Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płaca minimalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą płaca minimalna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2019

Regionalna płaca minimalna – a regionalne ceny?

Ustawowa podwyżka wynagrodzeń powinna nastąpić PRZEDE WSZYSTKIM na prowincji, bo wielkie ośrodki radzą sobie bez niej.

Oj, chyba rusza lobbying przeciw zapowiadanym przed wyborami podwyżkom płacy minimalnej. Jak pamiętamy, jedną z koronnych zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, swoistym „500+” na nową kadencję, było zwiększenie minimalnych wynagrodzeń do 4000 zł. brutto od końca 2023 r. Już wtedy, we wrześniu, uaktywnił się Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców Adam Abramowicz, wychodząc w rozmowie z TVN24BiS z propozycją płacy minimalnej dedykowanej do danego regionu. Od pomysłu Kaczyńskiego zdążyła się w międzyczasie zdystansować min. przedsiębiorczości Jadwiga Emilewicz. Teraz natomiast ponownie zabrał głos Adam Abramowicz, podtrzymując w rozmowie z „Faktem” postulat regionalnej płacy minimalnej. Na pozór brzmi to rozsądnie: w regionach biedniejszych, gdzie są niższe koszty utrzymania, płace mogą również być niższe. I tak, w przyszłym roku najniższe wynagrodzenie wynosić ma 2600 zł. brutto, zaś wg Abramowicza, zmiany można by zniuansować na podstawie danych GUS – w Warszawie minimalna pensja mogłaby wynosić 2800 zł., a np. w województwie podlaskim 2400 zł. brutto.

No dobrze, a teraz wyjaśnię, dlaczego regionalizacja zarobków to bzdura. Otóż nawet w ramach tego samego regionu występują znaczące dysproporcje. Inaczej żyje się w stolicy regionu, nieco inaczej w mniejszym mieście, a jeszcze inaczej na wsi. Tego zwyczajnie nie da się uśrednić danymi GUS-u. Znane powiedzenie mówi, że gdy jedna osoba je mięso, a druga kapustę, to statystycznie obie jedzą bigos – i tak jest również z regionalną „zamożnością”. Nawet w ramach najbogatszego województwa mazowieckiego zieją gigantyczne dysproporcje pomiędzy Warszawą a peryferiami – i ta prawidłowość dotyczy również innych regionów. W przytoczonym przez Abramowicza woj. podlaskim również inne są realia życia w Białymstoku, a inne na prowincji. Już samo to skreśla pomysł Rzecznika MŚP na starcie.

Ale idźmy dalej. Co wywołało falę migracji zarobkowej z Polski w ostatnich latach, drenując nasz kraj z ponad 2 mln. par rąk do pracy – ludzi często młodych, najbardziej rzutkich i produktywnych, których dziś rozpaczliwie próbujemy zastąpić Ukraińcami czy zgoła Bengalczykami? Niskie zarobki i brak perspektyw na poprawę. Owe niskie zarobki to problem przede wszystkim prowincji, zostawionych samym sobie peryferii – i one też najdotkliwiej odczuły tę wyrwę demograficzną, to stamtąd wyjechało najwięcej Polaków za chlebem. Regionalizacja zarobków oznacza petryfikację tego stanu rzeczy, gwarancję, że odpływ populacji będzie postępował.

Kolejna rzecz: w Polsce koszty utrzymania i tak są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zarobków, a dominanta (najczęściej wypłacane wynagrodzenie) oscyluje wokół płacy minimalnej. Gwarantuję panu Abramowiczowi, że niezależnie od miejsca zamieszkania, gros Polaków ledwie wiąże koniec z końcem, a lwią część zarobków pochłaniają rachunki i kupno podstawowych produktów – żywności, ubrań. Ich ceny jakoś nie chcą się „zregionalizować” - „Biedronka” jest wszędzie taka sama. Podobnie zaczyna być z czynszami, zwłaszcza na rynku wynajmu, kluczowym w warunkach chronicznego niedoboru mieszkań. Powód? Bardziej opłaca się wynająć mieszkanie „pod Ukraińców” i upchnąć ich z dziesięciu metodą „na śledzia”, zgarniając wielokrotnie więcej, niż od młodego małżeństwa na dorobku – i idę o zakład, że statystyki GUS słabo to wychwytują, jeśli w ogóle. Tłumaczę szczegółowo, jak krowie na rowie, bo odnoszę wrażenie, że z perspektywy Warszawy wydaje się, że mieszkańcy prowincji żyją powietrzem, a wszystko cudownym sposobem dostaje się im za bezcen. Gdyby tak było, to nie obserwowalibyśmy procesu „zasysania” młodych ludzi przez metropolie. To taka „wewnętrzna migracja”, której przyczyny są identyczne jak emigracji za granicę. A więc ustawowa podwyżka wynagrodzeń powinna nastąpić PRZEDE WSZYSTKIM na prowincji, bo wielkie ośrodki radzą sobie bez niej.

