wtorek, 15 września 2015

Pełzający dżihad

Imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy.

 

Na greckiej wyspie Lesbos doszło do regularnej bitwy muzułmańskich imigrantów próbujących opanować prom, z siłami policji. Mieszkańcy wyspy żyją w stanie permanentnego oblężenia – przybysze są agresywni, natarczywi, zanieczyszczają okolicę, szerzy się wandalizm, miejscowy burmistrz błaga władze w Atenach o ogłoszenie stanu wyjątkowego... Przyzwyczajajmy się do takich obrazków, bo staną się one niedługo chlebem powszednim – także u nas, choć może nieco później. Póki co, szturm odbywa się w kierunku Niemiec i Austrii, ale przecież na tych dwóch krajach islamizacja kontynentu się nie skończy, szczególnie, jeśli zawali się tamtejszy system opieki socjalnej. Muzułmanie mają bowiem to do siebie, że uważają, iż państwo islamskie jest tam, gdzie są wierni, koniec kropka. Kierując się tą zasadą, konsekwentnie kształtują przestrzeń wokół siebie – począwszy od najbliższego otoczenia, by następnie stopniowo posuwać się coraz dalej i dalej. W wielu ośrodkach dla uchodźców już de facto obowiązuje prawo szariatu, podobnie jak w muzułmańskich dzielnicach zachodnioeuropejskich miast. Nie pozostaje to bez wpływu na oficjalne struktury państwa, czego przykładem może być wyrok belgijskiego sądu, który skazał muzułmanina katującego żonę aż do kalectwa na karę w zawieszeniu, motywując łagodny wyrok tym, że „w jego kulturze takie zachowania są dopuszczalne”.

Nawiasem mówiąc, owa maksyma oznaczająca, iż każdy muzułmanin jest samobieżnym nośnikiem i zalążkiem islamskiej państwowości opartej na szariacie, kiełkuje i u nas. Oto zasłyszana historia z jednego z polskich ośrodków przejściowych, gdzie obok siebie mieszkali m.in. Ukraińcy i Czeczeni. Kilku Czeczeńców widząc Ukrainkę w zbyt krótkiej spódnicy, niemal ją pobiło. Na jej krzyk, że teraz są w „Unii” i „Europie”, a nie w swoim muzułmańskim kraju, odpowiedzieli właśnie w ten sposób – państwo islamskie jest tam, gdzie muzułmanie. I pomyśleć, że Czeczenia, mimo przejęcia walki narodowowyzwoleńczej przez wahabitów, którzy uczynili z niej kolejny front dżihadu, uchodzi mimo wszystko za umiarkowany kraj...

Może zatem warto zacząć się pomału przygotowywać na nieuchronne, tym bardziej, że jakoś nie mówi się u nas o zasiekach na granicy i strzelaniu zza nich do intruzów podchodzących niczym wataha zombies. Nie szanują Europejczyków i trudno im się dziwić – każdy, kto miał nieszczęście widzieć choćby gej-paradę ma pełne prawo nabrać dozgonnej odrazy do zdegenerowanej kultury Zachodu. Przybysze mogli zatem spokojnie uznać, że Allah po to dopuścił do degrengolady europejskich świniożerców, by ci mogli bez oporu oddawać wyznawcom Proroka swoje pieniądze. Tak to bowiem wygląda – ów imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy. Różnica z minionymi wiekami jest jedynie taka, że kiedyś płaciło się „podarek” sułtanowi, bądź chanowi na Krymie, dziś zaś daninę wypłaca się na miejscu, w europejskich miastach, indywidualnie każdemu z wiernych, który uzna za stosowne tutaj się zagnieździć. Przeczytałem, że prezes Banku Finlandii postanowił przeznaczyć całe swoje miesięczne pobory na „pomoc” imigrantom. To jest właśnie ten rodzaj obłędu, który tu opisuję. Ten facet zapewne nie wrzuciłby złamanego eurocenta do kapelusza ulicznego grajka, ale rozeźlony islamista może mu poderżnąć gardło w jego własnym domu, więc lepiej udobruchać takiego zawczasu i na wszelki wypadek szeroko to rozgłosić.

Czeka nas zatem kolonizacja spod znaku zielonego sztandaru Proroka – i to być może jeszcze za naszego życia. Ja tam już od lat noszę brodę, więc pierwszy etap mimikry mam za sobą, zresztą z punktu widzenia męskiej szowinistycznej świni perspektywy nie rysują się takie najgorsze. W zasadzie, jedyną niedogodnością będzie konieczność spożywania alkoholu pod stołem, żeby Allah nie widział, co muzułmanie mają opanowane od stuleci w przypadku wina daktylowego. Może w ramach treningu wprowadzić nową modę - „under-table party”?

Znacznie gorzej będą mieli ci wszyscy lewaccy pożyteczni idioci bajdurzący o multi-kulti, oni bowiem pierwsi pójdą do odstrzału. Nie zazdroszczę również feministkom, które obecnie łamią sobie głowy nad tak ważkimi zagadnieniami, jak to, czy używanie podczas masturbacji wibratora jest ideologicznie słuszne, albowiem jakby nie patrzeć - jest on atrapą męskiego atrybutu, zatem zaspokajanie się nim stanowi mimowolny hołd wobec samczej dominacji. Siostrzyce zajmują się tego typu problemami na uniwersytetach w ramach pogłębionych studiów genderystycznych, czyli inaczej - sztuk dogłębnie wyzwolonych. No więc niedługo np. taka dogłębnie wyzwolona sztuka-Szczuka, miast wyjęzyczać się w telewizorniach będzie zapychała w burce i z garnkiem na głowie, zbierając od swego męża w majestacie prawa tęgie cięgi ilekroć usiłowałaby zatruwać mu spokój ducha swym pretensjonalnym jazgotem. Choroba, może nie byłoby to takie złe?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (11-17.09.2015)

Wielki dłużnik Europy

Zawsze, gdy Niemcy dostają mocarstwowej małpy, wywołują awanturę w której niemal giną, pociągając za sobą resztę Europy.

Jak zostać wierzycielem Europy? Najlepiej stać się wpierw niewypłacalnym dłużnikiem - tak przynajmniej poucza przykład Niemiec. Spójrzmy. Dwie wojny światowe, miliony ofiar, niepoliczalne zniszczenia w majątku trwałym. Obie wojny przegrane, a mimo to, w imię geopolitycznych układanek uznawano, że Niemcy muszą istnieć w formie zwartej. Na dobrą sprawę, cholera wie dlaczego. Równie dobrze można było rozlokować alianckie bazy w poszczególnych landach i dać któryś chłopakom od Andersa na pocieszenie – mielibyśmy dziś polską kolonię w Niemczech. Europa doskonale poradziłaby sobie bez tego co i rusz aspirującego do kontynentalnego przywództwa, wiecznie niespełnionego hegemona. Lecz cóż - najwyraźniej, dziedzictwo modelu bismarckowskiego okazało się zbyt przemożne. Zjednoczono wpierw Niemcy „krwią i żelazem” na prusacką modłę, następnie zaś „uwspólnotowiono” potężną część kontynentu walutą „euro” przyspawaną do niemieckiej gospodarki. I pomyśleć, że zarówno projekt Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, jak i jego kolejne mutacje służyć miały temu, by Niemcy nie odzyskały dominującej pozycji w Europie. Zamysł był następujący – otorbić te post-bismarckowskie i post-hitlerowskie Niemcy siecią państw, tak by powiązania polityczno-gospodarcze skazały je na rolę „wiecznie drugiego” - po USA, ZSRR, a może wręcz po komunistycznych Chinach. Ale świat nieopatrznie pozwolił na zjednoczenie i w ciągu dwudziestu kilku lat Niemcy stały się głównym graczem w Europie, konsekwentnie wysysającym z niej za pomocą „wspólnej waluty” wszelkie siły witalne.

Swoją drogą, nie wiem czy przypominacie sobie Państwo klasyczny horror „Omen”, w którym wieści się narodziny Antychrysta gdy odrodzi się Imperium Rzymskie, co główny bohater, amerykański dyplomata grany przez Gregory'ego Peck'a, interpretuje jako powstanie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej – w chwili premiery filmu (1976) istniejącej od 18 lat (1958). Niemcy się w ten mniej więcej sposób odbudowują: powstają z piekieł za pomocą zewnętrznego lewarowania - niczym tamten upiorny gnojek z filmu, któremu pomagają wszyscy wokoło - a następnie, gdy przyjdzie ich czas, przystępują do dzieła. Rolę dźwigni mogą stanowić choćby pieniądze amerykańskich Żydów sponsorujących Hitlera i prących do wojny po drugiej stronie Atlantyku, by pobudzić koniunkturę. A potem Damian/Hitler zaczyna swoje... Chociaż, kto wie – może amerykańsko-żydowskim elitom wręcz zależało na wymordowaniu pobratymców z Środkowo-Wschodniej Europy, bo ci w niekontrolowany sposób dostawali się do Stanów i tworzyli niebezpieczny, konkurencyjny potencjał dla zasiedziałego establishmentu? Jak by nie patrzeć, to banksterzy z Wall Street wykaraskali Niemcy z zapaści po Wielkiej Wojnie – ale tylko po to, by zrobiły drugą, wspólnie z bolszewikami kierowanymi władną ręką towarzysza Stalina. Im również dopomógł świat finansjery, lecz to osobna historia. Obecnie rolę owego zewnętrznego wspomagacza pełnią europejskie instytucje. Mamy zatem kolejny paradoks historii: coś, co miało Niemcy obezwładniać, stało się źródłem ich dzisiejszej potęgi.

Niemcy swą kolonialną dominację wykorzystują na różne sposoby. Ostatnio po to, by „podzielić się” ze swymi środkowoeuropejskimi „terytoriami zależnymi” ciężarem muzułmańskiej inwazji na kontynent. I tu powstaje pytanie – czy otwarcie na oścież granic podyktowane jest niemieckim genem samozniszczenia, tym razem o lewackiej proweniencji, czy też może kryje się za tym perfidny plan obniżenia kosztów pracy? My, tutaj sobie w Niemczech i skoligaconej Austrii wyselekcjonujemy przydatnych robotników i zagarniemy ich w ramach dyscyplinowania dotychczasowej siły roboczej, wam zaś pozostawimy „spady” rozdysponowane według ustalonego przez nas brukselskiego strychulca i na odczepnego damy jakieś grosze jednorazowej zapomogi na imigrancką twarz. Terrorystów i resztę nieprzydatnego na rynku pracy barachła wypchniemy do was, a ci, którzy mogą cokolwiek zdziałać popracują naszych fabrykach W każdym razie - zawsze, gdy Niemcy dostają mocarstwowej małpy, wywołują awanturę w której niemal giną, pociągając za sobą resztę Europy.

