Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekumenizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekumenizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 września 2018

(Bez)sens dialogizmu

Ks. prof. Waldemar Chrostowski: „Odbywa się dialog chrześcijan, dokładniej katolików, z wyznawcami judaizmu o wszystkim, tylko nie Jezusie Chrystusie”.

I. Ideologia „dialogizmu”

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat z poprzedniego tygodnia, wywołany nad wyraz niefortunną wypowiedzią łódzkiego metropolity, abp. Grzegorza Rysia, który przy okazji obchodów rocznicy likwidacji łódzkiego getta stwierdził, iż zagłada była dziełem ludzi „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach”, dodając w innym miejscu, że paradoksalnie, dialog chrześcijańsko-żydowski mógłby nie zaistnieć bez tragedii holokaustu. I właśnie tej swoistej ideologii „dialogizmu” warto przyjrzeć się bliżej, a przede wszystkim zadać fundamentalne pytanie: jaki jest sens i cel owego dialogowania. Teoretycznie, z katolickiego punktu widzenia prowadzenie rozmów z przedstawicielami innej religii winno służyć ich nawróceniu i włączeniu, bądź (w przypadku heretyków i schizmatyków) przywróceniu na łono Kościoła. Wszak misyjność nieodmiennie wpisana jest w istotę katolicyzmu i stanowi trzon jego ziemskiego posłannictwa od czasów ewangelicznych. Natomiast takie funkcje dialogu, jak poznanie stanowiska drugiej strony, zrozumienie dlaczego myśli i postępuje w określony sposób czy przeprosiny za jakieś wyrządzone w przeszłości krzywdy mogą być jedynie etapami pośrednimi, służącymi sformułowanemu powyżej celowi nadrzędnemu. Jeżeli traktujemy poważnie zasadę, że „poza Kościołem nie ma zbawienia” (przypomnianą w 2000r. w dokumencie „Dominus Iesus”) i że to Kościół Katolicki jest jedynym i pełnym depozytariuszem prawdy objawionej – to dążenie do zbawienia innowierców winno być tego logiczną konsekwencją i stanowić naczelną zasadę ekumenizmu.

Warto w tym miejscu przypomnieć przedsoborową, wielkopiątkową modlitwę za „wiarołomnych Żydów” („perfidis Judaeis”), by Bóg zdjął zasłonę z ich serc, „aby i oni poznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego”. Owa modlitwa nie była bynajmniej przejawem dzikiego antysemityzmu, jak obecnie się ją przedstawia, lecz właśnie przejawem troski o zbawienie naszych „starszych braci”. Tymczasem, można odnieść wrażenie, że wielu „dialogistów” ów podstawowy cel dawno straciło z oczu – w ich ujęciu dialog staje się bytem samoistnym, wartością samą w sobie i nader często zmienia się w dziwaczny spektakl dopieszczania, połączony z niekończącą się ekspiacją za prawdziwe i urojone winy. Całkiem niedawno mogliśmy obserwować istny festiwal takiego podejścia przy okazji obchodów 500-lecia Reformacji, przypominający momentami wręcz radosną fetę na cześć Lutra i jego następców. Nic więc dziwnego, że deklaracja „Dominus Iesus” (wydana przez Kongregację Nauki Wiary pod przewodnictwem kard. Josefa Ratzingera, późniejszego papieża Benedykta XVI) spotkała się z falą krytyki płynącej ze środowisk „zawodowych dialogistów”. Na zakończenie tego wątku trzeba dodać, iż deklaracja była bezpośrednią reakcją na szerzące się w łonie Kościoła poglądy relatywizujące chrześcijańskie Objawienie (m.in. pod wpływem religii Dalekiego Wschodu) i sugerujące, że zbawienie można osiągnąć również innymi drogami.


