Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Mazurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Mazurek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 czerwca 2014

Prawicowi celebryci kontra Marysia

Wyskoczyła ta cała panna Marysia z Gorzowa Wielkopolskiego i nazwała Tuska zdrajcą. Pozwolił jej ktoś? Zapytała się Warzechy z Mazurkiem i tym trzecim, czy jej wolno?

I. Nawrót prawicowego celebrytyzmu

Reakcje panów Warzechy, Mazurka i Adamskiego na udostępnienie przez tygodnik „wSieci” nieco miejsca na swych łamach Marysi Sokołowskiej są chyba najdobitniejszym w ostatnim czasie przykładem choroby „prawicowego celebrytyzmu”. Choroba ta przejawia się między innymi tym, że panowie napompowani medialnym rozgłosem do tego stopnia uwierzyli we własny geniusz, że czują się w naturalny sposób predestynowani do przewodzenia patriotycznej części opinii publicznej i są wielce niezadowoleni, kiedy ktoś w ich mniemaniu niepowołany wkracza w zarezerwowane dla nich poletko. Jakoś zawsze tak się składa, że taki uzurpator okazuje się być w ich optyce nieodpowiedzialnym radykałem, który psuje misterną moderację poglądów prawicowej gawiedzi i pełną głębokiego namysłu pracę nad ucywilizowaniem „ludu smoleńskiego” w duchu umiarkowania i odpowiedzialności.

Choroba ta co jakiś czas daje znać o sobie nagłymi atakami – a to przy okazji dyskusji o „drugim obiegu” medialnym, kiedy to strasznie na ten termin zżymał się Warzecha, to znów za sprawą wypowiedzi Grzegorza Brauna w Klubie Ronina, których efektem było prokuratorskie śledztwo (tu kamieniem obrazy było również zaproszenie trójki blogerów – Coryllusa, Toyaha i Kamiuszka, widział kto takie rzeczy?), ostatnio zaś objawów doświadczył Rafał Ziemkiewicz gdy słuchaczom Niepoprawnego Radia PL nie spodobały się jego wypowiedzi na temat Tragedii Smoleńskiej, w związku z czym zostali wraz z redakcją Radia oskarżeni przez pana redaktora o agenturalność.

II. Esteta Mazurek

No a teraz wyskoczyła ta cała panna Marysia z Gorzowa Wielkopolskiego i nazwała Tuska zdrajcą. Pozwolił jej ktoś? Zapytała się Warzechy z Mazurkiem i tym trzecim, czy jej wolno? I co odbiło Karnowskim, żeby dawać ją na okładkę zamiast wyniośle przemilczeć? I jeszcze to nieeleganckie słowo „zdrajca” - a fe, panno Marysiu...

Zresztą, ta skłonność do estetyzacji jest pewną stałą, przewijającą się w różnych wypowiedziach konserwatywnych celebrytów. Takiemu Mazurkowi w 2012 nie spodobały się transparenty na smoleńskiej rocznicy, w związku z czym poczuł się w obowiązku zakomunikować, że więcej na Krakowskie Przedmieście się nie uda. No bo jak – tu „upolitycznione” transparenty wyzywające Tuska od morderców, a między nimi wyrafinowany esteta Mazurek ze swoim szaliczkiem i flaszką francuskiego wina, czy czym tam akurat lubi się raczyć. Zgrzyt noża po szkle po prostu.

Jeszcze przez chwilę o Mazurku - chciałbym przytoczyć coś, co dość dobrze obrazuje jego mentalność. Otóż przy okazji jakichś winiarskich targów opisał on zabawną w jego mniemaniu anegdotkę z młodzieńczych czasów, kiedy to wynajmował mieszkanie wspólnie z Arturem Andrusem. Postanowili zrobić parapetówkę i dla draki zakupili na nią kilka jaboli, które ku konsternacji zaproszonych gości postawili na stół. Szybko jednak wyjaśnili, że to taki, he he, przedni dowcip i następnie wszystkie te jabole komisyjnie wylali – nie pamiętam już czy do kibla, czy do zlewu – a na stole wylądowały właściwie trunki. Czujecie to? Oto lepsze towarzystwo maleńkich starych postanowiło sobie pożartować w duchu poczucia wyższości nad motłochem. Jak sądzę, śmiechu – ale takiego modulowanego, wiecie, kąciki ust pod kontrolą – było co niemiara. I do łbów im nie przyszło, by te tanie wina po prostu wynieść przed blok i postawić przy jakiejś ławce dla różnych „wiecznie spragnionych”, których wieczorową porą zawsze kręci się trochę po osiedlach. Taki już jest ten Mazurek, którego poczucia etyki i estetyki nie zaburza broń Boże publikowanie u Hajdarowicza, natomiast razi go niepomiernie robienie z Marysi „ikony polskiej prawicy”, co dowodzić ma „zidiocenia”.

