niedziela, 5 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 205

Uporczywa plotka na temat posła KO Sławomira Nitrasa głosi, iż jest on zagorzałym koneserem środków psychoaktywnych. Takie hobby może sprzyjać podatności na różne odloty – nic więc dziwnego, że owładnięty sejmową gorączką Nitras postraszył posłankę SLD Annę Marię Żukowską, iż Kiedy będziemy rządzili z Konfederacją, to my będziemy rządzili, a Konfederacja zajmie się wami”. Pani Anna Maria dostała spazmów, a Nitras próbował się wypierać swej wypowiedzi – w amoku zapomniał jednak, że na sali sejmowej są mikrofony, które wszystko zarejestrowały. Wniosek nr 1: posła Nitrasa należy bezzwłocznie poddać testom – i to bynajmniej nie na obecność koronawirusa. Wniosek nr 2: Nitrasa zapewne uskrzydliły ostatnie zachowania Konfederacji, która zaczęła ścigać się z „totalsami” o palmę pierwszeństwa w opozycyjnym radykalizmie. I tu pytanko do „Konfy”: jak wam się podoba rola platformerskich wykidajłów? Nitras majaczył, czy jednak jest coś na rzeczy?


*

Z kolei poseł KO Witold Zembaczyński uzbroiwszy się w maseczkę i gogle ochronne, zagrzmiał pod adresem Jarosława Kaczyńskiego: „gdzie jest mały tchórz z Żoliborza?”. W tym samym czasie Jarosław Kaczyński siedział na sali sejmowej – i to bez maseczki, co pokazuje różnicę w odwadze obu panów. Jak widać, koronawirus rzuca się również na wzrok. No chyba, że przedtem Zembaczyński odkażał się specyfikami z apteczki Nitrasa – i to tak skutecznie, że w efekcie sam już nie wiedział kogo widzi i gdzie się znajduje.


*

Małgorzata Kidawa-Błońska oczywiście nie mogła być gorsza i zgłosiła dojmujący brak „inspiratorów”. Ależ tych „inspiratorów” w swoim sztabie pani Małgorzata ma co niemiara – więcej, inspirowana jest tak intensywnie, że orbituje nie gorzej od Nitrasa i Zembaczyńskiego. Zauważmy przy okazji, iż wszystkie te lapsusy i wpadki Kidawy-Błońskiej składają się na wielki przełom w poetyce. Wieszcz zalecał, żeby „język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. U Kidawy odwrotnie - najpierw gada język, a dopiero potem głowa zaczyna się zastanawiać, co język miał na myśli. Wniosek – Platforma zamiast do prezydentury, powinna Kidawę wystawić do literackiego Nobla.


*

Kidawa zdążyła jeszcze błysnąć stwierdzeniem, że OTUA jest cenniejsza niż ludzkie życie. I to szczera prawda – podczas pamiętnego ciamajdanu swe życie za OTUĘ oddał niejaki pan Diduszko, a w nagrodę za poświęcenie zaraz zmartwychwstał, nawet nie musiał odczekać trzech dni. Sądzę, że to hasło powinien wziąć na sztandary sztab „Kidawy 2020” - i opowiedzieć się twardo za przeprowadzeniem wyborów prezydenckich w konstytucyjnym terminie 10 maja. Swoją drogą, nawet nie przypuszczałem, że po odejściu Rysia Petru z polityki tak szybko znajdzie się następczyni – i to przerastająca mistrza gaf o dwie głowy.


*

Jakoś to przeoczyłem, ale nadrabiam. Posłanka KO Iwona Hartwich (ta od protestu niepełnosprawnych) ogłosiła, że jesienią zaczyna naukę w liceum wieczorowym. Jak na przedstawicielkę „partii ludzi światłych i na poziomie” przystało. Ciekawe, czy w wieczorowym liceum też jest studniówka? Wyobrażacie sobie Hartwichową z obowiązkową czerwoną podwiązką, ryczącą „Maturę” Czerwonych Gitar? Rany, jak ja chciałbym to usłyszeć!


*

Ta sama Iwona Hartwich, która zarzucała PiS-owi tchórzostwo i protestowała przeciw zdalnemu posiedzeniu Sejmu, ostatecznie nie pojawiła się na ostatnich obradach. A następnie zaapelowała, by nie zgłaszać się do pracy w komisjach wyborczych – bo śmierć. Czyli tak: Sejm powinien obradować tradycyjnie, na sali plenarnej, a przejście na system zdalny to tchórzostwo, natomiast rezygnacja z pracy w komisjach wyborczych, to jak rozumiem akt odwagi? Widać, że ta matura pani poseł bardzo się przyda. Szkoda tylko, że teraz nie ma egzaminów z logiki.


*

Tymczasem zbliża się Wielkanoc, po której okaże się, czy koronawirus wyhamował, czy jednak nie. Pytanie, jak podczas świąt rząd ma zamiar powstrzymać ludzi przed składaniem sobie rodzinnych wizyt? Bo ja, szczerze mówiąc, słabo to widzę. Ale to jeszcze nic, bowiem dokładnie na tydzień przed wyborami przypada długi weekend 1-3 maja – czyli tradycyjny, majówkowy termin Narodowej Inauguracji Sezonu Grillowego. I tu już zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie sposobu, by Polaków utrzymać w domach.


*

Największy twardziel Europy czyli Boris Johnson wymiękł i zaczął wprowadzać w Wielkiej Brytanii obostrzenia. Trochę szkoda – liczyłem na jakieś konkretne porównanie, która z metod na dłuższą metę okaże się skuteczniejsza: kontynentalna opiekuńczość, czy podszyte darwinizmem brytyjskie „kto ma umrzeć i tak umrze, a reszta się uodporni”? Na szczęście jest Łukaszenka, który się koronawirusowi nie kłania, tylko zaleca stakan wódki, saunę i pracę na traktorze. Ach nie – jest jeszcze Szwecja, gdzie dopiero niedawno wprowadzono ograniczenie zebrań do 50 osób. Trzymam zatem kciuki za Szwecję i Białoruś!