II. Moc przedsoborowego Kościoła

Powyższe odnosi się również w całej rozciągłości do dialogu katolicko-żydowskiego. Można by tu zadać prowokacyjne pytanie: jakie są konkretne efekty dotychczasowego dialogizmu? Ilu Żydów dzięki niemu się nawróciło? Z góry uprzedzam – czczej gadaniny o wzajemnym „poznawaniu się” i „ubogacaniu” nie kupuję. Nieco złośliwie można powiedzieć, że z Żydami „znamy się” od ponad dwóch tysięcy lat, a i ubogacamy ich również, czasem nawet w dosłownym znaczeniu – i do tego żaden specjalny „dialog” nie był potrzebny. Przed Soborem Watykańskim II nikt podobnymi wymysłami nie zawracał sobie głowy, sami Żydzi zresztą również jakoś z dialogowaniem się nie napraszali. Mimo to, właśnie wtedy zdarzały się przypadki spektakularnych nawróceń. Dość przypomnieć syna żydowskich emigrantów z Polski, Arona Lustigera, który jako Jean-Marie Lustiger przyjął w 1940 r. wraz z siostrą chrzest, a po wojnie został księdzem, później zaś arcybiskupem Paryża i kardynałem. Inny przykład, to Edyta Stein (późniejsza św. Teresa Benedykta od Krzyża) – pochodząca z Wrocławia Żydówka, która wpierw zadeklarowała się jako ateistka, by następnie – już jako ceniony filozof i humanistka – przyjąć chrzest. Ona również nie potrzebowała żadnego „dialogizmu”, by: 1) nawrócić się; 2) wstąpić do zakonu karmelitanek bosych; 3) ponieść męczeńską śmierć; 4) zostać świętą Kościoła Katolickiego i patronką Europy. Wszystko to odbyło się bez różnych „dni judaizmu” w Kościele, tudzież innych „dialogicznych” operetek, nie natrafiła również na swej drodze na ówczesny odpowiednik księdza Lemańskiego. Przeczytała za to „Życie św. Teresy z Avilli” - i ta lektura doprowadziła do jej duchowego przełomu. Zadajmy retoryczne pytanie: czy obecni „dialogiści” podsuwają swym żydowskim rozmówcom żywoty świętych?

Nie sposób w tym miejscu nie zapytać, czy tamten, bardziej zasadniczy i jednoznaczny Kościół, nie miał większej mocy przyciągania i nawracania, niż ten dzisiejszy – coraz bardziej rozmyty doktrynalnie, podmywany wewnętrzną, pełzającą protestantyzacją, łagodzący kanty, poszukujący „ducha czasu” zamiast owego ducha kształtować, dbający głównie o to, by kogoś nie urazić, zamiast głosić prawdę choćby i przeciw całemu światu. Może to jednak z tamtego Kościoła należy brać przykład - również w kwestii podejścia do Żydów? No i jeszcze jedno – czy Edyta Stein jadąca na śmierć do Auschwitz pomstowała na sprawców holokaustu, jakoby „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach”? Nie, powiedziała tylko do swojej siostry: „Chodź, idziemy cierpieć za swój lud”.


III. Jałowy dialog

Nawiasem mówiąc, kanonizacja Edyty Stein wywołała liczne protesty środowisk żydowskich, które najwyraźniej rozzuchwalone „dialogiem” opartym na jednostronnych ustępstwach strony kościelnej uroiły sobie, że mogą decydować o tym kogo papieżowi wolno wynosić na ołtarze. I tutaj jak w soczewce skupia się nastawienie strony żydowskiej do dialogu – traktują go w sposób skrajnie roszczeniowy i użytkowy. Znakomicie ujął to ks. prof. Waldemar Chrostowski, przez długie lata zaangażowany w rozmowy z wyznawcami judaizmu: „Katolicy zaangażowali się w dialog z żydami, ze względów na żydów. A żydzi nam to odwzajemniają, ze względu na siebie”. W wywiadzie dla „Naszego Dziennika” puentował gorzko: „My pytamy, co jest dobre oraz szukamy obiektywnego dobra i zasad (...) Natomiast Żydzi pytają, co jest dobre dla Żydów”. I dalej: „Dialog, który często w gruncie rzeczy był pozorowany, miał być politycznie poprawny. A więc dotychczas taki był, ale kiedy ta poprawność doszła do ściany, czego zresztą należało się spodziewać, okazało się, że owoców tego dialogu nie ma”. Dotyczy to również kwestii holokaustu, albowiem: „Także w odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwe, interesuje ich to, co jest prawdziwe dla Żydów, a więc co wybrać z tego, co się wydarzyło, by interpretacja historii i teraźniejszości oraz wizja przyszłości były korzystne z perspektywy żydowskiej”.