III. Lekcja pogardy

W jak głębokiej pogardzie oni nas wszystkich mają, niech zaświadczy złota myśl Łukasza Warzechy, który niegdyś oznajmił, że nie będzie dyskutował z Toyahem, jednym z najlepszych blogerów jakich nosi ziemia, ponieważ on – Warzecha – jest „pilotem Boeinga”, a Toyah to przy nim „traktorzysta”. Przypomnijmy, że napisał to facet, który spłodził wywiad-rzekę z Radkiem Sikorskim pod tytułem „Strefa zdekomunizowana”. Taki to przenikliwy gość. Jego alergiczna reakcja na rozgłos wokół Marysi Sokołowskiej jest tylko kolejną erupcją przyrodzonego mu nadętego bucostwa. Takiego Mazurka przynajmniej dobrze się czyta i nie można mu odmówić poczucia humoru, podczas gdy publicystyka Warzechy jest tak drewniana i bez krzty polotu, że faktycznie zostaje mu tylko zgredowskie rozstawianie po kątach (cyt. Życzę jej, żeby dziennikarze ze wszystkich stron jak najprędzej przestali się nią zajmować, a ona sama nabrała pewnej, by tak rzec, skromności i wstrzemięźliwości gdy idzie o wyrażanie opinii na temat naszej rzeczywistości, która bywa jednak nieco bardziej skomplikowana niż może się wydawać osobie w wieku lat 17”). Proszę sobie skonfrontować powyższy fragment z różnymi publicystycznymi żalami, jak to prawica nie potrafi zagospodarować „młodego pokolenia” i będziemy mieli odpowiedź, dlaczego tak się dzieje: dlatego mianowicie, że narracja zdominowana jest przez bandę bufonów, którzy samozwańczo ustawili siebie w roli „pilotów Boeinga”, a reszta ma łykać z rozdziawionymi gębami ich mądrości, podawać dalej i nie zadawać pytań, a tym bardziej nie formułować jakichkolwiek samodzielnych, nie uzgodnionych wniosków. Krótko mówiąc – ma być jak w michnikoidalnym Salonie, tylko przekaz orkiestrować ma kto inny.

Na tym tle stosunkowo najniewinniej wygląda Łukasz Adamski, który powtarza co należy po starszych kolegach i uprawia swój ogródek wyłuskując konserwatywne treści z odmętów popkultury – nawet tam, gdzie ich nie ma. Aczkolwiek fraza o „ludowej satysfakcji” z jaką można co najwyżej „przyklasnąć” wystąpieniu Marysi Sokołowskiej warta jest zapamiętania, świadczy bowiem o tym, że również pan Adamski do roli „pilota Boeinga” coraz intensywniej aspiruje. Będzie musiał jednak jeszcze trochę posiedzieć w kabinie awionetki, bo stek pensjonarskich egzaltacji, jakie zafundował nam niedawno w swej książce „Bóg w Hollywood” jest obrazem żenującego wprost infantylizmu. Innymi słowy, badacz popkultury dostosował się poziomem do przedmiotu swych badań. W jednym ma rację – mamy problem z publiczną debatą, ale leży on nie tam, gdzie widzi go Adamski. Ten problem polega na uzurpacji i zabetonowaniu przekazu przez gromadkę tasujących się w różnych konfiguracjach tych samych nazwisk. Casus Marysi z Gorzowa i odzew opisywanej tu trójki celebrytów (no, może dwójki i jednego aspiranta), obnażył tę patologię w całej okazałości.

No i jeszcze jedno - „wSieci” ma podtytuł „Odważny tygodnik młodej Polski”. Mówi to coś Panom?