Co zatem należy zrobić, by nie dobić małych i średnich przedsiębiorstw? Można (i powinno się) pomyśleć o systemie ulg (ale tylko dla MŚP, nie dla wielkich koncernów, które i bez tego mają u nas eldorado). Budżetowi państwa i tak się to opłaci, gdyż wyższe wynagrodzenia przełożą się na zwiększone wpływy z podatków, głównie pośrednich – bo w warunkach regresywnego systemu podatkowego to właśnie najmniej zarabiający w swej masie (bo jest ich najwięcej) utrzymują państwo brocząc VAT-em i akcyzą przy każdych zakupach – a nie stosunkowo nieliczni zamożni. Powtarzam się, ale co i rusz napotykam uporczywe odmowy zrozumienia podstawowej sprawy – Polska wlecze się w ogonie Europy jeśli idzie o udział płac w PKB, dynamikę wzrostu wynagrodzeń (i to również na tle krajów naszego regionu!), za to przoduje pod względem rozwarstwienia dochodów – inaczej mówiąc, nieliczna mniejszość najlepiej zarabiających nabija mityczną „średnią krajową”. Wszystko to razem składa się na osławioną „pułapkę średniego rozwoju” i „półperyferyjną gospodarkę”, a mówiąc po ludzku – na model typowy dla krajów III świata.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43-44 (25.10-07.11.2019)

czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 178

Ciekawe, kto zwycięży – państwo czy korporacje? Mówię oczywiście o podniesieniu płacy minimalnej zapowiedzianej przez Jarosława Kaczyńskiego podczas konwencji w Lublinie – do 4000 zł. brutto na koniec 2023 r. Tematowi poświęcam dłuższy tekst, ale zamieszczę tutaj jeszcze jedną refleksję. Otóż Kaczyński swą zapowiedzią wysłał wielkim koncernom komunikat, jakiego nie odważył się sformułować jeszcze nikt przed nim: „migacie się z płaceniem podatków i wyprowadzacie z Polski zyski? To my was zmusimy, żebyście część tych zysków z którymi uciekacie przeznaczyli na płace dla najniżej wynagradzanych pracowników – i w ten sposób zostaną one w Polsce. Jęczycie, że nie dacie rady? To na wasze miejsce przyjdą inni, lepiej dostosowani, bo Polska to zbyt duży rynek, by z niego rezygnować. Co, nie przyszło wam do głowy, że nie ma ludzi niezastąpionych, należy być „elastycznym” i tę samą gadkę, którą wciskacie waszym korpo-szczurkom, można zastosować do was samych? Przyswajacie? Lepiej przyswójcie, dobrze radzę. Płaćcie uczciwie, wy pazerne s...ny – a jak nie chcecie, to zwijajcie się stąd. Nic tu po was”.


*

Ale, żeby nie było tak wesoło: w programie PiS zapowiedziane jest także ustawowe uregulowanie zawodu dziennikarza na podobieństwo zawodów lekarskich i prawniczych. Jednocześnie zapisano, że „ustawa nie będzie w żadnym stopniu ograniczać zasady otwartości zawodu dziennikarza”. Kurczę, już to widzę: możesz sobie być dziennikarzem, ale musisz wyspowiadać się przed odpowiednim gremium, które będzie oceniało, czy się nadajesz. Po to PiS walczy z korporacyjnymi klikami, by teraz tworzyć nową, własną? Przypomina mi to regulacje z czasów PRL dotyczące artystów estradowych. Wtedy, by zostać oficjalnie zakwalifikowanym jako „artysta estradowy”, trzeba było się wylegitymować przed spec-komisją wykształceniem muzycznym potwierdzającym m.in. umiejętność gry na dwóch instrumentach. W efekcie, np. Beata Kozidrak z „Bajmu” taką artystką nie była, bo nie miała papierów, mimo że jej przeboje śpiewała cała Polska i non-stop musiała się przebijać przez jakieś biurokratyczne procedury, żeby np. wystąpić na festiwalu w Opolu. Tak więc, PiS-ie – nie idźcie tą drogą!


