Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ahmed Zakajew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ahmed Zakajew. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 kwietnia 2012

Rosja nie zapomina


Czy zamach na Ahmeda Zakajewa miał być swoistą inauguracją „drugiej rundy” prezydentury Putina na arenie międzynarodowej?


I. Bandyckie mocarstwo

Ujawniona niedawno przez brytyjskie media próba zamachu na Ahmeda Zakajewa – premiera emigracyjnego rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkeria, którą udaremniło MI5 pokazuje, że Rosja nie zapomina ani nie przebacza. Nigdy. Co więcej, wydarzenie to potwierdza bandycki charakter rosyjskiego mocarstwa, które czuje się władne mordować kogo uzna za stosowne, szczególnie, jeśli osoba ta demaskuje turańskie barbarzyństwa czekistowskiego reżimu. Tak było z Litwinienką, który ujawnił rolę FSB w zamachach na domy mieszkalne w Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku (plus udaremniony zamach w Riazaniu). Dodajmy - zamachach, które umożliwiły rozpętanie II wojny czeczeńskiej połączonej z przeprowadzeniem na Kaukazie regularnej eksterminacji i wyniosły do władzy ludobójcę – Władimira Putina.

Świat, hołdujący zasadzie „niedrażnienia Rosji”, odwrócił wprawdzie usłużnie głowę w inną stronę, lecz Rosji to nie wystarcza. Zbrodnia wymaga bowiem eliminacji wszystkich świadków, którzy nie chcą siedzieć cicho i którzy przy okazji jakichś zmian na geopolitycznej szachownicy mogą zostać przez Zachód wysłuchani i wyciągnięci niczym as z rękawa. Prócz tego, morderstwa zarówno na terenie Federacji Rosyjskiej, jak i poza jej granicami mają walor „edukacyjny”, mający na celu zastraszenie tych, którym przyszłoby do głowy gardłować o rosyjskich bestialstwach w Czeczenii. Nie od rzeczy byłoby tu przypomnieć o kulturze politycznej Rosji, którą pozwalam sobie określać mianem zmongolizowanego bizantynizmu, a której immanentną cechą jest oparty na kulcie przemocy swoisty sadyzm, każący dla zasady zgnoić lub uśmiercić każdego, kto ośmiela się nie przyjmować do wiadomości oficjalnego stanowiska Rosji w jakiejkolwiek sprawie. Prócz Litwinienki przekonała się o tym Anna Politkowska, zamordowana w urodziny Putina i wielu innych zabitych w ostatnich latach dziennikarzy, którzy w ten czy inny sposób podpadli trzęsącej rosyjskim państwem czekistowskiej mafii.

Nic więc dziwnego, że padło w końcu również na Zakajewa, który samym swym istnieniem przypomina, że Czeczeni nie są „terrorystami” jak usiłuje wmówić światu reżim Putina, że kaukascy „wahabici” to wyhodowana w podmoskiewskich obozach szkoleniowych FSB agentura i wreszcie – że Czeczeni zasługują na niepodległość i przywódcę, który byłby przeciwieństwem panującego z łaski Kremla zwyrodniałego degenerata Ramzana Kadyrowa. Zresztą, to właśnie Kadyrow (najpewniej z błogosławieństwem Moskwy) stał za udaremnioną przez brytyjskie służby próbą zamachu. Przypomnijmy jeszcze, że zatrzymany na lotnisku Heathrow Rosjanin (nazywany E1) miał w 2009 roku zastrzelić w Wiedniu ochroniarza Zakajewa – Umara Irsaiłowa, zaś całkiem niedawno (20 marca 2012) postrzelono w Londynie rosyjskiego bankiera Giermana Gorbuncowa. Zakajew twierdzi, iż obecnie w Londynie jest więcej rosyjskich agentów niż w czasach Zimnej Wojny.

II. Rosyjskie zabiegi

Sama próba zamachu miała być prawdopodobnie ukoronowaniem długoletnich zabiegów Kremla o wydanie Ahmeda Zakajewa, który w Wlk. Brytanii ma status uchodźcy. Zgody na ekstradycję odmówiła Federacji Rosyjskiej już w 2002 Dania – czym zresztą wywołała furię tak Moskwy, jak i zwykłych Rosjan, którzy nie mogli wprost pojąć, jak taka maleńka Dania śmiała się postawić „wielkiemu mocarstwu”. Jeśli ktoś szukał dowodów na nieprzekraczalną barierę cywilizacyjną, to reakcja na odmowę ze strony Danii jest właśnie jednym z nich.