*

Ale i u nas mamy cichych zwolenników „odporności stadnej”. Rafał „Czaskoski” gdy tylko się zorientował, że komunikacja miejska w Warszawie świeci pustkami... wprowadził weekendowe rozkłady jazdy, dzięki czemu autobusy i tramwaje zostały należycie „dogęszczone”. Prócz tego heroicznie odmówił zniesienia opłat parkingowych (ruchy miejskie lubią to) – mimo iż w obecnych warunkach to samochód jest najbezpieczniejszym sposobem przemieszczania się. Ale spoko – w razie czego „Czaskoski” wybuduje na Placu Bankowym szpital polowy z palet. Warszawiacy będą wniebowzięci – niektórzy nawet całkiem dosłownie.


*

Natomiast w obliczu pandemonii Donald Tusk zaszył się na „kwarantannie” i zajął tym, co lubi najbardziej – wrzutkami. Po zrecenzowaniu męskości Andrzeja Dudy, wziął się za ocenę odwagi cywilnej Jarosława Kaczyńskiego – przypomnijmy, są to wynurzenia gościa, który ze strachu przed Dudą i Kaczyńskim zrejterował z kandydowania na prezydenta. Krótko mówiąc, Tusk stał się pospolitym, internetowym trollem – czyli powrócił do właściwego sobie formatu po tym, jak na kilka lat został sztucznie nadęty do rangi „mężyka stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

Gospodarcza „pandemonia”

Mamy narastający kryzys, warto więc wyciągnąć wnioski – tak na dziś, jak i na przyszłość. Na początek przyjrzyjmy się „koronawirusowej” rzeczywistości w Polsce.

A więc zawisło nad nami gospodarcze pandemonium, które niedawno pozwoliłem sobie nazwać „najgłupszym kryzysem w historii”. „Najgłupszym” dlatego, że patrząc od strony statystycznej – odsetka zachorowań i zgonów w odniesieniu do populacji – trudno uzasadnić tak drastyczne obostrzenia, prowadzące często w praktyce do „wyłączania” całych państw. Aż nie chce się przytaczać, że w bieżącym sezonie grypowym odnotowano w samej Polsce już 3,5 mln zachorowań i 50 zgonów. Zamiast odseparować i otoczyć opieką osoby starsze, pozwalając reszcie w miarę normalnie funkcjonować (no, może ograniczając jeszcze imprezy masowe) zdecydowano się w szeregu krajów na totalny „lockdown”, bez żadnej gwarancji powodzenia takiej strategii. Swoje zrobiło tutaj zapewne egzotyczne pochodzenie koronawirusa, przywołujące w wyobraźni wizje rodem z filmów katastroficznych oraz systematycznie nakręcana medialna panika, skutecznie przyczyniająca się do zagnieżdżenia się pandemii w ludzkich głowach. Niemniej, gdybyśmy np. mieli do czynienia z wyjątkowo zjadliwą mutacją wirusa grypy sezonowej (a grypa wszak mutuje z roku na rok) idę o zakład, że aż tak ekstraordynaryjnych kroków by nie podejmowano.

No dobrze, jednak mamy narastający kryzys spowodowany przerwanymi łańcuchami dostaw i przymusowym wygaszaniem całych sektorów gospodarki. Warto więc wyciągnąć wnioski – tak na dziś, jak i na przyszłość. Na początek przyjrzyjmy się „koronawirusowej” rzeczywistości w Polsce.

Wniosek numer jeden – już teraz widać, że obecne restrykcje trzeba będzie wkrótce złagodzić. Po pierwsze, ze względu na ograniczoną cierpliwość i wytrzymałość materiału ludzkiego. Na dłuższą metę po prostu niemożliwością jest utrzymanie ludzi w domach. Po drugie, dlatego, że za chwilę zacznie się fala bankructw, szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców, której nie zapobiegną rządowe ulgi, zwolnienia podatkowe czy dofinansowania. Po trzecie wreszcie – również za chwilę pojawi się rzesza ludzi pozbawionych środków do życia. Nie wszyscy mogą pracować zdalnie, a w szczególnie dramatycznej sytuacji jest słabo opłacany prekariat na różnych „elastycznych formach zatrudnienia” (w Polsce, przypomnę, 2,6 mln. pracowników, z czego pracujący na umowach o dzieło nie mają nawet ubezpieczenia zdrowotnego). Do tego należy doliczyć „kredytową klasę średnią”, która – nawet jeśli banki pójdą jej na rękę i prolongują 2-3 raty – również będzie musiała spłacać swoje zobowiązania. W Polsce większość drobnych biznesów nawet w normalnych warunkach działa „na styk”, na granicy płynności finansowej. To samo dotyczy „zwykłych” Polaków – blisko 40 proc. albo nie ma w ogóle oszczędności, albo ma je na minimalnym poziomie, nie pozwalającym utrzymać się przez dłuższy czas. Wyjątkowo nieodpowiedzialnie w tym kontekście brzmią apele o zaprzestanie „rozdawnictwa” w rodzaju 500+ - czyli często jedynej poduszki bezpieczeństwa dla wielu rodzin. Krótko mówiąc, nie widzę możliwości, by obecne rygory utrzymać w mocy dłużej, niż do świąt wielkanocnych – i to niezależnie od tego, czy wirus będzie wciąż szalał, czy nie.

