niedziela, 9 czerwca 2019

Waluta równoległa – ucieczka z „niemieckiej klatki”?

Gdyby projekt waluty równoległej został wcielony w życie mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek.

We Włoszech powraca temat wprowadzenia waluty równoległej do euro. Piszę „powraca”, bo nie jest to nowa koncepcja. Od wielu lat otwarcie głosi ją prof. Paolo Savona – bynajmniej nie żaden „populista”, lecz ekonomista z uznanym dorobkiem, mający w swoim C.V. pracę na ważnych stanowiskach w instytucjach publicznych i prywatnych (m.in. w ministerstwie finansów, bankowości i organizacjach biznesowych). Savona jest zadeklarowanym przeciwnikiem eurowaluty (strefę euro nazywa „niemiecką klatką”) i uważa ją za głównego sprawcę nieszczęść włoskiej gospodarki. Jak wspominałem w marcowym felietonie „Niemiecka strefa euro”, włoski ekonomista stwierdził wręcz, że euro jest spełnieniem planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r., zakładającego iż w Europie waluty narodowe mają się znaleźć pod wpływem niemieckiej marki. Dziś ta „marka” nazywa się euro i służy dokładnie temu samemu, co chciał osiągnąć Walter Funk – drenowaniu przez Niemcy europejskich gospodarek, z tą różnicą, że państwa eurolandu nie mają nawet symbolicznych, własnych walut pozostających „pod wpływem” marki/euro, lecz wprost uzależnione są od wspólnego pieniądza, którego niepodzielnym władcą jest mieszczący się we Frankfurcie Europejski Bank Centralny działający w interesie swego kraju-gospodarza.

Prof. Paolo Savona po zwycięstwie Ligi i Ruchu 5 Gwiazd typowany był na ministra finansów. Wtedy to właśnie po raz pierwszy na porządku dziennym stanął realnie projekt równoległej waluty, co spotkało się z histeryczną reakcją „rynków” i brukselskich decydentów, przyczyniając się do fiaska powołania pierwszego rządu nowej koalicji, a przed Włochami stanęła perspektywa kolejnych wyborów. Do annałów przeszła otwarta groźba eurokomisarza ds. budżetu, Guenthera Oettingera: Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”. Po wielu korowodach, rząd Ligi i R5G jednak powstał, tyle że prof. Savona objął w nim tekę ministra ds. europejskich. Nie wygasiło to jednak napięć na linii Bruksela-Rzym. Niedawno Jean-Claude Juncker wystosował gniewny list krytykujący włoskie podejście do deficytu budżetowego. Domaga się w nim wdrożenia polityki „zaciskania pasa”, grożąc karą 3,5 mld. euro i w ultymatywnym tonie dając włoskiemu rządowi 48 godzin na odpowiedź.

I tu wracamy do waluty równoległej. Pomysł ten zakłada wprowadzenie do obiegu pewnego rodzaju rządowych skryptów dłużnych („bonów”) mających charakter IOU („I Owe yoU” - jestem ci winien), którymi rząd spłacałby swoje zobowiązania. Instrument ten ma tę zaletę, że z jednej strony byłby honorowanym przez państwo środkiem płatniczym, a z drugiej (w przeciwieństwie do obligacji denominowanych w euro) nie wliczałby się do zadłużenia finansów publicznych. Takim quasi-pieniądzem rząd mógłby regulować należności wobec swoich kontrahentów, ci zaś puszczaliby go dalej w obieg – można by nim płacić podatki i inne daniny publiczne, uiszczać rachunki za usługi komunalne typu woda, prąd, gaz, płacić za komunikację zbiorową itp. Słowem, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z sektorem publicznym, nowa waluta miałaby pełną akceptowalność. Oczywiście, jedynie kwestią czasu byłoby uznanie (przynajmniej w znacznej części) rządowych „bonów” również przez sektor prywatny. Nowy pieniądz byłby bowiem „tani”, w odróżnieniu od „drogiego” euro i stopniowo wypierałby z wewnętrznego obrotu eurowalutę. Trochę przypomina to pamiętane z PRL-u „bony PeKaO” stanowiące odpowiednik dolara i innych „walut wymienialnych”. Jak łatwo zauważyć, masowa emisja alternatywnej waluty oznaczałaby w konsekwencji powrót Włoch do lekko tylko zakamuflowanego lira, który automatycznie byłby z miejsca poddany dewaluacji, elastycznie dostosowując się do specyfiki włoskiej gospodarki, poprawiając jej konkurencyjność i zdolności eksportowe – znów, w odróżnieniu od „sztywnego” i krojonego na potrzeby Niemiec euro. W ten sposób Włochy stopniowo, tylnymi drzwiami, „wymiksowałyby się” z „niemieckiej klatki”, co niewątpliwie jest docelowym zamiarem Paolo Savony.

W pierwotnym zamyśle emisja rządowych „bonów” miała stanowić odpowiednik nawet 100 mld. euro. Dziś plany są skromniejsze – mówi się o równowartości 50 mld. euro. Tak czy inaczej, oznacza to potężny zastrzyk gotówki – i to w postaci „pieniądza suwerennego”, stanowiąc jednocześnie rodzaj postulowanego przez część ekonomistów „luzowania ilościowego dla ludzi” (czyli trafiającego do realnej gospodarki, a nie pompującego rynki finansowe). Na dodatek, nowy pieniądz nie nosiłby „garba” międzynarodowego długu – co szczególnie musi boleć wspomniane „rynki” przyzwyczajone do żerowania na deficytach budżetowych. Gdyby projekt został wcielony w życie mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek. Kto wie, może okazałoby się, że poza strefą euro też istnieje życie?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Włochy w uścisku Brukseli

Rynki was nauczą...

Niemiecka strefa euro


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (07-13.06.2019)

Lewaccy wydrwigrosze

Doświadczenia z Zachodu pokazują, że wokół pedofilii bardzo szybko wykreowano cały „przemysł” z fałszywymi ofiarami i kancelariami prawnymi pobierającymi tłuste prowizje od wyprocesowanych odszkodowań.

I. Lękajcie się... oszustów

Ostatnie doniesienia medialne ukazały mroczne oblicze Marka Lisińskiego - jednego z czołowych aktywistów walczących z pedofilią w Kościele i do niedawna szefa fundacji „Nie lękajcie się”. Przypomnijmy, że fundacja „Nie lękajcie się” przy współpracy z posłanką Joanną Scheuring-Wielgus oraz skrajnie lewicową warszawską radną Agatą Diduszko-Zyglewską stała za sporządzeniem „mapy kościelnej pedofilii” i raportu o pedofilii w polskim Kościele, który w lutym br. przekazano na ręce papieża Franciszka podczas wizyty w Watykanie, na kilka dni przed synodem poświęconym wykorzystywaniu seksualnemu nieletnich. Media obiegł wówczas obrazek papieża całującego w geście przeprosin dłoń Marka Lisińskiego, który jako 13-latek miał być molestowany przez księdza.

Tymczasem okazuje się, że Marek Lisiński najprawdopodobniej jest zwykłym hochsztaplerem, który problem seksualnego wykorzystywania nieletnich potraktował jak żyłę złota. Zacznijmy od rzekomego „molestowania”. Portal „WP.pl” wykrył, że w 2007 r. Lisiński pożyczył od ks. Zdzisława Witkowskiego 23 tys. zł. „na operację” żony, mającej chorować na raka. Gdy ks. Witkowski zorientował się, że żonie Lisińskiego nic nie dolega, zażądał zwrotu pożyczki, na co ten zareagował szantażem, grożąc, że oskarży księdza o pedofilię. Niedługo potem wystosował do płockiej kurii pismo z zarzutami – do „molestowania” miało dojść w latach 1980-81, gdy Lisiński był ministrantem. Mimo, że przed sądem biskupim nie zdołano udowodnić winy (nawet oskarżenie wnosiło o uniewinnienie), ks. Witkowski został ukarany trzyletnim zakazem pełnienia posługi kapłańskiej. Decydująca miała być postawa bp. Libery, pragnącego uchodzić za hierarchę aktywnie zwalczającego pedofilię w szeregach duchowieństwa. Na tym jednak nie koniec – po tym, jak Lisiński publicznie żalił się na brak wsparcia ze strony płockiej kurii, ta upubliczniła korespondencję mailową, w której wynikało, że Lisiński żądał 200 tys. zł. w zamian za co miał „zrzec się przyszłych roszczeń, a nawet wycofać się z działalności publicznej w fundacji.