*

A propos – może by tak się zająć osławionym art.212 par. 2 Kodeksu Karnego (zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” zagrożone karą do roku odsiadki), który umożliwia różnym bonzom nękanie niewygodnych dziennikarzy prywatnymi pozwami karnymi „za słowo”? Przypominam, że gdy PiS było w opozycji, to zapowiadało jego zniesienie – i co, punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia? Teraz w programie PiS zapowiada, że art. 212 zostanie zniesiony... ale pod warunkiem wprowadzenia wspomnianej wyżej ustawy, która „ureguluje” to całe dziennikarskie rozpasanie wg jakichś wprowadzanych odgórnie „standardów”. No ludzie... Poza wszystkim, to jest totalna głupota podsuwająca opozycji idealny pretekst do wrzasku o „pisowskiej dyktaturze”. Pisał to kretyn czy sabotażysta?


*

Na szczęście mamy „najgłupszą opozycję świata”, zatem Grzegorz Schetyna, po tym jak minął mu atak furii, gdy dowiedział się, że nie jest trawiony nawet we własnym elektoracie, wystawił „kandydatę na premierę” w osobie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, której głównym atutem mają być zasłużeni pradziadkowie z czasów II RP – Władysław Grabski i Stanisław Wojciechowski. Domyślam się, iż ma to oznaczać, że przymioty są dziedziczne – tak jak w hodowlach rasowych psów i kotów, albo koni pełnej krwi. Tak więc, pani Kidawa-Błońska została wystawiona do wyborczego wyścigu niczym rodowodowa klacz w Wielkiej Pardubickiej - z dżokejem-Schetyną na grzbiecie.


*

Tymczasem na lewicy skandal na miarę „Me too”. Monika Jaruzelska zgwałciła Czarzastego i nasikała mu do butów! A nie, wróć – nie Monika Jaruzelska, tylko jej pies i nie Czarzastego, tylko suczkę aktualnej faworyty szefa SLD, czyli Anny Marii Żukowskiej. Wedle tej ostatniej, musiała swoją „sunię” wziąć na ręce, by ochronić ją przed „gwałtem” - a wtedy ta męska, szowinistyczna świnia – czyli pies Jaruzelskiej - nasikał pani Annie Marii do butów. Dziwne. Musiała zdjąć buty, żeby podnieść „sunię”? To na czym ona te buty nosi? Na rękach? A zawiązuje je nogami?


*

Eko-szajba zatacza coraz szersze kręgi. Jerzy Stuhr, Mariusz Szczygieł i bliżej mi nieznany Tomasz Sadlik pozwali Skarb Państwa z powodu smogu. Tym samym, poszli w ślady aktorki Grażyny Wolszczak, która wyprocesowała metodą „na smog” 5 tys. zł. - po czym okazało się, że jest „ambasadorką” marki Volvo i jeździ po mieście wielkim, dieslowskim SUV-em. Oczywiście, żaden z panów nie pozwie władz swoich miast – bo okazałoby się, że to uderza w ich politycznych faworytów z „totalnej opozycji”. Również w czasach rządów PO podobne pomysły nie przychodziły im do głów, choć smog był dokładnie taki sam, jak obecnie. Mam pomysł – niech nałykają się spalin z rury wydechowej samochodu Grażyny Wolszczak, a potem pozwą ją do sądu. Wtedy przynajmniej ten cały absurd miałby pozory wiarygodności.


*

Na marginesie - w porównaniu z trującym przemysłem PRL-u, a tym bardziej z XIX-wieczną epoką „węgla i pary” spowijającą miasta obłokami dymu i innych toksycznych wyziewów, żyjemy obecnie w warunkach niemal sanatoryjnych. Ale, co ja będę tłumaczył – Państwo to wiedzą, a Stuhr nawet gdyby przypadkiem przeczytał, to i tak nie uwierzy...