IV. Czego boją się prawicowi celebryci?

A tak poza wszystkim, oni najzwyczajniej w świecie poczuli się zagrożeni, bo jeśli prawicowy lud zacznie słuchać panny Marii Sokołowskiej z jej jednoznacznym przekazem, to do kogo będzie mówił Warzecha z kolegami? Kto kupi ich kolejne książki, nawet jeśli jakimś trafem będzie to akurat coś mądrzejszego niż wywiad-rzeka z Radosławem Sikorskim, czy poszukiwanie „Boga w Hollywood”? Komu będzie chciało się rozgryzać ich publicystyczne esy-floresy, no i płacić im dalej takie wierszówki do jakich zdążyli się przyzwyczaić? Nie dajmy się nabrać na zawodzenie Warzechy, że nagle w prawicowym dyskursie z powodu jakiejś nastolatki zabraknie miejsca dla profesorów Staniszkis, czy Krasnodębskiego. Zresztą, co to w ogóle za argument? Jeśli Marysia byłaby w stanie swą młodzieńczą bezpretensjonalnością wyrugować z rynku opinii intelektualnych luminarzy polskiej prawicy wraz z obsługującymi ich dziennikarzami, to znaczyłoby że z nimi jest gorzej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Ale, być może faktycznie jest coś na rzeczy z tym poczuciem zagrożenia u niepokornych celebrytów. O jakości ich politycznych analiz może świadczyć choćby to, że całkiem niedawno spora część tego środowiska zupełnie serio upatrywała nadziei na odnowienie prawicy i stworzenia „ulepszonego” PiS-u w secesjonistach z PJN. Prawicę mieli nam zbawić Misiek z Bielanem, Migalskim i Jakubiak. Koniecznie w hippisowskich strojach. To miała być prawica cywilizowana, ładniejsza i nowoczesna, a przede wszystkim – bez Jarosława Kaczyńskiego. Ostatnio zaś, przed eurowyborami, przerzucili swe zapały na formację Gowina, mającą być ziszczeniem marzeń sierot po PO-PiSie. Przyznają Państwo, że skoro w powietrzu fruwają tak skrzydlate diagnozy, to dla jakiejś tam Marysi zwyczajnie miejsca być nie może. Ona ze swym przyziemnym pyskowaniem premierowi zwyczajnie nie mieści się w spektrum akceptowalnych poglądów. No bo, dziś Marysia, a jutro, kto wie, może z biznesowych kalkulacji wyjdzie, by na łamy poważnej prawicowej prasy zaprosić jakichś blogerów, a wtedy Warzecha z Mazurkiem i Adamskim będą zmuszeni ocierać się o tych „traktorzystów” na redakcyjnych korytarzach i wąchać ich nieświeże oddechy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Tak dla równowagi – przytomnością wykazali się na szczęście Wojciech Wencel, Marek Pyza i Krzysztof Feusette. Dobrze wiedzieć, że nie wszystkim w tym towarzystwie odbiła mania wielkości.

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/spor-o-drugi-obieg-z-blogerskiego-punktu-widzenia

http://niepoprawni.pl/blog/346/zniesmaczeni-2012

http://niepoprawni.pl/blog/346/prawicowi-celebryci-a-sprawa-grzegorza-brauna

http://niepoprawni.pl/blog/346/prawicowi-celebryci-i-zakon-swietych-jerzykow

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zniesmaczeni 2012


…czyli czego nie pojął redaktor Mazurek.


I. To se ne wrati

Po lekturze manifestu Roberta Mazurka „Więcej nie pójdę przed pałac” w pierwszym odruchu wzruszyłem ramionami i pomyślałem: obejdzie się, łaski bez. Jednak po namyśle stwierdziłem, że warto się do tego tekstu odnieść, sądzę bowiem, iż Mazurek zaprezentował stanowisko charakterystyczne dla nieco szerszej grupy osób, których razi „upartyjnienie”, tudzież „uwiecowienie” rocznicowych obchodów smoleńskiej katastrofy. Otóż wydaje mi się, że podstawowym błędem popełnianym przez grupę, nazwijmy to - „zniesmaczonych” - jest tęsknota za nastrojem podniosłej żałoby, zadumy, smutku i jedności, tak pięknie przeżywanych w pierwszych dniach po tragedii.

Nic z tego. To se ne wrati. Pierwszy cios obliczony na podzielenie Polaków i rozhuśtanie antysmoleńskich emocji został zadany już w trakcie Żałoby Narodowej za pomocą grupy krzykaczy zwerbowanych przez pracownika biura eurodeputowanej PO Róży Marii Gräfin von Thun und Hohenstein (de domo Woźniakowskiej), protestujących przeciw pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu. Potem przemysł pogardy i nienawiści ruszył już na powrót pełną parą, pracując niestrudzenie nad delegitymizacją społecznej pamięci o Smoleńsku.

II. Zimna wojna domowa

Przypominam te początki obecnej polsko-polskiej „zimnej wojny domowej”, gdyż Mazurek zdaje się brać w nawias wszystko to, co wydarzyło się przez ostatnie dwa lata. A wydarzyło się wiele, nastąpił jakiś upiorny ciąg zaniechań, przeniewierstw, kłamstw, została obnażona w całej swej zgniliźnie wszechstronna degrengolada struktur państwa – słowem, uwidoczniła się niespotykana w żadnym normalnym kraju pogarda wobec, mówiąc Dmowskim, „obowiązków polskich” dla których „należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Ta „katastrofa po-smoleńska”, jak określił Ziemkiewicz ów autodestrukcyjny korowód, jest dziś podstawowym paliwem dla ludzkich emocji wyrażanych na kolejnych miesięcznicach – i te emocje, naturalną koleją rzeczy, musiały zdominować również rocznicowe obchody.