Metoda pożyczki „na raka” okazała się na tyle skuteczna, że Lisiński postanowił powtórzyć swój numer. Po tym, jak pani Katarzyna wyprocesowała od Towarzystwa Chrystusowego milion złotych odszkodowania (jako 13-latka padła wielokrotnie ofiarą gwałtów ze strony byłego już księdza Romana B.), wyłudził od niej 30 tys. zł. na „nowatorską operację” raka trzustki. Katarzyna szybko zorientowała się, że jak na ciężko chorego, pan Lisiński wręcz tryska zdrowiem i energią, udzielając się w mediach i zażądała zwrotu pieniędzy – z tego, co wiadomo, nie odzyskała ich do tej pory.

Kropką nad „i” jest historia związana z filmem braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. Lisiński na potrzeby filmu nagrał swoje „świadectwo” - następnie jednak za jego wykorzystanie zażądał 50 tys. zł., na co Sekielscy się nie zgodzili i ostatecznie materiał został wycięty. Tomasz Sekielski tłumaczy dziś, że nie wspominał o sprawie, by „nie odwracać uwagi od filmu”. To już kolejny wątpliwy przypadek wokół tej produkcji – jak wiadomo, z filmu widz nie dowie się, że przedstawieni w nim duchowni byli tajnymi współpracownikami SB, co rzucałoby światło na mechanizm ich kościelnych karier. Ostatnio zaś media obiegła bulwersująca w kontekście poruszanej problematyki wiadomość, że Sekielski wypuścił serię... okolicznościowych koszulek. O co więc chodzi? O walkę z seksualnymi oprawcami dzieci, czy o to, by uderzyć w Kościół i przy okazji zarobić?


II. Parada malwersantów

Sprawa Lisińskiego to jednak nie wszystko. W ostatnich latach bowiem mieliśmy do czynienia również z innymi przypadkami traktowania „społecznej” działalności w różnych stowarzyszeniach i fundacjach jako sposobu na wygodne życie i zadawanie szyku w mediach. Oczywiście wypada tu nawiązać do aktywności twórcy KOD-u, Mateusza Kijowskiego, który kasę stowarzyszenia przekształcił w prywatną skarbonkę, wystawiając lewe faktury za rzekome usługi informatyczne. Uwagę zwracają nie tylko zawyżone ceny, nie odpowiadające rynkowym realiom, lecz również to, że większość z tych usług wykonywali dla KOD-u bezpłatnie wolontariusze. Kijowski czesał więc kasę za pracę wykonaną za darmo przez kogoś innego. Pieniądze szły na konto spółki, której większościowym udziałowcem była druga żona pana Mateusza. Kijowski bezpośrednio pobierać pieniędzy nie chciał, bo wówczas zająłby je komornik na poczet niespłaconych alimentów należnych jego dzieciom z pierwszego małżeństwa. W sumie, od marca do sierpnia 2016 r. „obrońca demokracji” inkasował w ten sposób ponad 15 tys. zł. miesięcznie brutto. W internetowych dyskusjach członków KOD przewijał się również wątek „zewnętrznych dotacji” rozpisywanych jako efekty słynnych zbiórek do „puszek” podczas manifestacji.

Wracając do wątku pedofilii. Inny przykład, to działalność Jakuba Śpiewaka (z „tych” Śpiewaków) – twórcy fundacji „Kidprotect” walczącej z pedofilią i mającej pomagać ofiarom. W 2014 r. Śpiewak został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu, 210 tys. zł. grzywny i 60 tys. nawiązki za przywłaszczenie 296 tys. zł. (prokuratura straty szacowała na 433 tys. zł.) otrzymanych z państwowych instytucji i firm na działalność statutową. W rzeczywistości pieniądze te były dla „obrońcy dzieci” źródełkiem pozwalającym mu prowadzić całkiem przyjemne życie, okraszone zagranicznymi wakacjami i kupowaniem drogich gadżetów, elektroniki, kosmetyków, markowych ciuchów itp. Warto dodać, że przed wpadką Jakub Śpiewak był dyżurnym „ekspertem” mediów wypowiadającym się na tematy związane z ochroną nieletnich.

Kolejny lewacki miglanc, to Rafał Gaweł, twórca białostockiego „Teatru TrzyRzecze” i „Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”, specjalizujący się m.in. w taśmowym składaniu doniesień do prokuratury na „wyśledzone” przez niego przypadki „mowy nienawiści”. Ów „aktywista” to przypadek analogiczny do Kijowskiego i Śpiewaka, powielający ich patent na dolce vita. Gaweł na początku br. został skazany na dwa lata więzienia za oszustwa, wyłudzenia i defraudacje na kilkaset tys. zł. (co ciekawe, wyłudził m.in. grant od sorosowskiej Fundacji Batorego) – po czym zbiegł do Norwegii, gdzie wystąpił o... azyl polityczny. Prokuratura wystąpiła w związku z tym do białostockiego sądu o wydanie Europejskiego Nakazu Aresztowania – wniosek pozostaje od dwóch miesięcy nierozpatrzony.

Takich przypadków, jak powyższe, można wymieniać więcej – choćby „zbiórkę na seicento” ogłoszoną po głośnej kolizji kolumny premier Beaty Szydło z samochodem Sebastiana K. Organizator zrzutki, mieszkający w Wielkiej Brytanii Rafał Biegun najprawdopodobniej zdefraudował 150 tys. zł. przelewając je na konto żony, która miała to na nim ponoć „wymusić”. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie przywłaszczenia. A jeszcze jest głośna sprawa stowarzyszenia „Wiosna” („Szlachetna paczka”) i bezpardonowej walki o władzę z sutymi apanażami zarządu w tle; a jeszcze Instytut Lecha Wałęsy wydrenowany do czysta za prezesury Wachowskiego... istne panopticum lewackich wydrwigroszy.


III. „Harassment industry”

Na koniec jeszcze kilka słów o pedofilii w Kościele. Oczywiście nie chodzi o to, by nagle bagatelizować problem. Trzeba jednak wnikliwie rozpatrywać każdy zgłoszony przypadek, nigdy bowiem nie wiadomo, czy mamy do czynienia z prawdziwą ofiarą, czy oszustem liczącym na wysokie odszkodowanie, na co nakłada się nagonka lewackich środowisk, traktujących ofiary pedofilii jako poręczne narzędzie w antykościelnej kampanii. Doświadczenia z Zachodu pokazują, że oskarżenia o molestowanie nader często były bezzasadne, a wokół pedofilii bardzo szybko wykreowano cały „przemysł” (swoisty „harassment industry”) z fałszywymi ofiarami i wyspecjalizowanymi kancelariami prawnymi pobierającymi tłuste prowizje od wyprocesowanych odszkodowań. Również i u nas pojawili się prawnicy, którzy zwietrzyli w Kościele łatwą ofiarę do oskubania. Warto o tym pamiętać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (07-13.06.2019)

Pod-Grzybki 163

Zaczniemy rocznicowo. 4 czerwca 1989 r. Polacy pokazali komunie wała. A zaraz potem zblatowane, magdalenkowe „elity” pokazały wała Polakom i przeprowadziły drugą turę wyborów – bo układ miał wyglądać tak, jak został wcześniej dogadany. Tak więc, obóz magdalenkowo-okrągłostołowy powinien urządzić uroczyste obchody nie 4-go, a 18-go czerwca – bo to jest ich święto i prawdziwy akt założycielski III RP. A od czwartego czerwca – wara.


