Pokazywanie postów oznaczonych etykietą propaganda społeczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą propaganda społeczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

Badania z cyklu „Diagnoza społeczna” służyły do tej pory prof. Czapińskiemu do uprawiania medialnej propagandy sukcesu.

I. „Wyfajnowani” fajnopolacy

Ojej, Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP chyba naprawdę zaczyna palić się pod siedzeniem, skoro jeden z przedstawicieli jego, z przeproszeniem, „intelektualnego zaplecza”, czyli pan prof. Czapiński pobiegł w te pędy ostrzec Dyktaturę Matołów przed możliwym krachem wyborczym. Tak ma wynikać z ostatnich badań z cyklu „Diagnoza społeczna”. Oto rysuje się scenariusz wedle którego do wyborów w 2015 roku pójdzie niespełna 40% wyborców co miałoby zapewnić zwycięstwo PiS-owi, zaś przy frekwencji niższej o kolejne 4% Prawo i Sprawiedliwość mogłoby rządzić samodzielnie, a nawet uzyskać większość konstytucyjną. Perspektywa ta stała się prawdopodobna na skutek zniechęcenia i demobilizacji elektoratu PO – w tym najtwardszego i bezkrytycznego dotychczas jądra, czyli tzw. lemingów.

W zasadzie zdziwienie może budzić tu jedynie stopień zaskoczenia obozu władzy tymi hiobowymi wieściami. Czy naprawdę sądzili, że po dwóch kadencjach wciąż skuteczny będzie szantaż wyborczy polegający na straszeniu Kaczyńskim i Macierewiczem, szczególnie w warunkach narastającego bezrobocia i pogłębiającego się kryzysu? Czy sądzili, że bez końca można odwracać uwagę ludzi polityką kolejnych medialnych wrzutek? Taka strategia mogła przynosić owoce w latach prosperity, kiedy to w miarę syte społeczeństwo faktycznie chciało świętego spokoju, cieplej wody w kranach i błogiej konsumpcji, ale nie w dobie kryzysu, gdy miraż „zielonej wyspy” ostatecznie się rozwiał, zaś przez mgłę propagandowego odurzenia nieuchronnie przebija się twarda rzeczywistość.

Oczywiście, to nie jest tak, że dotychczasowi wyborcy PO nagle postanowią zagłosować na PiS – nienawiść do „Kaczora” i „pisiorów” została zbyt silnie wdrukowana w ich zwoje. Jednak dotychczasowe „antykaczystowskie” paliwo, którym stymulowano ich emocje nie będzie już wystarczające, by po raz kolejny poprzeć PO. „Fajnopolacy” się po prostu „wyfajnowali”, co można było zaobserwować chociażby na przykładzie fiaska akcji „Orzeł może” - szczególnie, jeśli skonfrontować frekwencję z kolejnymi miesięcznicami smoleńskimi.

II. Krach anty-smoleńskiej narracji

O sprawie Smoleńska wspomniałem nie bez przyczyny, bowiem do tej pory antysmoleńskie zacietrzewienie „sekty Pancernej Brzozy” (by Seawolf) było jednym z podstawowych czynników mobilizacyjnych stosowanych wobec antypisowskiego elektoratu. Ta emocjonalna stymulacja swe apogeum miała podczas zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i demonstracji „tarasowców”, zwanych też „młodymi z fejsbuka”. Rozpędu starczyło jeszcze na drugie zwycięstwo PO i sukces wyborczy Palikota, a następnie trend zaczął niepostrzeżenie wygasać. Obecnie – m.in. na skutek konsekwentnej pracy Zespołu Parlamentarnego pod kierownictwem Antoniego Macierewicza i ujawniania kolejnych kompromitacji rządu i prokuratury w smoleńskim śledztwie - dominuje nurt „smoleńskiego agnostycyzmu”, co z niepokojem odnotowali Janicki i Władyka w „Polityce”.