A skoro wspomnieliśmy o rozdawnictwie. Z apeli rozmaitych środowisk i organizacji biznesowych wynika, że – cóż za zaskoczenie – owo „rozdawnictwo”, rozumiane jako rozmaite formy pomocy publicznej, jest dobre. Oczywiście, pod warunkiem, że trafia do nich, a nie do jakichś „nierobów”. I jakoś nikt nie powie, że te wszystkie związki pracodawców domagające się różnych ulg i zwolnień, dopłat do pensji i „elastyczności” w zwalnianiu pracowników oraz cacka z dziurką na dokładkę to „roszczeniowa hołota”. A mówimy tu nie o panu Józku ze sklepiku, tylko o często wielkich korporacjach, mających rezerwy pochomikowane w różnych rajach podatkowych. Czyli klasyczne prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat – a warto przypomnieć, że ze względu na regresywny system podatkowy, gros ciężarów utrzymania państwa ponoszą już teraz szarzy wyrobnicy, którzy i tak dostaną kryzysem najbardziej po plecach i portfelach. Dlatego – i to wniosek numer dwa – pomoc publiczną należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i pracownikach, bo jak oni padną, to za chwilę cały rynek przejmą bez reszty wielkie koncerny. Nie mówiąc już o tym, jak zubożenie Polaków wpłynie na koniunkturę, a co za tym idzie – możliwości wyjścia z kryzysu.

I ostatnia rzecz – najprawdopodobniej wzrośnie bezrobocie, czyli skończy się osławiony „rynek pracownika”, który i tak był w znacznej mierze publicystyczną wydmuszką. Oznacza to bezwzględną konieczność pożegnania się z „siłą roboczą” z Ukrainy i krajów azjatyckich. Nie wyobrażam sobie, by w najlepsze funkcjonowało u nas 1,5 mln. zagranicznych pracowników w warunkach dwucyfrowego bezrobocia, jakim jesteśmy obecnie straszeni. Poza wszystkim, jest to gotowy przepis na społeczne napięcia o potencjalnie tragicznych konsekwencjach. Praca w Polsce ma być przede wszystkim dla Polaków. Na teraz to tyle, w kolejnym felietonie temat będzie kontynuowany – bo też jest o czym pisać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14-15 (03-16.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

Koronakryzys

Nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami.

I. „Pandemia” 0,1 procent

W sobotę 21 marca włoski Narodowy Instytut Zdrowia podał szczegółowe dane dotyczące zachorowalności i śmiertelności związanej z epidemią COVID-19. Co się okazuje? Jedynie 1,2 proc. zgonów spowodowanych było wyłącznie koronawirusem. U całej reszty występowały różne inne choroby, często po kilka naraz. To zresztą nie dziwi, zważywszy, iż koronawirus atakuje przede wszystkim osoby w podeszłym wieku – spośród wszystkich zmarłych tylko nieco ponad 1 proc. miało mniej niż 50 lat, a jedynie 9 przypadków śmiertelnych dotyczyło osób poniżej 40 roku życia. I teraz podstawowa sprawa, mianowicie dotycząca metodologii liczenia ofiar. Najwyraźniej włoskie władze wrzucają hurtowo do jednego worka wszystkich zmarłych u których wykryto wirusa, niezależnie od tego, czy był on rzeczywistą przyczyną śmierci, czy nie. Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś umarł na serce, ale przy okazji miał również infekcję – jest liczony jako ofiara koronawirusa. Pytanie, po co Włochom potrzebne jest takie „nabijanie” śmiertelnych statystyk? Gdy piszę te słowa, we Włoszech jest ok. 5,5 tys. zmarłych u których stwierdzono koronawirusa. Biorąc pod uwagę owe 1,2 proc. oznaczałoby to, że osób zmarłych wyłącznie z powodu COVID-19 jest 66. U całej reszty należałoby dopiero ocenić, czy i ewentualnie w jakim stopniu infekcja mogła się przyczynić do śmierci. Jeszcze jedna liczba, mówiąca nam coś o faktycznej skali zachorowań – we Włoszech mamy ok. 60 000 przypadków zarażenia, co przy ogólnej liczbie 60 mln. obywateli daje odsetek zachorowań w wysokości 0,1 proc. (słownie – jedna dziesiąta procenta).

Oczywiście jestem jak najdalszy od lekceważenia sytuacji. Jeśli można, trzeba siedzieć w domu, przestrzegać zasad profilaktyki itp., a nade wszystko – otoczyć opieką osoby starsze i to na nich powinien być skoncentrowany wysiłek służby zdrowia. Z drugiej strony jednak, w świetle powyższych danych nie sposób nie zauważyć, że światowa histeria na tle wirusa SARS-CoV-2 podszyta jest czystym irracjonalizmem – a z pewnością, przy zachowaniu minimum chłodnej głowy, epidemia nie powinna była doprowadzić do tak dalekosiężnych skutków społecznych i gospodarczych, jakie obecnie obserwujemy. Przypomnę, że w Polsce tylko w lutym odnotowano ponad 800 tys. przypadków grypy i 23 ofiary śmiertelne, a w zeszłym sezonie grypowym zmarły 143 osoby.

Wszystkie te liczby przestają mieć jednak znaczenie, gdy w grę wchodzi strach przed nowym i „nieoswojonym” jeszcze zagrożeniem. Prawdziwa pandemia, jak już pisałem tydzień temu, to ta, która zagnieździła się w ludzkich głowach, nad czym zresztą niestrudzenie dzień i noc pracują wiodące ośrodki medialne. Epidemiolodzy podkreślają, że koronawirus już z nami zostanie i trzeba będzie z nim żyć – i będziemy z tym żyli, tak jak żyjemy z grypą i zapaleniem płuc, bo nie sposób utrzymywać w nieskończoność stanu wyjątkowego. Obecne środki bezpieczeństwa wdrażane przez kolejne rządy (nawet przez Wielką Brytanię, choć Boris Johnson do pewnego momentu wydawał się najbardziej odporny na pandemię paniki) to rozwiązanie jednorazowe, mające głównie na celu uspokojenie obywateli i wywołanie poczucia, że władza czuwa, dostrzega problem i podejmuje środki zaradcze. Jednak fizyczną niemożliwością jest wprowadzanie podobnych obostrzeń co roku – grozi to kompletną destabilizacją życia oraz chronicznym paraliżem państwa i gospodarki. Za rok o tej samej porze jeśli media będą w ogóle informowały o zakażeniach koronawirusem, to raczej w tonie „no cóż, nadszedł sezon zachorowań, trzeba to jakoś przetrzymać”, co najwyżej zalecając szczepionkę, która do tego czasu najprawdopodobniej zostanie już opracowana.