*

Ale to jeszcze nic. „Katolicki” publicysta Szymon Hołownia ogłosił: „zwierzęta, które spotkałem w życiu będą mnie sądzić na Sądzie Ostatecznym”. I tym samym „postępowy” katolicyzm przekroczył nową barierę – szamańskiego neopoganizmu, bowiem to właśnie w tego typu systemach wierzeń uznaje się, że zwierzęta mają „dusze”, które szamani „przywołują” podczas specjalnych rytuałów. Domyślam się, że następnym krokiem Hołowni będą ekstatyczne tańce wokół ogniska i przywoływanie dusz bizonów za wstawiennictwem Wielkiego Manitou. I w tym momencie mój mózg wyłącza światło i mówi wszystkim Państwu „dobranoc” - do następnego tygodnia!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (20-26.09.2019)

piątek, 5 czerwca 2015

Bangladesz Europy

Jeżeli rocznie wyprowadza się z Polski średnio 5,312 mld USD, to oznacza, że owoce wzrostu gospodarczego są konsumowane poza granicami Polski.

Andrzej Duda, świeżo upieczony prezydent-elekt, zapowiedział m.in. dwa projekty legislacyjne – cofnięcie podwyższenia wieku emerytalnego oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku. Tylko przyklasnąć. O kwocie wolnej pisałem już w tekście „Podatek od nędzy” w którym zwracałem uwagę, że obecnie mamy ją na najniższym poziomie w Europie, co sprawia, iż podatek dochodowy zmuszeni są płacić ludzie żyjący poniżej minimum socjalnego. Jeśli natomiast chodzi o wiek emerytalny, to jego podniesienie nie było żadną „reformą” jak to szumnie nazywała rządowa propaganda, lecz zwykłym odsunięciem w czasie nieuchronnego krachu systemu ubezpieczeń społecznych, podobnie jak doraźnym klajstrowaniem dziury w finansach publicznych i pozornym zbiciem długu publicznego był skok na pieniądze zgromadzone w OFE. Innymi słowy, zamiast generalnej naprawy niewydolnego mechanizmu dołożono trochę smaru w nadziei, że jeszcze przez jakiś czas maszynka się nie zatrze.

Zresztą, pomyślmy – jeśli ponad 2 mln Polaków jest na emigracji, a prognozy mówią, że do końca 2015 liczba ta może sięgnąć 3 mln (już teraz wg „Forbesa” za granicą znajduje się co dziesiąty pracujący Polak), zaś kolejne miliony pracują w Polsce na „śmieciówkach” - to kto ma płacić te składki? Przecież nie pracownicy budżetówki, bo ich składki i podatki sprowadzają się w istocie rzeczy do przekładania publicznych pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Podobnie jest, o czym pisałem przed tygodniem, z posłaniem do szkół sześciolatków, by te wcześniej weszły na rynek pracy przy braku jakiejkolwiek kompleksowej wizji, co zrobić, by dzisiejsze sześciolatki faktycznie tę pracę w Polsce znalazły – i to z godziwą płacą, bo przecież od tego zależy wysokość składek emerytalnych gwarantujących funkcjonowanie „umowy międzypokoleniowej” na zasadzie której działają ubezpieczenia emerytalne (w skrócie - obecni pracownicy płacą na emerytury swoich rodziców i dziadków). Bez rozwiązania problemu braku dobrze płatnej pracy i odwrócenia obecnej zapaści demograficznej niczego się tu nie wymyśli.

No właśnie. Zmiany proponowane przez Andrzeja Dudę idą w dobrym kierunku, lecz to jeszcze zbyt mało. Od prezydenta, a także od rządu wyłonionego w jesiennych wyborach (po obecnym niczego się nie spodziewam) oczekiwałbym podniesienia płacy minimalnej, a także stawek godzinowych – tego przekleństwa napędzającego zjawisko nie raz tu wspominanej „pracującej biedoty” („working poor”) i szerzej – lawinowego wzrostu prekariatu, czyli ludzi z permanentnie nieustabilizowaną – i to nie z własnej winy - sytuacją życiową. Bez jakiegoś cywilizowanego uregulowania powyższych kwestii nie będzie rodzin, bo to zbyt drogi luksus, a bez rodzin – nie będzie dzieci, czyli przyszłych podatników. Finanse publiczne się zawalą pod ciężarem długów i innych zobowiązań, głodowe emerytury poskutkują falą nędzy i wywłaszczeń, aż w końcu ostatni zgasi światło. Nie przesadzam – jeśli nic się nie zmieni, opisana apokalipsa czeka nas w perspektywie kilkudziesięciu lat.