*

Portal gazeta.pl lekko się odął, bo ks. Stanisław Małkowski otrzymał Krzyż Wolności i Solidarności. W związku z tym, w swym materiale nazwał ironicznie ks. Małkowskiego „księdzem od egzorcyzmów”, przypominając, że wyróżniony kapłan odprawiał egzorcyzmy podczas miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Czerscy nie wspomnieli jednak skromnie, że ks. Małkowski odprawił również w 2015 r. egzorcyzmy pod siedzibą Agory i „Gazety Wyborczej”. Jak widać, najwyraźniej tamte egzorcyzmy się „Wyborczej” nie przyjęły i nadal pluje demonami. Może więc powtórka? I tak aż do skutku?


*

A propos plucia demonami – w rocznicę 4 czerwca gazeta.pl uznała za stosowne poprosić o głos szansonistę Macieja Maleńczuka, który wdzięcznie przyrównał wyborców PiS do przekupionych za „parę groszy” szczurów wracających do klatki, bo tam jest „ziarno”, czyli 500+ i inne socjale. A tyle po wyborach było gadania, by nie obrażać pisowskiego elektoratu, bo to przeciwskuteczne... Cóż, akurat „Wyborcza” jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony wie, że taka ostentacyjna pogarda tylko odstręcza normalnych ludzi, ale z drugiej znajduje się pod presją własnych czytelników domagających się codziennej porcji antypisowskiego jadu wylewanego na hołotę i motłoch przekupiony za „pińćset”. Musi więc im go dostarczać, niczym diler kolejną szprycę ćpunowi. Bez tej codziennej dawki hejtu, zaspokajającego emocjonalną potrzebę poczucia wyższości nad „pisiorami” zniknąłby ostatni powód dla którego ta gazeta jest jeszcze w ogóle kupowana.


*

Michnikowi wóda już chyba ze szczętem wyżarła mózg. Ów stary dement ogłosił w wywiadzie dla „Foreign Policy”, że pisowski reżim może mu podrzucić narkotyki i przysłać „milicję” do siedziby „Wyborczej”. Kurna, za Tuska nasyłano - i to nie żadną „milicję”, tylko służby specjalne, ABW – na siedzibę „Wprost”, robiono rewizję w domu Wojciecha Sumlińskiego, wpadano o 6-tej rano do mieszkania blogera Antykomora, skazywano kibiców za przyśpiewkę „Donald matole...”, a prof. Marcin Król domagał się rozprawy z PiS „nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem”. Czy Michnik latał wtedy z japą do zagranicznych przekaziorów? Aha, pan pozdrowi brata. On z pewnością się zna na milicyjno-ubeckich najściach i soleniu „pięknych wyroków”.


*

Uwaga rodzice z Warszawy! Trzaskowski wręczy „dyplomy równości” 42. warszawskim szkołom, wyróżnionym w specjalnym rankingu jako „przyjazne dla LGBTQ”. Koniecznie sprawdźcie, czy przypadkiem nie uczęszczają do którejś z nich Wasze dzieci. https://kph.org.pl/wp-content/uploads/2019/05/Dyplom_Rownosci_ranking_2019.pdf

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (07-13.06.2019)

niedziela, 2 czerwca 2019

Sondaże czy horoskopy?

Sondaże nie służą opisywaniu preferencji, tylko kształtowaniu opinii publicznej – kluczową rolę odgrywa tu społeczny konformizm, każący iść za głosem większości i trzymać z silniejszymi.

Na początek uwaga porządkująca. W ubiegłym tygodniu opublikowałem tu krytyczny felieton o zaostrzeniu art. 212 KK (zniesławienie) – w ramach nowelizacji Ministerstwo Sprawiedliwości chciało do niego dodać art. 212 par.2a, kryminalizujący m.in. zniesławiające fake newsy, które na dodatek miałyby być ścigane z urzędu. Projekt przeszedł przez Sejm, na szczęście już po skierowaniu gazety do druku min. Ziobro nieco się zreflektował i wycofał kontrowersyjną nowelizację z Senatu. Dobre i to, choć sama kwestia ścigania karnego „za słowo” wciąż pozostaje nierozwiązana, mimo licznych apeli organizacji międzynarodowych i pozarządowych.

A teraz, do rzeczy. Za nami wybory do europarlamentu, które przyniosły dość zaskakujące rozstrzygnięcia – PiS zdeklasowało konkurencję osiągając rekordowy wynik 45,38 proc. głosów i 27 mandatów, wygrywając różnicą 6,91 punktu procentowego z Koalicją Europejską (38,47 proc. i 22 mandaty). Nad kreską znalazła się również „Wiosna” Roberta Biedronia (6,06 proc. i 3 mandaty), natomiast Konfederacja, której niemal wszystkie sondaże (włącznie z exit poll robionym przed lokalami wyborczymi) wróżyły przekroczenie progu, ostatecznie uzyskała zaledwie 4,55 proc.

Krótko mówiąc, jesteśmy świadkami kolejnego (którego to już?) blamażu sondażowni. Nic nowego, zważywszy, że z podobnym rozjazdem między prognozami a ostatecznym wynikiem mieliśmy do czynienia także przy okazji innych wyborów. Do legendy przeszedł sondaż GfK Polonia dla „Faktów” TVN, który w 2005 r. na 11 dni przed drugą turą wyborów prezydenckich dawał Donaldowi Tuskowi 62 proc. przy 38 proc. Lecha Kaczyńskiego. Inne „ośrodki badawcze” (cudzysłów zamierzony, bo trudno traktować te instytucje poważnie) były nieco bardziej wstrzemięźliwe: 18 października 2005 r. (na 5 dni przed II turą) TNS OBOP oraz PBS zgodnie dawały Tuskowi 55 proc. poparcia przy 45 proc. Lecha Kaczyńskiego. Ostatecznie, jak wiemy, Lech Kaczyński wygrał niemal dokładnie odwrotnym stosunkiem głosów, otrzymując 54,04 proc. przy 45,96 proc. Donalda Tuska. Nie zmąciło to bynajmniej dobrego samopoczucia czarodziejów od sondaży – Elżbieta Gorajewska, ówczesna rzecznik odpowiedzialności dyscyplinarnej w zrzeszającej największe firmy badawcze organizacji OFBOR (Organizacja Firm Badania Opinii i Rynku), stwierdziła z pełną dezynwolturą, iż „pomyłki” wynikają z tego, że... „ludzie kłamią ankieterom”. Podobne przypadki można mnożyć.

Nie inaczej było i tym razem. Na stronie „ewybory.eu” mamy zestawienie sondaży wiodących pracowni od lutego do 24 maja 2019 r. Spójrzmy na ostatnie dni kampanii. Średnie poparcie uzyskane przez poszczególne komitety wyborcze w dniach 22-24 maja (z uwzględnieniem osób niezdecydowanych) wynosiło: PiS – 37,9 proc.; Koalicja Europejska – 36,9; Wiosna – 7,7; Konfederacja – 6,2; Kukiz'15 – 5,5. Z kolei średnia z całego miesiąca (biorąca pod uwagę jedynie osoby zdecydowane, zatem bez „doważania” głosów) wynosiła: PiS – 39,1; Koalicja Europejska – 38,0; Wiosna – 8,0; Konfederacja – 6,4; Kukiz'15 – 5,6 proc. Czyli, wyniki sondażowe nijak się miały do tych rzeczywistych – takiego rozdźwięku nie sposób wytłumaczyć błędem statystycznym, mogącym teoretycznie sięgać maksymalnie 2-3 pkt. proc. Czyżby tu ludzie także notorycznie i uparcie „kłamali ankieterom”? Wolne żarty. Jeżeli natomiast spojrzymy na poszczególne badania, to okaże się, że literalnie żadnemu ośrodkowi badania opinii publicznej nie udało się choćby zbliżyć do odkrycia faktycznych preferencji wyborczych społeczeństwa – i to niezależnie od zastosowanej metody. W zestawieniu mamy cały przekrój: uznawany za „najdokładniejszy” CATI (wywiad telefoniczny wspomagany komputerowo), CAWI (wspomagany komputerowo wywiad przy użyciu strony WWW) oraz CAPI (wywiad bezpośredni przy użyciu komputera) – wszystkie strzelały „Panu Bogu w okno”. Wyjątkowo kuriozalny okazał się sondaż kojarzonego z Platformą Obywatelską IBSP (Instytut Badań Spraw Publicznych) dla springerowskiego „Newsweeka” przeprowadzony 22-23 maja, dający KE 42,51 proc., a PiS jedynie 36,32 proc. W drugą stronę z kolei przegiął rządowy CBOS dając PiS 43 proc., a KE zaledwie 28 proc.