Niemcy się na tym oczywiście przejadą, podobnie jak na wcześniejszych swych wizjach podboju świata, ale koszty ekonomicznej wojny poniosą wraz z nimi wszyscy wokół. Co najgorsze, nikt nawet nie ośmieli się wyliczyć strat, a nawet jeśli się ośmieli wyliczyć, to nie będzie ich dochodził. I chyba właśnie ten brak finansowego bata nad tyłkiem czyni współczesne Niemcy tak bezczelnymi. A wystarczałoby zacząć egzekwować należne kwoty: Grecja - 278,7 mld euro; Polska – 45,300 mld euro za samą Warszawę. Jest jeszcze kwestia bezpodstawnego, czysto politycznego umorzenia na konferencji w Londynie w 1953 ponad 55% długu wynoszącego wówczas 32,3 mld marek (bo Niemcy wszak nie mogą upaść), co pozwoliło Niemcom na „cud gospodarczy” w kolejnych latach. Teraz to oni pożyczają, dyktują warunki i wyciskają z dłużników ostatnie poty. Doprawdy, czy to państwo-krwiopijca naprawdę musi istnieć?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (11-17.09.2015)

poniedziałek, 14 września 2015

Euro-kalifat

Jedyne o czym możemy i powinniśmy rozmawiać, to jak odeprzeć obecną inwazję, a nie o tym jak szeroko Europa ma rozłożyć kolana przed najeźdźcami.

I. Samobójstwo Europy

Wygląda na to, że mamy nieszczęście żyć w tzw. „ciekawych czasach”. Oto bowiem na naszych oczach dzieje się historia – inwazja muzułmanów zmienia bezpowrotnie oblicze Europy i wszystko zmierza prostą drogą do utworzenia kalifatu rozciągającego się na całej zachodniej części kontynentu. W ciągu pierwszego półrocza granice Unii Europejskiej przekroczyło ponad 400 tys. imigrantów, a szacuje się, że do końca roku będzie to milion. W samym lipcu zarejestrowano 107,5 tys. rzekomych „uchodźców” będących w istocie przybyszami czysto „socjalnymi”, zorientowanymi na żerowanie na systemie opieki społecznej najzamożniejszych krajów UE z Niemcami na czele. Pokazuje to dobitnie przykład węgierski, gdzie główną troską przybyłych tam muzułmanów było uniknięcie zarejestrowania, bo to odcięło by ich od bogatszego socjalu zachodniego. W związku z tym ŻĄDALI dostarczenia ich do Austrii i Niemiec, reagując agresją na wszelkie próby rozwiązania przez władze węgierskie w cywilizowany sposób narosłego kryzysu. Jeśli uświadomimy sobie, że np. taka Estonia liczy niewiele ponad 1 milion 300 tys. mieszkańców, to będziemy mieli skalę zjawiska – w ciągu roku przybywać będzie odpowiednik populacji mniejszych krajów Europy i nic nie wskazuje na to, by ów trend miał ulec zahamowaniu. Ilu spośród „azylantów” stanowią zakamuflowani terroryści Państwa Islamskiego, tylko jeden Bóg raczy wiedzieć.

Oczywiście, pod takim naporem musi się załamać nawet najbardziej zasobny system opieki – tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę operację „łączenia rodzin” i wysoką rozrodczość. Cóż, dżihadystyczni mułłowie nie od dziś głoszą ideę „podbicia Europy poprzez brzuchy naszych kobiet” - zanim jednak nas ostatecznie podbiją, wpierw doprowadzą Europę do bankructwa. Tymczasem, na horyzoncie nie widać żadnego Karola Młota, czy Jana III Sobieskiego – Wiktor Orban robi co może, jednak węgierski potencjał jest zbyt mały by powstrzymać zalew kontynentu. Węgrzy mogą co najwyżej próbować chronić samych siebie zabezpieczając granice i kierując tę ludzką rzekę gdzie indziej, za co zresztą są medialnie i politycznie sekowani przez różnych europejskich „Wielkich Braci”. Jakąś jaskółką jest niedawne stanowisko Grupy Wyszehradzkiej, lecz to wciąż zbyt mało, tym bardziej, że przywódcy zachodni, z kanclerz Merkel i prezydentem Hollande'm na czele robią wszystko, by powstało wrażenie, iż Europa postanowiła popełnić samobójstwo, otwierając wrota na oścież przed współczesnymi hordami nomadów.

Dla każdego przytomnego obserwatora oczywistym jest, że obecna polityka azylowa jest nieustającą zachętą dla kolejnych rzesz usiłujących się tu dostać. Zamiast wziąć przykład z Australii, która poradziła sobie z analogicznym problemem odsyłając niechcianych przybyszów z powrotem i – co istotne – niszcząc łodzie na których przypłynęli, uderzając tym samym po kieszeni przemytnicze mafie kontrolujące ten cały interes, Europa pogrąża się w sklerotycznej, pseudohumanitarnej retoryce. Dziesięciolecia lewackiej tresury zrobiły swoje, indoktrynacja ideologiczną utopią multikulturalizmu spowodowała mentalne rozbrojenie. Państwa europejskie, gdyby tylko chciały, były w stanie kontrolować basen Morza Śródziemnego i chronić swe wybrzeża, tak jak była w stanie to uczynić wspomniana Australia – do tego jednak trzeba minimum woli i odwagi, tej zaś brakuje. W efekcie mamy sytuację jak z Wellsa – europejscy Eloje biernie oczekują na pożarcie przez muzułmańskich Morloków.

II. Migracja spontaniczna, czy celowy plan?

Warto zadać tu pytanie, na ile obecna „wędrówka ludów” jest procesem spontanicznym, na ile zaś celowo indukowanym. Daleki jestem od wiary w jeden, wszechogarniający, światowy spisek – jestem za to jak najbardziej w stanie uwierzyć, iż świat jest konglomeratem najróżniejszych, mniejszych i większych knowań oraz spisków, to zaś czego jesteśmy świadkami jest ich wypadkową. Faktem jest, że wskutek ataku na Irak, następnie zaś wspomaganych bądź wręcz wywoływanych przez Zachód kolejnych rewolucji określanych zbiorczo mianem „arabskiej wiosny” jeden z newralgicznych regionów świata pogrążył się w krwawym chaosie. Czy intencją była jedynie chęć polityczno-ekonomicznej ekspansji a wydarzenia wymknęły się spod kontroli, czy też może przyświecał temu również jakiś szatański zamysł, by na skutek gwałtownego wzrostu zagrożenia terroryzmem styranizować społeczeństwa Zachodu, tak by sparaliżowane strachem zgodziły się na wzmożoną inwigilację i kontrolę? Zapewne nie rozstrzygniemy tego, niemniej oczywistym jest, iż „orwellizacja” sfery publicznej poszerzyła się skokowo, na niespotykaną wcześniej skalę właśnie po owych próbach „demokratyzacji” Bliskiego Wschodu i północnej Afryki. Innymi słowy, „arabska wiosna” skutkuje tym, że społeczeństwom Europy i Stanów Zjednoczonych systematycznie i na szereg sposobów, mówiąc filmowych cytatem, „robi się z d..y jesień średniowiecza”.

Wątpliwości wzbudza również postawa krajów arabskich. Obozy dla uchodźców funkcjonują w Libanie, a nawet w upadłym Iraku, natomiast najbogatsze kraje regionu skrzętnie pilnują swych granic. Na ile jest to ochrona własnego dobrobytu i stabilizacji przed zalewem nieobliczalnej, islamskiej biedoty, a na ile w pełni świadome kierowanie ludzkiego strumienia na Europę? Nawiasem mówiąc, wyjątkowo cynicznie zagrały tu USA, które przyjęły 1000 (słownie – tysiąc) uchodźców z Syrii, następnie zaś w specjalnym oświadczeniu życzyły Europie powodzenia w jej zmaganiach z muzułmańskim przypływem, deklarując jedynie jakieś finansowe wsparcie w utrzymaniu przybyszów.

Tymczasem Europa zachowuje się jak w malignie, bredząc o „kwotach” imigrantów i generalnie – o tym, jak by przychylić im nieba. Szczytem obłędu były sceny z wiedeńskiego dworca na którym witano pociąg z muzułmanami przybyłymi z Węgier gromkimi brawami. Na miejscu przybyszów pomyślałbym sobie na ten widok jedno: miejscowi się nas boją, te oklaski to wyraz słabości, prośba, byśmy ich nie zabijali – a więc dobra nasza, jeszcze trochę i zaprowadzimy tu własne porządki. Do tego dochodzi nieznośna proimigracyjna propaganda, której jednym z bardziej spektakularnych przejawów było słynne zdjęcie utopionego chłopca, przy skrzętnym przemilczeniu, że jego ojciec chciał dostać się do Niemiec, by wstawić sobie na koszt państwa nowe zęby. Nie ma to, jak pobudzić emocje metodą „na martwe dziecko”. Ten szantaż emocjonalny, prymitywny, acz skuteczny w swej prostocie powoduje, iż potem ogłupiali ludzie wrzeszczą do kamer by w try miga przyjmować uchodźców w liczbie dowolnej - kto da więcej! U nas z kolei, portal „Wyborczej” zablokował możliwość komentowania pod materiałami dotyczącymi imigrantów, bo najwyraźniej reakcje ludzi, mówiąc oględnie, dalekie były od tego, czego oczekiwali inżynierowie dusz z Czerskiej. Brawo, niech żyje polska, zdrowa ksenofobia, świadczy ona bowiem, że nie wyzbyliśmy się jeszcze ze szczętem instynktu samozachowawczego i nie pozwoliliśmy się do reszty otumanić.

III. Szantaż euro-solidarności

Nie możemy pozwolić się sterroryzować. Jeżeli ulegniemy szantażowi i damy się zastraszyć pohukiwaniom Niemiec, Austrii czy Francji, to na dobrą sprawę już dziś będziemy mogli rozpocząć staranną lekturę Koranu, oraz orientować się w położeniu Mekki, by przygotować się na nadejście nowych władców. Jedyne o czym możemy i powinniśmy rozmawiać, to jak odeprzeć obecną inwazję, a nie o tym jak szeroko Europa ma rozłożyć kolana przed najeźdźcami. Taka Austria śmie nas pouczać na okoliczność europejskiej solidarności i grozi odcięciem eurofunduszy w razie odmowy przyjęcia „kwot” imigrantów. By tak stawiać sprawę, trzeba doprawdy nielichego tupetu. Jeśli ktoś chce teraz nam udzielać lekcji solidarności, to odpowiem tak - my, tutaj w Polsce mamy wielosetletnie doświadczenie w powstrzymywaniu agresywnego islamu. Wojowaliśmy Turcją i Tatarami, przez stulecia byliśmy pancerzem chroniącym chrześcijańską Europę przed zalewem muzułmańskiej barbarii. Gdybyśmy nie uratowali wam tyłków pod Wiedniem, to dziś zamiast Lufthanzą latalibyście cholernymi dywanami składać hołdy sułtanowi w Stambule. Tłuklibyście czołami przed Wysoką Portą niepewni dnia ani godziny, chodzilibyście w fezach, turbanach i szlafrokach, bijąc „Allahy” przy akompaniamencie wycia muezzina, a wasze kobiety wyglądałyby tak, jak te nieszczęsne istoty z talibańskiego Afganistanu. Turcy wsiadaliby po waszych karkach na konie, a wy cieszylibyście się, że darowali was zdrowiem.