Niestety, taką optykę przejmują również uczestnicy dialogu ze strony kościelnej, czego dobitnym przykładem są słowa abp. Rysia. Innym wątkiem jest sprawa zarzutów formułowanych wobec Kościoła, który rzekomo miał zrobić za mało dla ratowania Żydów, milczeć lub zgoła kolaborować z Hitlerem. I tu wrócę jeszcze do przykładu Edyty Stein. Otóż nie cały Kościół „milczał”. Episkopat Holandii, gdzie siostra Teresa Benedykta od Krzyża została umieszczona w klasztorze, wydał mianowicie list pasterski w obronie Żydów. W efekcie, rozjuszeni Niemcy z zemsty wyłapali niemal wszystkich holenderskich katolików żydowskiego pochodzenia i wysłali do gazu – w tym Edytę Stein. Taki był skutek „niemilczenia”.

Wspomniany ks. prof. Chrostowski powiedział: „Odbywa się dialog chrześcijan, dokładniej katolików, z wyznawcami judaizmu o wszystkim, tylko nie Jezusie Chrystusie, tylko nie o sprawach religijnych i teologicznych”. Czyli, mówiąc wprost – ten dialog jest jałowy. Pytanie, czy na jałowej ziemi może coś wyrosnąć, nie wymaga chyba odpowiedzi.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dialogizm i przepraszactwo


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (21-27.09.2018)

niedziela, 11 czerwca 2017

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu?


I. Ks. prof. Guz na celowniku

Wygląda na to, że lewactwo idzie za ciosem i postanowiło konsekwentnie tropić „nie-lewomyślnych” kapłanów – szczególnie tych znajdujących szeroki odzew wśród wiernych. Niewątpliwie skrzydeł wrogom Kościoła dodały niedawne sukcesy, takie jak doprowadzenie do nałożenia przez bp. Jana Tyrawę zakazu wypowiedzi na tematy polityczne na ks. prałata Romana Kneblewskiego, czy wcześniejsze „wypchnięcie” z kapłaństwa ks. Jacka Międlara. Tym razem pod lupę wzięto ks. prof. Tadeusza Guza.

Dla tych z Państwa, którzy nie wiedzą kto zacz, przedstawię na początek garść informacji. Ks. prof. Tadeusz Guz z wykształcenia jest teologiem (1984, KUL) oraz filozofem (1989, KUL). Doktoryzował się w 1996 r. na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (dziś Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego) – tam też w 2001 r. zrobił habilitację. Tytuł profesorski z rąk prezydenta Andrzeja Dudy odebrał w 2017, wcześniej otrzymał tytuł profesora zwyczajnego na niemieckiej Gustav-Siewerth-Akademie, gdzie wykładał i w latach 2001-2003 był dziekanem Wydziału Filozofii. Autor szeregu publikacji w językach polskim i niemieckim, wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Przeciwnik lewicowych filozofii i ideologii – m.in. postmodernizmu, marksizmu i heglizmu. Przyjaciel Radia Maryja. W internecie dostępnych jest szereg jego wykładów i prelekcji nieodmiennie gromadzących licznych słuchaczy.

