Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2012

Śpieszmy się jechać w Gorce zanim odejdą

- A gdzie to jest? - Takie pytanie słyszy się najczęściej, gdy mówi się znajomym o zamiarze spędzenia urlopu w Gorcach.

Ponieważ bawiłem ostatnio w Gorcach (po raz pierwszy, ale z pewnością nie ostatni), to skrobnę dziś garść refleksji – wakacje za pasem, może kogoś zachęcę do pojechania w to wyjątkowe miejsce, zanim zmieni się nie do poznania.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhtZvv74-NiaRN1gRoVIFsSfBcvhFWaQETpdwx9qgZQRzM5YUojgstXZ_u0Ak57Tq5LUlwbXV6W1Vx3_3J0uBTSKNH3xHk4ogBPagudbBMGWsR7MHW6ezqcjN5HHhPpU7FDKjXvfSEm67dl/s500/Pod%2520Gorcem.JPG

I. A gdzie to jest?

- A gdzie to jest? - Takie pytanie słyszy się najczęściej, gdy mówi się znajomym o zamiarze spędzenia urlopu w Gorcach. Zadziwiające, że dość wysokie jak polskie warunki góry (Turbacz – 1310 m. n.p.m., wiele szczytów powyżej 1100 – 1200 m. n.p.m.), położone w jak najbardziej turystycznym regionie Podhala, o rzut beretem od Pienin i dwa rzuty od Tatr, są szerzej niemal nie znane. Ochotnica (Górna i Dolna) – potężna wieś w sercu gorcowskiej „rozgwiazdy”, licząca sobie wraz z bocznymi odnogami dwadzieścia parę kilometrów, ma wszak wszelkie warunki po temu, by stać się prawdziwym zagłębiem turystyki górskiej.

Tak jednak nie jest. Turystów mało, na szlakach pustki. Mnie w to graj, bo nie lubię zatłoczonych tras – autostrad, typu Giewont, czy bieszczadzkie połoniny (zwłaszcza w sezonie), jednak z punktu widzenia rozwoju regionu jest to poważny błąd, który w przyszłości może skutkować różnymi konsekwencjami, z utratą niepowtarzalnych walorów krajobrazowych włącznie – dlaczego, o tym za chwilę.

Póki co jednak, można się cieszyć ciszą i spokojem niedostępnymi już w innych polskich górach (nawet Bieszczady zrobiły się od jakiegoś czasu modne i skomercjalizowane do obrzydliwości). Poza tym, jest tanio – gdzie jeszcze można wynająć naprawdę przyzwoitą kwaterę za 20 zł? Tymczasem, w Ochotnicy jest to normą. Ludzie przyjaźni, chętnie wskażą drogę, lub pozwolą zaparkować u siebie samochód przed wyjściem na szlak (ważne, bo ze względu na rozrzut wyjść na znakowane trasy, do każdej z nich trzeba by drałować 5-10 km na piechotę asfaltem). To również efekt małego obłożenia turystyczną „stonką” - jeszcze góralom nie dojadła, gdzie indziej na ogół za postawienie samochodu trzeba już bulić.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEi7xOfqBKUj4jg2glohlXZwnSGnswJUNaObVjlDjoU3o4gxyXLFqfjxEGe1vEg2NAzK9yOeB2Ig5ERVGO6MfKd2Y9Z6kTFEYNJUQiWWiCIJjBk9BRDc0pxmgIfpCwmGgbCEFvu6ccRcJhWu/s500/Pod%2520Lubaniem.JPG

II. Nie opłaca się

No dobrze, ale gdzie te minusy, o których wspomniałem powyżej? Otóż, Gorce są rejonem z pasterskimi tradycjami – Ochotnica to wieś założona przez wołoskich pasterzy, co potwierdzał akt lokacyjny wydany przez Władysława Jagiełłę w 1416 roku. I to właśnie pasterstwo ukształtowało niepowtarzalny gorczański krajobraz, którego głównym atutem są rozległe polany i hale powstałe na potrzeby wypasu owiec i bydła. W swej naturalnej postaci Gorce byłyby masywem niemal kompletnie zalesionym, co pozbawiałoby nas wspaniałych widoków rozciągających się obecnie z polan wypasowych, z panoramą Tatr na czele.

