Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pro-life. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pro-life. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2012

Post-natalni przedludzie


Pozwoliliśmy państwu decydować o naszym życiu, zatem nie zdziwmy się, kiedy państwo zacznie decydować również o naszej śmierci.


I. Między fikcją a rzeczywistością

Dość często, gdy na tapetę wchodzi temat aborcji, w blogerskiej publicystyce przywoływane jest znakomite opowiadanie Philipa K. Dicka „Przedludzie” („The Pre-Persons”), które w Polsce ukazało się w przekładzie Lecha Jęczmyka w tomie „Ostatni Pan i Władca”. Do tej pory sceptycy mieli prawo uważać świat w nim przedstawiony za mocno przerysowany wykwit paranoidalnej fantazji autora i powołujących się na niego blogerów, ale okazuje się, nie po raz pierwszy zresztą, że fantastyka, szczególnie ta o zabarwieniu społecznym, trafniej antycypuje rozwój pewnych procesów, niż prognozy uczonych głów z uniwersyteckimi tytułami.

Tym, którzy jakimś cudem z twórczością amerykańskiego mistrza SF się nie zetknęli wyjaśniam, iż w przywoływanym opowiadaniu mamy do czynienia z wizją Ameryki, w której dziecko nabywa pełnię praw ludzkich dopiero po ukończeniu 12 roku życia. Staje się wówczas w oczach prawa pełnowartościowym człowiekiem, podlegającym pełnej ochronie. Do tego czasu pozostaje przed-człowiekiem, zaś jego istnienie uzależnione jest od dobrej woli rodziców.

W nowelce Dicka Stany Zjednoczone nie pozostają pod władzą krwiożerczej dyktatury, jak ktoś mógłby się spodziewać. Bynajmniej – prawo zostało w jak najbardziej demokratyczny sposób uchwalone przez Kongres, po konsultacji z „Kościołem Świadków” jako – uwaga – rozwiązanie kompromisowe, postanawiające, iż człowiek w wieku 12 lat nabywa duszę. Cezurę tę przyjęto, gdyż mniej więcej w tym wieku dziecko opanowuje na podstawowym poziomie algebrę. Niechcianego przez rodziców „przed-człowieka” chwytają krążące po okolicy specjalne ciężarówki aborcyjne, które odwożą delikwenta do Centrum Powiatowego (rodzaj schroniska), gdzie – jeśli nikt go nie adoptuje w ciągu 30 dni – zostaje uśmiercony. Skojarzenia typu właściciel-pies-hycel są jak najbardziej uprawnione. Skrobanki są zresztą w opisanej rzeczywistości dość modne i stanowią temat towarzyskich pogwarek między koleżankami.

W Wikipedii można doczytać, iż opowiadanie było reakcją na sprawę Roe v. Wade z początku lat 70., w wyniku której Sąd Najwyższy USA uznał dopuszczalność aborcji podczas całego trwania ciąży (z pewnymi ograniczeniami dotyczącymi ostatniego trymestru), co stało się dla autora inspiracją do napisania „Przedludzi”. Z kolei „W 1979 roku, biolog i embriolog Clifford Grobstein zaproponował nazywanie embrionów ludzkich młodszych niż 14 dni "przedembrionami", żeby – jak przyznał – zredukować status młodych płodów, które nazwał "przedludźmi".” Tak oto „szyte na miarę” zabawy semantyczne zaczęły doganiać literacką fikcję i przekładać się na świat realny, albowiem, jak czytamy „Choć przedembrion i przedczłowiek nie są oficjalnymi terminami medycznymi, to są używane w anglojęzycznych artykułach dotyczących nauki i etyki.”.

II. Praktyczny aspekt aborcji postnatalnej

Tyle Philip K. Dick i Wikipedia. Niedawno natomiast światu zostało objawione, iż rzeczywistość zaczyna wychodzić naprzeciw wizji pisarza. Trochę to trwało, gdyż opowiadanie zostało opublikowane w 1974 roku, ale jak to mawiają postępowcy – lepiej późno niż wcale.