Na celowniku lewicy i okołokościelnych liberałów znalazł się z dwóch powodów – miażdżącej krytyki protestantyzmu oraz obnażania intelektualnych błędów i mielizn różnych modernistycznych prądów, czynionego m.in. z punktu widzenia chrześcijańskiej antropologii. Jak widać, ktoś taki nie mógł być przez siły postępu tolerowany, tym bardziej, że zaczął przyciągać coraz liczniejsze audytorium, któremu – co ważne – wykładał skomplikowane zagadnienia filozoficzne i teologiczne zrozumiałym językiem. Przystąpiono do kontrofensywy.


II. Młot na „ekologów”

Na początek odnotujmy najnowszą burzę wokół ks. prof. Guza. Otóż 13 maja wziął udział w zorganizowanej przez Ministerstwo Środowiska oraz związaną z Radiem Maryja Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu konferencji „Jeszcze Polska nie zginęła – wieś” z udziałem m.in. min. Jana Szyszko i o. Tadeusza Rydzyka. Wygłosił tam stosunkowo krótką (ok. 25 min.) prelekcję pt. „Filozoficzna analiza ideologicznych podstaw animalizacji człowieka i humanizacji zwierząt i drzew” w której, jak to się dziś mawia, „zmasakrował” ideologię ekologizmu. Piszę „ekologizmu”, ponieważ tradycyjnie rozumiana ekologia jest dyscypliną naukową, to zaś co obecnie jest głoszone przez „ekologicznych” aktywistów („ekologistów”) jest podszywającą się pod naukowy obiektywizm ideologią. I właśnie coś w tym guście przedstawił słuchaczom w swym wystąpieniu ks. prof. Guz, nazywając ekologię „ateistycznym, materialistycznym i nihilistycznym neokomunizmem”, „animalizującym” człowieka (czyli sprowadzającym go do poziomu zwierząt), za to „humanizującym” zwierzęta i rośliny. „Ta ideologia – i mówię to z całkowitą odpowiedzialnością – jest odmianą zielonego nazizmu - powiedział, zarzucając współczesnemu „ekologizmowi” dążenie do degradacji człowieka. Nagranie dostępne jest na You Tube na profilu „Naszego Dziennika” - zachęcam do wysłuchania.

Dla każdego myślącego zdroworozsądkowo człowieka obserwującego działalność organizacji „ekologicznych” słowa ks. prof. Guza są oczywistością. To w ich kręgach wsparcie znajdują m.in. projekty depopulacyjne, to ich domeną jest generalnie traktowanie człowieka i jego aktywności w kategoriach zagrożenia dla „planety”, to oni wreszcie promują neopogańskie z ducha postrzeganie Ziemi jako istoty żywej - „Gai”. Słowem, ideologia „ekologizmu” jest zaprzeczeniem chrześcijańskiego personalizmu, a w konfrontacji wartości człowiek – przyroda, „ekologiści” zawsze opowiedzą się przeciw człowiekowi. Nic więc dziwnego, że ksiądz profesor uznał, iż „zieloni” posuwają się dalej niż III Rzesza – bo naziści przynajmniej uznawali prawo do istnienia germańskiej „rasy panów”.

W odpowiedzi rozległ się skowyt oburzenia do którego – jakże by inaczej – czynnie włączyła się „Wyborcza”, produkując na łamach swojego lubelskiego dodatku stosowny artykuł. Jak dowiadujemy się z niego, 100 osób (aktywistów ekologicznych, „ludzi kultury” itp.) skierowało na ręce rektora KUL ks. prof. Antoniego Dębińskiego list otwarty w którym domagają się odsunięcia ks. prof. Guza od zajęć ze studentami. Szczególnym oburzeniem zapałał Radosław Gawlik ze Stowarzyszenia Ekologicznego EKO-UNIA – były poseł i wiceminister środowiska w rządzie Jerzego Buzka - zarzucając ks. Guzowi poglądy „dyskredytujące” go z wykładania na uczelni. W samym liście zaś koronnym zarzutem jest dyżurny „argument” lewactwa – czyli „mowa nienawiści”. Słowem, mamy do czynienia z typową dla lewaków próbą założenia cenzorskiego knebla. Co gorsza, Lidia Jaskóła, rzecznik prasowy KUL, złożyła oświadczenie w którym oznajmiła, iż stwierdzenia ks. prof. Guza „szkodzą dobremu imieniu uniwersytetu”, a sam ks. profesor zostanie zobowiązany do przeprosin.