II. Doktryna szoku

Póki co jednak media pulsują w rytmie kolejnych, alarmistycznych doniesień – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten stan permanentnego niepokoju jest celowo indukowany. Świat pogrąża się w kryzysie gospodarczym, środowiska biznesowe biją na trwogę i oczekują od władz państwowych pomocy. I znów – nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami. Bo skoro wtedy się udało i państwa rzuciły się na wyprzódki, by ratować banksterów „zbyt wielkich, by upaść”, to dlaczego podobny zabieg nie miałby się udać i tym razem? To domaganie się pomocy jest tym bardziej irytujące, jeśli prześledzi się dotychczasowy model postępowania wielkich koncernów – wyprowadzanie produkcji na drugi koniec świata (ze szczególnym uwzględnieniem Chin) i likwidowanie miejsc pracy w nominalnych krajach pochodzenia; szantażowanie rządów żądaniami „uelastycznienia” rynku pracy i kolejnych ustępstw podatkowych; wreszcie - „optymalizacja” polegająca na wyprowadzaniu zysków do rajów podatkowych.

Efekty? Łańcuchy dostaw i produkcji uzależniające Europę od krajów azjatyckich skutkują dziś permanentnym niedoborem podstawowych środków ochrony – maseczek, strojów ochronnych, płynów odkażających, lekarstw... Prócz tego mamy miliony pracowników sprowadzonych do roli „prekariatu” - wiecznie niepewnych jutra pół-niewolników pracujących na umowach śmieciowych, często bez elementarnych zabezpieczeń socjalnych, żyjących od pierwszego do pierwszego. Dziś to przede wszystkim oni padają ofiarą obostrzeń związanych z epidemią i utratą możliwości zarabiania. W samej Polsce jest to 2,6 mln. pracowników. Z kolei unikanie opodatkowania jedynie w Unii Europejskiej odpowiada za roczną lukę rzędu 170 mld. euro, co daje kwotę o 1/5 większą od budżetu Unii Europejskiej. Konsekwencją powyższego jest funkcjonowanie państw w warunkach nieustannych cięć budżetowych, dotykających m.in. służbę zdrowia, co skutkuje jej chronicznym niedofinansowaniem. A dziś odpowiadający za ten stan rzeczy cwaniacy zgłaszają się do rządów o pomoc. Do tych samych rządów, które na co dzień miały nie wtrącać się do gospodarki, obniżać podatki i puszczać wszystko na żywioł, by nie tamować „naturalnych” procesów globalizacyjnych. Teraz nagle okazuje się, że jak trwoga, to „złe” rządy mają ów biznes ratować.

I ratują, sparaliżowane widmem krachu gospodarczego. To ma nawet swoją nazwę - „doktryna szoku” i oznacza stan w którym pod wpływem drastycznych wydarzeń wprowadzane są rozwiązania, które w normalnych okolicznościach byłyby nie do zaakceptowania. Tyle, że kiedy już zagrożenie minie, te rozwiązania pozostają już na stałe... W Polsce właśnie zawiązała się nowa organizacja biznesowa – Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług - zrzeszająca m.in. podmioty z branży odzieżowej, obuwniczej i akcesoryjnej (np. CCC, LPP, Apart, Gino Rossi), która domaga się od rządu ułatwień w zwalnianiu pracowników, możliwości ograniczenia etatów i wynagrodzeń, przedłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (!), przywrócenia handlu w niedziele, odłożenia płatności składek ZUS i VAT-u, partycypacji rządu w wynagrodzeniach pracowników, gwarancji kredytowych itp.


III. „Tarcza antykryzysowa” nie może być dla wszystkich!

Jak powinien zachować się rząd? Otóż przede wszystkim powinien uważnie przyjrzeć się występującym o pomoc podmiotom. Najprościej rzecz ujmując, powinna być ona kierowana do firm, które płacą uczciwie w Polsce podatki i lokują tutaj większość swej produkcji, tak by wyeliminować firmy-pasożyty, na co dzień jedynie żerujące na polskiej gospodarce. Z tymi drugimi rozmowa powinna być krótka: jeżeli lokowaliście produkcję za granicą, a tutaj jedynie trzymaliście swoje sklepy, by upłynniać towar i wyprowadzaliście zyski do rajów podatkowych – to teraz idźcie po pomoc do rządów Chin, Bangladeszu, Luksemburga, Cypru czy innych Bahamów. Nic tu po was. Jak globalizacja, to globalizacja – powinna działać w obie strony. Na globalizację zysków i „upaństwowienie” strat nie może być zgody. Tylko przy takim podejściu ogłoszona przez premiera Morawieckiego „tarcza antykryzysowa” będzie miała sens – i kto wie, może nawet przyczyni się długofalowo do „polonizacji” naszej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

Pod-Grzybki 204

Klimatyści” w euforii – wskutek kryzysu wywołanego koronawirusem, przestojów w produkcji, ograniczeniu podróżowania itp. spadła emisja gazów cieplarnianych! Niemcy wręcz ogłosiły, iż dzięki temu uda się im osiągnąć „cel klimatyczny” na rok 2020. Przyglądajmy się temu uważnie, bo to jest właśnie przedsmak przyszłości, którą eko-fanatycy chcą nam wszystkim zafundować – notoryczny kryzys i permanentny „zielony stan nadzwyczajny”.