Tymczasem obecnie udział płac w PKB wg danych Komisji Europejskiej wynosi w Polsce 46% - niżej plasują się jedynie Litwa, Łotwa i Słowacja. Owszem, to ogólnoświatowy trend, lecz my bijemy tu niechlubne rekordy. Wzrost płac ewidentnie nie nadąża za wzrostem PKB i produktywności pracowników, co w połączeniu z długością czasu pracy (ostatnie dane Eurostatu mówią, że jest to średnio 42,5 godz. tygodniowo, dłużej pracują tylko Grecy) czyni nas Bangladeszem Europy. Często mówi się w kontekście podwyżek o utracie konkurencyjności. Cóż, bazowanie na niskich kosztach pracy jest tak czy inaczej rozwiązaniem na krótką metę. Poza tym, barierą dla biznesu nie są koszty pracy tylko blokady biurokratyczne i fatalne prawo podatkowe - i właśnie te blokady oraz złe prawo pracodawcy rekompensują sobie niskimi kosztami zatrudnienia. Analogicznie, dla pracownika niestabilne formy zatrudnienia i niskie płace są dokładnie tym samym, czym dla pracodawcy karuzela wciąż zmieniających się przepisów w ramach których funkcjonuje i wysokie podatki. To właśnie dlatego ludzie głosują nogami wyjeżdżając, bądź odkładają na „święty nigdy” tak kluczową zarówno z indywidualnego, jak i ogólnopaństwowego punktu widzenia inwestycję, jaką jest założenie rodziny.

No i wreszcie kwestia ostatnia – uszczelnienie transferów kapitałowych, bowiem to one w znacznej mierze powodują, że wzrost PKB pozostaje na papierze. Jeżeli rocznie wyprowadza się z Polski średnio 5,312 mld USD, to oznacza, że owoce wzrostu gospodarczego nie są konsumowane w Polsce, lecz poza jej granicami – owoce wypracowane tutaj i okupione m.in. niskimi kosztami pracy, poziomem życia obywateli oraz zagrożeniem ich przyszłości. Stanem idealnym byłby powrót do prawa Bowleya, wedle którego średnio 2/3 wypracowanych dochodów ma trafiać do pracowników, 1/3 zaś do pracodawców. Nawet jeśli te proporcje są w dzisiejszych realiach nieosiągalne, to przynajmniej należy do nich dążyć, nie zaś pogłębiać obecne patologie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Niewolnicy Europy”

„Podatek od nędzy”

„Czy Polskę stać na biedę”

„Syndrom odklejenia”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22-23 (29.05-11.06.2015)

środa, 27 maja 2015

Syndrom odklejenia

Pracujemy ciężko i wydajnie, zarabiając niewspółmiernie mało w stosunku do tego, ile nasza praca jest realnie warta.

„Niech zmieni pracę i weźmie kredyt” - jakież to symboliczne... Dokładnie tak samo, jak niegdysiejsze pouczenia Włodzimierza Cimoszewicza pod adresem powodzian, że „trzeba się było ubezpieczyć”. Oba przypadki są przykładami identycznej jednostki chorobowej, którą na własny użytek nazywam syndromem odklejenia elit od rzeczywistości ekonomicznej. Nie tej w skali makro, opisywanej różnymi mądrymi wskaźnikami, z fetyszyzowanym PKB na czele, ale tej zwyczajnej, ludzkiej, dotykającej miliony Polaków. Czy Cimoszewicz zadał sobie pytanie o koszta ubezpieczeń w relacji do dochodów i trudności z wyegzekwowaniem odszkodowania? Nie zadał, choć o skandalach z wydębieniem czegokolwiek od PZU było wówczas głośno. Podobnie „wujkowi Bronkowi” przez myśl nie przeszło, że znalezienie lepiej płatnej pracy w Polsce graniczy z cudem, a zdolność kredytowa wykraczająca poza „chwilówki” i raty za pralkę jest dla wielu ludzi w Polsce mglistym marzeniem. Swoją drogą dziwne, bo tenże Bronisław Komorowski podczas kampanii stwierdził m.in., że model rozwoju oparty na taniej sile roboczej właśnie się wyczerpuje. Ale może on już tak ma, że nie jest w stanie skojarzyć tego co przeczytał z wręczonej mu kartki z problemami młodej Polki zarabiającej 2 tys złotych. A jest to przecież klasyczny przykład antyrozwojowej bariery jaką są niskie wynagrodzenia.