III. O protestantach dobrze, albo wcale

To nie pierwsze szykany, jakie spotykają księdza profesora. Już w marcu tego roku został „poproszony” przez swych przełożonych o nie wypowiadanie się publiczne na temat reformacji, której ks. prof. Guz jest zdecydowanym krytykiem – w szczególności luteranizmu jako źródła wszystkich późniejszych nurtów protestantyzmu. Lutrowi zarzuca m.in. traktowanie swej nauki jako „sądu samego Boga”, której nie może ktokolwiek oceniać, „również wszyscy aniołowie”. Więcej – to siebie ustanawia „sędzią aniołów”, jako ten, przez którego przemawia Bóg („I kto nie przyjmie mojej nauki, ten niech nie zostanie błogosławionym. Ponieważ moja nauka jest boską, a nie moją. Dlatego mój sąd jest także boskim, a nie moim”). Idąc dalej, ks. prof. Tadeusz Guz podnosi, iż protestanci zagubili różnicę między Bogiem a stworzeniem, albowiem wg Lutra wszystko, co zostało stworzone jest „sposobem istnienia boskości”. Bóg zaś w ujęciu luterańskim nie jest od początku doskonałym bytem i Kreatorem, lecz w jego miejsce „pojawia się fałszywa idea mówiąca o tym, że Bóg rozwija siebie permanentnie, stwarza Siebie ciągle dalej na drodze ewolucji”. Jest to, jak zaznacza ksiądz profesor, „karykatura boskości” wedle której „Pan Bóg jest niedoskonały i musi się wiecznie z pomocą czasu, przestrzeni i całego wszechświata rozwijać" – co jest „herezją totalną”. No i wisienka na torcie, czyli komentarz Lutra do Księgi Psalmów: „Zanim Bóg stał się Bogiem, musiał najpierw stać się szatanem”. W rezultacie, dla katolików protestanci mogą być braćmi jedynie na płaszczyźnie człowieczeństwa, albowiem z taką herezją „nie ma żadnego pomostu”. Logiczną konsekwencją jest więc, że wszelki „dialog” z protestantami jest zasadny jedynie wówczas, gdy ma na celu powtórne przyciągnięcie ich do Kościoła.

To tylko krótki wyimek obnażający fałszywe nauki protestantyzmu w ujęciu ks. prof. Guza. Jak łatwo się domyślić, takie słowa w obliczu obchodów 500-lecia reformacji, w które zaangażowali się również kościelni hierarchowie z samym papieżem Franciszkiem na czele, musiały napytać ks. Guzowi biedy. Nie dziwi również, że cieszący się popularnością wśród innowierców portal „ekumenizm.pl” wyraził radość, iż „kaznodzieja nienawiści” został „tymczasowo uciszony”, sugerując, że stało się tak wskutek „oczekiwań strony luterańskiej podnoszonych podczas wspólnych spotkań na wysokim szczeblu”.

Mamy zatem ponury paradoks – Kościół oficjalnie bierze udział w rocznicy tragicznego rozłamu, niebezpiecznie przypominającej radosną fetę, zaś duchowny wzywający do opamiętania zostaje „uciszony”. Powstaje pytanie – jak głęboko Kościół i hierarchowie gotowi są ugiąć się przed udającym „dialog” dyktatem wrogów katolicyzmu? Odnoszę bowiem wrażenie, że doszliśmy do ściany za którą jest już tylko bezwarunkowa kapitulacja.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (09-15.06.2017)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Poligon doświadczalny watykańskiego ekumenizmu?