Z kolei Wielka Brytania po procesie sądowym zajęła stanowisko, że brak dowodów na „terrorystyczną” działalność czeczeńskiego przywódcy, zeznania mające owego „terroryzmu” dowodzić zostały wymuszone w Moskwie torturami, zaś wydanie Zakajewa Rosji jest niemożliwe m.in. ze względów humanitarnych – byłby on bowiem narażony na tortury i nie mógłby liczyć na uczciwy proces. Jak łatwo się domyślić, takie stanowisko wywołało na Kremlu atak szału, o który każdorazowo przyprawia rosyjskie władze zakwestionowanie głębokiego humanitaryzmu, którym przepojony jest ustrojowo-prawny porządek Wielkiego Mocarstwa.

Po raz trzeci Rosja domagała się ekstradycji Ahmeda Zakajewa od Polski – w 2010 roku, kiedy to Zakajew przybył na odbywający się w Pułtusku Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego (16 – 18.09.2010) na który zgodził się jeszcze śp. Prezydent Lech Kaczyński. Doszło wtedy wprawdzie do dość ohydnego zatrzymania czeczeńskiego premiera przez policję i doprowadzenia do prokuratury – z ewidentnym zamiarem utrudnienia mu uczestnictwa w Kongresie, zaś ambasador Federacji Rosyjskiej Aleksander Aleksiejew zwołał bezprecedensową konferencje prasową na której powtórzył standardowy zestaw rosyjskich kłamstw, lecz do najgorszego – czyli wydania Rosjanom Zakajewa na pewną śmierć – na szczęście nie doszło. (więcej na ten temat w notce „Kłamstwa ambasadora Aleksiejewa”).

III. Zamach na inaugurację prezydentury Putina?

Po tej serii niepowodzeń Rosja najwyraźniej postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce, na zasadzie: „nie chcecie nam go wydać, to my i tak go sobie zabijemy”. Podobnie było z Litwinienką, na którego nie pożałowano kosztownego polonu – był to swoisty symbol mający pokazać, że Rosja z wielkopańskim gestem nie cofnie się przed możliwie spektakularnym uśmierceniem swych zdrajców – tak, by do wszystkich dotarło.

Warto jeszcze odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Zakajew, który ma w Czeczenii dość ograniczone wpływy i jego realne możliwości nie są większe niż, powiedzmy, siła polityczna Rządu Londyńskiego w czasie zaawansowanej komuny, tak uwiera Rosję.

Po pierwsze – Putin chce go zlikwidować dla zasady, żeby podkreślić, jak zauważyłem na wstępie, że Rosja nie wybacza i nie zapomina.

Po drugie – Zakajew jest politykiem umiarkowanym - hasłowo mówiąc, bliżej mu do Maschadowa (którego był przedstawicielem), niż do Basajewa – i odcina się zarówno od terrorystycznych metod, jak i od samozwańczego Emiratu Kaukazu, tudzież islamskich ekstremistów. Komuś takiemu trudno przyszyć etykietę „terrorysty” i taki ktoś jest potencjalnie do zaakceptowania przez Zachód jako przywódca czeczeńskiej diaspory – dlatego musi umrzeć.

Po trzecie wreszcie – należy pokazać Zachodowi możliwości i determinację Rosji, która „terrorystów” będzie „topiła w kiblu”, jak z knajacką swadą stwierdził onegdaj Putin. Udany zamach byłby swoistą inauguracją „drugiej rundy” prezydentury Putina na arenie międzynarodowej.

***

Na zakończenie, chciałbym się zwrócić do premiera Zakajewa z nieśmiałą prośbą, by omijał szerokim łukiem Polskę. Kraj, którego rząd kolaborował z Rosją przeciw własnemu prezydentowi i który nie był w stanie zapewnić bezpieczeństwa Głowie Państwa, następnie zaś beztrosko oddał śledztwo smoleńskie, biernie godząc się na skandaliczne manipulacje i ordynarne fałszerstwa, przetrzymywanie kluczowych dowodów oraz urągające wszelkim standardom postępowanie strony rosyjskiej - taki kraj z pewnością nie jest miejscem, w którym ktoś taki jak Ahmed Zakajew mógłby czuć się bezpiecznie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/klamstwa-ambasadora-aleksiejewa

niedziela, 30 stycznia 2011

Wypisy z anty-podmiotowości


Postkolonializm mentalno-strukturalny. Garść przykładów.