Oczywiście, wszystkie te „badania” powstają „na obstalunek” zamawiającego. Rąbka tajemnicy uchylił niegdyś Przemysław Wipler opowiadając, jak zlecił w 2013 r. instytutowi Homo Homini (dziś IBRIS) sondaż dający jego stowarzyszeniu Republikanie 19 proc. poparcia. Koszt niewygórowany – 6 tys. zł. Powstaje pytanie, czy nie taniej byłoby zamówić horoskop u wróża Macieja? No cóż – chodzi tutaj o „perswazyjną funkcję sondaży” spłodzonych przez „niezależne firmy”, obliczoną na efekt wywołania „społecznego dowodu słuszności”. Innymi słowy, sondaże nie służą opisywaniu preferencji, tylko kształtowaniu opinii publicznej – kluczową rolę odgrywa tu społeczny konformizm, każący iść za głosem większości i trzymać z silniejszymi. Tylko, czy po tych wszystkich spektakularnych „wtopach” jeszcze ktokolwiek wierzy radosnej twórczości płatnych propagandystów?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bourbonowie od sondaży


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (31.05-06.06.2019)

PiS wygrywa mecz na wyjeździe

Te wybory były „europejskie” tylko z nazwy. Zarówno agenda poruszanych tematów, jak i frekwencja pokazały jasno, że był to plebiscyt stricte krajowy, mający pokazać siłę poszczególnych obozów przed kluczową wyborczą jesienią.

I. Trzy obalone mity

45,38 proc. głosów (27 mandatów) dla PiS do 38,47 proc. (22 mandaty) dla Koalicji Europejskiej – to ostateczny wynik arcytrudnej dla partii rządzącej konfrontacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przewaga 6,91 punktu procentowego jaką uzyskał PiS świadczy o bezapelacyjnym, jednoznacznym zwycięstwie. Nawet jeśli do wyniku KE doliczymy 6,06 proc. uzyskanych przez skrajnie lewacką „Wiosnę” Roberta Biedronia (3 mandaty), to i tak uzyskamy stosunek głosów 45,38 do 44,53 – a więc przewagę 0,85 pkt. proc. (w mandatach – 27 do 25). Rezultat ten należy docenić tym bardziej, że utarło się przekonanie, iż eurowybory są domeną opcji lewicowo-liberalnej. Używając terminologii piłkarskiej – Zjednoczona Prawica wygrała ważny mecz na wyjeździe, odczarowując tym samym boisko przeciwnika. A że bramki na wyjeździe liczą się podwójnie, to na perspektywę wyborów do Sejmu i Senatu można patrzeć ze sporym optymizmem – tym bardziej, że te wybory były „europejskie” tylko z nazwy. Zarówno agenda poruszanych tematów, jak i frekwencja pokazały jasno, że był to plebiscyt stricte krajowy, mający pokazać siłę poszczególnych obozów przed kluczową wyborczą jesienią.

Niejako przy okazji udało się obalić również inny mit – że zwiększona frekwencja zagra w naturalny sposób na korzyść obozu anty-PiS. Liberalni komentatorzy za pewnik przyjęli, że wyborcza mobilizacja dotyczyć będzie głównie wielkich miast, gdzie dominuje elektorat obsesyjnie nienawidzący partii Jarosława Kaczyńskiego i owładnięty „kompleksem Europy”, pragnący za wszelką cenę udowodnić swą wyższość nad prowincjonalnym „ciemnogrodem” poprzez głosowanie na „słuszne” ugrupowania. Widać było to wyraźnie w trakcie wyborczej niedzieli, podczas której np. portal „gazeta.pl” w euforycznym tonie odnotowywał kolejne frekwencyjne rekordy. Tymczasem, nic z tego – wyjątkowo dla tego typu wyborów zmobilizowała się konserwatywna prowincja, w ostatecznym rozrachunku przykrywając wielkomiejskie „fajnopolactwo”. Zwycięstwo w eurowyborach przy frekwencji 45,68 proc. (w 2014 r. było 23,83 proc.) musi smakować w dwójnasób.

No i wreszcie mit trzeci – powrotu „Króla Europy”, czyli Donalda Tuska na białym Timmermansie. Zarówno kampania wyborcza, jak i końcowy wynik pokazały, że magia Tuska przestaje działać. Mimo, że przewodniczący Rady Europejskiej porzucił nawet pozory bezstronności i jednoznacznie zaangażował się na rzecz „totalnej opozycji”, to efekt okazał się mizerny. Mdłe wystąpienia, z których po pięciu minutach nikt nie potrafił zacytować choćby jednego zdania, to z pewnością nie było to, na co liczyli zwolennicy „totalnych”. Nie pomogła nawet feta na trzydziestolecie „Gazety Wyborczej” - „człowiek roku” nie porwał za sobą tłumów. Lata w Brukseli na wygodnej synekurze ewidentnie osłabiły u Tuska polityczny pazur – dziś prezentuje się niczym wyliniały kocur, który chyba nawet nie ma za bardzo ochoty na powrót do polskiej polityki, o ciężkiej pracy nie wspominając. Być może zaangażowanie na krajowym podwórku zostało mu po prostu zlecone i wykonywał zadanie wbrew sobie i bez przekonania. Tak czy owak, Tusk jest obecnie politycznym celebrytą, a nie „game changerem” - przypomina w tym Aleksandra Kwaśniewskiego po zakończeniu prezydentury. Wtedy również obóz lewicowo-liberalny widział w nim patrona, który odnowi i poprowadzi lewicę do boju – jak wiemy, skończyło się na niczym.


II. Pustka programowa obozu „anty-PiS”

Jeżeli spojrzeć przekrojowo na kampanię wyborczą, ze szczególnym uwzględnieniem jej ostatniego etapu, to widać, że „anty-PiS” przynajmniej kilkakrotnie strzelił sobie w kolano. Pierwszoplanowe twarze obozu sprawiały wrażenie, jakby sukces miał przynieść sam fakt zjednoczenia się pod wspólnym szyldem. Kampania toczyła się głównie w mediach i wielkich miastach z kompletnym zlekceważeniem „terenu”. W efekcie PiS wygrał w przytłaczającej większości gmin i powiatów (często również w województwach stanowiących matecznik PO), co jest pomyślnym prognostykiem przed wyborami parlamentarnymi, a Beata Szydło zdobyła 524 951 głosów, co daje w skali Polski poparcie rzędu 3,9 proc. Po oczach biła pustka programowa – Koalicja Europejska jako jedyny komitet nie była w stanie odpowiedzieć na pytania „Latarnika Wyborczego”, poza ogólnikową „europejskością” i „odsunięciem PiS od władzy” nie miała wyborcom literalnie nic do zaoferowania, licząc najwyraźniej, że osiągnie sukces jadąc wyłącznie na antypisowskich emocjach. Na ostatniej prostej usiłowano zatuszować tę nicość urbanoidalnym antyklerykalizmem i palikociarskimi hasłami spod znaku „lewicy rozporkowej”, ścigając się na tym polu z Biedroniem. I kto wie, czy KE właśnie tutaj nie przejechała się najbardziej.