Otóż, jak być może wielu Czytelników już wie, dwoje młodych, hiper-postępowych włoskich „etyków” (ETYKÓW!) Alberto Giubilini i Francesca Minerva, współpracujących z uniwersytetami w Oksfordzie, Mediolanie i Melbourne w artykule opublikowanym na łamach „The Journal of Medical Ethics" zaproponowało, by rodzice mogli decydować o zabiciu już narodzonego dziecka. Jak donosi „Rzeczpospolita”, wydawcą „etycznego” periodyku jest Julian Savulescu – profesor promujący również eutanazję i głoszący m.in., iż „najlepszym sposobem zwalczania biedy jest selekcja embrionów w celu wyeliminowania ludzi z niskim IQ” - ale to tak na marginesie.

W każdym razie, owa etyczna trzódka bez zbędnego obcyndalania stwierdziła, że „noworodek nie jest osobą, nie ma więc moralnego prawa do życia” i raźno postuluje wprowadzenie „aborcji po urodzeniu” („after-birth abortion”), co miałoby się przyczynić do eliminowania „wadliwych” noworodków, obciążonych nie zdiagnozowanymi wcześniej schorzeniami (np. wady genetyczne). Co więcej, dziarscy etycy nie zatrzymują się kunktatorsko w pół drogi, tylko dodają, by aborcję postnatalną stosować również z tzw. „względów społecznych” - gdyby wychowanie dziecka „oznaczało zbyt duże obciążenie dla rodziców, jak również dla społeczeństwa", gdyż „Nowe stworzenie wymaga ze strony rodziców energii, opieki i pieniędzy, których często nie ma w nadmiarze.". (za tekstem „Rzeczpospolitej” „Zabić noworodka”)

W sumie, pomysł wart rozważenia, albowiem takie wybrakowane przed-ludzkie egzemplarze zawsze można by zużytkować w charakterze części zamiennych – choćby dla światłego profesora Savulescu, gdy już ze szczętem spierniczeje, a i rzutcy etycy, choć dziś jeszcze młodzi, też zapewne pragnęliby zabezpieczyć się na przyszłość. Również nasi „Umiłowani Przywódcy” (© S. Michalkiewicz) – zarówno jawni jak i utajnieni nie byliby od tego, bowiem wiadomo, że na oświecone elity należy chuchać i dmuchać, bo inaczej któż będzie nas prowadził drogą Postępu? Poza tym, czy wiesz, durny narodzie, ile utrzymanie takich ludzkich bubli kosztuje władzę?

Prócz tego, Pepsi czeka już zapewne z liniami produkcyjnymi gotowymi do wyrobu napitków z ludzkich linii komórkowych, a wiadomo jak ważne jest rozwijanie wytwórczości w czasach kryzysu gospodarczego. Póki co wprawdzie Pepsi trochę się krępuje i poprzez kooperanta, firmę Senomyx, wykorzystuje zaledwie jedną linię komórkową - HEK 293 z nerek abortowanych płodów, ale kto wie, jakie będzie następne słowo? Przecież grunt to innowacyjność. Poza tym, czy Pepsi ma być jedyna? Czyż inni przedsiębiorcy nie mogliby skorzystać? I to w ciut bardziej dosłowny sposób – tyle „ludziny” się bezproduktywnie każdego dnia marnuje, zatem niewykluczone, że prócz wizji Dicka doczekamy się również urzeczywistnienia innego czarnego proroctwa science-fiction, mianowicie słynnej „zielonej pożywki”.

III. Przesuwanie granic

Dałem się ponieść? Nie łudźmy się – zarysowana powyżej tendencja będzie narastać i jeszcze za naszego życia doczeka się realizacji. W co bardziej „postępowych” okolicach (USA) od dawna dopuszczalna jest part-birth abortion („aborcja przez częściowe urodzenie” – wywołuje się poród i miażdży pojawiającą się główkę dziecka), będąca pokłosiem sprawy Roe v. Wade, i w zasadzie nie ma przyczyny dla której granica legalności zabijania w majestacie prawa nie miałaby być przesuwana coraz dalej i dalej - na podstawie instrumentalnie dobieranych, arbitralnych kryteriów. Równie dobrze można demokratyczną większością głosów uznać, że nabycie potencjalnej zdolności do rozwiązywania podstawowych zadań algebraicznych oznacza wstąpienie w ludzkie ciało duszy, bo właściwie – czemu nie?