I. Podmiotowość po gruzińsku.


Niby drobiażdżek, ale pokazujący jak w soczewce różnice między polityką państwa suwerennego z mężem stanu u władzy, a polityką państwa suwerennego formalnie, w praktyce zaś skrępowanego postkolonialną mentalnością rządzących elit.


Spójrzmy - oto osaczona, zagrożona przez Rosję i rozczłonkowana Gruzja, kraj pozostający w skrajnie niekorzystnej sytuacji geopolitycznej, przed którym wymownie zatrzaśnięto drzwi do struktur euroatlantyckich... Otóż ta Gruzja właśnie, której niepodległy byt jest nieustannie zagrożony, uruchomiła niedawno rosyjskojęzyczną telewizję, mającą nadawać na obszarze Kaukazu i stanowić odtrutkę na propagandę zwasalizowanych przez Kreml reżimowych mediodajni. Łatwo sobie wyobrazić, jaką wściekłość w Moskwie musi budzić ta inicjatywa, tym bardziej, że TV Kaukaz jest osobistym „dzieckiem” gruzińskiego prezydenta, Micheila Saakaszwilego, znienawidzonego przez putinowski, ludobójczy reżim chyba w równej mierze, co ś.p. prezydent Lech Kaczyński.


II. Podmiotowość po „polskiemu”.


A teraz popatrzmy na zachowanie elit Priwislańskiego Kraju, które z niewolniczą uniżonością rzucają się odgadywać niewypowiedziane zachcianki nawet nie tyle potężnego Kremla, co sowchozowego satrapy, ponurego pajaca okupującego Białoruś.


Otóż polskie władze – władze, przypomnę, kraju formalnie suwerennego i obwarowanego rozlicznymi sojuszami, ponoć bezpiecznego do tego stopnia, że w zasadzie niepotrzebna mu armia (poza małymi, mobilnymi jednostkami, które można wysyłać na różne misje), demonstracyjnie rezygnują ze wspierania niezależnego Związku Polaków na Białorusi (bo Łukaszenka się pogniewa), marginalizują nadawanie Polskiego Radia Dla Zagranicy w obszarze wschodnim (bo Łukaszenka nastroszy wąsy – Polskie Radio Dla Zagranicy finansowane jest w większej części przez MSZ) i doprowadzają na skraj likwidacji nadającą po białorusku telewizję Biełsat (bo Łukaszenka rzuci kijem hokejowym w telewizor). A telewizja Biełsat, tak się składa, ma w założeniu pełnić podobną funkcję co wspomniana na wstępie TV Kaukaz.


Podkreślmy to raz jeszcze. Osaczeni przez Rosję Gruzini, którzy nie tak dawno padli ofiarą agresji, uruchamiają jawnie antykremlowską inicjatywę, my swoje zwijamy. Oni mają głęboko w tyle różne picowne „ocieplenia”, my natomiast ochoczo wypinamy się do wschodniej odmiany salonowca, gdzie walona po tyłku jest tylko jedna strona. Oni się nie boją, my trzęsiemy portkami i na wszelki wypadek sami z siebie wycofujemy się rakiem ze wszystkiego, co choćby potencjalnie mogłoby w odczuciu naszych „partnerów” bruździć w ich strefie wpływów.


Co więcej, zdajemy się tym szczycić, albowiem podobne zachowania mają nas rzekomo sytuować w „głównym nurcie” europejskiej polityki i gwarantować dobrosąsiedzkie, „ociepleniowe” relacje w ramach propagandowej hecy „partnerstwa wschodniego” i „pojednania”.