W środowiskowej „bańce” lewicy od jakiegoś czasu pokutuje przekonanie, że Polacy są bardziej liberalni obyczajowo niż mogłoby się wydawać, dlatego należy grać na tej nucie. To po części prawda, świadczy o tym choćby rosnąca ilość związków nieformalnych, czy spadająca liczba wiernych biorących udział w praktykach religijnych – zwłaszcza w młodym pokoleniu. Jednak „obyczajówka” wciąż nie jest czynnikiem decydującym o preferencjach wyborczych, a gdy w grę wchodzi homoseksualna deprawacja nieletnich – działa wręcz odstręczająco. Podobnie z tzw. ludowym antyklerykalizmem – Polacy między sobą lubią wprawdzie popsioczyć na księdza, lecz wciąż reagują negatywnie na antykościelne nagonki i szarganie świętości. Tymczasem KE pod koniec kampanii sprawiała wrażenie, jakby wybory miał jej wygrać film braci Sekielskich – kolejne miliony odsłon na You Tube biorąc za wskaźnik poparcia. Tyle, że machina propagandowa temat pedofilii w Kościele zwyczajnie „przegrzała” i do wyborców dotarło, że problem jest zbyt nachalnie instrumentalizowany na potrzeby brudnej rozgrywki politycznej. Z pewnością nie pomogło jadowicie klerofobiczne wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na UW, które na domiar złego częściowo „przykleiło się” do Tuska, czy prowokacje z „tęczową” Matką Boską. Polacy mogą wiele znieść, mogą nawet mieć dystans do Kościoła instytucjonalnego – ale profanacji Matki Boskiej Częstochowskiej nie zdzierżą. Jak bardzo „anty-PiS” zamknął się w lewackim matrixie, że do tego stopnia odkleił się od rzeczywistości? Zapewne swoje zrobił też ekspiacyjny list Episkopatu odczytywany w wyborczą niedzielę w Kościołach oraz... nagłośniona podczas ciszy wyborczej wulgarna gej-parada w Gdańsku, bluźnierczo parodiująca procesję Bożego Ciała z waginą w miejsce Najświętszego Sakramentu. Wyjątkowo boleśnie odczuło to PSL, które wchodząc w lewacką koalicję straciło tradycjonalistyczny, wiejski elektorat na rzecz PiS, które na wsiach zgarnęło ponad 70 proc.


III. Konfederacja – porażka i nadzieja

Na zakończenie kilka słów o Konfederacji. Na porażkę antysystemowców złożyło się kilka czynników – agresywna propaganda propisowskich mediów, odcięcie od telewizji publicznej, wysoka frekwencja oraz podchwycenie przez PiS twardej retoryki ws. ustawy 447. Ale były też błędy po stronie samych Konfederatów – wywiady dla kremlowskiego „Sputnika”, „wrzutki” o batożeniu homoseksualistów (Braun), „lekkiej” pedofilii (Korwin) czy szczeniackie pajacowanie Berkowicza z jarmułką nad głową kandydatki PiS. Słowem, „protokół 2 proc” odpalono zbyt wiele razy, by pozostało to bez konsekwencji. Jednak wynik 4,55 proc. daje nadzieję przed jesienią – o ile zostaną wyciągnięte wnioski i antysystemowcy popracują nad przekazem. Pole do wzrostu jest chociażby w elektoracie upadającego Kukiz'15 oraz w mobilizacji młodzieży (w przedziale 18-29 lat Konfederaci wykręcili trzeci wynik – 18,6 proc.). Konfederacja jest polskiej prawicy potrzebna - minione tygodnie pokazały, że ma zbawienny, dyscyplinujący wpływ na obóz władzy, zmuszając go chociażby do zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec żydowskich roszczeń. Jeśli tej radykalnej konkurencji zabraknie, to zachodzi obawa, że PiS w poczuciu politycznego komfortu znów się rozlezie jak dziadowskie gacie.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (31.05-06.06.2019)

Pod-Grzybki 162

Po eurowyborach media wymieniają największych wygranych i przegranych, przerzucając się głośnymi nazwiskami polityków, którzy bądź to dostąpią brukselskiej manny z nieba, bądź też przez najbliższe lata będą cierpieć o chlebie i wodzie. Ja mam innego faworyta wśród przegranych: wszystkie działające na rynku sondażownie. Literalnie ani jeden „ośrodek badań opinii” nawet nie zbliżył się do rzeczywistego wyniku wyborów. Oni już nawet nie udają, że badają cokolwiek, to są wprost płatne ośrodki propagandowe, mające urabiać na obstalunek zleceniodawców opinię publiczną. Mam zatem pomysł - założę własny, jednoosobowy „instytut badawczy”. Nazwę go jakoś ładnie, np. Pracownia Robienia Wody z Mózgu i będę czesał kasę. Oczywiście, przeprowadzanie jakichkolwiek badań mija się z celem – wystarczy znać preferencje sponsora. Gwarantuję za to słupki i wykresy w zarąbistych kolorkach. W ostateczności, gdy zabraknie mi weny, zawsze będę mógł zadzwonić do wróża Macieja – efekt nie będzie gorszy od sondaży „wiodących ośrodków badawczych”, a ileż mniej roboty!


*

A tak bardziej serio – jednym z największych przegranych jest Konfederacja. Niestety, frontmanom Konfederatów kampania wyborcza pomyliła się ze spotkaniem autorskim w salce parafialnej, gdzie przychodzą sami swoi i można swobodnie „popłynąć”, dając upust oratorskim zapędom. Swoją drogą, poparcie dla Konfederacji zadeklarował słynny „jasnowidz” Krzysztof Jackowski – i co, nie ostrzegł ich co się szykuje? Teraz poobijani antysystemowcy muszą odbudować formę przed jesienią. Zalecam kurację produktami innego fana Konfederatów, Jerzego Zięby - „lewoskrętną” witaminą C (39 zł), popijaną wodą przepuszczoną przez „strukturyzator” za jedyne 2500 złociszy. Może nawet da im na kredyt – po jesiennych wyborach zwrócą mu z budżetowej dotacji, o ile oczywiście wcześniej znowu nie odpalą słynnego „protokołu 2 proc.”.


*

A wygrany? Oczywiście Beata Szydło, która wynikiem 524 951 głosów zdetronizowała dotychczasowego etatowego zwycięzcę eurowyborów, czyli startującego z ludnego Śląska Jerzego Buzka. Tak, że ten... może by się jeszcze zastanowić nad kandydowaniem Dudy w przyszłym roku? Przypomnę, że rok temu popełniłem tekst pt. „Beata Szydło na prezydenta” - i odnoszę wrażenie, jakby znów zyskiwał na aktualności...


*

Inny wygrany to niewątpliwie Robert Biedroń, który opowiadając o swym związku ze Śmiszkiem chwalił się, że „Jak się nie widzimy miesiąc, to króliczki Duracella odpadają przy nas. 24 godziny na dobę!”. Drżyjcie brukselscy geje – jurny Robert nadchodzi!


*

A tymczasem, doceniają nas w Europie! Francuski minister gospodarki i finansów Bruno Le Maire przyznał samokrytycznie, że „Francja gardziła Polską i myliła się”. W ramach rekompensaty Paryż zaproponował nam przystąpienie do „francusko-niemieckiego projektu sektora przemysłowego baterii elektrycznych, ZWŁASZCZA W DZIEDZINIE RECYKLINGU”. Yes, yes, yes! Polska śmieciarzem Europy – to brzmi dumnie!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (31.05-06.06.2019)

niedziela, 26 maja 2019

PiS i „efekt Konfederacji”

Efekt Konfederacji” sprowadza się generalnie do jednego: PiS potrzebuje nad sobą bata.


I. Koalicja PiS-Konfederacja?

Na finiszu przed wyborami do europarlamentu relacje na prawicy między liderującym PiS, a pretendentami z Konfederacji zmieniły się o tyle, że oba ugrupowania postawiły na kopanie się po kostkach. W porównaniu z dotychczasowym bezceremonialnym okładaniem się po gębach jest to, przyznajmy, pewien postęp. Więcej, rozpoczynają się nawet nieśmiałe dusery – Korwin-Mikke oznajmił, że „nie odmówi” Jarosławowi Kaczyńskiemu ewentualnej koalicji po jesiennych wyborach, na co poseł PiS, Marek Ast z równą kurtuazją odrzekł: „Jesteśmy otwarci na rozmowy z formacjami, które podzielają nasze wartości i jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikkem jest możliwa koalicja. Hmm, chciałbym wówczas zobaczyć miny niektórych medialnych zagończyków... Póki co jednak, jest to pisanie palcem na wodzie, tym bardziej, że tradycyjnie im bliżej wyborów, tym sondaże dostają coraz większej głupawki – raz prowadzi PiS, to znów Koalicja Europejska, natomiast Konfederacja na zmianę notuje kilka procent nad progiem wyborczym, by zaraz osunąć się poniżej 5 proc. poparcia. Krótko mówiąc, standard – sondażownie nawet nie udają, że starają się cokolwiek zbadać, tylko wykonują propagandowe zamówienia zleceniodawców.


II. Mit „rozbijania prawicy”

Jedną z największych przeszkód na drodze do powstania hipotetycznej koalicji PiS-Konfederacja jest rozpowszechniona od lat narracja, że jakiekolwiek nowe ugrupowanie po prawej stronie „rozbija patriotyczny elektorat”. Warto rozbroić ten mit, ukuty w ramach tzw. doktryny Lipińskiego i mający uzasadnić monopolistyczną pozycję Prawa i Sprawiedliwości na prawicy. Bazuje on na traumie lat 90-tych, kiedy to rozdrobniona prawica postsolidarnościowa faktycznie kanibalizowała się nawzajem. Ostatecznie z okresu „smuty” zwycięsko wyszedł obóz Jarosława Kaczyńskiego i odtąd swoją pozycję buduje on m.in. na emocjonalnym szantażu, by nie powtórzył się czarny scenariusz z minionej epoki. Rzecz w tym, że zarzut „rozbijactwa” w odniesieniu do Konfederacji jest pustą demagogią, mającą zdeprecjonować na samym starcie potencjalnego konkurenta.

Po pierwsze, nie bardzo wiem, skąd to feudalne przekonanie, że jakakolwiek partia jest „właścicielem” (czy też może raczej - „suwerenem”) „swoich” wyborców, których powinnością z kolei (niczym lojalnych „wasali”) jest oddawanie na nią głosu bez względu na wszystko. W systemie republikańskim taki paternalizm nie powinien mieć miejsca, bo stawia sprawy na głowie. W zdrowym układzie to elektorat jest zwierzchnikiem i pracodawcą polityków, i to wyborcy mają prawo wymagać i rozliczać swych przedstawicieli – również z lojalności. Zarzut o „podbieranie elektoratu” stawia natomiast wyborców w roli bezwolnej masy, stada kwok, które jakiś lis-przybłęda wykrada z partyjnego kurnika. To uwłaczające - przede wszystkim dla ludzi traktowanych niczym pańszczyźniani chłopi „przypisani” do danej siły politycznej i pozbawieni prawa do własnej oceny. Dochodzi do tego, że deklaracja o głosowaniu na opcję inną niż jedynie słuszna, odbierana jest wręcz w kategoriach „zdrady”. Zapamiętajmy więc: to wyborca zawsze jest suwerenem - podmiotem, a nie przedmiotem. Ma prawo zrobić ze swym głosem co uzna za stosowne i nikomu nic do tego.

Druga rzecz – Konfederacja nie tyle „podbiera” głosy, ile konsoliduje elektorat na prawo od PiS – ten bardziej antysystemowy i radykalny. On nie zniknie (choć zapewne PiS i jego medialni akolici bardzo by tego chcieli) i zawsze znajdzie swych reprezentantów. Jeżeli już mówić o walce o głosy, to toczy się ona raczej między Konfederatami, a walczącym o przetrwanie Kukizem (któremu, swoją drogą, przed wyborami w 2015 r. również usiłowano przyszyć różne niecne intencje). I to właśnie w przypadku Kukiz'15 daje się zauważyć odpływ wyborców, w znacznej mierze zniechęconych niestabilnością emocjonalną i różnymi narowami lidera. PiS nieodmiennie zbiera „swoją” pulę – gdyby było inaczej, to od momentu powstania Konfederacji powinien zaliczyć tąpnięcie na poziomie kilku procent, tymczasem nic takiego się nie stało.

Po trzecie wreszcie – Konfederacja mogła co najwyżej częściowo zagospodarować tych wyborców, których PiS z pełną premedytacją porzucił, licząc cynicznie na to, że i tak z braku konkurencji ma zapewnione ich głosy. Nerwowy dygot wziął się stąd, że owa konkurencja właśnie się pojawiła – ale tu PiS może mieć pretensje wyłącznie do siebie.


III. „Efekt Konfederacji”

Jak pisałem przed tygodniem, samo pojawienie się na scenie Konfederacji i realna perspektywa przekroczenia przez nią progu wyborczego podziałała na Prawo i Sprawiedliwość dyscyplinująco – i jest to pierwszy znaczący plus związany z nowym ugrupowaniem. Ów, pozwolę sobie tak nazwać, „efekt Konfederacji” sprowadza się generalnie do jednego: PiS potrzebuje nad sobą bata. Wbrew propagandzie „obozu beneficjentów III RP”, partia rządząca nie jest bowiem bynajmniej radykalna i dawała niejednokrotnie dowody, że miast twardych rozstrzygnięć woli miękką ekwilibrystykę i lawiranctwo, na co niekiedy nakłada się zwykła nieudolność przyprawiona naiwnością – chociażby w relacjach z USA, Izraelem i żydowską diasporą, ale też w stosunkach z Brukselą. Dlatego potrzebne jest ugrupowanie pełniące rolę dyscyplinatora i flankujące PiS z prawej strony. Już teraz Konfederacja i protesty przeciw żydowskim roszczeniom majątkowym wymusiły na PiS utwardzenie stanowiska – z pożytkiem dla Polski. Na razie odbywa się to wprawdzie na poziomie deklaracji, ale mamy za sobą tzw. dobry początek. Tej presji nie wolno odpuszczać, bo blokada procedowania zgłoszonej przez Kukiz'15 anty-ustawy przeciw JUST Act pokazała, że partia rządząca nadal nie jest w stanie wyjść poza retoryczne szarże.

Kolejna rzecz, bardzo istotna. Otóż PiS zdaje się nie dostrzegać, że powstanie Konfederacji wbrew pozorom poszerza jego pole manewru. Na tle „prawicowych ekstremistów” ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego może się prezentować jako siła stosunkowo umiarkowana. Tę samą rolę w stosunku do PO - tylko z lewa - pełni obecnie „Wiosna” Biedronia, a wcześniej, za Tuska, Ruch Palikota. Warto zaimplementować ten schemat po prawej stronie. Powyższe ma także przełożenie na politykę zagraniczną. Dociskany od prawej strony PiS będzie mógł sobie pozwolić (albo zostanie zmuszony) na bardziej asertywną politykę wobec naszego hegemona zza oceanu, Tel-Avivu, środowisk żydowskich i Unii Europejskiej. Innymi słowy, będzie mógł powiedzieć „strategicznym partnerom”: słuchajcie, nie możemy tego a tego dla was zrobić, bo podniesie się wrzask i napędzimy głosów tym „ruskim agentom”, „antysemitom”, „polexitowcom” itp. Co wolicie – nas, czy tych nieobliczalnych populistów, którzy mogą zdestabilizować sytuację nie tylko w Polsce, ale i w całym regionie?