Zresztą, jeśli siostra chłopaka, który zagadnął prezydenta podczas kampanijnego spaceru faktycznie zarabia 2 tysiące na rękę, to i tak jest w nienajgorszej sytuacji, bowiem większość pracodawców w ankiecie stwierdziła, że płaci pracownikom ok 1600 złotych, czyli tak w sam raz – za mało by żyć, za dużo by umrzeć. Jeśli dodamy do tego, iż średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w 2014 roku 3980 zł, to rysuje się obraz społecznego rozwarstwienia w stylu republik bananowych. Przypomnijmy jeszcze, iż bezrobocie wśród młodych ludzi (do 24 roku życia) kształtuje się niezmiennie na poziomie ponad 20%, zaś ci co mają jakąkolwiek pracę zatrudnieni są głównie na śmieciówkach – wychodzi więc na to, że opisywana dziewczyna na tle rówieśników jest prawdziwą szczęściarą i nie wiadomo po co jej brat naprzykrzał się prezydentowi, co zresztą słusznie wytknęła jedna z publicystek niezawodnej „Gazety Wyborczej”. Poza tym, zawsze może wyemigrować, gdyż - jak przytomnie zauważyła pani prezydentowa - emigracja to przecież szansa.

Przy okazji warto zauważyć, iż polityka emigracyjna naszego rządu zakrojona jest z rozmachem i obliczona w długoterminowej perspektywie, bo jak inaczej tłumaczyć przymus posłania do szkół sześciolatków, by te – jak nam tłumaczono – o rok wcześniej weszły na rynek pracy? Odklejonej pani minister edukacji wyjaśniam, że te sześciolatki nie wejdą na żaden „rynek pracy”, tylko trafią prosto na bezrobocie, a następnie wyemigrują gdzie pieprz rośnie, by przyczyniać się do budowania dobrobytu innych krajów i społeczeństw, zaś posyłanie dzieci o rok wcześniej do szkół tylko ów exodus przyśpiesza. Oczywiście, emigracja nie jest jedyną opcją – bohaterka naszych rozważań może wszak poznać jakiegoś miłego chłopaka, najlepiej z PSL-u, który załatwi jej robotę na stołku wiceprezesa elektrociepłowni, bo właśnie taką posadę zafundował wicemarszałek sejmiku woj. łódzkiego Dariusz Klimczak swej 25-letniej narzeczonej, świeżo upieczonej absolwentce prawa kanonicznego.

Poza tym, warto pouczyć młodą siksę której rzekomo nie stać na mieszkanie, że powinna oszczędzać. Taka jest bowiem recepta cudownie odklejonej od realiów codzienności pani Henryki Bochniarz, szefowej Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan – czyli związku zawodowego oligarchów. Oznajmiła ona mianowicie, że jak najbardziej można odkładać zarabiając wspomniane wyżej 1600 złotych. „Lewiatan” podnosi notorycznie krzyk, ilekroć padają postulaty podniesienia wynagrodzeń i jakiegokolwiek uregulowania kwestii umów śmieciowych, w której to dziedzinie liderujemy Europie jak w żadnej innej, na co ostatnio zwróciła uwagę nawet Komisja Europejska. A tu bezczelna smarkula zarabia całe dwa tysie i jeszcze jej mało. Zapytaj głupia dziewucho pani Bochniarz, ona wie najlepiej, wszak startowała od zera – ze skromnego I sekretarza POP w Instytucie Koniunktur i Cen, poprzez rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego aż do rad nadzorczych tylu spółek, że pewnie sama ich wszystkich nie pamięta. Oto do czego można dojść ciułając grosz do grosza.

Porzucając na chwilę sarkazm – udział płac w PKB wg KE wynosi w Polsce 46% i należy do najniższych w Europie. Dzieje się tak mimo, iż wydajność pracy systematycznie rośnie, zaś Polacy należą do najciężej pracujących narodów w tej części świata. Innymi słowy – pracujemy ciężko i wydajnie, zarabiając niewspółmiernie mało w stosunku do tego, ile nasza praca jest realnie warta. Wygląda więc na to, że owoce wzrostu gospodarczego wypracowanego naszymi rękami konsumuje kto inny. Kto? Cóż, to jest naprawdę dobre pytanie, z którym Państwa zostawiam do następnego tygodnia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1702-pod-grzybki-4

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (22-28.05.2015)