę naszego dobrego imienia na forum międzynarodowym. Przypomnę tu, że 6 czerwca 2016 r. wicepremier Gliński zawarł z potężną międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” Deklarację o współpracy na rzecz przeciwdziałania publicznemu używaniu określenia »polskie obozy koncentracyjne«. Na mocy porozumienia, globalna firma prawnicza Dentons na zasadzie pro bono będzie wspierać działania zmierzające do przeciwdziałania używaniu określenia »polskie obozy koncentracyjne«” [cyt. za oficjalnym komunikatem]. Gdzie są efekty – pozwy cywilne i żądania odszkodowań od wydawców szkalujących Polskę publikacji? Bo z notami protestacyjnymi naszych ambasad... możemy się domyślać, co robią. Niechby nawet „Dentons” nie reprezentował nas „pro bono”, tylko normalnie, za pieniądze – skoro stać nas na ćwierć miliarda dla Polskiej Fundacji Narodowej za markowanie działalności, to tym bardziej powinno być nas stać na prawników.


III. USA

No i wreszcie ostatnia, ale kluczowa sprawa – nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Okazało się ostatecznie, że USA mając do wyboru Polskę i Izrael, zawsze staną po stronie Izraela – tyleż za sprawą wpływów żydowskiego lobby, co z powodu potężnego ruchu „chrześcijańskich syjonistów”, czyli radykalnych, proizraelskich wspólnot protestanckich będących żelazną, kilkudziesięciomilionową, bazą wyborczą Republikanów (szerzej piszę o tym w najbliższym numerze „Polski Niepodległej”, polecam). W każdym razie, kolejne kroki, począwszy od „ustawy 447”, a skończywszy na groźbach i naciskach ws. przepisów o IPN pokazują jasno, że Waszyngton traktuje nas nie jak „strategicznego partnera” w regionie, lecz jak klienta – i to z tych mniej ważnych. Jesteśmy dla USA, z grubsza, zapleczem ukraińskiego frontu, dostarczycielem posiłkowych kontyngentów na różne „misje” z których nic nie mamy i skarbonką dla zaspokojenia roszczeń organizacji „holocaust industry”. W momencie gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze jak się skończy awantura wokół nieformalnego „embarga” na wizyty w Białym Domu polskiego prezydenta i premiera, ale trzeba sobie jasno powiedzieć – w ten sposób nie traktuje się sojusznika. Może warto naszym przyjaciołom zza Atlantyku zasugerować, że wcale nie musimy kupować od nich gazu, bo LNG dla Świnoujścia sprzedawać nam mogą też inni? Może nie musimy przepłacać za sprzęt wojskowy akurat ze Stanów i Izraela? I może nie musimy futrować JP Morgan 20 mln zł. „pomocy publicznej” na „tworzenie miejsc pracy”? Może powinniśmy spróbować różnych inwestycji z Chinami – i generalnie, zacząć dywersyfikować naszą tak rozpaczliwie jednostronną politykę, sprowadzającą się do wymiany kolejnych „patronów”?

Nie ma „strategicznych sojuszy” dla słabych i tchórzliwych. Tak więc – koniec złudzeń, panowie. Ocknijcie się, póki jeszcze czas.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (09-15.03.2018)