Dziś pasterstwo w Gorcach praktycznie nie istnieje – nie opłaca się. Zdumiewające, bo w odległych o raptem kilkanaście kilometrów Pieninach, nie wspominając o Tatrach, jak najbardziej się opłaca. W efekcie polany i hale zarastają z wolna „psiarą” i borówczyskami, wkrótce zaś powróci tam las – i to będzie koniec Gorców. Kto wie, czy nie jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma okazję zobaczyć Gorce w ich dotychczasowej postaci. Wypas kulturowy prowadzi się z pomocą Gorczańskiego Parku Narodowego na Długiej Hali w rejonie Turbacza, gdzie indziej zaś widać jedynie coraz bardziej zrujnowane bacówki. Po oscypki trzeba było jechać do Krościenka. Zważywszy na to, że dokumenty parafialne z Ochotnicy zaświadczające o wyrobie oscypków od czasów średniowiecza pomogły walnie w batalii ze Słowacją o rejestrację tych serków jako produktu regionalnego, ten upadek wielowiekowej tradycji jest zatrważający. I to jest negatywny efekt małej popularności tych gór – przypuszczam, że przy większym ruchu turystycznym tradycja by odżyła.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgt0Izz4du2wcO8iuvaEJunBIn530wmaapYUpIpcMEOLHxeXF14IRTDrnKy4mFv-xONc4mGCnISvUXUeAtKoqgJNh3JzbwfOJKYWCvCRvy6ZdKC_G1hfo8l78kdx1h_XtQbJ4uAQLf8XqC0/s500/bac%25C3%25B3wka.jpg

III. Brak promocji

Sądzę, że jest to skutek słabej polityki promocyjnej lokalnego samorządu, choć trafiają się również pasjonaci, jak sołtys Ochotnicy Górnej (panie Zdzisławie, dziękujemy wraz z Anią za udostępnienie ekspozycji w Wiejskim Ośrodku Kultury oraz ciekawe informacje o regionie i jego historii), jednak generalnie, promocja leży. Trochę daje się też we znaki mała ilość wyznaczonych szlaków i miejscami słabe oznakowanie powodujące, że trzeba iść „na czuja”. Miejscowi wiedzą gdzie i jak dojść, objaśnią przyjezdnemu alternatywne warianty podejść, jednak dla świeżego przybysza, który nie zna terenu, jest to pewne utrudnienie. Sam zgubiłem się w okolicach Gorca i kręciłem się prawie godzinę po ścieżkach szukając szlaku, a proszę mi wierzyć, że zdarłem łażąc po górach kilka par butów.

Pewną pomocą są dobrze utrzymane ścieżki dydaktyczne GPN, jednak nie zastąpią tradycyjnych szlaków za które odpowiada PTTK. Tu uwaga – Gorczański Park Narodowy obejmuje stosunkowo niewielką część Gorców, większość terenów, z lasami i polanami wypasowymi włącznie jest prywatna – widziałem np. zrąbane drzewo z oznaczeniem szlakowym. Właścicielowi było akurat potrzebne to a nie inne drzewo i nic na to nie poradzisz – jego dobra wola, czy oszczędzi znakowanie szlaku, czy nie.

W wyniku tych zaniedbań większość mieszkańców traktuje dochody z turystyki jako poboczne źródło zarobkowania. Część eksploatuje lasy, część dojeżdża do pracy do Nowego Targu, rolnictwa mało – znów, nie opłaca się. Kombajnem na górskie poletka nie dojedziesz, łąki kośne też trzeba by obrabiać tradycyjnie – koń, kosa...

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEg7gRT_PgaWxMbzJacKlT-JdmIf2w_zzQ7LtwdO3LAeXxqwrs248sV5NDFCGirGXVwTszMoDndNPTNyrVyoy8uEjx4vKKgvVeVSDMJaEXd629-TtgIZPMrU2_Ykj6fwDFFVyZHVoIeYKEj3/s500/znak.JPG

IV. Zemsta za Kurasia

Wydaje mi się, że Ochotnica i Gorce wciąż płacą cenę historii – wszak był to region intensywnej partyzantki antyniemieckiej i antykomunistycznej. Za okupacji funkcjonowała tu wręcz tzw. „Wolna Republika Ochotnicka” do której Niemcy bali się zapuszczać (partyzanci zawiesili nawet przy drodze na Przełęczy Knurowskiej tablicę: „Wolna Republika Ochotnicka – Niemcom wstęp wzbroniony”). Jednakże 23 grudnia 1944 roku miała miejsce pacyfikacja – tzw. „krwawa wigilia” podczas której Niemcy wymordowali 56 osób i zniszczyli 50 osiedli.