Bardziej szczegółowo pisałem o tym w notce „Smoleńsk jako narzędzie zmiany”, więc tu jedynie krótko powtórzę: Budowana i uzasadniana z benedyktyńską cierpliwością hipoteza zamachowa po pierwszym szoku i odruchu odrzucenia zakorzeniła się w społecznym obiegu. Ludzie się do niej przyzwyczaili, oswoili się z nią i zaczęli brać pod uwagę jako jedną z dopuszczalnych możliwości – tym bardziej, że w międzyczasie wychodziły na światło dzienne kolejne blamaże i matactwa rządu Tuska w sprawie wyjaśniania przyczyn Tragedii.”

Obecnie zatem mamy do czynienia z sytuacją, że ponad 50% respondentów badania TNS Polska nie deklaruje wprawdzie wiary w zamach, ale równocześnie twierdzi, że nie wiadomo co tak naprawdę się na Siewiernym wydarzyło – odrzuca zatem raport Millera i „oficjalną wersję wydarzeń”. W przełożeniu na politykę oznacza to, że nie da się używać dłużej antysmoleńskiego zacietrzewienia dla wyborczych celów Dyktatury Matołów, co obiektywnie sprzyja PiS-owi dysponującemu zdyscyplinowanym elektoratem.

III. Propagandysta społeczny

Wróćmy jeszcze do zasygnalizowanych na wstępie oznak paniki – bo trudno inaczej wytłumaczyć motywy, które kazały prof. Czapińskiemu lecieć z alarmem do Platformy, jeszcze przed ustaleniem ostatecznych wyników „Diagnozy społecznej” (jak sam przyznaje, do komputerów wprowadzono dotychczas połowę próby, czyli odpowiedzi ok. 15 tys respondentów). Muszę tu przypomnieć mój tekst z lipca 2012 roku „Propagandyści społeczni” , w którym starałem się opisać na przykładzie profesorskiej trójcy Markowski – Krzemiński – Czapiński, jak pod płaszczykiem nauki politolodzy, socjolodzy i psychologowie społeczni uprawiają propagandę w interesie PO, a szerzej – w interesie Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, której aktualną polityczną ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów.

Otóż badania z cyklu „Diagnoza społeczna” służyły do tej pory prof. Januszowi Czapińskiemu do uprawiania medialnej propagandy sukcesu, nieodmiennie bowiem wynikało z nich, że „Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej”. Polacy mają więcej pralek, lodówek, telewizorów i generalnie są zadowoleni z życia, choć może niekoniecznie już z ogólnej sytuacji w kraju. Niemniej, dopóki z badań wynikało, że stają się posiadaczami coraz większej ilości dóbr materialnych i chwalą sobie życie osobiste, to resztę negatywnych ocen można było gładko zwalić na karb „polskiego malkontenctwa”, no bo przecież obiektywne dane wskazują, że jest dobrze i coraz lepiej.

Dodatkową podbitką interpretacyjną była dla pana profesora wykoncypowana przez niego „Cebulowa teoria szczęścia”, która – w telegraficznym skrócie – głosi, iż na jakimś poziomie (kolejne warstwy „cebuli”) człowiek niemal zawsze jest szczęśliwy, choćby dlatego, że żyje. To w pozytywnej warstwie interpretacyjnej. W warstwie negatywnej natomiast profesor miał na malkontentów bata w postaci „Teorii niewdzięczności społecznej” - gdzie z kolei twierdzi, że „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian.” Prawda, że urocze? Po pierwsze, jesteś człowieku zadowolony z cudów transformacji ustrojowej, nawet, gdy sam nie zdajesz sobie z tego sprawy, a po drugie, jeśli twierdzisz, że nie jesteś szczęśliwy, to dlatego, że nie doceniasz, niewdzięczniku, ogromu zbawiennych reform, które światłe elity III RP ci zafundowały... Nie kijem go, to pałką.