Gdy was przycisnęło, leżeliście plackiem, wy nabzdyczeni wurstożercy, przed naszym królem Janem III i błagaliście o odsiecz. Zatem nie mówcie nam teraz nic o europejskiej solidarności, bo nie jesteście w stanie do końca świata wypłacić się za okazaną wam wówczas łaskę - choć jako żywo nie musieliśmy tego robić i mogliśmy wypiąć się na was jak król Francji i jego banda fircykowatych żabojadów, która, nawiasem mówiąc, również dziś nas śmie pouczać. Zejdźcie nam z oczu ze swoimi aroganckimi mordami. Precz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Ilustracja: http://ndie.pl

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (09-15.09.2015)

Wędrówki ludów

Uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja.

Przewijające się niekiedy w publicystyce porównanie obecnego stanu Europy do upadającego Imperium Rzymskiego właśnie znalazło kolejne potwierdzenie – wkroczyliśmy mianowicie w okres wędrówek ludów. Inna sprawa, że Zachód zafundował sobie obecną inwazję barbarzyńców na własne życzenie. Hasło do destabilizacji świata muzułmańskiego jako pierwsza rzuciła Ameryka, najeżdżając Afganistan w zemście za zamach na WTC, następnie zaś atakując Irak i obalając reżim Saddama Husajna, co w efekcie doprowadziło do wojny domowej i chaosu. Swoje dołożyła Francja „demokratyzując” Afrykę Północną serią kolejnych rewolucji, następnie przyszła kolej na Syrię – i w efekcie mamy to, co mamy. Znaczna część krajów muzułmańskich pogrążyła się w krwawej anarchii, na Bliskim Wschodzie narodziło się Państwo Islamskie – bodaj pierwsze, dla którego terroryzm stał się oficjalną doktryną, nawet afgańscy talibowie byli bardzie wstrzemięźliwi - a zagrożenie dla Zachodu jest większe niż kiedykolwiek przedtem. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby USA wcieliły w życie plany „powrotu z Bagdadu przez Iran”...

Swoją drogą, zbrodnicza krótkowzroczność amerykańskich i europejskich decydentów jest wprost powalająca. Z niezrozumiałych względów uznali oni, że jeśli obalą arabskich dyktatorów, to jakimś cudem uda się im zainstalować w regionie przyjazne Zachodowi demokracje – co w praktyce miało pewnie oznaczać przyzwolenie owych muzułmańskich „demokratur” na ekonomiczną ekspansję międzynarodowych koncernów i gospodarczą kolonizację na wzór modelu znanego chociażby z krajów latynoskich, czy nie szukając daleko – Europy Środkowo-Wschodniej po upadku komunizmu. Chciwość zaślepiła ich do tego stopnia, że woleli nie zauważać różnic cywilizacyjnych, oraz realnych nastrojów arabskiej „ulicy” podatnej na religijny fundamentalizm o jednoznacznie agresywnym, dżihadystycznym charakterze. Tymczasem, to właśnie kacykowie pokroju Husajna, Kadafiego czy Mubaraka – niewątpliwie często okrutni aż do zwyrodnienia – stanowili jedyną realną zaporę przed rozlaniem się fundamentalizmu na ogromne obszary Afryki i Azji. Demokracja jest dla islamu ciałem obcym, nienaturalnym, sprzecznym z Koranem przeszczepem ze świata zachodniego (w islamie nie ma rozróżnienia na sferę prywatną i publiczną, wszystko reguluje szariat) do którego muzułmanie czują wyłącznie pogardę, jako matecznika bezbożności i nihilizmu. W konsekwencji, obalenie dotychczasowego porządku skutkować musi rządami sfanatyzowanego motłochu i rzezią podsycaną naukami mułłów wzywających w meczetach do walki z niewiernymi. To aż nieprawdopodobne, że nikomu nie dał do myślenia przypadek Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, które niemal natychmiast po obaleniu Mubaraka stało się tam pierwszoplanowym graczem. Powtarzam – chciwość odebrała rozum.

A teraz ta muzułmańska dzicz zalewa Europę i Bóg jeden wie, czym to się skończy. Na domiar złego, Unia Europejska stosuje samobójczą politykę azylową, wspartą humanitarnym ględzeniem lewackich doktrynerów wciąż rojących o „multi-kulti” i nowomową każącą nazywać nielegalnych imigrantów „uchodźcami”. Co więcej, rządy zachodniej Europy usiłują wymusić na państwach naszego regionu – w tym Polsce – przyjmowanie „kwot” imigrantów. Innymi słowy – chcą na nas wydębić, byśmy pili piwo, którego oni nawarzyli. Przepraszam, ale Polska nie miała kolonii, historycznie więc nie jesteśmy tym ludziom nic winni – w odróżnieniu od krajów, które na kolonializmie zbudowały swój dobrobyt i potęgę. Jeśli zaś chodzi o sprawy bieżące, to „uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja, której się przyśniła budowa „Unii Śródziemnomorskiej” i w pogoni za tą nieprzytomną mrzonką zdestabilizowała najbliższe sąsiedztwo Europy.

My i tak za chwilę możemy mieć problem z napływem Ukraińców uciekających z bankrutującego i pogrążonego w wojnie państwa. Już teraz, zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, młodzi ludzie na masową skalę uchylają się od poboru i np. nagle zdradzają przemożny pęd do wiedzy nabywanej na polskich uczelniach w Lublinie czy Przemyślu - by tu, z bezpiecznych pozycji, robić sobie „słit focie” z banderowskimi flagami. Podobnie jest z uciekinierami z krajów muzułmańskich. Zwróćmy uwagę, że przytłaczająca większość z nich to młodzi mężczyźni w wieku jak najbardziej „wojskowym”. To wygląda wręcz jak inwazja – tylko w samym lipcu granicę UE przekroczyło 107,5 tys imigrantów. Austria grzmi, by kraje uchylające się przed przyjmowaniem „azylantów” pozbawiać unijnych funduszy, a Niemcy wypominają nam, że przecież przyjmowali politycznych uchodźców z Polski za komuny. No więc dobrze – weźcie sobie te swoje „ojro”, bo żadne pieniądze nie są warte tego by fundować sobie społeczną bombę zegarową, a co do wdzięczności za pomoc z lat '80 – jeśli jakiś obywatel niemiecki wystąpi o polityczny azyl w Polsce, to oczywiście z przyjemnością takowego udzielimy.

Gadający Grzyb

Ilustracja: Andrzej111

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (04-10.09.2015)

niedziela, 13 września 2015

Niemcy – pasożyt Europy

Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka.

W Grecji finiszuje właśnie prowadzone od 9 lat śledztwo mające zakończyć się „procesem stulecia”. Obejmuje ono korupcyjną działalność niemieckich koncernów począwszy od lat '90. Mowa o takich gigantach jak Siemens, Rheinmetall, Ferrostal, Daimler i Krauss Maffei Wegmann, a na ławie oskarżonych zasiąść ma ok. 60 osób. W skrócie – Niemcy korumpowali na wielką skalę greckich polityków przy zawieraniu umów modernizacyjnych i zbrojeniowych. I tak, Siemens w zamian za równowartość 70 mln euro łapówek otrzymał w 1997 roku kontrakt od greckiej firmy OTE na digitalizację infrastruktury telekomunikacyjnej, z kolei Daimler, Krauss Maffei Wegmann czy Ferrostal na cel wzięły kontrakty zbrojeniowe idące w grube miliardy euro, które również były „dopinane” poprzez milionowe „grzeczności” wręczane greckim decydentom – najpierw gotówką, w walizkach (hm, przypominają się tu pierwsze lata polskiej „transformacji”), następnie zaś poprzez spółki-wydmuszki zarejestrowane w rajach podatkowych. W ten sposób grecka armia nabywała czołgi Leopard, haubicoarmaty, łodzie podwodne, transportery opancerzone – ogółem poziom wydatków na zbrojenia wynosił średnio ponad 2 proc. PKB. W szczytowych latach kryzysu Grecja kupowała niemiecki sprzęt za 5-7 mld. euro rocznie. W efekcie dzisiaj Grecja jest pierwszą potęgą pancerną wśród krajów UE (żeby było ciekawiej – druga pod względem liczby posiadanych czołgów jest... Polska) i kompletnym bankrutem.

Rysuje się tu nam interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu: oto Niemcy korumpują Greków, by ci kupowali nieracjonalnie wielkie ilości maszyn bojowych, zaś na sfinansowanie zakupów Grecja musiała oczywiście się zadłużać w niemieckich instytucjach finansowych. W ten sposób – za pomocą toksycznego sprzężenia łapówek i kredytów – niemiecka „metropolia” napędzała swój przemysł i eksport kosztem doprowadzenia do ruiny greckiej „kolonii”. Warto zwrócić uwagę, iż te same Niemcy równocześnie pouczały Greków na okoliczność gospodarnego zarządzania finansami i walki z korupcją, a zarazem za kulisami warunkowały pomoc finansową dla Aten wywiązaniem się przez nie z zawartych z niemieckimi przedsiębiorstwami kontraktów – jak to miało miejsce w 2010 roku, gdy zaszantażowano w ten sposób premiera Papandreu.

Zresztą, nawet bankructwo jest świetną okazją do zarobku, co niedawno miałem okazję opisywać na tych łamach. Okazuje się, że Niemcy, wskutek redukcji oprocentowania własnych obligacji, na greckim kryzysie zarobiły 100 mld euro, dzięki czemu udało się im zrównoważyć budżet o rok wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Inwestorzy wystraszeni sytuacją w Grecji na masową skalę lokowali kapitał w niemieckich papierach, co skutkowało ich niższą rentownością. Ciekawe, ile Niemcy zarobiły na kryzysie i kontraktach zbrojeniowych w Hiszpanii i Portugalii, tak się bowiem składa, że trzonem tamtejszych sił pancernych również są Leopardy, nie wspominając już o Polsce także pałającej niezrozumiałą miłością do niemieckich „panzerkampfwagenów”.