PiS najwyraźniej jeszcze się nie zorientował, co może dzięki Konfederacji zyskać (albo na razie nie ma odwagi zagrać tą kartą). Zorientowali się za to zagraniczni przywódcy. To nie przypadek, że Juncker nagle wystawił PiS-owi „świadectwo proeuropejskości”, szokując tutejszą „totalną opozycję”, która z dnia na dzień musiała połknąć własne języki i przestała wrzeszczeć o groźbie „polexitu”. Nie jest też przypadkiem głos ambasador Mosbacher, która nagle zaczęła nas uspokajać w sprawie „ustawy 447”, po czym z jednej strony potępiła „antysemickie” demonstracje, a z drugiej zapewniła, iż „Mowa nienawiści przedstawicieli skrajnych organizacji nie zakłóci relacji między sojusznikami”. Waszyngton ewidentnie przestraszył się wizji utraty władzy w Warszawie przez „swoich sukinsynów” (jak Amerykanie zwykli pieszczotliwie nazywać pozostające pod ich patronatem rządy). Tylko Żydzi tradycyjnie prezentują postawę głupio-agresywną, ale pewnie i do nich wkrótce dotrze, że tylko pompują „antysemitów”. I to również jest „efekt Konfederacji”, który PiS powinien wykorzystać. Jeżeli tego nie zrobi – wtedy cóż, może naprawdę zacząć tracić głosy...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

PiS kontra Konfederacja

Szczupak w stawie karpi


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (24-30.05.2019)

Art. 212 – zaciskanie knebla

Z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Na posiedzeniu Sejmu z 16 maja br. uchwalono obszerną nowelizację Kodeksu Karnego. Obrady upłynęły w typowo „kampanijnej” atmosferze, a partyjne przepychanki i zainteresowanie mediów skupiły się głównie na zaostrzeniu odpowiedzialności za pedofilię – tymczasem, w gąszczu szczegółowych przepisów przemycono rzecz tyleż skandaliczną, co potencjalnie bardzo niebezpieczną dla wolności słowa. Rozszerzono mianowicie odpowiedzialność karną za zniesławienie – czyli wciąż pokutujący w naszym systemie prawnym haniebny art. 212 KK. Ten relikt komuny od lat jest przedmiotem krytyki organizacji pozarządowych, środowisk dziennikarskich oraz międzynarodowych organizacji, takich jak OBWE, która już w 2005 r. wezwała polskie władze do dekryminalizacji przestępstw zniewagi i zniesławienia. Na podobnym stanowisku stanęło w 2007 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (np. sprawa Handyside przeciwko Wlk. Brytanii) wskazuje, iż groźba odpowiedzialności karnej za zniesławienie może prowadzić m.in. do stosowania przez dziennikarzy autocenzury i skutkować tzw. efektem mrożącym („chilling effect”).

Wszystko to jak dotąd nie skłoniło kolejnych ekip rządzących do wykreślenia art. 212 z Kodeksu Karnego – słyszymy, że przepis ten ma umożliwić obronę dobrego imienia osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. Jest to tłumaczenie o tyle obłudne, że praktyka jasno pokazuje, iż art. 212 stał się w znacznej mierze narzędziem tłumienia medialnej krytyki przez osoby publiczne, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Kolejną grupą chętnie posługującą się art. 212 są podmioty instytucjonalne, o czym niżej podpisany przekonał się za sprawą dwuletniego procesu ze Związkiem Banków Polskich. Dotyczy to w szczególności typu kwalifikowanego przestępstwa opisanego w §2, penalizującego zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” (czyli z założenia wymierzonego w dziennikarzy), gdzie prócz grzywny czy ograniczenia wolności mamy możliwość zasądzenia kary do roku pozbawienia wolności. Co więcej, w przeszłości zdarzało się, że kara ta faktycznie była orzekana przez sądy – w ostatnich latach wprawdzie linia orzecznictwa odeszła od tej praktyki, lecz potencjalne zagrożenia odsiadką „za słowo” wciąż istnieje.

Jeśli chodzi o polityków, niezmiennie obserwujemy podejście zdeterminowane zasadą „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Każda opcja polityczna znajdująca się w danej chwili w opozycji solennie zapowiada zniesienie art. 212, by błyskawicznie zapomnieć o złożonej obietnicy w chwili objęcia rządów – bo też art. 212 jest nader poręcznym kneblem: niezależnie od finalnego rozstrzygnięcia, proces sam w sobie jest dolegliwością dla dziennikarza i redakcji, generując przy okazji koszty związane z obsługą prawną. Obecnie rządzące PiS niestety nie jest wyjątkiem – jako opozycja przygotowało nawet w 2008 r. projekt odpowiedniej nowelizacji, by teraz pójść w dokładnie odwrotnym kierunku.

Co konkretnie uchwalono? Otóż do wspomnianego wyżej §2 dopisano §2a w brzmieniu: „Tej samej karze (czyli grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku – przyp. PL) podlega, kto w celu popełnienia przestępstwa określonego w § 1 albo po jego popełnieniu tworzy fałszywe dowody na potwierdzenie nieprawdziwego zarzutu lub nakłania inne osoby do potwierdzenia okoliczności objętych jego treścią”. Jak się zdaje, intencją ustawodawcy było uderzenie w zniesławiające fake newsy i fałszywe zeznania – tyle, że w prawie karnym już mamy zarówno karalność składania fałszywych zeznań, jak i podżegania do takowych. Zniesławiający fake news natomiast sam w sobie wyczerpuje znamiona czynu zabronionego z art. 212 – otrzymaliśmy więc legislacyjnego potworka dublującego odpowiedzialność karną.

Najgorsze jednak jest to, że o ile na mocy art.212 §4 zniesławienie z paragrafów 1 i 2 ścigane jest z oskarżenia prywatnego, o tyle „zapomniano” o tym w przypadku dodanego §2a! A to oznacza, że przestępstwo z paragrafu 2a ścigane będzie Z URZĘDU. Krótko mówiąc, do akcji wkroczy policja i prokuratura, nawet bez wiedzy poszkodowanego – a sąd będzie mógł zasolić nawet rok odsiadki.

Ten drakoński przepis poraża tym bardziej, że jeszcze w lutym min. Ziobro deklarował możliwość depenalizacji zniesławienia (było to po głośnym wyroku w sprawie dziennikarza Wojciecha Biedronia, którego sąd uznał winnym, bo w artykule o sędzim Łączewskim mylnie podał, że w jego sprawie toczy się postępowanie dyscyplinarne, podczas gdy toczyło się postępowanie wyjaśniające) - a w tym samym czasie w jego resorcie trwały prace nad omawianą nowelizacją.

Według dostępnych statystyk, z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Między 2006 a 2016 r. liczba wszczętych postępowań zwiększyła się ze 168 do 904, a wyroków skazujących – z 236 do 540. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Art. 212 – knebel na dziennikarzy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (24-30.05.2019)

Pod-Grzybki 161

Na początek dobra wiadomość. Gejowska organizacja ILGA opublikowała ranking krajów UE sklasyfikowanych pod kątem promowania dewiacji. Polska (z wynikiem 18 pkt. na 100, wg zasady - im mniej punktów, tym lepiej) po raz drugi z rzędu zanotowała drugą pozycję wśród najbardziej „homofobicznych” państw, ustępując jedynie Łotwie. Srebrny medal cieszy, jednak nie wolno spocząć na laurach – zróbmy wszystko, by za rok sięgnąć wreszcie po złoto!


*

Widzieli kiedyś Państwo mandryla? To jest taka małpa z tyłkiem w kolorach tęczy. Przyszło mi do głowy, że nadaje się idealnie na symbol LGBTQWERTY obnoszony na gej-paradach - pasowałaby do tego towarzystwa jak ulał. Reszta lewaków może demonstrować pod sztandarami z tyłkiem pawiana. Bo czerwony.


*

Na gali 30-lecia „Wyborczej” Barbara Engelking zaliczyła „freudowskie przejęzyczenie”, nazywając „Gazetę Wyborczą” „gazetą żydowską” - zapominając jednak dodać, wzorem Stanisława Michalkiewicza, iż jest to „żydowska gazeta dla Polaków”. Ale najciekawsze nastąpiło później: otóż Engelking wytłumaczyła, iż to dlatego, że przyszła jej na myśl „Gazeta Żydowska” - pismo dla Żydów wydawane podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie. Czy ja dobrze zrozumiałem, że Barbara Engelking przyrównała organ Michnika do okupacyjnej, żydowskiej gadzinówki? Uuu... grubo... ja tu widzę niezły antysemityzm!