I tak się to toczyło, aż do teraz. Wprawdzie nie wiadomo jeszcze do jakich ponurych szczegółów dokopał się profesor Czapiński w tegorocznej „Diagnozie”, ale muszą być naprawdę powalające, skoro zdecydował się na porzucenie wygodnej maski „bezstronnego autorytetu” i postanowił w tak spektakularny sposób zaalarmować umiłowaną Władzę. Czyżby obecnej „Diagnozy” nie sposób było spożytkować w służbie propagandy sukcesu?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/propagandysci-spoleczni

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolensk-jako-narzedzie-zmiany

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl

wtorek, 9 października 2012

Przed „drugim expose” Tuska

„Drugie expose” będzie dla Donalda Tuska tym, czym dla Hitlera była bitwa na Łuku Kurskim – ostatnią szansą na odzyskanie strategicznej inicjatywy.

I. Notowania stanu „wajchy”

Daleki jestem od ekscytowania się jakimikolwiek sondażami, pozwolę sobie jednak zatrzymać się przez chwilę nad tym ostatnim (TNS Polska, dawniej OBOP, dla TVP Info - 39% PiS do 33% PO), co to wprawił salonowe autorytety w stan niekontrolowanej drżączki i skłonił do twitterowego nawoływania, żeby Tusk obiecał ludziom lody (prof. Hartman), oraz pobudki - „Naród zaczyna tęsknić za paranoją!” (W. Kuczyński). Z tej ćwierkaniany jest bowiem pewien pożytek: obrazuje ona co się dzieje z ludźmi, jeśli uwierzą we własną propagandę, pokazując zarazem prawdziwy stosunek tzw. „elit” do ludności tubylczej.

Cóż, powyższym panom chyba już nie wydobrzeje. Niemniej, przy okazji rzeczonego sondażu, mamy do czynienia z kolejnym przykładem pewnego, specyficznie polskiego, zjawiska. Otóż, u nas trudno mówić o czymś takim jak „sympatie polityczne” - jest albo bezkrytyczne uwielbienie, albo zajadła nienawiść, przy czym oba stany przechodzą jeden w drugi niemal bez żadnych stopni pośrednich. Wczorajszy idol z dnia na dzień staje się znienawidzonym „onym”, którego dotychczasowi wielbiciele gotowi są utopić w łyżce wody. Co ciekawe, ta emocjonalna miotanina, następuje bez żadnych wyraźnych przyczyn: władza zachowuje się dokładnie tak, jak zachowywała do tej pory, a tu nagle – trach! – i następuje przełożenie społecznej wajchy.

II. Emocjonalna miotanina elektoratu

Weźmy rządy PO – różnych afer wypływało do tej pory sporo, sprawa wyjaśniania Tragedii Smoleńskiej była zabagniona od samego początku, bezrobocie i kryzysowe ubożenie społeczeństwa postępowało od dawna, manifestacje w obronie TV Trwam, czy przeciw podwyżce wieku emerytalnego również miały miejsce, podobnie jak „strategia” Tuska, by w kryzysowych momentach chować się do szafy. I co? I guzik to dawało. „Waadza” i Donald Tusk pozostawały „teflonowe”, zaś sondaże pokazywały stały stan rzeczy na zasadzie „PO - i potem długo nic”.

Ba, zgodnie z prawem ślepego uwielbienia, społeczna złość obracała się nie przeciw rządowi, tylko przeciw ujawniającym przekręty i degrengoladę państwa – dokładnie tak samo, jak niegdyś ujawnianie różnych sprawek Kwaśniewskiego obracało się przeciw demaskatorom, że przypomnę tylko nagranie z małpowaniem Papieża pokazane przez sztab Krzaklewskiego podczas kampanii prezydenckiej w 2000 roku.

Podobnie było z rządem Millera – „towarzysze Szmaciakowie” z SLD mogli wyczyniać najdziksze swawole i też nic im nie szkodziło, aż do momentu wybuchu afery Rywina. Potem tąpnęło, że hej i to pomimo tego, że „Rywingate” wcale nie była większa, czy bardziej szkodliwa dla państwa, niż wiele innych „koszernych interesów”, że się tak podeprę „rywinmową”.