*

A skoro o Niemczech mowa. Cesarzowa Makrela ogłosiła, iż pandemia koronawirusa jest „największym wyzwaniem od czasów II wojny światowej”. Eeee... znaczy, że Niemcy mają teraz podbić Europę? Bo zdaje się, przed takim „wyzwaniem” stanęła III Rzesza rozpętując II wojnę światową? Czy może raczej czeka ich rozpaczliwa obrona Berlina? No dobrze, żarty na bok. Makrela po prostu uwierzyła w narrację, że to Niemcy stały się pierwszą „ofiarą” bliżej nieokreślonych „nazistów” i przez 12 lat stawiały im heroiczny opór – zapewne w sojuszu z aliantami. Tak kończy się zapraszanie niemieckich przedstawicieli na imprezy w rodzaju kolejnych rocznic lądowania w Normandii. Biednej kobiecinie od tego wszystkiego już ze szczętem pomerdało się pod kopułą.


*

Z pozytywów inwazji koronaświrusa. Nagle okazało się, że igrzyska gladiatorów w jakie zamienił się współczesny sport wyczynowy jednak nie są niezbędne do życia. Nawet międzynarodowe mafie sportowe w rodzaju UEFA, FIFA czy MKOL-u musiały spuścić z tonu i odwołują kolejne imprezy. Dobrze oddaje to popularny mem (wiem, okazał się fejkiem, ale jego wymowa jest jak najbardziej słuszna), na którym rzekoma „hiszpańska biolog” mówi: „dajecie piłkarzom milion euro miesięcznie, a naukowcom 1800 euro. Szukacie teraz ratunku? Poproście Ronaldo i Messiego, niech oni wam teraz znajdą lekarstwo”. No właśnie, może koronawirus przyczyni się do chociażby częściowego przewartościowania priorytetów i przestawienia pewnych spraw z głowy na nogi?


*

Powyższe tyczy się również rozpasanego celebryctwa, które już zaczyna jojczeć, że traci kasę i nie ma za co żyć. Tych z kolei celnie podsumował Krzysztof Skiba: „Do chóru narzekających zapisali się wykonawcy, którzy za jeden koncert biorą po 60 tys. zł i więcej. Kobieta z dyskontu pracuje na takie honorarium przez rok albo i dłużej. Co robiliście przez całe życie? Czemu nie odłożyliście pieniędzy, jak wszystkie kurki z monetą były odkręcone? Po cholerę kupowaliście drogie auta i braliście kredyty jak idioci? Wiewiórka jest mądrzejsza od was, bo wie, że trzeba sobie schować orzeszka na zimę”. Ech, wyobraźmy sobie, że to całe celebryctwo wskutek koronaświrusa musiałoby się wziąć za uczciwą robotę, zamiast zadawać szyku na „ściankach” i epatować naród swymi „złotymi myślami”. Świat naprawdę mógłby stać się lepszym miejscem.


*

Do grona poszkodowanych postanowił dołączyć też „Bolesław” Wałęsa – na skutek pandemii poodwoływano mu wykłady za które inkasował po kilkadziesiąt tysięcy i więcej, więc teraz musi utrzymywać się z prezydenckiej emerytury, czyli marnych 6 tys. zł. Chłopina żali się, że bankrutuje, bo żona wydaje miesięcznie 7 tys. i nie da się mniej. Kurczę, a nie mógłby zagrać w totka? Kiedyś mu szło...


*

Druga rzecz, która nie daje mi spokoju – jakim cudem on niczego nie odłożył na czarną godzinę? Jadąc Skibą - „wiewiórka ma więcej rozumu”. No i ostatnia sprawa, wprawiająca mnie w nieustanne zdumienie: KTO NORMALNY CHODZI SŁUCHAĆ WYKŁADÓW „BOLESŁAWA”?!


*

Kolejna ofiara koronaświrusa – odwołano tegoroczną „Eurowizję”! Muszę powiedzieć, że jest mi z tego powodu niezmiernie wszystko jedno.


*

Tymczasem wokalista grupy U2, Bono, postanowił nagrać dla ofiar koronawirusa piosenkę na Instagramie. Jak sądzę, wszystkim zarażonym bardzo to pomoże – puszczą sobie piosenkę i od razu lżej będzie wyciągać kopyta. Trzeba przyznać, że Bono w zapatrzeniu w siebie osiągnął kolejny rekord. Chłopie, nie myślałeś przypadkiem o jakiejś terapii? Na dobry początek wskazana byłaby redukcja spuchniętego ego – choć obawiam się, że w tym przypadku nie obejdzie się bez elektrowstrząsów, a może nawet lobotomii.


*

Dla wszystkich malkontentów jęczących, że Unia Europejska nie działa. Ależ działa i to jak! Poprosiła mianowicie serwisy streamingowe w rodzaju Netflixa i You Tube, by ulżyły sieciom telekomunikacyjnym obniżając jakość nadawanych materiałów wideo. I wiecie co? Rzeczone serwisy się zgodziły obniżając jakość z HD do SD – oraz... tnąc przy okazji własne koszty. I co teraz niedowiarki? Co wy byście, sieroty, zrobili bez tej Brukseli...


*

Polska górą! A konkretnie, polska firma gamingowa Techland, która wskutek koronawirusa odnotowała w Chinach znaczący przyrost osób grających w jej sztandarową produkcję, czyli grę „Dying Light”. Ciekawostka – gra opowiada o inwazji zombie, której przyczyną jest tajemniczy... wirus. Czyżby Chińczycy potraktowali ją jako proroctwo i postanowili na wszelki wypadek obczaić jak przetrwać w postapokaliptycznym świecie niedalekiej przyszłości?


*

Ale co tam Chińczycy. O ile w Europie ludzie rzucili się na papier toaletowy (tak, nie tylko w Polsce, lecz również na Zachodzie, co implikuje ciekawe pytania o różne zakorzenione w ludziach atawizmy) – o tyle w USA obywatele wykupują na potęgę... broń. Zapewne usłyszeli, że z koronaświrusem należy „walczyć” - więc uznali, że piąty rewolwer i trzecia strzelba zawsze się przyda. Choćby na wszelki wypadek – np. gdyby ktoś kichnął na ulicy...