*

Wstajemy z kolan. Znowu. Premier Morawiecki i prezes Kaczyński poodgrażali się trochę Żydom w sprawie roszczeń majątkowych, po czym tradycyjnie przestraszyli się własnej odwagi i zdjęli z porządku obrad Sejmu projekt Kukiz'15 sprzeciwiający się „ustawie 447”. Tym samym zachowali godną podziwu konsekwencję w wykonywaniu swojego ulubionego układu gimnastycznego: powstań – padnij, powstań – padnij – i tak w kółko. Słowem - stary, dobry PiS...


*

A tymczasem grupa amerykańskich kongresmanów zgłosiła postulat, by budowa „Fortu Trump” została uzależniona od spełnienia żydowskich roszczeń restytucyjnych. Wychodziłoby zatem, że za amerykańską bazę zapłacimy dwa razy – najpierw Amerykanom (bo zadeklarowaliśmy już chęć współfinansowania budowy), a potem, wielokrotnie więcej - Żydom. I tak oto, zamiast „Fortu Trump” będziemy mieli „Fort Netanjahu”.


*

A propos „ustawy 447”. Czy zastanawialiście się Państwo, dlaczego w latach 90-tych organizacje „holocaust industry” żądały od nas 60-65 mld. USD, a teraz już 300-330 mld.? Czyżby w międzyczasie przedwojenny majątek polskich Żydów uległ cudownemu rozmnożeniu? Moim zdaniem, wyjaśnienia są dwa: albo naliczyli nam karne odsetki, albo na przestrzeni tego okresu dolar uległ... pięciokrotnej dewaluacji! Ostatecznie, ci którzy wysuwają żądania restytucyjne najlepiej znają realną wartość amerykańskiej waluty – w końcu, sami ją „wypłukują z powietrza”, więc nie zadowolą się byle wydmuszkami i uaktualniają wartość roszczeń na bieżąco. Swoją drogą, chciałbym mieć podgląd na ten licznik – robiłbym wtedy na giełdzie geszefty lepsze od Sorosa!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (24-30.05.2019)

niedziela, 19 maja 2019

Stanowczość popłaca

Nieoczekiwanie okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa - i oby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Presja ma sens – tak można skomentować rozwój wypadków wokół żydowskich roszczeń majątkowych, o których ostatnio informowałem w felietonie „Gra o bilion złotych II”. Wówczas powodem do alarmu była upubliczniona przez Stanisława Michalkiewicza notatka z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu, Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego przedstawiciel USA domagał się, byśmy najpóźniej do jesieni 2019 r. porozumieli się „nieoficjalnie” z organizacjami żydowskimi w sprawie tzw. restytucji mienia – i, w domyśle, po najbliższych wyborach parlamentarnych przekuli zakulisowe ustalenia w odpowiednie rozwiązania prawne. W tle oczywiście przewijała się słynna „ustawa 447” (JUST Act) oparta o podpisaną w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego w 2009 r. „deklarację z Teresina”. Ustawa ta wprawdzie formalnie nie rodzi w Polsce bezpośrednich skutków, lecz stwarza Departamentowi Stanu możliwości wywierania politycznego nacisku na Polskę i inne kraje, by te „zalegalizowały” roszczenia we własnych systemach prawnych. Szczególne zaniepokojenie budziła, delikatnie mówiąc, chwiejna postawa strony polskiej: w żadnym momencie rozmowy nie padł jakikolwiek sprzeciw, więcej – dowiedzieliśmy się, że takich rozmów było więcej, padły nawet spekulacje odnośnie możliwości zaspokojenia roszczeń w 20 proc. - co wobec żądań opiewających na 300-330 mld. dolarów oznaczałoby kwotę 60-66 mld. USD.

Patrząc jednak na ostatnie tygodnie, można chyba zaryzykować ostrożne stwierdzenie, że coś powoli zmienia się na naszą korzyść – i jest to pozytywny efekt trwającej właśnie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W sprawie roszczeń bowiem, w jak mało której, kwestie prawno-finansowe przeplatają się z polityką. Zaczęło się od tego, że sprzeciw wobec JUST Act wzięli na swoje sztandary radykałowie z Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy, organizując protesty – najpierw w USA, a ostatnio (12 maja) w Warszawie, gdzie wg organizatorów demonstrowało 20 tys. uczestników. To z kolei najwyraźniej wymusiło na przedstawicielach PiS i rządu zajęcie zdecydowanego stanowiska. Usłyszeliśmy zatem stanowcze „nie” zarówno ze strony Jarosława Kaczyńskiego, jak i premiera Morawieckiego czy min. Brudzińskiego. Jest to wyraźny kontrast w porównaniu z dotychczasową „strusią” polityką rządu, który stawiał dotąd na usypiający przekaz, twierdząc, iż „ustawa 447” nie ma w Polsce mocy obowiązującej, a niekiedy posuwając się wręcz do stwierdzeń, że wspomniany akt prawny ma wymiar jedynie symboliczny. Jak ognia przy tym unikano jednoznacznych deklaracji co do ewentualnych dalszych kroków strony polskiej – a w międzyczasie, jak się dowiedzieliśmy, prowadzono rozmowy... Niedawny zwrot usztywniający polskie stanowisko stawia nas na zupełnie innych pozycjach.

Nie da się ukryć, że dotychczasowe stanowisko PiS podyktowane było uwarunkowaniami geopolitycznymi – rząd jak ognia obawiał się zadrażnień z Waszyngtonem, szczególnie w kontekście trwających rozmów o zwiększeniu amerykańskiej obecności militarnej w Polsce, oraz z wpływowymi środowiskami żydowskimi i patronującemu im Izraelowi. Nieoczekiwanie jednak okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa. Warto tu odnotować pojednawcze wypowiedzi ambasador Mosbacher, twierdzącej, iż ustawa nie nakłada na nikogo prawnych ani finansowych zobowiązań i ogranicza się jedynie do sporządzenia dla Kongresu raportu. W podobnym duchu wypowiadał się podczas wizyty w Warszawie przedstawiciel USA ds. walki z antysemityzmem, Elan Carr. Oczywiście, oboje mijają się z prawdą, bo w JUST Act wyraźnie jest mowa m.in. o odszkodowaniach za „mienie bezdziedziczne” które miałyby trafić do żydowskich organizacji – zresztą, w innym przypadku jakiekolwiek rozmowy byłyby bezprzedmiotowe – ale sam fakt, że oboje postanowili „dyplomatycznie” ignorować ten wątek „ustawy 447”, świadczy o tym, że również USA wolałyby nie pogarszać swego wizerunku nad Wisłą i zadrażniać bez potrzeby wzajemnych relacji. Jak by nie patrzeć, jest to postęp chociażby w porównaniu z wystąpieniem Mike'a Pompeo z lutego br., gdy na szczycie bliskowschodnim w Warszawie wzywał nas do „kompleksowego uregulowania” kwestii restytucji.

Zupełnie niedawno zaś polski rząd „odmówił” wizytę izraelskiej delegacji w Polsce, gdy okazało się, że w ostatniej chwili dokonano zmiany jej składu i agendy, przez co zachodziła obawa, że głównym tematem stałyby się żądania majątkowe - rzecz wcześniej nie do pomyślenia. Wprawdzie spotkało się to z rytualnym „rozczarowaniem” Gideona Taylora ze Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego – lecz i tu wystarczy porównać wymowę komunikatu z wcześniejszymi, gniewnymi i aroganckimi pohukiwaniami WJRO (np. w sprawie projektu „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), by dała się zauważyć zmiana tonu. Krótko mówiąc – stanowczość popłaca i dobrze by się stało, aby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (17-23.05.2019)