Wojna skończyła się dla Gorców dopiero w 1950 roku – pamiętać należy, iż był tu matecznik antykomunistycznej partyzantki i słynnego „żołnierza wyklętego” - Józefa Kurasia „Ognia”. Nawet po jego śmierci w obławie w 1947 roku, antykomunistyczne podziemie kontynuowało walkę do 1949-50 roku. I za to właśnie Ochotnica skazana została przez komunistyczne władze na zapomnienie. Elektryfikację przeprowadzono dopiero w 1973 roku, asfaltową drogę położono jeszcze później, zaś strategiczną drogę przez Przełęcz Knurowską, jeszcze z czasów austro-węgierskich (1911), wyremontowano dopiero w ostatnich latach. Można przypuszczać, że opisane wyżej zaniedbania promocyjno-turystyczne również sięgają korzeniami czasów komunistycznej „zemsty za Kurasia”. Promowano Tatry, Pieniny – o Gorcach pamiętali jedynie zagorzali turyści w rodzaju ks. Karola Wojtyły – którego upamiętniono szlakiem papieskim i ołtarzykami w miejscach, gdzie późniejszy Papież odprawiał msze polowe dla swych podopiecznych i okolicznych pasterzy.

Warto jeszcze zaznaczyć, iż postać „Ognia” wciąż wzbudza w Ochotnicy wiele kontrowersji. Dla jednych bohater, dla innych rabuś i bandyta funkcjonujący u schyłku swej działalności w pijanym widzie. To są autentyczne odczucia miejscowych górali, nie czerwona propaganda. Między innymi dlatego właśnie, mimo iż na początku stycznia 2012 radni powiatu Nowy Targ uchwalili wybudowanie Kurasiowi pomnika przy wiodącej na Turbacz Długiej Hali, monument do tej pory nie powstał i chyba jeszcze długo nie powstanie. Jak wyjaśnił sołtys Ochotnicy Górnej, pan Zdzisław Błachut, Kuraś to niewątpliwie postać tragiczna i część historii Gorców (dlatego podobizna „Ognia” wisi w Wiejskim Ośrodku Kultury), lecz historii zbyt żywej – musieli by wymrzeć wszyscy, którzy pamiętają tamte czasy, by pomnik majora Kurasia był bezpieczny od profanacji. Odstraszająco działa tu przykład Zakopanego, gdzie pomnik postawiono, następnie zaś musiano objąć go specjalnym monitoringiem, by chronić przed zbezczeszczeniem.

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEh6S1ymZL8dNfa0mhsUp42roABh65fHFGDC-BNB3zTxyNcdO-xnC1IB5lNEI5fbJfKEsPK_ugUocjr58_y-aSnqf6cysXJpTzhB4GdkxsIMIGl6RMY7cMl87NiTwTtS2Er3m67rRmDAaxdb/s500/AK.JPG

V. Góry dla koneserów

Wspomniałbym jeszcze o miejscu katastrofy „Liberatora” z czasów II wojny światowej i skojarzeniach jakie nasunęło mi to w związku ze Smoleńskiem, ale widzę, że tekst rozrósł mi się pod palcami, zostawiam więc ten wątek na osobną notkę.

Podsumowując, Gorce to góry dla koneserów - odludne, specyficzne, czasem z trudną pogodą, ale potrafiące też wynagrodzić wysiłek wspaniałymi widokami, których – o ile nic się nie zmieni i rozległe polany porosną lasem jak porastają – nasi potomkowie mogą już nie doświadczyć. Dużo dzikiej zwierzyny, wspaniała flora z licznymi gatunkami storczyków na polanach i wszechobecna panorama Tatr. Zatem – śpieszmy się jechać w Gorce, zanim odejdą...

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEhiiVZrddpAm7JwUNIayg77_rOIOjj9r7FgvvUeLsIBygtK-054ODK8qZtESJBYtdpskIkfNPYX_DN0dPwpQZQyUifWR2k9lnTVd5KLrGJOsmtGZHiKw3kyOHQHd9F3KCnWP-y-a9xdwXqd/s500/Storczyk.JPG

Gadający Grzyb

A to jakiś przegoniony po górach dzieciak wyrył na ławce w bazie namiotowej pod Lubaniem :))

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgs8yhDGu7so8-xdHyJyVj9pErZWayh4Q71RaPBUelK0jLSyh-HSfsZ0hnRfgyWq2c4rD-DjDiNhIHfTHVhYW_I88iaSn5TyZt2orFNs8YivTS7t4QANPJ5aJg31ln4uuYhhj9CsYolaucm/s500/Tata%2520Hitler.JPG

P.S. Podziękowania dla pana Zdzisława Błachuta – sołtysa Ochotnicy Górnej i dyrektora Wiejskiego Ośrodka Kultury, a także dla pana Jana Szlagi u którego gościliśmy z Anią. Rozmowy z nimi pozwoliły mi rozwiać wiele niejasności.