Jeśli coś takiego wejdzie w życie (a w końcu wejdzie), to miejmy świadomość, że państwo – oczywiście dla naszego wspólnego dobra – też będzie chciało mieć w tej sprawie coś do powiedzenia. Jestem absolutnie przekonany, że powstaną regulacje wedle których spec-urzędnik od rozwałki, albo po prostu lekarz-aborcjonista ze specjalizacją „aborter post-natalny/eutanazista” będzie mógł arbitralnie rozstrzygać, które dziecko „rokuje” na przyszłość - wedle urzędowo opracowanych „obiektywnych” kryteriów, bez pytania się o zdanie rodziców, skażonych subiektywno-biologicznym podejściem do swego potomstwa.

Np. po zdiagnozowaniu u noworodka jakichś wrodzonych schorzeń taki pan doktor uruchomi odpowiednią symulację komputerową, która obliczy ile pieniędzy publicznych będzie zaangażowanych w leczenie i podtrzymywanie „mniej wartościowego” życia na całej spodziewanej przestrzeni czasowej jego istnienia... Albo, jeśli dziecko pochodzi z biednej rodziny – ile będzie kosztowało opiekę socjalną... Po czym, z wydrukiem w garści, przedstawi rodzicom trudną, acz konieczną ze względów społecznych decyzję o wdrożeniu procedury „godnej śmierci” wobec ich potomka. Być może owa procedura - jeśli zostanie wprowadzona w wersji „light” - uwzględniać będzie również stanowisko rodziców, ale jeżeli już, to co najwyżej w formie niewiążącej opinii.

W Polsce mieliśmy do czynienia z tego rodzaju przypadkiem przy głośnej sprawie całkowicie uznaniowej sterylizacji pani Wioletty Woźnej, mamy Róży. Na razie „tylko” sterylizacji...

Cóż, pozwoliliśmy państwu w znacznym stopniu decydować o naszym życiu, przerzucając na władzę publiczną coraz więcej zobowiązań pozostających niegdyś domeną sfery prywatnej, zatem nie zdziwmy się, kiedy państwo zacznie decydować również o naszej śmierci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 21 czerwca 2011

Wiktor Orban kontra Antycywilizacja Postępu


„Zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci.



I. Jak Unia „nie ingeruje”...


Bardzo chciałbym dziś zobaczyć wszystkich tych mądralińskich, którzy żarliwie przekonywali przy okazji burzy wokół traktatu lizbońskiego i Karty Praw Podstawowych, że Unia Europejska ab-so-lut-nie nie ingeruje w sprawy natury kulturowo-obyczajowej, zostawiając je wyłącznej kompetencji poszczególnych państw członkowskich. Chciałbym ich zobaczyć, powiadam, i spojrzeć głęboko w oczy. Dlaczego? Ano, jak zapewne wielu z Państwa wie, a tych którzy nie wiedzą, niniejszym informuję (za „Naszym Dziennikiem”), iż plemię brukselskich apostołów Antycywilizacji Postępu dostało ataku furii po tym, jak węgierski rząd Wiktora Orbana ośmielił się wydać 416 tys euro z unijnych dotacji na kampanię społeczną promującą postawę pro-life, a konkretnie, by rodzice, zamiast uśmiercać swe nienarodzone dzieci, pozwolili się im urodzić aby oddać je następnie do adopcji. Kampania polega na rozlepianiu w miejscach publicznych i urzędach plakatów przedstawiających dziecko w fazie prenatalnej z podpisem: „Cóż, rozumiem, że nie jesteście gotowi, aby mnie przyjąć, ale pomyślcie dwa razy i oddajcie mnie służbom adopcyjnym. POZWÓLCIE MI ŻYĆ".


