Całe
doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować
twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w
Moskwie.
I. Zasada domniemania kompetencji
Przed
Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o
praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału
Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie
korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027.
W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady
Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród
uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie
nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest
wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji
Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I
może zacznę od tego drugiego wątku.
Otóż
źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo
niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na
jej warunkach.
Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby
Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy
przez TSUE. Trzeba tu z
całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ
wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do
mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich.
Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą
poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze
ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii
obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile
państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i
nic ponadto. A rebours
– jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako
zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii
państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania
kompetencji”. A o
sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani
słowa. „Praworządność” i „unijne standardy”
dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich –
np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i
bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź
organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich
izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać
odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.
Jak
wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy
sposób. W
Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie
sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i
samorządu sędziowskiego.
Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa
komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na
specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów
landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu
poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami
jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny”
układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego
sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach
sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby
nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują
gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między
przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się
bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia
ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz
zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już
powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w
orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np.
władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za
„nieprawomyślny” wyrok.
II. Brukselskie bezprawie
Wszystkie
te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna
troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest
wyłącznie efektem woli politycznej.
Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą
pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już
w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w
której podważa legalność procedury „kontroli praworządności”
- czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans.
Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z
siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów
członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest
czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w
tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność
działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”,
pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie
nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że
po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest
jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova
zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i
przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i
zostawią w spokoju?
Jeżeli
nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to
najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” -
kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś
rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje
stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a
potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje
żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna
sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i
bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej
naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci,
stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do
mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd
przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów
dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle
groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na
szereg różnych sposobów.
Już zresztą się mści, o czym za chwilę.
Jak
wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia
ustrojowa. Dając Brukseli
prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania
się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa.
Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie
prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to
dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy
ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić
konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów
Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś
brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana
jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod
pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji
właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową
„procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy
dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały
nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof.
Wojciecha Popiołka, iż „W
demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem
są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją
niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”?
A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”,
kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes
Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José
Mato ogłosił: „My
sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy.
Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.
Takie
stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej
i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze
sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami”
i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie.
Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty”
zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać”
co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie
stosować i w jaki sposób.
Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli
zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów
prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro
suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z
inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której
polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a
zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...
Powtarzam
– sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i
wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej
suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji”
unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do
kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny
„land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod
warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.
III.
Uzurpatorzy z TSUE
Jak
wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię
polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to
graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu
orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw
członkowskich.
Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy
kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam –
przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne
państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana
za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do
sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas
odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W
porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo
jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego
więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób
przydać sobie znaczenia.
Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym
odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego,
TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych
odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w
rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN
stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS
„nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś
tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w
jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy
więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi
„mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty
do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i
zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się
powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na
wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż
TSUE. Tak to działa.
Dlatego
należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń
i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą
niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ –
podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych
umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo
w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne
odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w
głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej
dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto,
w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja
(art.8
p.1:
„Konstytucja
jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało
dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku
dotyczącym traktatu akcesyjnego.
Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu
oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez
Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do
nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć
udział w tej szopce.
IV.
Suwerenność, głupcy!
Jednak
KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie,
toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata
funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”.
Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur
dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich
większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65
proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej
Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury”
wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest
opcją łagodniejszą.
Otóż
nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy,
mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y.
Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma
żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to
słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia
Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne
sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy
się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że
fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza
wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda
za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na
nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata
zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc.
naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód –
5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.
Jeszcze
trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie”
naszej „praworządności”. Pierwsza
– Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie
przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie
gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do
sądów... Druga
– lewackie organizacje przy wsparciu „swoich”
eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły
uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I
trzecia
– w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne”
procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj.
„zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do
samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego”
kraju. Jak
łatwo zauważyć, oznacza to de
facto
„wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i
swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.
To
nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy
takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego
bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces
powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej
zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie
trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie
konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki
członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być
współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo
jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze
wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”.
Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak
uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.
To
niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć
na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i
bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do
eskalacji swych uroszczeń. Całe
doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować
twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.
Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu,
chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia
rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo
ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia
roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie
wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej
cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.
Gadający
Grzyb
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w miesięczniku „Polska
Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)