*

Jak co roku niemieccy rolnicy płaczą, bo brakuje im rąk do pracy przy zbieraniu szparagów. I jak co roku winne są te polskie nieroby, którym nie chce się tyrać u bauera. W poprzednim sezonie szparagowym Helmuty narzekały, że winny jest wzrost poziomu życia Polaków i niskie bezrobocie. W tym jęczą nad zamkniętymi granicami. Cóż, rozumiem, że te miliony bliskowschodnich „lekarzy”, których Niemcy przyjęły, walczą teraz w szpitalach z koronawirusem i nie mają czasu, żeby iść do roboty poniżej swoich kwalifikacji. Ale, skoro nie oni, to może chociaż pomogą „inżynierowie”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

Wirusowy test stabilności

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach.

I. Suwerenność żywnościowa!

Epidemia koronawirusa zamienia się pomału w wielki, globalny test stabilności obecnego porządku świata. Żeby była jasność – to wciąż nie jest jakaś plaga na skalę przerabianą wielokrotnie przez ludzkość, jak epidemia „czarnej śmierci”, grypy „hiszpanki” po I wojnie światowej czy ospy, która zdziesiątkowała amerykańskich Indian po zetknięciu się z białym człowiekiem. Nie ten zasięg, nie ta śmiertelność, wreszcie – żyjemy w zupełnie innych medycznych realiach, niż przed stu laty, kiedy to wspomniana „hiszpanka” wykosiła 50 mln. ludzi. Standardem jest powszechna opieka zdrowotna, państwa mają szereg sposobów reagowania na sytuacje kryzysowe, a ludzie są co do zasady znacznie lepiej odżywieni, niż jeszcze dwa-trzy pokolenia temu – co również ma niebagatelne znaczenie dla odporności. Bakcyle atakują przede wszystkim organizmy w ten czy inny sposób już osłabione – na COVID-19 narażone są najbardziej osoby w podeszłym wieku, bądź z zaburzonym z innych przyczyn (np. nowotwór) systemem immunologicznym.

Na marginesie – przyjęło się uważać, że średniowieczną Polskę epidemia „czarnej śmierci” ominęła rzekomo z powodu naszego położenia na peryferiach Europy. Bez przesady – mieliśmy już wtedy prężnie działające ośrodki handlowe i utrzymywaliśmy ożywione kontakty chociażby z Niemcami, skąd ściągaliśmy osadników do zagospodarowania niezamieszkałych przestrzeni, zatem na zdrowy rozum należałoby oczekiwać, że zaraza wyludni przynajmniej największe miasta, tak jak miało to miejsce na Zachodzie. Zetknąłem się jednak z inną teorią, która bardziej do mnie przemawia – otóż ziemie polskie aż do połowy XVII w. praktycznie nie znały klęsk głodu, regularnie nawiedzających Zachodnią Europę. Zachód był wówczas skrajnie przeludniony, zwłaszcza w stosunku do możliwości ówczesnego rolnictwa i nie był w stanie się wykarmić, co skutkowało niedożywieniem i osłabioną odpornością jego mieszkańców. Między innymi właśnie dlatego Niemcy, Walonowie czy Flamandowie tak chętnie odpowiadali na zaproszenia naszych władców – ówczesna Polska była dla nich prawdziwą ziemią obiecaną. U nas odwrotnie – stosunkowo niska gęstość zaludnienia i dużo ziemi powodowało, że nie groziła nam śmierć głodowa. Owszem, były lata tłustsze i chudsze – ale generalnie nie chodziliśmy głodni, dzięki czemu byliśmy też bardziej odporni. Dopiero niszczycielskie wojny ze szwedzkim potopem na czele sprawiły, że pojawił się u nas głód, a w ślad za nim – zarazy.

Wspominam o tym nie bez przyczyny. Wprawdzie międzynarodowy handel nie ustał, mimo zamknięcia przez kolejne kraje (w tym Polskę) granic dla indywidualnego przepływu osób – ale przywrócenie kontroli granicznych i rosnące kolejki TIR-ów na przejściach siłą rzeczy spowodują perturbacje w transporcie, również żywności. I właśnie w takich chwilach uwidacznia się z całą mocą, jak strategiczną branżą jest rolnictwo i suwerenność żywnościowa. Zdawali sobie z tego sprawę także ojcowie-założyciele Unii Europejskiej. Wspólna polityka rolna i dotacje dla producentów żywności to nie była jakaś fanaberia bogatych państw, które nie wiedziały na co wyrzucać pieniądze, tylko świadomy zamysł mający na celu samowystarczalność żywieniową Europy – to co się da produkujemy u siebie, importujemy jedynie to, co konieczne. Wprawdzie dziesięciolecia dobrobytu i globalizacja nieco ten pierwotny zamysł rozregulowały, ale w zasadniczym zrębie koncepcja przetrwała. Polecam to pod rozwagę wszystkim liberalnym pięknoduchom, którzy najchętniej by polskie rolnictwo, nomen omen, zaorali jako „nieopłacalne”. Otóż nie – państwowa opieka nad tak kluczową branżą to nie żadna zapomoga czy rozdawnictwo, lecz jak najlepiej pojęta inwestycja i zabezpieczenie na czas kryzysu. W tej chwili nie mamy pewności jak dalej rozwinie się sytuacja i jakie obostrzenia zostaną wprowadzone. Wyobraźmy sobie jednak w jakim znaleźlibyśmy się położeniu, gdybyśmy nieodwracalnie uzależnili się od importu płodów rolnych. I to jest pierwsza lekcja, jaką należy zapamiętać na przyszłość.