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 9 sierpnia 2011

Polityka finansowa na bieszczadzkim szlaku...


...czyli jak na skutek „reformy” parki narodowe znalazły się na krawędzi przepaści.



I. Pożegnanie z karnetami.


W życiu bym nie przypuszczał, że skutki polityki finansowej nie-rządu Donalda Tuska dopadną mnie na bieszczadzkich szlakach. A jednak – jak się okazuje, rozpaczliwe posunięcia mające na celu wyskrobywanie pieniędzy z najdalszych zakamarków państwowej szkatuły nie oszczędziły nawet kieszeni turystów.


Ale do rzeczy. Otóż, przy pierwszym wyjściu na szlak poprosiłem, jak to mam w zwyczaju, o tygodniowy karnet na wszystkie szlaki Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jest to popularna, lubiana przez turystów i wygodna forma, poza tym - jak łatwo się domyślić - korzystniejsza finansowo od każdorazowego kupowania „jednorazówek”. Jakież było moje zdumienie, kiedy pan w budce poinformował mnie, że w tym roku karnetów nie ma - nabyć można tylko bilety jednorazowe, na dodatek sprzedawane pod postacią ordynarnych paragonów z kasy fiskalnej, a nie jak dotychczas estetycznych mini-pocztówek, które same w sobie stanowiły miłą pamiątkę z turystycznej wyprawy. Co więcej, cena biletu jest różna w zależności od stopnia „obłożenia” szlaku. I tak, drogi piechurze, za popularną trasę Wołosate – Tarnica zabulisz więcej, niż np. za mniej uczęszczaną Widełki – Bukowe Berdo.


II. Finansowa centralizacja.


Coś mnie wtedy tknęło. Przypomniałem sobie mianowicie artykuł, który przeleciałem wzrokiem kilka miesięcy temu na stronach „Rzeczpospolitej”. Wtedy zbagatelizowałem go i wzruszyłem jedynie ramionami nad bezdenną głupotą naszych Umiłowanych Przywódców.


W rzeczonym tekście opisano zmiany zasad finansowania parków narodowych. Do tej pory bowiem te nader pożyteczne instytucje w dużej części (średnio – ok. 1/3) finansowały się same za pomocą dochodów ze sprzedaży biletów i z gospodarstw pomocniczych. Pieniądze te szły do kasy danego parku narodowego i przeznaczano je m.in. na konserwację szlaków, budowę wiat, schronów turystycznych – słowem, pielęgnację infrastruktury. Kto widział (jak zdarzyło się to niżej podpisanemu w zeszłym roku w Karkonoszach) chłopaków rozbijających w siąpiącej mżawce kamienie, by wyłożyć nimi ścieżkę, którą to ścieżkę należy następnie okopać rowkami odprowadzającymi deszczówkę, ten wie o czym mówię. Mozolna, ręczna robota, wykonywana za pomocą ciężkich młotów i szpadli - po to, by Jaśnie Pan Turysta ;) mógł przespacerować się po górach nie ubłociwszy zbytnio traperów...


Wszystko to stanęło pod znakiem zapytania na skutek nowelizacji ustawy o finansach publicznych. Otóż od bieżącego roku scentralizowano finansowanie parków narodowych. Zlikwidowano gospodarstwa pomocnicze, prócz tego wszystkie parki zostały zobowiązane do odprowadzania przychodów do centralnego budżetu Ministerstwa Środowiska, które następnie będzie rozdzielało pieniądze poszczególnym placówkom.


III. Turystyczna biurokratyzacja.


Zresztą, pal licho te parę złotych więcej, które musiałem wydać na bilety jednorazowe, zamiast na tańszy karnet. Absurd tego rozwiązania jest porażający również z innych względów i doprowadza pracowników BPN do białej gorączki. Jak wyjaśnił mi bileter przy wejściu na Bukowe Berdo, co pięć dni przyjeżdża inkasent, który zbiera pieniążki ze wszystkich punktów sprzedaży biletów. Takim ministerialnym inkasentom należało zapewne stworzyć miejsca pracy: przydzielić służbowe samochody, lub zapewnić zwrot kosztów amortyzacji (a eksploatacja samochodu w górach i na nizinach to dwie różne sprawy), przydzielić służbowe paliwo, rozpisać delegacje...


Do tego należy poszerzyć zastęp ministerialnych pań Halinek z księgowości, które tę kasę będą zliczały i rozliczały, stworzyć jakieś procedury redystrybucyjne i przydzielić urzędników do zawiadywania podziałem tego, co uprzednio wpłynęło z parków narodowych... Jezu słodki.


Ciekawe, co ma na to powiedzieć wicedyrektor Biebrzańskiego Parku Narodowego, któremu przyznano (na rok!) 500 zł na paliwo do służbowego samochodu?


IV. „Ministerstwo da, albo i nie da.”


Pan bileter z Bukowego Berda klął w żywy kamień i trudno się dziwić. Bo, jak to ujął, „ministerstwo da, albo i nie da”. Efekt zaś może być taki, że za kilka lat oznaczenia szlaków znikną, bagienne odcinki wyłożone drewnianymi chodnikami zgniją, wiaty się rozsypią... Poza tym, wiadomo że inaczej się pracuje „na swoim”, ze świadomością, że zarobione pieniądze idą do „własnego” przedsiębiorstwa (w tym wypadku – parku narodowego, a pracownicy parków są w większości szczerze oddani swym placówkom), inaczej zaś odwala się pańszczyznę wiedząc o tym, że pieniądze i tak wywędrują do Warszawy. Warszawa zaś, powtórzę - „da, albo i nie da”. Wydajność gospodarcza parków narodowych musi zatem spaść - nie ma innej opcji. Tak to już jest w gospodarce centralnie sterowanej, którą, z tego co mi wiadomo, przerabialiśmy gruntownie przez kilkadziesiąt lat i mieliśmy do niej nie wracać. Jeszcze jedno – nawet, jeśli ministerstwo zwróci danym parkom wypracowaną przez nie kasę (w co szczerze wątpię), to zapewne z potrąceniem kosztów urzędniczych związanych z jej zbieraniem i redystrybucją.


Póki co jednak, ministerstwo pieniędzy nie daje – od początku roku mnożą się zaległości w przekazywaniu kolejnych transz funduszy wypłacanych (a w zasadzie – nie wypłacanych) ze specjalnej rezerwy budżetu państwa, co stawia pod znakiem zapytania m.in. zaplanowane inwestycje (np. w ochronę przyrody), również te realizowane przy wsparciu funduszy unijnych, gdzie należy zagwarantować określony wkład własny. Można się zatem spodziewać, że czarny scenariusz przewidujący rozkład infrastruktury może się w znacznej mierze spełnić. Jak na ironię, Bieszczadzki Park Narodowy zainwestował ostatnio w szereg nowiutkich, przestronnych wiat, których do tej pory na tamtejszych szlakach rozpaczliwie wręcz brakowało...


V. Samozadowolenie Ministerstwa Środowiska.


Oto, proszę Państwa, kolejna odsłona „taniego państwa”, które to „tanie państwo” nieugięcie walczy z biurokracją. Swoją drogą, to że Skarb Państwa sięgnął nawet po mikroskopijne w perspektywie całego budżetu dochody generowane przez parki narodowe samo w sobie świadczy o skali zapaści finansów publicznych.


Ach, byłbym zapomniał – na swoich stronach Ministerstwo Środowiska z dumą zawiadamia, iż finansowanie parków narodowych znalazło się pod kontrolą. Czyni to przy okazji prac nad nowelizacją ustawy o ochronie przyrody, która została wymuszona przez wspomnianą wyżej nowelizację ustawy o finansach publicznych. Na jej mocy parki narodowe mają zostać przekształcone z państwowych jednostek budżetowych w państwowe osoby prawne, które, jak zachwyca się minister prof. Andrzej Kraszewski, będą miały dzięki temu możliwość pozyskiwania dochodów z różnych źródeł.


Zagadką pozostaje, dlaczego obu ustaw nie znowelizowano równolegle, tak by zapewnić parkom narodowym płynne przejście z jednej formy prawno-organizacyjnej w drugą. Póki co bowiem, nowelizacji ustawy o ochronie przyrody wciąż nie uchwalono, nie wiadomo również kiedy zostanie uchwalona i wejdzie w życie, kiedy zostaną opracowane przepisy wykonawcze... Na dzień dzisiejszy parki narodowe są okradane z wypracowanych pieniędzy w zamian otrzymując jedynie budżetowe ochłapy dalece nie wystarczające na zapewnienie normalnego funkcjonowania i Bóg jeden wie jak długo potrwa ta finansowa prowizorka.


Tak więc, drogi turysto, jeśli lubisz sobie połazić rekreacyjnie i nie należysz do zapaleńców, którzy uznają tylko nieoznaczone ścieżki, kompas i przeżycia w typie Beara Gryllsa – śpiesz się, bo być może niedługo zwyczajnie nie będziesz miał którędy pójść.


Gadający Grzyb