Wiele wskazuje na to, że obecna Dyktatura Matołów znalazła się nagle, ni z tego ni z owego w tym samym punkcie, co rząd Leszka Millera, gdy „Wyborcza” wreszcie zdecydowała się ujawnić nagranie pogwarki Michnika z Rywinem, a w Sejmie powołano komisję śledczą. O ile moja analogia jest trafna, to od tej pory rząd PO-PSL będzie wzbudzał coraz większą społeczną irytację - niezależnie od tego, co zrobi lub powie Ober-Matoł. I, co ciekawe, będzie ową irytację wywoływał dokładnie tym samym, co do tej pory gwarantowało mu niesłabnące poparcie: pozorowanymi „reformami”, gładką gadką i pijarowskimi „wrzutkami”, oraz chronicznym bardakiem, który dotąd zachwycona gawiedź łykała jako „samoograniczanie” i „niewtrącanie się” rządu do życia obywateli, skrupulatnie ignorując takie fakty jak dług publiczny, podwyżki podatków, rozrost biurokracji, czy rekordowa liczba podsłuchów.

III. Kto rozpracuje „wajchę”?

Doprawdy, rozpracowanie tego społecznego mechanizmu, który powoduje, że Polacy gotowi są do pewnego momentu wybaczać swoim wybrańcom absolutnie wszystko i zakrzykiwać z pianą na ustach oponentów, by po przekroczeniu jakiejś nieuchwytnej masy krytycznej raptownie odwrócić się od dotychczasowego obiektu uwielbienia i ulokować swe uczucia na jakimś kompletnie innym politycznym biegunie – taka analiza „społecznej wajchy” byłaby warta każdych pieniędzy.

Widzę tu wielkie pole do popisu dla tzw. „psychologów społecznych”, ale ci jakoś nie kwapią się do podjęcia tego wyzwania. Guru tej dziedziny, salonowy profesor Czapiński, woli tłuc swoje „Diagnozy społeczne” z których każdorazowo wynika, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej, lub konstruować „cebulową teorię szczęścia” w celu udowodnienia, że na jakimś poziomie człowiek niemal zawsze jest obiektywnie szczęśliwy, choćby z tego powodu, że żyje. A wszystko to dopełnione „teorią niewdzięczności społecznej”, głoszącą iż „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian”.

Zamiast dążenia do poznania prawdy o Polsce i Polakach, mamy szamanizm społeczny i propagandę społeczną, uprawiane pod płaszczykiem nauki. Mówiąc Zybertowiczem – nie ma „socjologii uprawianej dla Polski”. Ale to dygresja – szerzej piszę o tym w notkach „O niewartościowaniu pojęć” i „Propagandyści społeczni” - zapraszam do lektury.

IV. Zmęczenie materiału

Wracając do tematu – optymiści zbudowani sondażem twierdzą, że „Polska się budzi”. Oby - oby, osobiście sądzę jednak, że mamy do czynienia raczej z opisywanym tu tajemniczym mechanizmem emocjonalnej „wajchy”, który nagle zaczął grać na niekorzyść Tuska. Kto by się spodziewał, że na wałkowaną od miesięcy aferę „Amber Gold” z „premierowiczem”, nałoży się sprawa ponurego skandalu z zamianą ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej, „ofensywa jesienna” PiS i marsz „Obudź się Polsko”? I że ta kumulacja akurat odpali? Powtórzę – afery były i zamiatano je gładko pod dywan (choćby hazardowa), w kwestii Smoleńska kompromitacja goniła kompromitację, były różne zgłaszane przez PiS inicjatywy, masowe demonstracje również.

Owszem, można twierdzić, że teraz wszystko to odbyło się niemal jednocześnie, że Tusk „przedobrzył” w sejmowym wystąpieniu, stosując grube aluzje pod adresem śp Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a Seremetowe zwalenie winy za podmianę ciał na rodziny było zbyt bezczelne, zaś Ewa Kopacz wypadła ze swymi matactwami równie przekonująco co onegdaj Chlebowski, no i marsz był największą bodaj demonstracją w historii III RP. Do tego, PiS-owi udało się wreszcie w przekazie osiągnąć właściwy balans między obliczem „smoleńskim” a „merytorycznym” (szerzej o tym piszę w tekście „Wielowektorowy przekaz PiS-u”). Wszystko to prawda, tyle że według mnie, nie dotyka sedna problemu. Śmiem twierdzić, że jeszcze kilka miesięcy temu powyższe czynniki nie przełożyłyby się na „tąpnięcie” Platformy. Z jakichś względów „zmęczenie materiału” dało znać o sobie właśnie teraz.

Rafał Ziemkiewicz w tekście „Koniec początku” przywołał w tym kontekście słowa Churchilla po bitwie pod El Alamein: „panowie, to nie jest jeszcze koniec, to nie jest jeszcze nawet początek końca, ale wygląda, że to koniec początku”. Pozostając w tej drugowojennej poetyce dodam, że „drugie expose” będzie dla Donalda Tuska tym, czym dla Hitlera była bitwa na Łuku Kurskim – ostatnią szansą na odzyskanie strategicznej inicjatywy.

V. Kto wyjdzie z szafy?

Czego możemy się spodziewać? Och, będzie zapewne o emeryturach, kryzysie, przedsiębiorczości, UE i tak dalej. Ciekawe, czy Tusk wspomni coś o długu publicznym i biurokracji. Ale to wszystko plewy – liczył się będzie przede wszystkim emocjonalny ładunek przekazu. Do tej pory, gdy maszynka Platformy zaczynała szwankować, Tusk po opuszczeniu szafy wyjeżdżał z agresywnym, twardym przemówieniem. Obwieszczał „koniec kwękolenia” i jechał z klucza - jak nie my, to powrót IV RP z dyktatorem-Kaczyńskim. Były wilcze oczy, zacięte usta i stanowcze gesty mające wywołać wrażenie, że mamy oto, Panie i Panowie, do czynienia z prawdziwym Mężem Stanu, co to na co dzień jest dobrotliwy, ale jak przebierze się miarka... to ho-ho!

Dotąd ta komedia była skuteczna. Czy będzie i tym razem? W najlepszym przypadku chwilowo, bowiem „społeczna wajcha” ma to do siebie, że gdy już zmieni położenie, to niezwykle trudno jest „odwojować” psychologiczne mechanizmy, które za takowym „przestawieniem” stoją.

Jakby nie patrzeć, Tusk jest „na musiku” - zapewne Ostachowicz robi mu kolejny trening osobowościowy, czy inne pranie mózgu, jak po porażce w 2005 roku i skleja poranioną psyche Ober-Matoła do kupy, wskutek czego zobaczymy w czwartek-piątek Premiera po mentalnym liftingu. Jednak równie dobrze możemy ujrzeć wyłaniającego się z szafy politycznego trupa, pozorującego życie niczym zombie. Jak oceniam konstrukcję psychiczną Tuska, napisałem w dwóch ostatnich podpunktach tekstu „Odklejony” i sądzę, że jeśli cokolwiek się od tamtego czasu zmieniło, to tylko na gorsze.

Nie zapominajmy jednak, że Tusk ma swój deadline – to rok 2014 i spodziewana teleportacja na Alfę Centauri, czyli na brukselską posadę ufundowaną mu przez kanclerz Angelę Merkel w podziękowaniu za wysługę, gdzie również będzie dla swej patronki użyteczny – tym razem na europejskim odcinku. Do tego czasu musi dotrwać jako administrator kondominium, bo inaczej przecież nie zabroniono by mu kandydować na urząd prezydenta.

No chyba, że psychiczne by-passy wszczepione przez Ostachowicza w decydującym momencie nie wytrzymają i zobaczymy Premiera Rządu III RP obiecującego z sejmowej trybuny lody. Byłaby to, zaiste, „piękna katastrofa”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Ilustracja (po drobnych zmianach) z bloga Kapitana Nemo