Obecnie, w konsekwencji wymuszonego podczas niedawnego szczytu programu restrukturyzacyjnego, niemiecka firma przejmuje greckie lotniska, a wkrótce to samo czeka porty i inne składniki greckiego majątku narodowego. 14 lotnisk regionalnych (w tym w Salonikach, oraz w turystycznych zagłębiach takich jak Rodos, Korfu czy Cyklady) obejmie za 1,2 mld euro spółka Fraport AG na czele której stoi Stefan Schulte, członek Rady Gospodarczej CDU. Mamy zatem coś w rodzaju gospodarczej „wojny błyskawicznej” - wtryniamy gorzej rozwiniętej ofierze nieprzystającą do jej modelu ekonomicznego walutę powodującą nieopłacalność własnej produkcji, następnie kraj staje się rynkiem zbytu dla obcych towarów, których sprzedaż wspomagana jest w razie potrzeby systemową korupcją. Wskutek dezindustrializacji i nadmiernego importu kraj-ofiara pogrąża się w niemożliwych do spłacenia długach, aż wreszcie można wykupić bankruta za bezcen. Wszystkie dochody – czy to z „pomocy”, czy z prywatyzacji - trafiają przy tym oczywiście do wierzycieli, budżet Grecji zobaczy z tych pieniędzy okrągłe zero, kolejne „pakiety pomocowe” pogłębiają jedynie greckie zadłużenie niczego nie zmieniając w sytuacji gospodarczej kraju – no i koniec końców, wszystkie długi, stare czy nowe, trzeba będzie spłacać, petryfikując tym samym stan gospodarczej zapaści.

Charakterystyczne, że ostatnio nawet rygorystyczny do niedawna MFW zaczyna dystansować się od dwóch pozostałych członków sprawującej nad Grecją zarząd komisaryczny „trójki” (MFW, EBC, KE). Czyni tak pod wpływem przykładu węgierskiego – Orban odrzucił oszczędnościowy dyktat MFW, którego efektem byłoby zduszenie wewnętrznego popytu i wyprowadził swój kraj na prostą. Ale przecież Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, w tym EBC i KE, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka. Taka już jest natura pasożyta – koszty utrzymania (czyli niemieckiego rozwoju gospodarczego) ponosić ma jedynie żywiciel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (04-10.09.2015)

Referendalna groteska

Czy referenda mają w Polsce sens? Miałyby, gdyby obniżyć próg frekwencyjny do jakiegoś przytomnego poziomu.

 

Według cząstkowych wyników podanych przez PKW, do referendum poszło 7,48% uprawnionych. Taki jest żenujący finał desperackiej próby Komorowskiego „skoku” na elektorat Pawła Kukiza. Starający się wówczas o reelekcję prezydent ze swej porażki w I turze zrozumiał tyle, że skoro Kukiz mówi o JOW-ach, to należy przejąć jego naczelny postulat – tymczasem, wyborcy muzyka głosowali na niego, bo chcieli pokazać gest Kozakiewicza politycznym krawaciarzom z Warszawy, a JOW-y mieli w głębokim poważaniu. Swoje zrobiły też niechlujnie sformułowane pytania, pisane w pośpiechu, by nie rzec – w panice, pod wpływem szoku spowodowanego wyborczym werdyktem, którego, jak pokazała II tura wyborów prezydenckich – nie można było już odwrócić. Zresztą, zaraz po wyborach referendum stało się kłopotliwym echem kampanii, w efekcie czego, co podkreślają internetowe komentarze, Bronisław Komorowski stał się pierwszym prezydentem, który przegrał III turę wyborów. Symboliczne jest tu głosowanie eks-prezydenta – wieczorem, jakby wstydliwie i ukradkiem. Widać było wyraźnie, że PO stara się na gwałt zdystansować od inicjatywy jako naznaczonej klęską; reżimowe media również posłusznie wyciszały temat, koncentrując się na skandalach zastępczych w rodzaju „niepodania ręki” Ewie Kopacz przez Andrzeja Dudę, czy jego podróżach do Poznania. No i na tym, jak niebywałym populizmem, tudzież „upolitycznieniem” prezydentury jest projekt referendalny Dudy (z kwestiami podnoszonymi wcześniej przez inicjatywy obywatelskie, pod którymi zebrano miliony podpisów), który to projekt Senat odrzucił równie skwapliwie, jak uprzednio przyklepał referendum Komorowskiego.

Frekwencyjna klapa świadczy nie tylko o tym, że Polacy w przytłaczającej większości zdawali sobie sprawę, że ta cała szopka jest polityczną ustawką. Referenda generalnie nie cieszą się u nas popularnością, zupełnie jakby Polacy uznawali, że skoro już wybrali władze, to teraz całą resztą powinni zająć się „oni” i nie zwracać ludziom głowy. Nawet referendum akcesyjne do UE wyciągnięto sztucznie za uszy ofensywą propagandową i rozciągając je na dwa dni. Dodatkowym czynnikiem zniechęcającym jest zaporowy próg 50%. Widać tu wyraźnie, że instytucja referendum traktowana jest niczym demokratyczny ozdobnik, żeby wszystko wyglądało ładniej, lecz zarazem stworzono skuteczną barierę by społeczeństwo się przypadkiem zanadto nie rozdokazywało.

Poza wszystkim, mamy do czynienia z potwierdzeniem spadkowego trendu Pawła Kukiza, który utracił zdolność mobilizowania elektoratu. Inna sprawa, że jego zaangażowanie w referendum Komorowskiego było kolejnym z ciągu politycznych błędów popełnionych w ostatnich miesiącach. Zamiast ogłosić, że jest to farsa i że do kwestii wrócimy na poważnie po wyborach parlamentarnych, uczynił wręcz z referendum swój poligon przedwyborczy. Skutkiem jest porażka, choć sądząc po wynikach odpowiedzi na poszczególne pytania (wg danych cząstkowych, za JOW-ami było 79,88 %, za utrzymaniem obecnego modelu finansowania partii zaledwie 16,44 %, a za rozstrzyganiem wątpliwości na korzyść podatnika 94,22 %), do urn zapewne pofatygowali się w znacznej mierze jego twardzi, „ideowi” wyborcy. Niemniej, faktem jest, że prócz Komorowskiego, to właśnie Kukiz – na własne życzenie zresztą – jest tu głównym przegranym.

Podsumowując, czy referenda mają w Polsce sens? Miałyby, gdyby obniżyć próg frekwencyjny do jakiegoś przytomnego poziomu – w końcu, skoro nie jest on wymagany przy żadnych innych wyborach, to utrzymywanie wymogu 50%, by wynik głosowania był wiążący, jest kompletnym nieporozumieniem, zaś instrumentalne wykorzystanie tej instytucji z jakim mieliśmy właśnie do czynienia odbiera jej resztkę powagi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (09-15.09.2015)

sobota, 12 września 2015

Banksterska wojna

Przed nami arcyważny sprawdzian z siły i sprawności państwa oraz naszej zdolności do realizowania własnych interesów.

„A więc wojna” - tym cytatem można by skomentować zapowiedź zagranicznych banków, iż pozwą państwo polskie przed międzynarodowy arbitraż, jeżeli ustawodawca nie wycofa się z obecnych planów przewalutowania frankowych łże-kredytów na złotówki. Przypomnijmy, że wedle przyjętych przez Sejm (wbrew woli PO) rozwiązań, banki zobowiązane byłyby do umorzenia 90 proc. różnicy między obecnym zadłużeniem, a długiem jaki miałby klient biorąc kredyt w złotówkach, zaś pozostałe 10 proc. zamieniono by na kredyt oprocentowany wg aktualnej stopy referencyjnej NBP. Banksterski szantaż (kolejny zresztą, po groźbie „zamrożenia” gospodarki przez wstrzymanie akcji kredytowej) jest klasyczną próbą zdyscyplinowania podbitego terytorium przez kolonizatora. Różnica jest jedynie taka, że dziś nie wysyła się korpusu ekspedycyjnego i kanonierek, lecz walczy się za pomocą prawników. Istota rzeczy jednak pozostaje niezmienna – eksploatacja tubylców przez zewnętrzną metropolię. Mamy zatem do czynienia z ultimatum – następnym krokiem w przypadku nie podporządkowania się może być tylko wojna kolonialna.

Póki co, otwartym tekstem mówią o „działaniach zbrojnych” centrale trzech banków działających w Polsce – niemieckiego mBanku (właściciel – Commerzbank), austriackiego Raiffeisena (RBI), oraz amerykańskiego Banku BPH (Grupa General Electric), lecz zapewne kwestią czasu są podobne posunięcia pozostałych „umoczonych” w kredyty walutowe zagranicznych instytucji. Na powyższe nakłada się wojna psychologiczno-propagandowa. Losem banków narażonych na przewalutowanie bardzo zainteresowały się wpływowe niemieckie gazety, takie jak „FAZ” i „Die Welt”, co momentalnie nagłośniły tutejsze media na czele z „Gazetą Wyborczą” i polskojęzycznym serwisem „Deutsche Welle”. W swych poczynaniach, jak każdy zapobiegliwy kolonizator, instytucje finansowe liczyć mogą na miejscowych kolaborantów – sprzeciwiający się przewalutowaniu rząd Ewy Kopacz, NBP i Komisję Nadzoru Finansowego, będącą nie tyle organem kontrolnym, ile wbudowaną w polski system finansowy ekspozyturą banksterskiego lobby – o którym to wsparciu niemieckie media skwapliwie donoszą.

Podstawą do sięgnięcia po międzynarodowy arbitraż są dwustronne umowy o ochronie inwestycji (Bilateral Investment Treaties – BITs), łączące Polskę z macierzystymi krajami funkcjonujących u nas banków. Integralną częścią każdej takiej takiej umowy jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), zakładający właśnie sąd arbitrażowy na linii inwestor-państwo, w przypadku, gdy dana firma dojdzie do wniosku, że działania organów państwa, lub jego prawodawstwo działają na szkodę jej interesów. Co charakterystyczne – nie musi tu chodzić o realne straty, wystarczy jeśli koncern w sposób czysto subiektywny i uznaniowy stwierdzi, iż wskutek działań państwa został pozbawiony części lub całości zakładanych zysków. Wysokość pozwów nie jest przy tym ograniczona żadnym pułapem.

Z tej furtki, dotyczącej utraty zakładanych zysków, postanowią zapewne skorzystać wymienione wcześniej banki, bo umówmy się – przewalutowanie nie oznacza żadnych „strat”. Klienci i tak będą musieli spłacić kredyt plus odsetki, tyle, że banki nie zarobią tyle, ile sobie założyły. Zatem, rzekome „straty” w wys. 5 mld euro nad którymi boleje „FAZ” są zwykłym mydleniem oczu. Podobnie rzecz się ma z obniżeniem kursu akcji wskutek uchwalenia sejmowego projektu, na co skarży się np. Grupa General Electric.