II. Wirus dezinformacji

Kolejnym wyzwaniem jest niedopuszczenie do masowej paniki – bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach. Liczby bezwzględne na pierwszy rzut oka mogą wyglądać niepokojąco – na całym świecie stwierdzono blisko 170 tys. przypadków zarażenia oraz niecałe 6,5 tys. zgonów (stan na niedzielny wieczór 15 marca). Tylko, że w skali świata to wciąż tyle co nic, również w porównaniu z coroczną „zwykłą” grypą, ponadto z tych 170 tys. zarażonych osób zdążyło już wyzdrowieć 76,5 tys. - a więc blisko połowa. Oczywiście zawsze lepiej dmuchać na zimne i podejmować środki bezpieczeństwa, ale z drugiej strony naprawdę nie ma powodów do histerii. To, że światu grozi w tej chwili kryzys gospodarczy, bardziej spowodowane jest stanem umysłów, niż racjonalnymi przesłankami. W opanowaniu sytuacji nie pomagają też podsycające atmosferę grozy media. Podtrzymuję tu swoją diagnozę sprzed dwóch tygodni, że światu w tej chwili potrzebna jest przede wszystkim szczepionka przeciw histerycznemu zapaleniu mózgu. Nadzwyczajne środki podejmowane przez rządy – również nasz – służą przede wszystkim uspokojeniu obywateli. Jasne, należy dbać o higienę, myć ręce i przystopować z życiem towarzyskim (zresztą, gdyby ktoś nie zauważył, mamy Wielki Post), ale nie jestem w stanie ogarnąć, co sprawia, że ludzie wykupują całymi kartonami makaron i kaszę gryczaną, o papierze toaletowym nie wspominając. Tłok w sklepach i wzmożony obrót pieniędzmi nie wpływa na rozprzestrzenianie się wirusa?

A zatem, głównym zagrożeniem nie jest koronawirus sam w sobie, lecz to, w jaki sposób wpłynie na społeczne zachowania. I tutaj dotykamy realnego niebezpieczeństwa – takiego mianowicie, że ktoś najwyraźniej usiłuje zdestabilizować sytuację. Zwróćmy uwagę, jak mnożą się różne fake newsy – począwszy od teorii, że wirus jest produktem wojskowych laboratoriów (w różnych wersjach albo chińskich, albo amerykańskich – dziwnym trafem tego typu rewelacje zawsze starannie omijają Rosję, zupełnie, jakby akurat tam żadnych tajnych laboratoriów nie było), projektem depopulacyjnym (coś słaby ten projekt, zważywszy na niewielką śmiertelność), aż po plotkę, że władze mają „zamknąć” Warszawę i inne duże miasta oraz wyprowadzić wojsko na ulice (rzeczywiście, widać na drogach przemieszczające się pojazdy wojskowe – ale dlatego, że akurat trwają w Polsce dawno zaplanowane manewry NATO). Dzisiaj trudno ocenić, które z tych „fejków” są dziełem panikarzy i sensatów, a które są nam świadomie podrzucane z intencją rozhuśtania nastrojów – ale na miejscu służb zacząłbym wnikliwie tropić ich pochodzenie, ze szczególnym uwzględnieniem kierunku rosyjskiego. W epoce wojen informacyjnych taka intoksykacja mająca na celu poderwanie zaufania do własnych państw i instytucji ma równą siłę rażenia co zamach terrorystyczny – to swoisty „infoterroryzm” i byłoby nader dziwne, by kraje i ośrodki, którym zależy na destabilizacji Zachodu z tej metody i okazji do szerzenia dezinformacji nie skorzystały.


III. Atak na Kościół

Nie sposób tu nie odnotować elementu bardziej groteskowego, czyli szaleńczego ataku, jaki lewactwo przypuściło na Kościół, pod pretekstem tego, że Episkopat nie zdecydował się na odwołanie mszy i nabożeństw. Należy podkreślić, iż polski Kościół zachował się wzorowo – z jednej strony nie zamykając świątyń i apelując o zwiększenie liczby mszy, by „rozładować” tłok, z drugiej zaś – udzielając dyspensy osobom narażonym na infekcję, bądź po prostu bojącym się złapać wirusa. Natomiast wojujące lewactwo ma gdzieś zdrowie obywateli, tak jak wcześniej miało gdzieś np. ofiary pedofilii – nie słyszę jakoś, by z równą zaciekłością atakowano np. kluby urządzające tłumne imprezy. Cóż, zachowajmy przede wszystkim chłodne głowy i nie ulegajmy irracjonalnym wrzaskom. Fides et ratio – wiara i rozum, to wszystko, czego nam potrzeba.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2020)

Pod-Grzybki 203

Witam wszystkich koronaświrusów! Jak tam, głowy nie eksplodowały od medialnej paniki? Wagon makaronu i kaszy gryczanej kupiony? No to jedziemy!


*

Wiadomość numer jeden: papier toaletowy znów stał się mrocznym obiektem pożądania, niczym w najczarniejszych latach PRL-u. Uporczywa plotka głosi, że kiedy jedna osoba kichnie na ulicy, to kolejne dziesięć robi pod siebie ze strachu – i stąd ten zagadkowy kryzys zaopatrzeniowy. Mam rozwiązanie – powrócić do wydawania rolek w zamian za makulaturę. Poza wszystkim, wspomoże to sprzedaż prasy, tak jak za komuny „Trybuny Ludu”.


*

Najgłupsza opozycja świata nie byłaby sobą, gdyby nie przegrzała tematu, usiłując siać histerię. Ktoś ze sztabu wyborczego podpowiedział Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, by zażądała przebadania testami na koronaświrusa wszystkich Polaków, co byłoby prawdziwą gwarancją paraliżu służby zdrowia (nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie nie ma tylu testów – i nie ma też gdzie ich kupić). Ponadto taki test może jedynie stwierdzić, że badany nie złapał koronaświrusa w tym konkretnym momencie – ale już np. po godzinie może zostać zarażony. Dlatego właśnie testy przeprowadza się dopiero po ujawnieniu podejrzanych objawów, w przeciwnym razie należałoby je robić non-stop. A jeszcze te kolejki do szpitali i przychodni w których ludzie kichają i kasłają na siebie – gdybym był koronawirusem, nie mógłbym życzyć sobie lepszych warunków do rozprzestrzeniania. No chyba, że Kidawa wierzy, iż test sam w sobie zabezpiecza przed zachorowaniem – ale tu już wkraczamy w dziedzinę myślenia magicznego. Ludzie – i ta kobieta miałaby zostać prezydentem...