Obawiam się, że po odejściu Jana Pawła II wracają czasy opisane przez Józefa Mackiewicza w pamiętnym „Watykanie w cieniu Czerwonej Gwiazdy”

I. Głosowanie „bez skreśleń”

Jak zapewne Państwo wiedzą, uchwałę o podpisaniu Wspólnego Orędzia do narodów polskiego i rosyjskiego, Konferencja Episkopatu Polski przyjęła jednogłośnie – zero przeciw, nikt nawet nie wstrzymał się od głosu. Czyżby wszyscy hierarchowie byli takimi entuzjastami hecy „pojednania” do której dojdzie za kilka dni? Nie sądzę, ta jednomyślność musi mieć jakieś drugie dno. Gryzłem się tym jakiś czas, aż przypomniałem sobie, że gdzieś wyczytałem (przepraszam, już nie pamiętam gdzie konkretnie), iż inicjatywa abp. Michalika cieszy się ogromnym poparciem w Watykanie – kibicuje jej ponoć sam Benedykt XVI. Jeśli tak jest w rzeczywistości, wyjaśniałoby to zarówno zastanawiającą aklamację Episkopatu, jak i determinację w przepychaniu „pojednania” kolanem, wbrew wszystkiemu, ze zdrowym rozsądkiem na czele.

I tutaj zaświtała mi bluźniercza myśl. Otóż, Niemcy od dłuższego czasu zacieśniają strategiczne partnerstwo z Rosją - na wszystkich możliwych polach. Benedykt XVI jest Niemcem. Czyżby postanowił „ekumenicznie” wspomóc „vaterland” dokładając cegiełkę pojednania religijnego? Hm, może nie aż tak wprost – pamiętajmy, że papież, jak każdy przywódca, ma grono współpracowników, z których każdy byłby rad nakręcić politykę zagraniczną Watykanu wedle swego zegarka. Niemniej, zważywszy iż rosyjska Cerkiew pod rządami Cyryla I (agenta KGB ps. „Michajłow”) jest w zasadzie religijno-ideologiczną przybudówką Kremla i „demokratury” Putina, taki gest otworzyłby nowe perspektywy na linii Watykan-Moskwa. Tym bardziej, iż jawić się to może jako kontynuacja starań Jana Pawła II - by słowa o dwóch płucach Europy: zachodnim i wschodnim oblekły się w konkret. Na to mogą nakładać się jakieś zadry w sumieniu Benedykta związane z niemiecką odpowiedzialnością za II Wojnę Światową, tudzież epizodem w Hitlerjugend i związana z tym potrzeba ekspiacji wobec Rosjan.

Nie zapominajmy również o całej historii zabiegów strony polskiej, których zwieńczeniem będzie „Orędzie”, rozpoczętych tuż po wizycie Putina w Polsce 2009 roku, a zintensyfikowanych po Smoleńsku. W owych zabiegach nader czynnym uczestnikiem był z ramienia Sikorskiego esbecki agent „Orsom” - Tomasz Turowski, wyznaczony do kontaktów z rosyjskim kościołem prawosławnym. Niewykluczone, iż Watykan zwietrzył tu szansę - mógł sprząc swe zakulisowe wysiłki z dyplomacją polskiego rządu i wysłać do naszego episkopatu czytelny sygnał, jakie ma w związku z tym oczekiwania od polskich biskupów. Czyżby tu tkwiła przyczyna tego jednomyślnego „głosowania bez skreśleń" Konferencji Episkopatu Polski? W takim ujęciu, polsko–rosyjskie „orędzie" pełniłoby rolę balonu próbnego/doświadczalnego poligonu przed dalszymi krokami zbliżenia Watykanu z Moskwą. I wszystko to jest bardzo elegancko wykonywane rękami polskiego Kościoła.