Jak łatwo zauważyć, tak skonstruowane umowy są wymarzonym narzędziem szantażu wobec państwa-gospodarza „inwestycji” i mogą przerodzić się w swoisty korpo-dyktat. Mamy tu chyba rozwiązanie zagadki nad którą zastanawiałem się w marcowym tekście „Polska na banksterskiej smyczy” - dlaczego obecna władza tak zażarcie broni banków, które ze swej strony np. notorycznie i bezczelnie ignorują orzeczenia Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w sprawach klauzul abuzywnych. Wysunąłem wówczas przypuszczenie, że może chodzić właśnie o umowy BIT i ewentualne pozwy będące ich konsekwencją. Coś mi się wydaje, że moja intuicja była trafna...

Warto na koniec zwrócić uwagę na zjawisko „chilling effect”, oznaczające „zamrażanie” niewygodnych dla zagranicznych inwestorów zmian w prawodawstwie – z obawy przed pozwami. Sprzeciw PO wobec przewalutowania kredytów w maksymalnie prokonsumenckim kształcie, podobnie jak cała dotychczasowa bierność aparatu państwa, jest owego zjawiska dobitnym przykładem. Kolonia sama się dyscyplinuje, by nie narazić się na gniew kolonizatora i jego prawniczych „korpusów ekspedycyjnych” wydelegowanych do arbitrażu. No więc, teraz mamy dylemat – ugiąć się przed dyktatem, przymykając zarazem oko na wyprowadzanie za granicę tego co wyciągnięto z kieszeni Polaków, czy jednak podjąć walkę, argumentując chociażby, że tzw. „kredyty” były czystą spekulacją? Przed nami arcyważny sprawdzian z siły i sprawności państwa oraz naszej zdolności do realizowania własnych interesów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/isds-czyli-korpo-dyktat#.VdzaGH1vAmw

http://www.gf24.pl/22553/polska-na-banksterskiej-smyczy

http://www.gf24.pl/23159/lobbystka-banksterow

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka#.Vdzodn1vAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (28.08-03.09.2015)

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?

Kukiz chce z jednej strony wejść w buty prawdziwego polityka, do czego nie bardzo się nadaje choćby ze względów charakterologicznych, z drugiej – pozostać kontestatorem-outsiderem.
 

I. Antysystemowe gry i zabawy

Gdy po wyborach prezydenckich pisałem tekst „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie” wiązałem z ruchem tworzącym się wokół pana Pawła spore nadzieje. Dziś, po kilku miesiącach cokolwiek mi wychłódło, do czego przyczynił się sam „woJOWnik”. Miotanina programowo-organizacyjna pokazuje, że chyba przerósł go sukces. Kukiz chce z jednej strony wejść w buty prawdziwego polityka, do czego nie bardzo się nadaje choćby ze względów charakterologicznych, z drugiej – pozostać kontestatorem-outsiderem. Wybuchowy temperament, podszyty artystyczną histerią może sprawdzać się na scenie, ale jest poważną przeszkodą w uprawianiu polityki. Czym innym jest solowy popis w wyborach prezydenckich (choć wsparty sztabową krzątaniną za kulisami), a czym innym gra zespołowa w wyborach parlamentarnych. Rozumiem, że Kukiz nie chciał być marionetką dolnośląskich „etatowych samorządowców”, ale bez zaplecza i struktur niczego się nie osiągnie. Kukiz w końcu to zrozumiał i wszedł w alians z częścią narodowców, tłumacząc to właśnie posiadaniem przez nich wypracowanych latami struktur. Spowodował zresztą przez to rozłam w Ruchu Narodowym – panowie Winnicki i Bosak spragnieni poselskich foteli jak kanie dżdżu, odsunęli z funkcji wiceprzewodniczącego Mariana Kowalskiego, bo okazał się zbyt ideowy i najwyraźniej nie pojął w porę aktualnej mądrości etapu, krytykując zakradające się na listy ruchu Kukiza spady po Palikocie i inne lewactwo, które – nazwijmy tu uprzejmie - „pragmatycznym” liderom RN jakoś nie przeszkadza.

Różne przetasowania wśród „antysystemowców” są dla mnie, przyznam się, mocno rozczarowujące. Miałem nadzieję, że rozsądek jednak zwycięży i jakoś się dogadają - kukizowcy, narodowcy, Braun, Nowa Prawica... niestety, najwyraźniej zwyciężyły partykularne ambicyjki. Szkoda, bo jeżeli ruch Kukiza wejdzie do Sejmu (a tu już pojawia się znak zapytania), to z o wiele mniejszą ilością szabel, niż mogło to być w przypadku większego bloku. Tym samym zanika podstawowy walor tej formacji - dyscyplinowanie PiS, by nie wystygło w swych przedwyborczych, reformatorskich zapałach. Każdy aparat partyjny ma bowiem skłonność do obrastania w piórka i kierowania się własnymi, odrębnymi interesami - i PiS nie jest tu bynajmniej żadnym wyjątkiem. Ta prawidłowość sprawia, iż w Sejmie potrzebny jest trybun ludowy ze znacznym poparciem, utrzymujący tym samym odpowiednie ciśnienie radykalizmu, tak by rządzący nie mogli się wygodnicko wymiksować z przedwyborczych zapowiedzi.

Dla samego Kukiza najkorzystniejsze byłoby, gdyby wytrwał w swej programowej abnegacji demonstrowanej w kampanii prezydenckiej i poprzestał na ogólnikowym pokrzykiwaniu o rozwaleniu systemu oraz JOW-ach. W momencie, gdy zaczął wikłać się w szczegóły programowe okazało się, że po pierwsze – ma w głowie niezłą kaszę, a jego postulaty są od sasa do lasa; po drugie – jego wiedza merytoryczna pozostaje na poziomie gazetowych nagłówków; po trzecie wreszcie – nie jest w stanie sprawnie zwerbalizować tego, co chce przekazać odbiorcom. Do powyższego dochodzą pokraczne dla antyestablishmentowego radykała posunięcia w rodzaju konsultacji programowych ze specjalistami z Centrum Adama Smitha (coś takiego mógłby zrobić np. Petru, a nie antysystemowiec), czy korzystanie z porad byłego funkcjonariusza SB. To ostatnie może być zresztą po prostu wynikiem ogólnych prawideł gry na naszej scenie politycznej. Najwyraźniej każdy kto chce zaistnieć musi mieć „swojego ubeka”, tak jak niegdyś każdy ziemianin miał „swojego Żyda” - i tylko od sprawności intelektualnej oraz siły charakteru zależy, kto w tym układzie jest realnie górą: czy polityk (ziemianin) wysługuje się swoim ubekiem (Żydem), czy to jednak ubek (Żyd) kręci politykiem (ziemianinem). Krótko mówiąc – Kukiz jako „polityk niepolityczny”, czyli taki, który funkcjonując w polityce nie myśli jednocześnie charakterystycznymi dla niej kategoriami ma swój sens, natomiast Kukiz usiłujący jednak do prawideł politycznych się dostosować jest kompletnie bez sensu.

Innymi słowy, gdyby Kukiz poszedł do wyborów w szerszej koalicji, to po pierwsze - nie musiałby udawać, że ma jakiś program poza JOW-ami; po drugie - nie musiałby się troszczyć o zaplecze organizacyjne, bo te zapewniłyby koalicyjne ugrupowania; po trzecie - nie musiałby się biedzić nad samodzielnym układaniem list, bo jego ludzie wzięliby tyle, ile wynikałoby z wynegocjowanego parytetu, a więc - i tu po czwarte - mógłby dalej odgrywać rolę w której czuje się najlepiej: odjechanego kontestatora i showmana, który chce zniszczyć system. A tak - nie dość, że wszystko musi robić sam, to jeszcze przytłoczony partyjną robotą traci walor świeżości i wdzięk zbuntowanego outsidera.

II. Fałszywa strategia prawicowego mainstreamu

Pisząc o Kukizie, nie sposób nie zatrącić o słynną rozmowę w TV Republika z „funkcjonariuszką” Zony Wolnego Słowa Katarzyną Gójską-Hejke, czyli prawicową odmianą tefałenowskiej „Stokrotki”. O samym wywiadzie napisałem już w „Pod-Grzybkach”, więc nie będę się tu powtarzał, natomiast chciałbym uczynić go punktem wyjścia do nieco szerszej refleksji. Otóż, Kukiz przychodząc do, mówiąc jego językiem, „PiS-owskich k...ew”, poczynił jak sądzę błędne założenie – liczył mianowicie na potraktowanie łagodniejsze, niż w mediach reżimowych. I tu się naciął, albowiem media „niepokorne” jadą w wyborczym rydwanie PiS, ich celem jest samodzielna większość, więc naturalne, że nie mógł liczyć na żadną taryfę ulgową. I dla PO i dla PiS kukizowcy oraz reszta antysystemowców są jedynie zawadą, zatem powinien założyć z góry, że będzie obrywał i od jednych i od drugich. Poza tym, „niepokorni” przejmują metody mainstreamu, tylko wektor skierowany jest w przeciwną stronę. Z jednym wyjątkiem – w grillowaniu Kukiza obie strony sporu idą ręka w rękę, choć tylko jedna z nich ma w tym realny interes i jest to strona rządowa. Natomiast PiS-owi i jego mediom jedynie wydaje się, że osłabianie Kukiza gra na ich korzyść. Jest dokładnie odwrotnie i temu błędnemu rozeznaniu własnych interesów poświęcę teraz kilka zdań.

PiS i związane z nim media będące - jak w przypływie szczerości wyznał Sakiewicz - pasem transmisyjnym na linii partia – elektorat, atakując czy to Kukiza, czy narodowców, nie rozumieją jednego: otóż ruchy antysystemowe, mogłyby w Polsce spełniać podobną rolę jak węgierski Jobbik. Jobbik, będący formalnie w opozycji wobec Orbana, zagospodarowuje z radykalnych pozycji ten segment elektoratu, który jest z różnych względów niechętny Fideszowi, a tym samym nie dopuszcza do odzyskania znaczenia przez tamtejszych liberałów i postkomunę. Z punktu widzenia Orbana taki układ jest wręcz idealny, bo zapewnia mu status niekwestionowanego lidera na węgierskiej scenie politycznej. Ale takie podejście dla naszych politycznych orłów-sokołów jest zbyt trudne. Oni wolą marzyć o zgarnięciu całej puli. Otóż nie, nie zgarną. Przypominam, że mimo iż większość wyborców Kukiza poparła w II turze Dudę, to jednak 40% zagłosowało mimo wszystko na Komorowskiego. Gdyby Kukiz mógł liczyć chociażby na przychylną neutralność prawicowego mainstreamu, to miałby szansę spacyfikować w wyborach parlamentarnych sporą część elektoratu Platformy. A tak - ludzie ci pójdą głosować w październiku na PO. Tak więc, obiektywnie patrząc, atakując Kukiza, udziela się wsparcia dotychczasowemu układowi. Że robią to media reżimowe - rozumiem. Ale w wydaniu mediów opozycyjnych podobna strategia zakrawa na samobójcze szaleństwo.

Chciałbym zobaczyć miny tych wszystkich mądralińskich, epatujących dziś na prawo i lewo triumfalizmem, trąbiących że PiS idzie po samodzielną lub wręcz po konstytucyjną większość i dlatego należy wygniatać antysystemową konkurencję, gdy się okaże, że owszem, udało się zgnoić Kukiza na tyle, że nie wejdzie do sejmu, lub osiągnie niewiele ponad 5 procent, ale PiS mimo to nie będzie miał większości ani widoków na jawnego bądź cichego koalicjanta. Chociaż nie - oni nie będą mieli sobie nic do zarzucenia i zwalą całą winę na „plankton”, który z pewnością w ramach jakiejś mrocznej agenturalnej gry „odebrał” PiS-owi głosy, choć jako żywo elektorat PiS-u i radykałów to nie jest ta sama bajka.

III. JOW-y powiatowe

Na zakończenie jeszcze kilka słów o JOW-ach. Nie są one oczywiście cudownym remedium na wszelkie patologie życia publicznego (jak zachwalają kukizowcy), podobnie jak nie są dopustem Bożym, czym straszą nas ich przeciwnicy. Nie sądzę, by odsetek szemranych typków w parlamencie podniósł się znacząco w porównaniu ze stanem obecnym, podobnie jak nie wzrosła by korupcja polityczna (teraz to niby różne lobbies nie kupują ustaw? Kupują na potęgę i co więcej – czynią to systemowo, bo wystarczy dogadać się z partyjną wierchuszką, a poselskie maszynki do głosowania podniosą łapki zgodnie z odgórnymi wytycznymi). Natomiast moim skromnym postulatem jest, by ustalić „na sztywno” granice okręgów wyborczych – np. by pokrywały się one z granicami administracyjnymi powiatów. Uniknęlibyśmy wtedy zmory JOW-ów, czyli manipulacji okręgami, tak by pokrywały się one z preferencjami wyborczymi ludności korzystnymi dla tej czy innej opcji politycznej. Granic powiatów nie można zmieniać z równą łatwością bez narażania państwa na administracyjny paraliż. W Polsce mamy obecnie 380 powiatów, zatem dodatkową korzyścią byłoby ograniczenie liczby sejmowych pasożytów – mała rzecz, a cieszy. I tu, muszę wyznać, mam nielichy zgryz – iść na tę referendalną szopkę Komorowskiego z pytaniami pisanymi na kolanie w nocy „z środy na czwartek”, czy jednak wybrać się na grzyby (o ile wreszcie spadnie deszcz)? Jeszcze nie wiem – pewnie zdecyduję się w ostatniej chwili.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie”

„Kukiz – polityk niepolityczny”

„Pod-Grzybki 18”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (02-08.09.2015)

Pod-Grzybki 19

Joanna Lichocka, jedna z dziennikarskich gwiazd sakiewiczowskiej „Zony Wolnego Słowa”, będzie startować do Sejmu jako „jedynka” z kaliskiej listy PiS. Doskonale rozumiem tę decyzję - jak by nie patrzeć, na Wiejskiej wypłaty są pewniejsze, niż u Sakiewicza.

*

Polityka to jednak potężny narkotyk, co pokazuje akces Ludwika Dorna do wyborczej czeredki PO. Detoks się nie powiódł i pan Ludwik spragniony politycznego „haju” wylądował tam, gdzie inne ćpuny – w platformerskim rynsztoku zbierającym wszystkie śmieci z okolicy. Przy tej okazji oświadczył, iż PO jest „blisko ziemi”, podczas gdy PiS „szybuje w stratosferze” - co świadczy jedynie o tym, że ćpun dla kolejnej działki powie i zrobi wszystko.

*

Aj-waj! Amerykańskie Żydy wyspecjalizowane w monetyzacji holocaustu zgłaszają się po wałbrzyski „złoty pociąg”, twierdząc, że złoto z pewnością zostało zrabowane ich pobratymcom, zatem - na zasadzie wyznawanego przez Izraelitów po dziś dzień plemiennego prawa współwłasności - ma teraz trafić do Żydów amerykańskich. Jak widać, Żydzi potrafią węszyć za złotem niczym świnie za truflami. Cóż się dziwić, Pan Bóg obdarował ich specjalnymi nosami – więc korzystają.

*

Ale-ale! W międzyczasie media zmieniły śpiewkę i znalezisko, które już-już wydawało się „pewne na 99 procent”, jak nas zapewniał główny konserwator zabytków, pan Piotr Żuchowski, nagle okazało się być humbugiem, zaś sam konserwator otrzymał zakaz wypowiadania się do mediów. Ho, ho – na mój gust, przyszedł najwyraźniej rozkaz, by sprawę wyciszyć. No więc, ja mam już tylko jedno pytanie - który z bezpieczniackich gangów przymierza się do położenia łapy na skarbie? I czy są to jedynie służby polskie?

*

Profesor Ireneusz Krzemiński wysmażył na łamach „Wyborczej” analizę (którą to już?) porażki Komorowskiego oraz zniżki notowań Platformy i wyszło mu to co zwykle – winne są rozbuchane oczekiwania gówniarzerii, hejt w internecie, księża (ze szczególnym uwzględnieniem o. Rydzyka) oraz polski antysemityzm. Pomyśleć, że aby produkować takie banialuki trzeba być aż profesorem socjologii. Nie, panie profesorze – Komorowski przegrał, bo otoczył się gronem nadętych, zadufanych, impregnowanych na rzeczywistość, za to wielce utytułowanych kretynów i uwierzył w to, co mu mówią: JEZD DOBRZE.

*

Grzegorz Braun ujawnił nieco politycznej kuchni z negocjacji z różnymi „antysystemowymi” środowiskami. Okazało się, że niemożność zawarcia jakiejkolwiek koalicji powodowana była tym, że każda z partyjnych kanap liczyła – nie wiadomo na jakiej podstawie – że załapie się na próg 3 proc. i związane z tym budżetowe dotacje. Tak to sobie kieszonkowi mężykowie stanu wykoncypowali w swych biednych łepetynach. Z powyższego wynika, że „antysystemowcy” są obecnie na etapie, który polska prawica przechodziła w pierwszej połowie lat '90. No to policzmy sobie, ile przy dobrych wiatrach trzeba będzie poczekać na pojawienie się jakiegoś antysystemowego odpowiednika PiS...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (09-15.09.2015)

czwartek, 3 września 2015

Polacy na podsłuchu

Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie.

Co by nie mówić, Polska pod rządami PO ma jednak swe niezaprzeczalne osiągnięcia, ba – w niektórych obszarach jesteśmy wręcz europejskim liderem. Tak jest chociażby z inwigilacją obywateli przez licznie rozmnożone u nas „policje tajne, widne i dwupłciowe”. Już w 2011 roku Naczelna Rada Adwokacka alarmowała w swym raporcie, iż Polacy są najbardziej „prześwietlanym” przez służby społeczeństwem w Unii Europejskiej. W szczególności chodzi o dostęp do naszych danych telekomunikacyjnych. Oprócz klasycznych podsłuchów, kontrola służb obejmuje także SMS-y, bilingi, dane o logowaniu telefonów komórkowych do sieci itd. Przykładowo, w 2010 roku służby występowały o nasze dane telekomunikacyjne aż 1,3 mln razy, co jest absolutnym europejskim rekordem. Co ciekawe, informacje te udostępniła adwokaturze Komisja Europejska, bo nasza bezpieka odmówiła podania danych. Teoretycznie, uprawnienia służb powinny dotyczyć najcięższej przestępczości, w praktyce jednak, w ramach tzw. „kontroli operacyjnej” metody inwigilacyjne są stosowane często prewencyjnie i bez jakiegokolwiek nadzoru. Dotyczy to również zawodów, w których poufność odgrywa szczególną rolę – np. adwokatów, bądź lekarzy.

Warto dodać, że o ile w innych krajach tzw. retencja, czyli przetrzymywanie danych o połączeniach wynosi 6 miesięcy, to w Polsce operatorzy mają obowiązek przechowywać dane przez 2 lata. Przez jaki czas trzymają je służby tak naprawdę nie wiadomo, gdyż nie obejmuje ich pod tym względem żaden zewnętrzny nadzór – tzn. niby mają obowiązek dostarczać UKE informacje na temat zgłaszanych zapytań o dane retencyjne, ale taka SKW notorycznie się uchyla.. i nic. Podobnie jak nie sposób sprawdzić, do czego organy wykorzystały pozyskane informacje i czy je zniszczyły. Co więcej, katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja jest – w przeciwieństwie do innych krajów – otwarty i może dotyczyć wszystkich abonentów, niezależnie od tego, czy są podejrzani o popełnienie jakiegokolwiek czynu zabronionego. Czyli mamy wolną amerykankę, tym bardziej, że służb uprawnionych do pozyskiwania naszych danych telekomunikacyjnych jest łącznie dziesięć. O skali i trendzie tego procederu mogą świadczyć informacje pozyskane przez Fundację „Panoptykon” od Urzędu Komunikacji Elektronicznej, wedle których w 2014 uprawnione organy (służby, sądy i prokuratury) złożyły łącznie 2,18 mln zapytań o dane telekomunikacyjne. Porównajmy to sobie z 1,3 mln w 2010...

W 2011 Rzecznik Praw Obywatelskich złożył do Trybunału Konstytucyjnego wniosek (wsparty następnie przez Prokuratora Generalnego) dotyczący m.in. określenia katalogu informacji zbieranych za pomocą środków technicznych w działaniach operacyjnych oraz zasad niszczenia pozyskanych danych. Trybunał wypowiedział się w tej kwestii w orzeczeniu z lipca 2014, kiedy to uznał za niezgodne z Konstytucją szereg przepisów ustaw regulujących działanie Policji, Straży Granicznej, Kontroli Skarbowej, Żandarmerii Wojskowej, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Celnej i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. TK wskazał ponadto na konieczność niezależnej kontroli pozyskiwania materiałów telekomunikacyjnych, stworzenie transparentnej procedury ich niszczenia oraz sformułowanie zamkniętego katalogu przestępstw w przypadku których służby mogłyby występować do operatorów po dane abonentów. Na uchwalenie nowych przepisów Trybunał dał termin 18 miesięcy.

No i niedawno doczekaliśmy się – Senat wyprodukował stosowny projekt, który... nie rozwiązuje żadnego z problemów. Na senackim projekcie suchej nitki nie zostawiło Biuro Analiz Sejmowych, organizacje pozarządowe i Sąd Najwyższy, za to entuzjastycznie przyjęło go do dalszych prac MSW. Przykładowo, o wykorzystaniu w postępowaniu karnym danych dotyczących tajemnicy zawodowej (np. adwokackiej, lekarskiej), lub objętych zakazem dowodowym ma na wniosek prokuratora decydować sąd, co prowadzi do osłabienia ochrony tajemnicy zawodowej. Co do kontroli pozyskiwanych danych – przewiduje się jedynie kontrolę następczą. Oznacza to, że służby nie będą musiały pytać sądu o zgodę, a jedynie co pół roku wysyłać zbiorcze sprawozdania, które sąd będzie mógł wyrywkowo sprawdzić. Katalog przestępstw których może dotyczyć inwigilacja z sięgnięciem po dane teleinformatyczne został natomiast ujęty tak szeroko, że nie ma żadnej różnicy w porównaniu ze stanem dotychczasowym.

Krótko mówiąc – wiele musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Dziesięć służb uprawnionych do niekontrolowanego zbierania o nas informacji pozostanie państwem w państwie, co idealnie wpisuje się w konsekwentnie realizowany przez PO scenariusz pełzającego zamordyzmu. Na zakończenie refleksja – o tym, kto realnie rządzi Polską i skali zinfiltrowania przez służby „klasy politycznej” świadczą właśnie takie kwiatki, kiedy to senatorowie piszą prawo pod ewidentne dyktando bezpieki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (28.08-03.09.2015)

Pod-Grzybki 18

Cała Polska tropi hitlerowski „złoty pociąg”, który ponoć znajduje się gdzieś w okolicach Wałbrzycha. Co, pieniądze z OFE już się skończyły?

*

Przy okazji – nasz kraj opuszczają non-stop takie „złote pociągi”. Tylko w latach 2003-2012 wyprowadzono z Polski kapitał na łączną kwotę 82,393 mld USD, co jest równowartością mniej więcej 72.669.783 uncji złota, czyli inaczej – 2.260.284 kilogramów tego kruszcu, albo 2 tys ton i 260 kg, jak kto woli. Tyle właśnie złota wyciekło z Polski przez raptem 10 lat. Ale najwyraźniej nasze media ekscytowanie się takimi „złotymi pociągami” mają surowo zakazane.

*

Ponieważ straciłem bezpowrotnie pół godziny życia na obejrzenie żenującego cyrku, jakim była „rozmowa” pani Katarzyny Gójskiej-Hejke z Pawłem Kukizem, to w rewanżu trochę się powyjęzyczam. Otóż pani redaktor Hejke tak długo i z nieskrywaną pasją grillowała Kukiza, zupełnie jakby przeszła jakiś kurs przysposobienia zawodowego u Moniki Olejnik, aż w końcu Kukiz się zagotował i puściły mu zawory, co niestety jest dla niego dość typowe. Niektórzy twierdzą, że „woJOWnik” potrzebuje psychiatry – ja uważam, że wystarczałby dobry hydraulik.

*

Pani redaktorzyca Hejke ewidentnie miała zadanie „uwalić” Kukiza na wizji, co zresztą nie było trudne, bo pan Paweł stanowi nader wdzięczny cel dla takich zagrywek. Proponuję Państwu dla porównania obejrzeć jakikolwiek wywiad pani Hejke z którymś z polityków PiS. Ujrzycie wtedy panią redaktor wstrzemięźliwą w mowie, umiarkowaną i taktowną - słowem, dziennikarstwo dworskie w pełnej krasie. I jak tu nie wierzyć Kukizowi, który twierdzi, że TV Republika szykuje się do zajęcia miejsca TVN24?

*

No dobrze, ale komu konkretnie Kukiz nabluzgał? Przedstawiciele „Zony Wolnego Słowa” twierdzą, że zwyzywał Gójską-Hejke od „PiS-owskich k...ew”, z kolei Kukiz twierdzi, że nabluzgał TV Republice jako takiej, rzucając „PiS-owskie k...y”. A mógł po prostu zagrać w „pomidora” i na każde pytanie odpowiadać „JOW!”. Głowę dam, że wtedy to Hejke w końcu wyszłaby ze studia.

*

Na to wszystko uzewnętrznił się Terlikowski, oznajmiając na „Frondelku”, że to „koniec Kukiza” i że nie jest on prawdziwym mężczyzną. To wystawianie certyfikatów męskości jest stałym numerem Terlika, który najwyraźniej nie uznaje żadnych granic autokompromitacji. Przypomnę tylko nader męskie zachowanie Terlikowskiego, kiedy to w TVN24 Ireneusz Krzemiński nie chciał z nim rozmawiać w jednym pomieszczeniu, a Terlik zamiast trzasnąć drzwiami, pozwolił jak ostatnia ćwiara usadzić się gdzieś na korytarzu, by z takich oto pozycji toczyć z Krzemińskim „polemikę”. Ma się te cojones, nie ma co...

*

Na koniec – w pełni zgadzam się z blogerką Elig, która stwierdziła że w momencie objęcia władzy przez PiS, obecne media „niepokorne” z dnia na dzień staną się mediami dworskimi. I z tej perspektywy patrząc, przed „turboniepokornymi”, jak raczył nas określić Ziemkiewicz, rysują się całkiem obiecujące widoki na przyszłość...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (02-08.09.2015)

wtorek, 1 września 2015

Zdekolonizować naród!

Po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym.

I. Filary kolonializmu

Pozwolę sobie dziś kontynuować wątek z ubiegłego tygodnia, czyli wyzwanie, jakim jest wszechstronna dekolonizacja Polski. W poprzednim numerze „PN” pisałem o kolonizacji gospodarczej, lecz obraz sytuacji będzie niepełny, jeśli nie wspomnimy o związanych z kolonizacją Polski problemach społecznych, kulturowych i politycznych. Co jest podstawą władzy kolonizatora nad zajętym terytorium? Otóż, wbrew pozorom, chodzi nie tylko o przewagę militarną i gospodarczą. Wyzysk ekonomiczny pod osłoną bagnetów może funkcjonować jedynie do czasu. Podstawą długofalowej kolonialnej eksploatacji jest zdobycie „rządu dusz” - a konkretnie, zaszczepienie w ludności autochtonicznej przekonania o jej cywilizacyjnej niższości i zacofaniu, dezawuowanie dorobku pokoleń jako bezwartościowego śmiecia, od którego trzeba się uwolnić, by wspiąć się na wyższy szczebel rozwoju. Tym wyższym szczeblem mają być natomiast wzorce kulturowe podtykane kolonii przez metropolię, w charakterze celu do którego należy dążyć.

Owo zarządzanie przez rozbudzanie kompleksów, to jeden filar kolonialnej władzy. Filarem drugim jest społeczna atomizacja, mająca wyplenić wśród kolonizowanej ludności odruchy solidarnościowe – im więcej społecznych podziałów i wewnątrzplemiennych animozji, tym z punktu widzenia kolonizatora lepiej. Trzecim wreszcie filarem kolonialnej dominacji są sprzedajne miejscowe elity ukształtowane wedle potrzeb zdobywcy, tak, by możliwie największą część ciężarów związanych z dyscyplinowaniem aborygenów przerzucić na nich samych. To właśnie owe wykreowane przez obce ośrodki jurgieltnicze warstwy wyższe, zapatrzone w metropolię i nagradzane przez nią za swą służbę, mają utrzymywać tubylców w ryzach i poczuciu niższości – słowem, w swoistych mentalnych pętach sprawiających, że jakikolwiek bunt jawić się będzie jako nieodpowiedzialna, zbrodnicza wręcz awantura. Tego typu rozwiązania przetrenowała z dobrym skutkiem Wielka Brytania budując swe imperium (jak inaczej byłaby w stanie podporządkować sobie chociażby ogromne Indie?), i mechanizmy kolonialne w zasadniczym zrębie pozostały niezmienione po dziś dzień. To dlatego Gandhi koncentrował się m.in. na odczarowaniu figury „białego sahiba” i przełamywaniu podziałów kastowych.

II. Odbudowa narodu

Patrząc z tego punktu widzenia, podstawowym problemem najbliższych lat będzie odbudowa narodu – m.in. przezwyciężenie rozlicznych społecznych podziałów i ojkofobicznych kompleksów zaszczepianych nam, śmiem twierdzić, z pełną premedytacją na przestrzeni ostatnich 25 lat. To nie tylko „pedagogika wstydu” uprawiana przez michnikowszczyznę jako narzędzie społecznej tresury, lecz również piętrzenie rozlicznych „klasowych” zawiści. Zwróćmy uwagę, jak to funkcjonuje: „sekta pancernej brzozy” kontra „lud smoleński”, „złotówkowicze” oburzający się na próby pomocy „frankowiczom”, „zusowcy” patrzący z zazdrością na „krusowców”, „ciemnogród” kontra „obóz postępu”, „Kościół otwarty” i „Kościół zamknięty”, pracujący na „śmieciówkach” oraz „etatowcy” a wszyscy razem sarkający na przywileje związkowców z różnych branż - długo by wymieniać. Te rozłamy nakładają się na siebie w rozlicznych konfiguracjach, innymi słowy – mamy wiele funkcjonujących równolegle małych „apartheidów” skutecznie konfliktujących ze sobą Polaków na różnych płaszczyznach.

Od samego początku III RP mieliśmy do czynienia z systemowym zohydzaniem dziedzictwa „Solidarności” - o czym warto wspomnieć przy okazji 35 rocznicy „Porozumień Sierpniowych”. Związki zawodowe przedstawiano jako anachroniczną jaskinię warcholstwa i relikt po komunizmie, skutecznie podjudzając przeciw nim spauperyzowane społeczeństwo na zasadzie - „jest wam źle, bo związkowcy wymusili swe przywileje waszym kosztem”. W ten sposób osłabiono bezpowrotnie jedyną strukturę zdolną przeciwstawić się wyzyskowi, czego gorzkie owoce zbieramy dzisiaj. Sam mit „Solidarności” został przykrojony do rozmiarów historycznej maskotki do której przytuliły się pospołu „lewica laicka” i komunistyczni „reformatorzy”; sprowadzono go do roli rekwizytu legitymizującego władzę. Na powyższe nałożyła się liberalna propaganda indywidualizmu, co z jednej strony było na rękę rządzącym (rozproszone jednostki się nie postawią skutecznie władzy), z drugiej współgrało z interesami kolonizatorów. W efekcie indywidualizm, który sam w sobie nie jest jeszcze niczym złym, wynaturzył się w społeczną atomizację, zabijając solidarność na elementarnym, międzyludzkim poziomie. W pewnym momencie został przekroczony ważny punkt krytyczny i dlatego właśnie obecnie tak wielkim zadaniem jest ponowna odbudowa poczucia wspólnoty Polaków, zaś różni salonowi mędrcy biadolący dziś nad brakiem „kapitału społecznego” powinni uderzyć się przede wszystkim we własne piersi.

Na szczęście, ostatnie wybory pokazały, że coś chyba zmienia się na lepsze. Tzw. „lemingi” dojrzały - dziś zbliżają się do trzydziestki, bądź ją przekroczyły i widzą, że za wszystko trzeba płacić - w tym również za swoje wybory polityczne, za to na kogo się zagłosowało (lub nie zagłosowało). Jeśli pracują, to na śmieciówkach bez widoku na etat i własne mieszkanie, szczęśliwcy mający umowę o pracę czują zaciskającą się na szyjach pętlę kredytową, a ci, którzy otworzyli własny biznes borykają się z niezliczonymi barierami, widząc jednocześnie przywileje „klientów władzy” oraz międzynarodowych koncernów. Część wyjechała, bo rachunek za tutejszą „ciepłą wodę w kranie” okazał się zbyt wygórowany. Wolą tę samą ciepłą wodę w Wielkiej Brytanii, lecz za zdecydowanie niższą cenę. Im przestało imponować poczucie przynależności do warstwy „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, bo przekonali się, że za tym symbolicznym statusem nie podąża sukces materialny – ten zarezerwowany jest dla nielicznej mniejszości. W tym między innymi upatruję jedną z przyczyn zwycięstwa Andrzeja Dudy i zmianę notowań PiS – pod naciskiem twardej rzeczywistości zostało przełamane istotne kulturowe tabu. Oby był to zwiastun szerszego społecznego przesilenia.

III. Wojna kolonialna

Jednakże to, co dla nas stanowi nadzieję, jest zarazem sennym koszmarem dla kolonizatorów i wysługujących się im kompradorskich elit – stąd próby odgrzania podziałów cywilizacyjnych. Ofensywa genderyzmu, spór wokół in vitro, promocja „związków partnerskich”, homopropaganda wkraczająca do szkół i przedszkoli – to wszystko są próby zaimplantowania nam wzorców kulturowych narzucanych przez kolonialną „metropolię”. Kolonizatorzy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli postawy masowe zdominuje nurt patriotyczno-niepodległościowy, to prędzej czy później Polacy upomną się o swe prawa również w innych dziedzinach życia publicznego – z gospodarką włącznie, a wtedy dla zagranicznych koncernów skończy się eldorado korzystania z taniej siły roboczej, wyprowadzania zysków do central, czy eksploatacja kieszeni klientów banków.

Obie główne siły polityczne, PiS i PO, mniej lub bardziej świadomie wpisują się w powyższą logikę wojny kolonialnej, przy czym – co ciekawe – ugrupowania te pełnymi garściami czerpią z postulatów tradycyjnie przypisywanych lewicy. Mamy tu odpowiedź na pytanie, dlaczego po upadku znaczenia postkomunistów nie może w ich miejsce pojawić się żadna istotna siła lewicowa. Po prostu PiS i PO podzieliły ten polityczny „rynek” między siebie. PO z lewicowej retoryki zaadaptowała na swój użytek sprawy obyczajowe, z kolei PiS – kwestie socjalne. Zresztą, lewicowa proweniencja programowa nie ma dla mnie większego znaczenia - po prostu ją odnotowuję. Coś może być sobie lewicowe, byle byłoby propolskie. Tu bowiem biegnie zasadnicza linia podziału - na propolskość i antypolskość, a nie na ideologiczne etykietki. W tym sensie PO jest antypolska bo realizując szaleństwa obyczajowe godzi wprost w społeczną tkankę narodu, zaś PiS absorbując agendę socjalną lewicy jest propolskie, bo ukrócenie banksterstwa, ucywilizowanie umów śmieciowych, czy wsparcie dla rodzin, służy budowie i rozwojowi tejże tkanki oraz poprawie warunków bytowych rzesz spychanych do tej pory na coraz głębszy margines Polaków. W efekcie - buduje to podmiotowość polskiego państwa i narodu.

PO lewactwo obyczajowe połączyła z wysługiwaniem się międzynarodowemu biznesowi oraz krajom, gdzie koncerny mają swe siedziby - jest więc antypolska dubeltowo. PiS natomiast połączył światopoglądowy konserwatyzm z prosocjalnym, solidarystycznym podejściem, usiłując przy tym przynajmniej w jakiejś mierze wyzwolić Polskę spod dyktatu obcego kapitału. Na razie, rzecz jasna, deklaratywnie, zobaczymy jakie będą w tym zakresie inicjatywy prezydenta Dudy i posunięcia ewentualnego rządu PiS po jesiennych wyborach. W każdym razie, po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym – i właśnie przede wszystkim pod tym kątem będzie należało patrzeć przyszłej władzy na ręce. Obyśmy tej szansy nie zmarnowali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26_08-01_09_2015)

Bankructwo – doskonały interes

Kto na naszym bankructwie zrobi złoty interes? Sępie fundusze czy Niemcy? A może ktoś jeszcze?

Mamy w Europie dwóch bankrutów: głośnego i cichego. Bankrutem głośnym jest Grecja, skupiająca na sobie uwagę świata choćby z powodu potencjalnych reperkusji tamtejszego kryzysu dla całej strefy euro. Bankrut cichy natomiast, o którym zbyt wiele się nie mówi, to Ukraina. Jeżeli świat o Ukrainie pamięta, to tylko w kontekście wojny w Donbasie, tymczasem to właśnie niewypłacalność może za chwilę stać się podstawowym zagrożeniem dla samego istnienia tego państwa. Już od dłuższego czasu, gdy zbliżają się kolejne terminy spłaty odsetek od zadłużenia, światowe instytucje finansowe zastanawiają się, czy Ukraina tym razem podoła swym zobowiązaniom. Do tej pory jakoś się udawało, ale takie balansowanie na linie nie może trwać w nieskończoność. Obecnie Ukraina utrzymuje się na powierzchni w zasadzie jedynie dzięki kroplówce od MFW, ale te zastrzyki tylko przedłużają stan agonalny pacjenta. Dość powiedzieć, że zadłużenie zagraniczne wynosi ogółem (sektor prywatny i publiczny) 126 mld USD (dane na 1 kwietnia 2015 za Ośrodkiem Studiów Wschodnich), co stanowi 109,8% PKB, z czego zagraniczny dług publiczny to suma 43,6 mld USD. Na dodatek recesja (w tym roku prognozy MFW mówią o -9% PKB) oraz deprecjacja hrywny sprawiają, iż mimo spłaty części zobowiązań, relacja długu do PKB stale rośnie.

W efekcie, Bank of America Merrill Lynch ostrzega przed możliwym bankructwem już we wrześniu, kiedy to przyjdzie Ukrainie spłacić 500 mln USD odsetek. Na dodatek, Ukraina w znacznej mierze siedzi w kieszeni u prywatnych wierzycieli (40% wszystkich wyemitowanych obligacji) wśród których wiodącą rolę odgrywa amerykański fundusz inwestycyjny Franklin Tempelton posiadający obligacje o wartości 6,5-7 mld USD. Do tego dochodzą fundusze TCW i T. Rowe Price oraz brazylijski BTG Pactual Europe – w sumie daje to ok. 8,9 mld USD. Tu trzeba dodać, iż przedstawicielem Franklin Tempelton jest słynący z bezwzględności manager Michael Hasenstab. Pomysł na zysk jest prosty: skupować ile się da tanich ukraińskich obligacji, których inni się wyzbywali, za ułamek ich nominalnej wartości, a następnie wydusić z rządu w Kijowie ich spłatę w pełnej wysokości. Do tego typu instytucji jak Franklin Tempelton przylgnęło określenie „sępie fundusze”. O ich sile zaświadcza choćby bankructwo Argentyny w 2001 roku, kiedy to fundusz Elliott Management nie zgodził się na umorzenie części z posiadanych przezeń 100 mld argentyńskiego długu, co doprowadziło do plajty tego kraju. Póki co, Hasenstab podąża tą samą drogą – nie chce słyszeć o żadnych umorzeniach, natomiast proponuje, by Ukraina pokryła część swych zobowiązań z rezerw walutowych banku centralnego, w zamian za co otrzymałaby odroczenie spłaty pozostałych wierzytelności i ewentualnie redukcję odsetek. Tyle, że rezerwy walutowe Ukrainy wynoszą raptem ok. 10 mld USD, zatem spełnienie tych warunków oznaczałoby puszczenie Kijowa z torbami. To zresztą stały patent Hasenstaba - można powiedzieć, iż jest międzynarodowym odpowiednikiem na poły mafijnych firm handlujących długami i wyciskających z dłużników „prawem i lewem” ich zobowiązania. Jak widać, bankructwo jednych może być dla innych świetnym interesem. Sama minister finansów Ukrainy, Natalia Jaresko, nie wyklucza „zawieszenia płatności”, co oznaczałoby tzw. „techniczne bankructwo”. Konsekwencje takiego ruchu dla pogrążonego w wojnie kraju, możemy sobie wyobrazić.

Inny sposób zarabiania na bankructwie znalazły Niemcy. Według raportu Instytutu Badania Gospodarki (IWH) w Halle, grecki kryzys stał się dla Niemiec istną żyłą złota. Otóż za każdym razem, gdy z Grecji dochodziły złe wieści, spadało oprocentowanie niemieckich obligacji. Inwestorzy wystraszeni kryzysem szukali „spokojnej przystani” w której mogliby ulokować swoje fundusze – i taką przystań oferował im niemiecki rząd, oczywiście pod warunkiem obniżenia rentowności papierów dłużnych. Łącznie, na samych tylko redukcjach odsetek Niemcy zarobiły od 2010 roku 100 mld euro. Ponieważ niemiecki wkład w programy pomocowe (czyli pożyczki, które Grecja i tak przez pokolenia będzie spłacać) wyniósł w sumie 90 mld euro, to otrzymujemy całkiem przyzwoitą „marżę”, jaką Niemcy zebrały na skutek okołogreckich zawirowań na rynkach finansowych. To m.in. dzięki temu Niemcom udało się od zeszłego roku zrównoważyć budżet. Nic więc dziwnego, że Instytut Badania Gospodarki określa Niemcy mianem „wielkiego beneficjenta” kryzysu w Grecji. A pamiętajmy, że w kolejce czekają jeszcze konfitury z greckiej prywatyzacji.

Biorąc pod uwagę powyższe, nie mogę opędzić się przed czarnymi myślami dotyczącymi naszej przyszłości. Ponieważ od kiedy zdjęto z Polski procedurę nadmiernego deficytu, znów zaczęliśmy zadłużać się na potęgę i przy obecnym tempie konstytucyjny próg długu publicznego wynoszący 60% w relacji do PKB osiągniemy gdzieś w okolicach końca 2019 roku, to pozostaje tylko się zastanawiać – kto na naszym bankructwie zrobi złoty interes? Sępie fundusze czy Niemcy? A może ktoś jeszcze?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (11-27.08.2015)