Hm, Orban poniekąd sam jest sobie winien, bowiem pieniądze pochodziły z programu o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie PROGRESS (POSTĘP), a Postęp to jedyna świecka religia, jaką wyznaje zideologizowana brukselska biurokracja, ukształtowana w jedynie słusznym duchu „pokolenia ‘68” i będąca ukoronowaniem „długiego marszu przez instytucje”. PROGRESS ma wprawdzie promować zatrudnienie i solidarność, ale jak natychmiast orzekła europejska komisarz sprawiedliwości Viviane Reding, promocja postaw antyaborcyjnych w koncepcji owej „solidarności” się zdecydowanie nie mieści – ba, nawoływanie do powstrzymania się od mordowania nienarodzonych dzieci, tak by dać im szansę na rodzinę adopcyjną jest wręcz głęboko sprzeczne z „europejskimi wartościami”. Następnie pani komisarz wezwała do wycofania plakatów, który to apel okrasiła porcją rytualnych euro-pogróżek – padły słowa o zerwaniu współpracy w ramach programu i karach finansowych.


I to by było na tyle, mówiąc J.T. Stanisławskim, jeśli chodzi o Unię, co to „nie ingeruje”.


II. Zbalansowana ero-rodzina.


Oczywiście, formalny powód całej draki był inny, taki mianowicie, że „kampania ‘nie odpowiada projektowi przedstawionemu przez władze węgierskie’ (...)” (cyt. za NDz). Czemu nie odpowiada? A temu, że w ustalenia wkradło się dość charakterystyczne nieporozumienie pokazujące jak pod lupą różnice cywilizacyjne między zdroworozsądkowym konserwatyzmem premiera Węgier, a antycywilizacyjnym plemieniem Brukselczyków. Otóż w przedłożonym euro-czynownikom projekcie była mowa o promocji „zbalansowanych rodzin”, co postępowa euro-kasta urzędnicza milcząco zrozumiała jako – bo ja wiem? - propagowanie antykoncepcji, aborcji, może nawet eutanazji... Wszak „zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci, sami zaś małżonkowie rozwiedli się, by kontynuować zbalansowane życie w partnerskich homo-związkach. Ooo, jestem pewien, że na takie zbalansowanie postępowi neo-barbarzyńcy z plemienia Brukselczyków nie pożałowaliby euro-rubelków, zaś autorzy takowej akcji spotkali by się z pochlebnym cmokaniem ze strony niestrudzonych wdrażaczy „wartości holenderskich”, które jakoś tak niepostrzeżenie stały się zalecanym kanonem.


A że Orban owo „zbalansowanie” rozumie jako rodzinę, gdzie nie wyskrobuje się dzieci, tylko w najgorszym razie oddaje do adopcji? Uch, to być wielce nieeuropejskie, a zapewne i faszystowskie.


III. Wojna cywilizacji.


Na zakończenie pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pokazujący, że nie o żadne finansowe nadużycie ze strony węgierskiego rządu tu chodzi, a o czysto ideologiczną wojnę, jaką Antycywilizacja Postępu i jej zbrojne ramię w postaci plemienia Brukselczyków toczy z cywilizacją łacińską. Otóż koszt całej akcji to zaledwie 416 tysięcy euro, z czego Unia pokrywa 80%, czyli 332 800 euro. Suma niezauważalna tak z perspektywy budżetu Unii utrzymującego rzeszę darmozjadów, jak i środków transferowanych do nowych krajów członkowskich. Rzecz w tym, że ideologiczne zacietrzewienie nie pozwala Brukselczykom znieść myśli, by choć jedno złupione podatnikom euro zostało wydane na promocję wartości, które oni zaprzysięgli w duchu zniszczyć i wypalić w imię wyznawanej neo-oświeceniowej, tolerancjonistycznej utopii.


Co innego, gdyby promowano zakładanie gumek na banana, techniki penetracji odbytnicy albo „zdrowie prokreacyjne”. Tyle, że węgierski premier, robiący dziś w UE za czarnego luda, nie należy do polityków, którzy konformistycznie kłaniają się przed złotym cielcem Antycywilizacji Postępu, tylko myśli o przyszłości swojego narodu i demograficznym problemie zastępowalności pokoleń. Jest mężem stanu z prawdziwego zdarzenia, który wie, że jego naród nie przetrwa, jeżeli będzie uśmiercał co roku tysiące przyszłych obywateli. I to właśnie leży u podstaw całego rabanu.


Jeśli się mylę, jeśli jest inaczej, to czekam na przykłady współfinansowanych przez Unię inicjatyw pro-life. Zaręczam, że jestem gotów na takie miłe rozczarowanie. Czekam. Ale mam dziwną pewność, że się nie doczekam.


Gadający Grzyb