II. Arcyboleśnie proste pojednanie

To oczywiście tylko taka moja hipoteza, z konieczności bardziej oparta na dedukcji, niż faktograficznych podstawach, bowiem poruszamy się tutaj w sferze cienia, domysłów, przypuszczeń – polityka informacyjna Kościoła jest tradycyjnie nad wyraz oszczędna. Jednak, o ile rekonstruuję trafnie polityczną rozgrywkę, która się odbywa gdzieś za kotarą, to nagle wywiad abp. Michalika dla KAI z radykalnym odcięciem się od kwestii Smoleńska i cielęcymi zachwytami nad patriarchą Cyrylem zaczyna jawić się w nowym świetle. Jeśli z Watykanu przyszło polecenie „jednać się!”, to Smoleńsk faktycznie mógł tu stanowić nie lada problem, zatem przeniesienie tej tragedii na półkę z „symbolami” staje się zrozumiałe.

W ogóle, gdy wywiad abp. Michalika oskrobać z tej całej okrągłej, „biskupiej mowy”, to jego przesłanie robi się, mówiąc klasykiem, „arcyboleśnie proste”. Z jakichś względów, o których postronni nie muszą wiedzieć, obraliśmy twardy kurs na „pojednanie” z Cerkwią (a więc i z Moskwą) i nic nie zawróci nas z tej drogi – ani skandal wokół Smoleńska i śledztwa, ani czekistowskie uwikłania tamtejszej hierarchii. Zaś każdy głos krytyki, czy choćby umiarkowanego sceptycyzmu zostanie napiętnowany jako oszołomstwo.

Jak zaraz dało się zauważyć, postawa taka spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem dwóch na pozór odległych od siebie środowisk – salonowszczyzny z przewodnią rolą „Gazety Wyborczej”, oraz mniej wpływowej, ale niezmiennie prorosyjskiej i panslawistycznej „endokomuny”. Ostatni raz tak zgodne współbrzmienie miało miejsce chyba przy okazji sprawy ingresu bp Wielgusa (TW „Grey”). Oba towarzystwa nie mogą wprost wyjść z zachwytu, jaki to druzgoczący cios abp. Michalik zadał PiS-owi, Macierewiczowi i „sekcie smoleńskiej” - no, skoro tak, to zrozumiałe, że katolicko-cerkiewne „pojednanie” z miejsca stało się ich konikiem i jutrzenką świetlanej przyszłości.

Jeszcze jedno zwróciło moją uwagę – mianowicie, w kontekście „Orędzia” nie przywołuje się (a jeśli już, to marginalnie) postaci Jana Pawła II, który niemal do kresu swych dni starał się o jakąś formę zbliżenia z rosyjskim prawosławiem, a niemożność udania się z pielgrzymką do Rosji była dlań niezwykle bolesna. W wywiadzie dla KAI abp. Michalik wspomina o Papieżu tylko w kontekście... wspólnych elementów nauczania JP II i Cyryla-„Michajłowa”. Przypuszczam, iż to pominięcie jest świadome – czekistowskiej Cerkwi i jej kremlowskiemu zwierzchnikowi trudno byłoby przełknąć „pojednanie” pod auspicjami jednego z duchowych i politycznych pogromców komunizmu – wszak ONI upadek Sowietów odbierają w kategoriach upokorzenia imperialnej „Wielkiej Rosji”.

Jednakże, może to i lepiej. Odnoszę wrażenie, że Papież nie przeszedłby tak gładko do porządku dziennego zarówno nad historycznym, jak i smoleńskim kontekstem czekającego nas wydarzenia („pojednanie nie może być mniej głębokie niż sam rozłam. Tęsknota za pojednaniem i ono samo będą w takiej mierze pełne i skuteczne, w jakiej zdołają uleczyć ową pierwotną ranę, będącą źródłem wszystkich innych, czyli grzech” - Adhortacja Apostolska „Reconciliatio et Paenitentia”).

III. Watykan znów „w cieniu Czerwonej Gwiazdy”?

W takich chwilach widać jak bardzo brakuje postaci formatu Jana Pawła II, czy prymasa Wyszyńskiego z ich doświadczeniem lat komunizmu i uwrażliwieniem na Sowiety (czy, jak obecnie, reżim czekistów). Oni mieli bowiem w sobie ten wewnętrzny kompas, który mówił im do jakiej granicy można ustąpić, kiedy zaś powiedzieć twardo „non possumus”. Ludzie Zachodu tego wyczucia nie mają, bo brak im osobistej praktyki funkcjonowania pod ruskim butem i knutem. I nawet bycie wieloletnim współpracownikiem Jana Pawła II nie wystarcza. Im Rosja zawsze będzie się jawiła jako może trochę groźny i egzotyczny kraj, w którym jednakże też żyją „dobrzy ludzie”. I do głowy im nie przyjdzie zapytać jak to jest, że ci „dobrzy ludzie”, nie zważając na własne upodlenie, gotowi są wielbić i popierać najbardziej krwawych tyranów, byle owi satrapowie czynili Rosję "wielką".

Ale, jeśli chodzi o ludzi Zachodu można tę ignorancję do pewnego stopnia zrozumieć. Nie można natomiast podejść z pobłażaniem do sytuacji, w której podobne stanowisko zaczynają prezentować nasi hierarchowie – krew z krwi i kość z kości polskiego narodu, którym tego czym jest Rosja pod rządami towarzyszy czekistów nie trzeba tłumaczyć. I o to mam pretensję do abp. Michalika i reszty Episkopatu – że poszli bezrefleksyjnie na lep „pojednania”, lub równie bezrefleksyjnie wzięli się za wypełnianie oczekiwań Watykanu w tej materii, nie próbując skorygować tej linii – nawet jeśli oznaczałoby to wejście w zwarcie z wpływowymi kurialistami, lub samym papieżem. Taki prymas Wyszyński nie wahał się, gdy było trzeba, wchodzić w konflikt z abp. Casarolim i naprostowywać politykę Watykanu wobec komuny, nawet gdy oznaczało to zmarszczenie brwi u Pawła VI.

Brakuje dziś takich postaci, odnoszę bowiem wrażenie, iż Stolica Apostolska wraca w koleiny swej dawnej polityki wschodniej z lat 60- i 70-, z całym bagażem złudzeń, naiwności, błędnych kalkulacji i – moskiewskiej agentury. Przecież chyba nie sądzimy, że ruskie aktywa osobowe w Watykanie zniknęły wraz z upadkiem ZSRS? Obawiam się, że po odejściu Jana Pawła II wracają czasy opisane przez Józefa Mackiewicza w pamiętnym „Watykanie w cieniu Czerwonej Gwiazdy” (do posłuchania w kolejnych audycjach Niepoprawnego Radia PL i w formie audiobooka - http://watykan-w-cieniu.4shared.com/ ). Może to mieć dla nas rozliczne negatywne konsekwencje – na przykład, gdy Cerkiew na polecenie Kremla uzna za stosowne wszcząć w Polsce jakąś waśń, grając prawosławną mniejszością, tudzież szantażując nas zerwaniem „dialogu” i „drogi pojednania” – na analogicznej zasadzie, jak Niemcy grają Ruchem Autonomii Śląska – marginalną organizacją, która w jakiś tajemniczy sposób zyskała znaczenie zupełnie nieproporcjonalne do swego społecznego zaplecza. Kremlowscy szachiści mają takie zagrania w małym palcu.

Podsumowując, cienko to widzę. Nawet jeśli w „Orędziu” nie znajdzie się nic szczególnego, to rozliczne konsekwencje tego aktu mogą w przyszłości grać na naszą niekorzyść. Przede wszystkim zaś obawiam się sprowadzenia Polski i polskiego Kościoła do roli poligonu doświadczalnego watykańskiego ekumenizmu. Między innymi dlatego, że to my poniesiemy wszelkie związane z taką funkcją koszta – jak to już było niegdyś z „przedmurzem chrześcijaństwa” - natomiast ewentualne korzyści są nader iluzoryczne.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/pojednanie-z-zywa-cerkwia