*

Kolejnym osobnikiem myślącym magicznie okazał się generalissimus Grodzki (pseudo - „Trzecia Osoba”), który uznał, że może sobie pojechać na urlop do Włoch, a potem jak gdyby nigdy nic łazić po Senacie, narażając innych senatorów, pracowników i dziennikarzy. Bo przecież ON zarazić się nie może – od tego właśnie chroni go immunitet. Testowi poddał się dopiero pod wpływem publicznej presji. I co? I wyszło na jego, wirusa brak – jako Trzecia Osoba okazał się niezarażalny. Wieść niesie, że po tym wszystkim generalissimus uznał, iż posiada nadnaturalne moce i jako cudotwórca zamierza wykorzystać przysługujące mu orędzia w TVP w charakterze autorskiej wersji programu „Ręce które leczą”.


*

Ta paranoja „totalsów” ma swoje dobre strony. Po każdym ich wyskoku PiS-owi i Dudzie rośnie w sondażach, a Kidawie i Platformie spada. Stan na chwilę obecną – poparcie dla Andrzeja Dudy przekroczyło 46 proc. No i teraz wiadomo, dlaczego opozycja zaczęła się domagać przełożenia wyborów na jesień. Jak tak dalej pójdzie, to do 10 maja Duda będzie miał reelekcję w kieszeni – i to już w pierwszej turze. Szkopuł w tym, że aby przenieść wybory trzeba by ogłosić stan wyjątkowy. No to w końcu jak jest – PiS ma wprowadzać ten „stan wojenny” czy nie? Proponuję eksperyment – zadajcie takie pytanie dowolnemu platformersowi. Gwarantuję, że zamiast odpowiedzi zobaczycie, jak mózg wypływa mu uszami.


*

A tymczasem portal „Agory” kręci się wokół swych najbardziej żywotnych zainteresowań. Uraczył mianowicie czytelników artykułem pt. „Masturbacja a koronawirus: czy chroni przed zachorowaniem?”. Wyszło... że tak, owszem, chroni. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wyglądają na Czerskiej firmowe procedury bezpieczeństwa i kolegia redakcyjne. Ciekawe, czy przed wejściem do siedziby każdy jest zobowiązany zrobić sobie dobrze?


*

Jednak okazuje się, że zalecenia Czerskiej są pilnie czytane i wdrażane w życie – i to przez kogo! Oto jako fan wiadomych praktyk ujawnił się poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz, który postanowił rozpropagować tę metodę profilaktyki podczas swej konferencji prasowej, wyświetlając na rzutniku zdjęcie jakiejś roznegliżowanej laski, które na taką okoliczność (no bo niby po cóż by innego) trzyma na swoim laptopie. Panu Dobromirowi winszuję pozostawania w dobrym zdrowiu i dziękuję za ten cenny wkład w światową medycynę oraz dawanie przykładu. Każdy powinien zwalczać pandemię na swoim indywidualnym odcinku. Gdyby nie zabrzmiało to dwuznacznie, rzekłby nawet: tak... ehem... trzymać!


*

Ale Czerska wyczaiła konkurencję dla swej „medycyny naturalnej” i dostała szału. Poszło o to, że Orlen wziął się za produkcję płynu dezynfekującego i wkrótce dostarczy go na rynek. „Orlen zarobi na koronawirusie. Z pomocą rządu” - zagrzmiał Andrzej Kublik. Rety, oni tam naprawdę do reszty oszaleli i pienią się na samą myśl, że „pisowski” koncern wyprodukuje deficytowy towar pierwszej potrzeby. Co innego, gdyby na płynie do dezynfekcji zarobiła jakaś zagraniczna firma. Na przykład IG Farben. Ci mają w tym niewątpliwe doświadczenie.


*

Dowód na to, że koronaświrus infekuje przede wszystkim mózg. Na łamach „Kretyniki Politycznej” feministyczna aktywistka Maja Staśko zamieściła artykuł o „czwartej fali feminizmu”, której czołowymi przedstawiciel(ka)mi na polskim gruncie mają być... ta-dam! - „patoinfluencerka” Marta Linkiewicz (nawet nie chcecie wiedzieć o niej niczego bliżej, wierzcie mi), udzielająca się w mediach społecznościowych prostytutka „Tatohoker”, „cam-girl” (dziewczyna rozbierająca się przed kamerką internetową – Dobromir Sośnierz lubi to) o ksywie „Kitty Tease” oraz inna prostytutka – tym razem męska, homoseksualna – czyli niejaki Maksym Wołczyk. I tym samym objawiło się nam, o co z tym współczesnym feminizmem biega – to po prostu patologia i k...o.


*

Z mniej wesołych wiadomości. Jak donoszą media, w sanepidach w całej Polsce urywają się telefony. Otóż ludzie masowo wydzwaniają... z donosami na swoich sąsiadów i znajomych. Bo ktoś był za granicą, zakasłał, albo jakoś „niewyraźnie” wygląda. Na kwarantannę go! Słowem, psychoza się rozszerza, aż strach kichnąć na ulicy – i to nie tylko dlatego, że wtedy reszta przechodniów rzuci się do najbliższej „Biedronki” wykupywać „taśmy szczęścia”. Mój apel do rodaków: ludzie, nie zachowujmy się jak „nosacze” z memów, bo to jednak trochę wstyd...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2020)