III. Na posyłki rosyjskiego ambasadora.


Kolejny przykład: Pamiętają państwo zapewne, jak na ledwo zakamuflowane życzenie rosyjskiego ambasadora Aleksandra Aleksiejewa nasze władze haniebnie zatrzymały czeczeńskiego emigracyjnego przywódcę, Ahmeda Zakajewa, uczestnika Światowego Kongresu Narodu Czeczeńskiego, pod pretekstem wyssanych z palca rosyjskich zarzutów o terroryzm. Zarzuty te już dawno zostały oddalone przez sądy w Danii i Wlk. Brytanii, ale to nie przeszkodziło naszym dzielnym organom w doprowadzeniu Zakajewa na randez vous z prokuratorem, przed którym „terrorysta” Zakajew i tak zamierzał się stawić.


Teraz dopisano groteskowe zakończenie do tej tragifarsy. Oto polski sąd apelacyjny zaledwie umorzył sprawę ekstradycji Zakajewa do Rosji. Obrona, która wniosła apelację chciała definitywnego uznania prawnej niedopuszczalności ekstradycji. Sąd jednak orzekł to co orzekł, gdyż w jego opinii niezbędny był osobisty udział Zakajewa w rozprawie, ten zaś nie stawił się, gdyż... polski konsulat w Londynie odmówił mu wizy! Trudno o jaśniejsze i bardziej upokarzające danie do zrozumienia, że przedstawiciel eksterminowanego narodu jest na terytorium Polski persona non grata. Przekaz jest jasny jak smagnięcie nahajką: zabieraj się pan ze swoimi Czeczeńcami, bo my teraz przyjaźnimy się z tymi, którzy was mordują. Zresztą, my o żadnym ludobójstwie nic nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, a jeśli się pan tu pojawisz, to umorzone postępowanko ekstradycyjne zawsze można wznowić, a skuteczek owego wznowienia może być nieprzyjemny...


***


Kończę te ponure wypisy z „suwerennych” poczynań naszych „rozgrzanych” instytucji. Skoncentrowałem się zaś na przypadkach pozornie drugorzędnych, żeby uwypuklić jedno: jeżeli nasze państwo zachowuje się tak a nie inaczej w sprawach mniejszej wagi, to czego możemy oczekiwać w kwestiach tak fundamentalnych jak energetyka, surowce i wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej?


No właśnie.


Gadający Grzyb

niedziela, 19 września 2010

Umiarkowany „terrorysta”.


Dlaczego należy wyeliminować Ahmeda Zakajewa?

Na marginesie zatrzymania na rosyjskie żądanie premiera jedynego legalnego, choć nieuznawanego na świecie czeczeńskiego rządu, warto rozważyć następującą kwestię: dlaczego Rosja ściga od dziesięciu lat z taką zaciekłością Ahmeda Zakajewa, mimo że cieszy się on powszechnie opinią polityka umiarkowanego i skłonnego do podjęcia rozmów? Dlaczego z uporem maniaka powtarzane są wyssane z palca zarzuty o terroryzm, mimo że postępowania w dwóch państwach – w Danii (rok 2002) i Wlk Brytanii (rok 2003) obaliły przedstawiane przez stronę rosyjską „dowody”, jako zmyślone, lub wymuszone torturami?

I. Powód pierwszy: umiarkowanie.

Paradoksalnie, przyczyną owej zapiekłości jest właśnie umiarkowanie Zakajewa, psujące propagandowy obraz Czeczenów – fanatycznych terrorystów, szahidów gotowych wysadzać nocą domy pełne śpiących cywilów, bądź mordować w szkołach niewinne dzieci. Dlatego za wszelką cenę usiłuje mu się „przyszyć” zamach na Dubrowce i wrzaskiem zmusić Zachód do uznania czeczeńskiego premiera za terrorystę. Charakterystyczne jest opisywane przez Zakajewa w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” zdumienie rosyjskich prokuratorów podczas londyńskiego procesu z 2003 roku, że niezawisły sąd śmie badać ich wersję, funkcjonariuszy Federacji Rosyjskiej, pod kątem zgodności ze stanem faktycznym...

II. Powód drugi: wiarygodność kitu.

Drugim powodem nienawiści Putina i reszty czekistowskiej ferajny do Ahmeda Zakajewa jest fakt, że jego umiarkowane stanowisko znajduje posłuch wśród rodaków. Czeczenia nie radykalizuje się w duchu islamskiego fundamentalizmu tak, jak chciałaby to widzieć Rosja. Chciałaby, gdyż wówczas tłumienie niepodległościowych dążeń narodu można przedstawić światu jako „operację antyterrorystyczną”. Oczywiście „świat” łyka ów „antyterrorystyczny” kit, niczym karmny gąsior gałki, doskonale zresztą wiedząc, że jest to kit, ale cóż - z kimś trzeba budować bałtycką rurę, komuś trzeba sprzedawać te mistrale, ktoś musi pomagać logistycznie przy wojnie afgańskiej... Jest jeden warunek – kit o islamskich terrorystach musi być jakoś uprawdopodobniony, tak by można było uspokoić sumienia wyborców i różnych humanitarnych pięknoduchów.

III. Powód trzeci: odrzucenie islamistycznego przeszczepu.

Charakterystyczne, że na Ahmeda Zakajewa został wydany wyrok śmierci przez samozwańczego „emira” – Doku Umarowa (proklamatora fikcyjnego Emiratu Kaukaskiego), którego działania jak raz pasują do rosyjskiej polityki przewekslowania wojny narodowowyzwoleńczej na konflikt terrorystyczno – religijny. Jeżeli prawdą jest, jak twierdzi Zakajew, że udało się od Umarowa i jego straceńczej polityki odciągnąć większość bojowników i zostali przy nim tylko „przyjaciele” z FSB, oznaczałoby to, że zaaplikowany Czeczenii przeszczep w postaci islamskiego fundamentalizmu rodem z podmoskiewskich obozów szkoleniowych został odrzucony jako ciało obce.

Łatwo zgadnąć, jaką wściekłość musi to budzić na Kremlu. Czekistowska układanka zaczyna się sypać.

Kreml nie potrzebuje umiarkowanych przywódców niepodległościowych. Patrioci dalecy od dżihadyzmu są jak zadra, mówią bowiem światu, że w sprokurowanym przez Rosję przekazie coś jest „nie halo”. Kreml potrzebuje kontrolowanych przez siebie krwawych kacyków po obu stronach barykady. Ramzan Kadyrow i Doku „emir” Umarow spełniają te zapotrzebowania. Konflikt pozostaje pod kontrolą i zawsze można go na nowo rozniecić, gdy trzeba będzie odwrócić uwagę społeczeństwa od wewnętrznych problemów lub uwiarygodnić się w oczach Zachodu jako sojusznik w walce z terroryzmem.

Dlatego właśnie Moskwa musi dorwać Ahmeda Zakajewa i pokazowo skazać za terroryzm. Albo, w ostateczności, wyeliminować w inny sposób – choćby, metodą knajacko - putinowską, „topiąc w kiblu”.

IV. Zakajew niewygodny również dla Zachodu.

A „świat”... Cóż, „świat” odetchnie z ulgą, bo pragnie ze wszystkich sił wierzyć Rosji i robić z nią interesy, bez konieczności krępującego przypominania o prawie narodów do samostanowienia, „deficycie” praw człowieka i innych takich (słowo „ludobójstwo” w odniesieniu do Rosji żadnemu z zachodnich przywódców ani tzw. „liderów opinii” nie przejdzie przez gardło). Próbkę mieliśmy podczas agresji na Gruzję, gdzie bez wyprawy Prezydenta Lecha Kaczyńskiego wraz z innymi przywódcami naszego regionu nie byłoby „zaangażowania” Unii Europejskiej, kiedy to Sarkozy „wynegocjował” lipny od samego początku „układ”, który Rosja śmiejąc się w kułak natychmiast wyrzuciła do kosza (Zapad’ taktownie odwrócił wtedy głowę w inną stronę). Teraz Zachód sprzedaje Rosji okręty wojenne, ciągnie gazociąg i z życzliwym pochrząkiwaniem reaguje na geopolityczne propozycje Siergieja Karaganowa.

Klarowna i spójna wizja Rosji walczącej z terroryzmem jest zatem na rękę także Zachodowi, pozwala bowiem gładko usprawiedliwić „łamanie standardów demokracji”, czyli putinowski reżim i jego zbrodnie. Wiadomo – walka z terroryzmem ma swoje koszty. Zresztą, czy takie Stany Zjednoczone również nie wprowadziły rozlicznych obostrzeń? A ten cały Zakajew i reszta „tak zwanego” rządu Czeczeńskiej Republiki Iczkeria? Oczywiście, ma status politycznego uchodźcy, więc go nie wydamy, ale gdyby tak nieszczęśliwie spadł ze schodów, lub przypadkiem zatruł się polonem w herbaciarni... Cóż, wola Boska...

V. Polska – plecami do Czeczenii .


Jak się zdaje, podobnego zdania są również obecne polskie władze, które były tak miłe, że na życzenie ambasadora Aleksiejewa zatrzymały czeczeńskiego przywódcę, mimo iż ten: - sam chciał zgłosić się do prokuratury; - był tylko w tym roku w Polsce już trzy razy (teraz czwarty); - zarzuty przeciw niemu zostały obalone w uczciwych procesach; - ma status uchodźcy; - Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego odbywał się legalnie.

Zresztą, fakt, że ów Kongres odbył się w Polsce jest zasługą ś.p. Lecha Kaczyńskiego, jego swoistym głosem zza grobu wskazującym kierunek polskiej polityki, którą obecny rząd odwrócił o 180 stopni. Mediodajnie starannie ów fakt przemilczają. Szczegółowych doniesień z Kongresu, prócz sprawy Zakajewa, też próżno było szukać. Kto wie, być może zatrzymanie miało na celu właśnie „przykrycie” samego Kongresu, tak by do opinii publicznej nie przedarło się zbyt wiele informacji o rosyjskich zbrodniach.

Płyniemy wszak z „głównym nurtem”, „ocieplamy stosunki” grzejąc się w niedźwiedzim futerku – a tu taki dysonans. Tusk w objęciach zbrodniarza niczym, nie przymierzając, Ramzan Kadyrow, namaszczony przez Putina tuż po zamachu na Kadyrowa - seniora? To nie są dobre skojarzenia, zwłaszcza w kontekście smoleńskiej katastrofy.

Nie mam złudzeń – pod auspicjami Tuska czy Komorowskiego podobny kongres nie mógłby się odbyć. Podobnie jak nie wyobrażam sobie, by za rządów Jarosława, czy prezydentury Lecha Kaczyńskiego doszło do zatrzymania premiera Zakajewa, zaś MSZ „wyrażało zaniepokojenie” i dzwoniło do parlamentarzystów, by przypadkiem nie pojawiali się na imprezie, która tak drażni Jego Ekscelencję ambasadora Rosji Aleksandra Aleksiejewa i jego mocodawców.

Polskie władze dały Czeczenom jasny sygnał – nie chcemy was. Przeszkadzacie. Wygląda na to, że póki trwa obecna władza, ten barbarzyńsko eksterminowany, dzielny naród, będzie musiał skreślić Polskę z jakże krótkiej listy swych sojuszników.

Gadający Grzyb

P.S. A gdyby tak rozesłać międzynarodowy list gończy za Putinem?

Linki:

Monografia stosunków rosyjsko – czeczeńskich:
www.sciesielski.republika.pl/czeczenia/

Mój poprzedni wpis o podobnej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/klamstwa-ambasadora-aleksiejewa


I jeszcze to:

niepoprawni.pl/blog/287/nowa-zimna-wojna

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 16 września 2010

Kłamstwa ambasadora Aleksiejewa.


Rozpoczynający się w Pułtusku Światowy Kongres Narodu Czeczeńskiego (16 – 18.09.2010) zmobilizował rosyjską dyplomację do wyrażania rytualnego oburzenia.

Nic nowego – przy różnych okazjach Rosja usiłuje wywierać naciski na władze państw goszczących przedstawicieli niepodległościowej diaspory czeczeńskiej, powtarzając z grubsza ten sam zestaw kłamstw.

I. Kłamstwo pierwsze.

Nie inaczej jest i teraz, kiedy to ambasador Rosji w Polsce Aleksander Aleksiejew uznał za stosowne zapowiedzieć, że Rosja zażąda ekstradycji Ahmeda Zakajewa - przedstawiciela Czeczeńskiej Republiki Iczkeria, co do którego Federacja Rosyjska ma ponoć „niepodważalne dowody” wskazujące na jego działalność terrorystyczną. Cóż, podobnym naciskom nie poddała się w 2002 roku ani Dania, ani w 2003 Wielka Brytania. Ta druga dodatkowo, po procesie stwierdzającym, że Zakajew (pełniący w tamtym okresie szereg funkcji przy prezydencie Maschadowie) nie może liczyć w Rosji na uczciwy proces a zeznania przeciw niemu mające dowodzić terrorystycznego zaangażowania zostały wymuszone torturami (jeden z głównych świadków Dukwar Duszujew odwołał swe rosyjskie zeznania), przyznała Zakajewowi na mocy Konwencji Genewskiej z 1951 r. polityczny azyl. Od tej pory Zakajew na podstawie dokumentu podróży może gościć w krajach będących sygnatariuszami Konwencji – również w Polsce.

Nie wiem, czy od tamtego czasu Rosja uzupełniła swe „niepodważalne dowody” a jeżeli tak, jakimi osiągnęła to metodami. Znając pomysłowość torturotwórczą wykazywaną przez funkcjonariuszy „aparatu” w tzw. obozach filtracyjnych, pewnie wyprodukowano trochę dodatkowych tomów zeznań o zbliżonej wiarygodności do tych, które wyrzucił do kosza kilka lat temu brytyjski sąd.

II. Kłamstwo drugie.

Kolejne oficjalne kłamstwo powtórzone przy okazji Kongresu przez rosyjskiego ambasadora, to stwierdzenie, jakoby ludobójstwo dokonywane przez Rosję na Kaukazie, przy haniebnym milczeniu świata, było fragmentem ogólnoświatowej batalii z międzynarodowym terroryzmem, szczególnie tym islamistycznym. Pan Aleksander Aleksiejew mówiąc, iż „Federacja Rosyjska prowadzi bardzo trudną walkę z terroryzmem międzynarodowym”, nie wspomniał skromnie o troskliwej hodowli islamistycznych wahabitów w podmoskiewskich obozach, skąd po pierwszej wojnie czeczeńskiej ruszyli znów podpalać Kaukaz, tym razem zgodnie z wytycznymi rosyjskich mocodawców, którym nieporęcznie było topić w morzu krwi niepodległość małego narodu, za to poręcznie było topić w morzu krwi „islamskich terrorystów” własnego chowu, zwłaszcza gdy ich morderczą famę opartą na Dubrowce i (zwłaszcza!) Biesłanie, wspomożono cyklem „służbowych” wysadzeń bloków mieszkalnych w Moskwie i Wołgodońsku, zakończonym fuszerką FSB w Riazaniu.

Ooo, takich strasznych islamistów należy, mówiąc Putinem, „topić w kiblu” więziennym obyczajem, gdyż niezwykle są niebezpieczni, o czym najlepiej wiemy, bo sami żeśmy ich werbowali i szkolili. A że ich radykalizm trafia w Czeczenii, gdzie dosłownie każdy doświadczył na własnej skórze mongolskich bestialstw rosyjskich sołdatów, na podatny grunt, to i lepiej. Im więcej „terrorystów”, tym szerszy krąg represji, tym bardziej będą pękały w szwach obozy koncentracyjne, pardon, „filtracyjne” i tym prędzej na Kaukazie zapanuje krwawy porządek.

III. Posłuchanie u ambasadora.

Tego typu kwestii na posłuchaniu u pana ambasadora, którym de facto była jego konferencja prasowa, nikt nie poruszał. Dziennikarska psiarnia doskonale wpasowała się w klimat „pojednania” i grzecznie robiła za stojaki do mikrofonów, by nie psuć wzajemnych relacji, klimatu i tego wszystkiego, nad czym tak w pocie czoła pracuje rząd i wreszcie „ich” Prezydent, po „pisowskiej” nocy w polsko - rosyjskich relacjach. Zresztą, czy można, czy godzi się w ogóle pytać o tak drażliwe kwestie Jego Ekscelencję? Tak bezceremonialnie, prosto w oczy? Znamy wszak tę rosyjską jakże specyficzną wrażliwość, tę delikatną duszyczkę, zawsze skorą do spazmów spod znaku „kim ty, kurwa, jesteś, żeby mnie pouczać?!” jak wdzięcznie przy okazji agresji na Gruzję Siergiej Ławrow upomniał Davida Milibanda za wtrącanie się w nie swoją strefę wpływów.

Wiadomo przecież, że tak nie można, że niegrzecznie, że dostojny Ambasador zaprzyjaźnionego mocarstwa gotów się jeszcze obrazić, co niechybnie zaszkodziłoby pojednaniu, wywołało zmarszczenie brwi u Ławrowa, a i w obozie „Polski jasnej” można narobić sobie takim nieodpowiedzialnym wyskokiem niezłych tyłów... Zwłaszcza po tym, jak Rosjanie wielkodusznie postanowili na nas nie krzyczeć za tę chryję pod pomnikiem krasnoarmijców w Ossowie... Lepiej nie przeciągać struny... A zresztą, po co komu ta niepodległa Czeczenia? Albo, powiedzmy sobie wprost – niepodległa Gruzja i wieczne awantury gdzieś na końcu świata? Lepiej już wysłuchać grzecznie, co pan ambasador jest łaskaw nam zakomunikować i wrócić do jakże twórczej analizy skandalicznych, niedopuszczalnych i generalnie obrzydliwych wypowiedzi i działań Jarosława Kaczyńskiego.

Oczywiście, wszystko dlatego, że jesteśmy dobrze wychowani, konstruktywni i pragmatyczni, a nie dlatego, że stajemy się w ekspresowym tempie jakimś tam kondominium...

IV. Czy dorównamy Danii?

Gdyby polskie władze zdecydowały się pod naciskiem Rosji z którą nawet nie mamy dwustronnej umowy o ekstradycji wszcząć wobec Zakajewa jakieś procedury tylko na podstawie Europejskiej Konwencja o Ekstradycji z 1957 r. na którą ma zamiar powołać się strona rosyjska (Polska przystąpiła do niej w 1993 r.) i to w sprawie, która została już osądzona (przypomnę – rok 2003, Wlk Brytania), byłby to kolejny dowód (m.in. po śledztwie w sprawie katastrofy smoleńskiej i umowie gazowej) na naszą polityczną wasalizację. Przypomnę, że Zakajew tylko w tym roku odwiedził już Polskę trzy razy, czego Rosja jakoś „nie dostrzegła”...

W 2002 roku potrafiła postawić się Rosji maleńka Dania (odbywał się tam wówczas podobny kongres Czeczenów), czym zresztą wprawiła władze Federacji Rosyjskiej, jak i samych Rosjan w stan furiackiej lewitacji. Pamiętam, że Krystyna Kurczab – Redlich opisując reakcje „zwykłych Rosjan” wspominała o postawie typu: jak taki maleńki kraik śmiał się przeciwstawić naszemu mocarstwu? Szok, niedowierzanie, oburzenie, wściekłość na bezczelność i tupet jakiejś tam Danii. Słowem - nieprzekraczalna bariera cywilizacyjno - kulturowa w postrzeganiu praworządności, stosunków międzynarodowych i suwerenności, połączona ze ślepotą na bestialstwa rosyjskiej armii na Kaukazie...

Tymczasem, reakcja polskich władz na oświadczenie Aleksandra Aleksiejewa jest niepokojąco chwiejna. Niby nie, ale może jednak tak, a w ogóle to zawiadomimy KG Policji i „będziemy się przyglądać” Kongresowi...

Pytanie na dziś: czy Polska będzie miała cojones, tak jak osiem lat temu miała je Dania, czy też może przehandluje Zakajewa, jak spekuluje Włodzimierz Marciniak (sowietolog z polsko rosyjskiej grupy d/s trudnych), w zamian za jakieś obietnice w sprawie smoleńskiego śledztwa?

Gadający Grzyb

P.S. 1 Małe przypomnienie – współczesne walki o niepodległość Czeczenii nie są wynikiem jakiejś irracjonalnej rebelii. Stanowią kontynuację bojów toczonych od czasów Piotra I. Logiczną kontynuacją niemal 300 letniej batalii o niepodległość był więc fakt, że po rozpadzie ZSRR Czeczenia po prostu odmówiła przystąpienia do nowo powstającej Federacji Rosyjskiej.

P.S. 2. Linki:

Monografia stosunków rosyjsko – czeczeńskich: http://www.sciesielski.republika.pl/czeczenia/

Niektóre moje teksty o tematyce rosyjskiej:

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-rosyjskiej-duszy

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wielkoruska-dusza


http://www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6

http://niepoprawni.pl/blog/287/nowa-zimna-wojna

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl