niedziela, 3 grudnia 2017

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę.


GUS opublikował właśnie najnowsze dane dotyczące struktury wynagrodzeń Polaków (dotyczą października 2016 r. - dane tego typu GUS przedstawia co dwa lata).

Krótko mówiąc – wieje grozą.

Średnia krajowa to wprawdzie 4346,76 zł, lecz mediana to już tylko 3510,67 zł. Oznacza to, że średnie zarobki są zawyżone przez wąską grupę najlepiej zarabiających – a to z kolei potwierdza absurdalne rozwarstwienie dochodów, będące pokłosiem rozlicznych patologii naszej sławetnej transformacji gospodarczej, której „zazdrości nam cały świat”. Dość powiedzieć, że 66,2 proc. pracowników (a więc ok. 2/3) zarabiało mniej lub tyle samo, ile wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Do tego najmniej zarabiające 10 proc. (decyl pierwszy) musiało zadowolić się sumą do 1890,32 zł brutto, z kolei 10 proc. najlepiej zarabiających (decyl dziesiąty) to kwoty powyżej 7200 zł. brutto, zaś 6,3 proc. zarabiało powyżej 8693,52 zł brutto – czyli dwukrotność, lub więcej średniej krajowej. Dominanta (najczęstsze wynagrodzenie) prezentuje się wręcz żałośnie - 2074,03 zł brutto.

Wprawdzie w porównaniu z poprzednimi danymi GUS sprzed dwóch lat, mediana zaczęła rosnąć nieco szybciej, niż średnia krajowa – ale tylko w ujęciu procentowym (6,7 proc. - mediana do 5,8 proc. - średnia). W liczbach bezwzględnych jest odwrotnie – mediana wzrosła o 219,11 zł. przy wzroście średniej krajowej o 239,02 zł. Rozwarstwienie więc realnie się powiększyło. A dominanta? O ile w danych prezentowanych na stronach GUS nie ma jakiegoś przekłamania, to wychodzi, że dominanta wręcz... spadła o niemal 400 zł! W 2014 r. wynosiła 2469,47 zł., przy obecnych 2074,03 zł – oczywiście brutto. To ma być ten osławiony „rynek pracownika”? Czy może obserwujemy „zbawienny” efekt masowej imigracji gastarbeiterów z Ukrainy? Dodać należy, że podane wyniki dotyczą jedynie przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, zatem z radaru znikają najmniejsze firmy, oraz pracownicy wypchnięci na samozatrudnienie - a wg danych NBP takich „mikro-firm” w 2016 r. było ponad 4 mln.

Powyższe potwierdzają dane Komisji Europejskiej odnośnie udziału płac w PKB. Jak podaje „Business Insider” jesteśmy pod tym względem na miejscu piątym od końca z udziałem płac w PKB na poziomie 48 proc. przy unijnej średniej 55,4 proc. Co więcej, charakteryzujemy się niechlubną dynamiką spadku udziału płac w PKB – zajmujemy tu 3 miejsce (za Rumunią i Irlandią). Od 1995 r. udział płac w PKB spadł u nas o 8,9 pkt. proc. - co zgadzałoby się z przytoczonym tu spadkiem dominanty zarobków. Przekłada się to na siłę nabywczą Polaków. Z badania „GfK purchasing power 2017” wynika, że na 42 odnotowane kraje europejskie Polska zajmuje 29 lokatę (bez zmian w porównaniu do ubiegłego roku) z wynikiem 48,1 proc. europejskiej średniej. Nasza przeciętna siła nabywcza to 6,710 euro przy 13,937 euro średniej w Europie. Dodam, że jeśli by wziąć pod uwagę „gołe pensje” w tym w szczególności gusowską medianę (a tym bardziej dominantę), to otrzymamy obraz nędzy i rozpaczy, bo badanie GfK uwzględniało również transfery socjalne.

Dla dopełnienia obrazu warto również wspomnieć o rozwarstwieniu majątkowym Polaków. W raporcie NBP „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce” z 2014 r. czytamy: „10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych posiada 37 proc. całkowitego majątku netto, podczas gdy majątek (netto) 20 proc. najmniej zasobnych gospodarstw stanowi jedynie niewielką część (1,0 proc.) całego majątku gospodarstw domowych”.

Generalnie, to jest proszę Państwa dramat i przepis na społeczną katastrofę. Już nie mówię nawet o napięciach, jakie generuje zarysowany tu stan rzeczy, ale w dalszej perspektywie taka patologiczna struktura zarobków może doprowadzić chociażby do bankructwa systemu ubezpieczeń społecznych i fali nędzy. Po pierwsze, niskie płace, zwłaszcza w warunkach „uśmieciowienia” rynku pracy, oznaczają niskie wpływy do ZUS. Po drugie i ważniejsze – te 2/3 pracowników zarabiających poniżej średniej za jakiś czas przejdzie na emerytury – i wolę nawet nie myśleć o groszach, które dostaną (zakładając optymistycznie, że w ogóle jakieś emerytury będą). Oznacza to także, że mamy chorą strukturę PKB, którego owoce są konsumowane przez stosunkowo wąską grupę społeczną, nie wspominając już o firmach maksymalizujących zyski kosztem zatrudnianej taniej siły roboczej (i unikających zarazem opodatkowania). Jeżeli nie zmierzymy się z tym problemem teraz – podnosząc sukcesywnie i w odczuwalny sposób płacę minimalną, stawkę godzinową i eliminując umowy śmieciowe - to wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę. Na zakończenie – podczas prezentowania założeń budżetowych na 2018 r. wicepremier Morawiecki powiedział: „społeczeństwo nie umawiało się z państwem w '89 roku, że stworzy system, w którym będzie dużo dla niewielu i bardzo niewiele dla prawie wszystkich”. Trzymam za słowo, bo tak dalej być nie może.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (01-07.12.2017)

3 komentarze:

  1. Rzeczywiście rynek pracy to drażliwy temat, ciężko znaleźć ciekawe zatrudnienie za godne pieniądze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obecnie bezrobocie jest na niezwykle niskim poziomie. Uważam, że sytuacja na rynku pracy jest naprawdę dobra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu bym mimo wszystko polemizował czy taka dobra jest sytuacja. Oczywiście jest o wiele lepiej niż jeszcze 10 czy 15 lat temu. Mimo wszystko dla młodych nie ma wiele pracy, nawet tych po studiach.

      Usuń