Nie ma więc co tęsknić do spontanicznej manifestacji jedności narodowej z pierwszych chwil po tragedii, która zresztą wprawiła prywislańskie salony w stan nerwowej drżączki i sprowokowała redaktora Miecugowa do wygłoszenia na antenie reżimowej mediodajni słynnej frazy o „demonach polskiego patriotyzmu”, innych zaś do dywagacji na temat „kultu Tanatosa”. Tamte chwile należy zachować we wdzięcznej pamięci, ale ze świadomością, że dziś w ludziach, których obchodzi Polska i kwestia wyjaśnienia katastrofy – czyli walka o prawdę w wymiarze bliskim walki o prawdę na temat katyńskiego ludobójstwa - że w tych ludziach, którzy nie „rzygają Smoleńskiem”, w tej grupie 20-30% rymkiewiczowskich Wolnych Polaków dominuje głucha wściekłość i desperacja. Stąd szubienice i ostre hasła na transparentach.

Ludzie obecni w Rocznicę na Krakowskim Przedmieściu czczą pamięć ofiar i Prezydenta Lecha Kaczyńskiego nieustannie, w każdej chwili swego życia - ta pamięć stała się integralną częścią ich tożsamości. Natomiast 10 kwietnia przyszli pod Pałac przede wszystkim domagać się prawdy. Może mam słabe prawo, by na ten temat gardłować, bo zabrakło mnie tego dnia w Warszawie, ale sądzę, że zapoznałem się z przebiegiem uroczystości na tyle gruntownie i „czuję” tę sprawę na tyle głęboko, że niniejsze uwagi są usprawiedliwione.

III. Katastrofa polityczna

Katastrofa smoleńska, poza innymi wymiarami, była katastrofą stricte polityczną. Doszło do niej na skutek politycznej gry polskiego rządu i premiera Tuska osobiście. Gry prowadzonej wspólnie z rosyjskim, czekistowskim reżimem przeciw głowie własnego państwa. Polityczne było od samego początku zachowanie Rosji. Nie wyrokując ostatecznie, czy był to zamach (choć obecnie niemal wszystko na to wskazuje), trzeba jasno sobie powiedzieć, że polityczna tragedia wymaga politycznej odpowiedzi. Stąd taki a nie inny charakter rocznicowego wiecu na Krakowskim Przedmieściu, który tak zniesmaczył redaktora Mazurka.

Polityczny jest też strach rządzącej ekipy, by Tragedia nie dała wyborczego paliwa opozycji i Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tym strachem właśnie podyktowane jest zadeptywanie pamięci oraz dziesiątki większych lub mniejszych szykan spotykających w różnych zakątkach Polski próby upamiętnienia Prezydenta, choćby w formie skromnej tablicy, czy popiersia na skwerku. Ta symboliczna przemoc polegająca na – powtórzę – delegitymizacji pamięci, ma polityczny charakter. Wszystko wokół Smoleńska aż ocieka polityką. I nie jest to bynajmniej wina PiS-u, „Gazety Polskiej”, czy Jarosława Kaczyńskiego. Tych nieestetycznych paroksyzmów rażących Mazurka i innych „zniesmaczonych” nie byłoby, gdyby katastrofa była wyjaśniana w cywilizowany sposób, a państwo polskie faktycznie zdało egzamin – i to z czegoś więcej, niż z organizacji pogrzebów.

Czy obchody na Krakowskim Przedmieściu były wiecem wyborczym? W znacznej mierze tak – ale inaczej być nie mogło. Albowiem, jeśli jeszcze cokolwiek można w sprawie Smoleńska wyjaśnić, jeśli jest jeszcze jakakolwiek szansa na odbudowę pozycji Polski choćby tylko w regionie i autorytetu państwa w oczach Polaków, można to osiągnąć jedynie poprzez obalenie obecnej, skurwionej do szczętu, władzy.

Kończąc - odnoszę wrażenie, że zarówno Mazurek jak i pozostali „zniesmaczeni 2012” czuli rumieniec wstydu i zażenowania na widok politycznych transparentów, politycznych okrzyków i politycznych wystąpień. Proszę mi wierzyć, ja ten wstyd i zażenowanie odczuwam na co dzień. Ale z zupełnie innych powodów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL