wtorek, 12 lutego 2013

Rezygnacja Benedykta XVI – echa i refleksje

Proszę sobie zrekonstruować listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

I. Medialne echa

Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze ochłonąć po rezygnacji Benedykta XVI z godności Biskupa Rzymu, a już z różnych stron postanowiono nas ubogacić szeregiem cennych przemyśleń.

Po pierwsze, dowiedzieliśmy się, że była to bardzo dobra decyzja, bo oszczędziła wszystkim spektaklu publicznego dogorywania, jaki zafundował światu Jan Paweł II, budząc tym w hedonistyczno-nihilistycznych tzw. „ośrodkach opiniotwórczych” i pozostającej pod ich wpływem gawiedzi uczucie głębokiego dyskomfortu. Narracja ta pojawiła się m.in. w ściekach, czyli tzw. „forach” pod artykułami na gazeta.pl. Nie wiem, czy Państwo to pamiętają, ale oni nie mogli wprost zdzierżyć, że Papież poprzez swe pokorne cierpienie dawał światu ostatnią, potężną katechezę, idącą w poprzek eutanazyjnym trendom rozszalałej cywilizacji śmierci. Tym razem odetchnęli z ulgą – nie będzie powtórki.

Po drugie, oznajmiono nam, że był to papież „słaby i konserwatywny”, który postanowił odejść, bo nie był w stanie oczyścić stajni Augiasza, jaką jest watykański dwór, którą to mądrością uraczył nas prof. Jan Hartman na łamach „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, ciekawe, co skłoniło redaktora Chrabotę, by wpuszczać akurat przy tej okazji na łamy członka think tanku „Plan zmiany" 
Ruchu Palikota i rady polityczno-programowej SLD, czyli instytucji znanych ze swego żarliwego katolicyzmu. Może zresztą musiał, bo nie sposób nie zauważyć, iż medialna kariera prof. Hartmana niebywale przyśpieszyła po restytucji w 2007 roku loży B'nai B'rith Polin, on sam zaś jako jej członek-założyciel i wiceszef (od lutego 2012) jakoś tak dziwnie zhardział.

Po trzecie wreszcie, dzięki różnym „wujkom dobra rada” wiemy, jaki powinien być kolejny papież – postępowy, młody i najlepiej spoza Europy. Tu mamy do czynienia z klasycznym „wishful thinking” skupiającym jak w soczewce antyreligijne przesądy lewactwa, które będzie w stanie zaakceptować Kościół Rzymski dopiero wówczas, gdy ten wyprze się własnego nauczania na wzór choćby takich anglikanów. Na tym potencjalnym papieżu z Azji lub Afryki mogą się zresztą lewacy nieźle przejechać, bowiem tak się składa, że tamtejsze Kościoły lokalne są często bardziej zachowawcze od zliberalizowanych do bólu wspólnot europejskich, których hierarchowie posuwają się niekiedy wręcz do zanegowania katolicyzmu – tak w sferze nauczania moralnego, jak i dogmatyki. Polecam tu choćby książkę Terlikowskiego „Koń trojański w mieście Boga – pół wieku po Soborze”.

Ciekawe, tylko co powiedzą, gdy zdarzy się „papa negro” będący katolickim odpowiednikiem obyczajowych poglądów Johna Godsona. Zaczną wyzywać go od „czarnuchów”?

II. Refleksje

Nie ukrywam, że rezygnację Benedykta XVI przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Trudno oczywiście oczekiwać heroizmu na miarę Jana Pawła II, nie ulega jednak wątpliwości, że Joseph Ratzinger papieżem być nie chciał. Wedle jego słów, modlił się wręcz, by kardynałowie wybrali na Stolicę Piotrową kogoś innego. Czy Benedykta XVI przygniotła odpowiedzialność, wiek, choroba, czy może kombinacja wszystkich tych czynników – pewnie nigdy się nie dowiemy. Najgorzej byłoby, gdyby się okazało, że kardynał Ratzinger postanowił po prostu wrócić do pracy naukowej i pisania prac teologicznych gdzieś w klasztornych murach, gdyż – niezależnie od ich wartości – następca św Piotra nie jest panem samego siebie, bo to nie on się postawił na czele Kościoła, tylko został tam postawiony z inspiracji Ducha Świętego. Byłaby to Jonaszowa dezercja od odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie wchodzi to w rachubę.

Co pozostanie po papieżu Benedykcie XVI? Sądzę, że wbrew medialnym kliszom, wcale nie „kontynuacja pontyfikatu Jana Pawła II”, tylko przede wszystkim kontynuacja jego własnego dzieła jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kiedy to jako „pancerny kardynał” i „rottweiler Pana Boga” kładł tamę rozpanoszonemu „duchowi Soboru”. Będzie zapamiętany jako niezłomny obrońca doktryny i nauczania Kościoła, który walnie przyczynił się do powściągnięcia modernistycznego nowinkarstwa „postępowych” teologów, bicz Boży na odstępstwa „teologii wyzwolenia” (to jeszcze jako prefekt KNW), reanimator rytu trydenckiego Mszy Świętej oraz papież, który sprowadził dialog ekumeniczny do właściwych proporcji.

Zresztą, proszę zrekonstruować sobie listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Ilustracja z portalu wPolityce.pl

sobota, 9 lutego 2013

Prawicowi celebryci i zakon „świętych Jerzyków”

Do prawicowych celebrytów: nie próbujcie więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z was śmieją.

I. „Święci Jerzykowie”

Znana i ceniona blogerka elig opublikowała ciekawy wpis „Pokorni czytelnicy i niepokorni autorzy” w którym odniosła się do głosów krytyki pod adresem publicystów, którzy wrócili do publikowania w hajdarowiczowskiej „Rzeczpospolitej”. Elig uświadamia nam, że dziennikarze to nie są jacyś herosi w typie św. Jerzego – pogromcy smoka – tylko ich rola jest zgoła odmienna: rzetelne informowanie czytelników, docieranie do nich z faktami tudzież opiniami i z tego punktu widzenia, powrót kilku prawicowych celebrytów na łamy „Plus Minus” (które z kolei stanowi autonomiczny quasi-tygodnik w ramach „Rzepy”) jest dla czytelników korzystne.

I wszystko zgoda, wszystko racja, gdyby nie ten drobny szczegół, że sami ci publicyści od dłuższego czasu kreowali się ni mniej ni więcej, tylko właśnie na takich „świętych Jerzych” i rycerzy w lśniących zbrojach. To oni ometkowali się „brandem” „autorów niepokornych” i wyszli poza tradycyjną, dziennikarską rolę, pretendując do roli bojowników o wolność słowa, działaczy społecznych walczących o równouprawnienie w przestrzeni publicznej pozamainstreamowego przekazu, liderów „drugiego obiegu” i tak dalej. Szczytem tego „opozycyjnego wzmożenia” było odejście z „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” po pacyfikacji obu tytułów przez Grzegorza Hajdarowicza, spuentowane gromkim zapewnieniem Rafała Ziemkiewicza, że „nigdy z Hajdarowiczem nie będzie w aliansach”.

No cóż, już wtedy, w tekście „Słupy układu”, generalnie chwaląc pryncypialną postawę załogi „Uważaka”, wyraziłem nieśmiałą obawę: Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.” I niestety, farsa się odegrała – wprawdzie powrót nastąpił nie do „URz”, tylko do „Rzepy”, ale różnica to de facto żadna – Hajdarowicz jest ten sam.

Zwróćmy uwagę – gdyby ci panowie nie sadzili się tak ostro, nie wchodzili w buty jakiejś niby-politycznej opozycji, tylko po prostu wykonywali swą dziennikarsko-publicystyczną robotę, to nikt by się ich nie czepiał, że publikują tu czy tam, nikt by im nie zaglądał do kieszeni w poszukiwaniu hajdarowiczowskich srebrników. Tak jak nikt nie czepia się prof. Andrzeja Nowaka, że udzielił wywiadu dla „Plusa Minusa”. Nie dlatego, że nikt nie śmie, tylko dlatego, że prof. Nowak nie odstawiał cyrku z trzaskaniem drzwiami.

Tymczasem, „nasi” prawicowi celebryci taki cyrk odstawili i to z przytupem, a teraz dziwią się, że ktoś ICH - „autorów niepokornych” - trzyma za słowo. No, niewyobrażalne. Rycerze zakonu „Świętych Jerzyków” są zaskoczeni, zniesmaczeni i w ogóle nie rozumieją o co chodzi...

II. Brand „niepokornych”

Wróćmy jeszcze na chwilę do „brandu” „niepokornych”. Handlowego terminu „brand” używam nie bez przyczyny. Otóż, z perspektywy czasu uważam, że ową „niepokorność” potraktowali oni jako jako markę, znak handlowy, pozwalający na sprzedaż ometkowanych tymże znakiem towarów. O rynkowej sile tej marki świadczy fakt, że Jacek Karnowski zapowiedział proces przeciw obecnemu „URz” o podtytuł „tygodnik autorów niepokornych”. Prawicowa gawiedź miała zapełniać salę w „Klubie Ronina”, cieszyć się z dowcipasów Warzechy, kupować ich tytuły prasowe, książki, klikać w „niepokorne” portale... a oni mieli odgrywać rolę intelektualnych „liderów opinii”, łaskawie pozwalających się okadzać. I chyba autentycznie sądzili, że uda się im zaczarować odbiorców na tyle, że ci przełkną każde ich dziwne manewry. A tu zaskoczenie: jednak nie przełknęli.

Doprawdy, trudno nie przyznać tu racji Toyahowi, czy Coryllusowi, którzy ten szwindel rozgryźli już dawno temu, za co zbierają notoryczne cięgi od rozindyczonych komentatorów, za „rozbijanie prawicy” i „atakowanie naszych”. Do mnie, przyznam się, świadomość ta docierała dość opornie, może instynktownie broniłem się przed rzeczywistością. Niemniej, od ponad roku pogłębiała się we mnie nieufność wobec gwiazd prawicowej sceny publicystycznej. Po raz pierwszy dałem temu wyraz w notce ze stycznia 2012 roku „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, w której zaprotestowałem gwałtownie przeciw różnym uroszczeniom prawicowych „liderów opinii”, kreujących się na drugoobiegowych guru. Przyleźli, cholera, na gotowe i z miejsca ustawiają się na czele.

Przepraszam za poniższe autocytaty, ale obawiam się, że części Czytelników nie będzie się chciało klikać w archiwalne teksty, więc pozwolę sobie przytoczyć niektóre fragmenty:

„Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny.” (...)

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.

(…) „zawodowi publicyści sprawiają wrażenie, że w ich świadomości drugi obieg się narodził dopiero wówczas, gdy parę osób z ich grona zostało do tego drugiego obiegu wyrzuconych. Tak to zgrabnie filtrują rzeczywistość przez pryzmat swej branży. No ludzie...”

Kolejnym etapem, skoro już pod wpływem elig wszedłem w osobistą retrospektywę, było rozczarowanie zamilczaniem przez „zawodowców” blogosfery – i to mimo Kongresu Mediów Niezależnych - czemu dałem wyraz w tekście „Dwa światy” z czerwca 2012.

"Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli - ust, piór, kamer i mikrofonów - „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.”

Ostatecznie wyzbyłem się złudzeń przy okazji sprawy Grzegorza Brauna i parszywego zachowania „prawicowych celebrytów”, którzy nagle uznali za koniczne odcinać się na wyprzódki od „ekstremizmów” - pod wpływem absurdalnej nagonki rozpętanej przez „Wyborczą” dwa i pół miesiąca po słynnym dziś spotkaniu w „Klubie Ronina”. Najwyraźniej doszli do wniosku, że tacy nieobliczalni wariaci jak Grzegorz Braun, który zawsze mówi to co myśli, szkodzi ich pieczołowicie cyzelowanemu „brandowi” „autorów niepokornych”.

Potem jeszcze dowiedziałem się, że żaden z tych gwiazdorów nie zainteresował się losem trzech młodych ludzi bezpodstawnie przetrzymywanych w areszcie na Białołęce od czasu Marszu Niepodległości – mimo że ich znajomi alarmowali o tym wszelkie możliwe „nasze” media. Pewnie nie mieli czasu, by się przejechać na tę Białołękę, bo byli zajęci pielęgnowaniem własnej niepokorności.

III. Wyjście z sytuacji

I już krótko na sam koniec. Czy widzę dla „naszych” celebrytów wyjście z arcygłupiej sytuacji w którą sami się wpędzili? Owszem. Niech powiedzą jasno i wyraźnie: jesteśmy dziennikarzami, zarabiamy pisaniem na życie i będziemy publikować wszędzie tam, gdzie nam zapłacą i zanadto nie ocenzurują, starając się dotrzeć do maksymalnej liczby odbiorców. To będzie jasne i uczciwe postawienie sprawy, tym bardziej, że często faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Sądzę, że wielu odbiorców produkowanych przez nich treści naprawdę potrafi oddzielić to co oni piszą od całej reszty.

Tylko niech nie próbują więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z nich śmieją.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Jeśli chodzi o tę część tekstu elig w której porusza kwestię blogosfery - nie odniosłem się, bo o swoim spojrzeniu na tę tematykę niedawno pisałem w tekście: http://niepoprawni.pl/blog/287/blogosfera-swiatlo-odbite

wtorek, 5 lutego 2013

Z frontu zacieśniania stosunków

Projekt ustawy o udziale zagranicznych funkcjonariuszy we wspólnych operacjach na terytorium RP – czyli podkładka dla obcej interwencji.

I. Bliskie spotkania z „Czarodziejem” Czurowem

Ostatnio zwróciły moją uwagę dwa doniesienia z frontu zacieśniania stosunków dwu- i wielostronnych. Pierwsze dotyczy kontynuacji owocnej współpracy polsko-rosyjskiej w trudnej kwestii przeprowadzania wolnych i demokratycznych wyborów, tak by przy wszelkich pozorach proceduralnych wygrał ten, co trzeba. Inaczej nie potrafię wyjaśnić celowości urządzania bliskich spotkań III stopnia oficjeli z Państwowej Komisji Wyborczej z Władimirem Czurowem, szefem rosyjskiej Centrali Komisji Wyborczej – o czym poinformował portal niezalezna.pl.

W tym kontekście warto przypomnieć, że PKW korzysta z rosyjskich serwerów do transmisji i przetwarzania danych, zaś Władimir Czurow nosi w kręgach putinowskiego reżimu ksywę „Czarodziej”. W repertuarze magicznych sztuczek ma m.in. fałszowanie kart wyborczych, dopisywanie głosów reżimowym kandydatom, odmowę rejestracji opozycyjnych komitetów i inne „triki”. Nadmieńmy jeszcze, że zaplanowana na ten rok konferencja w Moskwie będzie już drugą taką nasiadówką – po konferencji warszawskiej zorganizowanej we wrześniu ubiegłego roku. Jak bowiem objawił nam przewodniczący PKW, Stefan Jaworski: „Jest to międzynarodowa konferencja zorganizowana po porozumieniu z Centralną Komisją Wyborczą w Rosji, która służy wzajemnemu poznaniu prawa wyborczego, jak i praktyki stosowania prawa wyborczego. (…) Rosjanie są ciekawi naszych rozwiązań, a my oczywiście ich.”

II. Podkładka dla „bratniej pomocy”

No, ale co zrobić, gdyby prywislańscy Aborygeni jednak zaczęli coś podejrzewać i wyszli protestować przeciw zaimplementowanym na krajowym gruncie sztuczkom czarodzieja Czurowa? Wiadomo, na takie pogwałcenie praworządności należy odpowiedzieć z całą stanowczością „demokratycznego państwa prawnego” i stąd planowane przez Dyktaturę Matołów kolejne uszczelnienie systemu pełzającej represjonizacji. Tym razem chodzi o usankcjonowanie wezwania na pomoc zagranicznych interwentów w ramach, oczywiście, „partnerstwa” i „bratniej pomocy”.

Coś takiego planuje właśnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w skierowanym właśnie do Sejmu projekcie ustawy „o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” (http://www.sejmometr.pl/sejm_druki/2202449) . Niby chodzi tu o spełnienie wymogów UE w zakresie współpracy policyjnej i ratowniczej między krajami członkowskimi, ale Dyktatura Matołów nie byłaby sobą, gdyby w pozornie neutralnym akcie prawnym nie zechciała przemycić kilku zapisów mogących potencjalnie zostać użytymi w charakterze „przykręcenia śruby” ludności tubylczej. Ustawa bowiem nie ogranicza się do określenia zasad współpracy przy zwalczaniu przestępczości międzynarodowej, terroryzmu, czy działań ratowniczych w przypadku katastrof lub klęsk żywiołowych.

Oto w art. 2 projektu czytamy:

„Użyte w ustawie określenia oznaczają:

1) wspólne operacje – wspólne działania prowadzone na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej z udziałem zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników: (…)

b) w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami (…)

- prowadzone przez funkcjonariuszy lub pracowników Policji, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu lub Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego”

Nieco dalej zaś, w art. 8, zostajemy poinformowani, iż zagraniczni funkcjonariusze będą mieli identyczne uprawnienia jak służby krajowe, w tym prawo do użycia broni palnej i środków przymusu bezpośredniego w trybie przewidzianym w ustawie z 1990 roku o policji.

Żeby nie zanudzać szczegółami, odsyłam do analizy Stanisława Żaryna na portalu wPolityce.pl oraz lektury projektu ustawy wraz z uzasadnieniem – zaręczam, że tego typu „kwiatków” jest w projekcie o wiele więcej.

Jeśli owe „wspólne operacje” z udziałem „zagranicznych funkcjonariuszy”, przeprowadzane „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami” nie są podkładką dla ewentualnej zagranicznej interwencji, w razie gdyby miejscowe służby nie mogły sobie poradzić ze społecznymi niepokojami, to nie wiem, czego jeszcze trzeba.

III. Porządek w Warszawie

Warto zwrócić uwagę na zapobiegliwość Dyktatury Matołów, najwyraźniej liczącej się z możliwością „wariantu greckiego”, który to scenariusz przy obecnej skali zadłużenia państwa z pewnością nie jest wykluczony. Ponadto, nie można mieć pewności, czy chronicznie niedoinwestowana i biedująca policja wykazałaby się należytą energią przy pacyfikacji zamieszek, wojska zaś, jak wiadomo, praktycznie nie mamy. W takiej sytuacji być albo nie być obecnego reżimu oraz spokój ducha brukselskich tudzież berlińskich władców Europy zależeć będzie od sprawnej reakcji np. policji niemieckiej, lub zgoła OMON-u. Oczywiście, wezwanych w „sytuacji, w których Rzeczpospolita Polska będzie potrzebować międzynarodowej pomocy w postaci interwencji odpowiednich służb, w przypadkach ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego, zapobiegania przestępczości, w trakcie zgromadzeń, imprez masowych, klęsk żywiołowych, katastrof oraz innych poważnych zdarzeń” - jak czytamy w p.2 rządowego uzasadnienia do projektu ustawy.

Zauważmy, że Polska ma świeżo za sobą jedną z największych na świecie „imprez masowych” i to połączoną ze „zgromadzeniami” na międzynarodową skalę – czyli Euro 2012. Jakoś nie dało się odczuć deficytów we współpracy z krajami uczestników mistrzostw Europy. Co innego taki Marsz Niepodległości, rozjątrzający „faszystowskie” emocje, czy protesty związkowców, którzy posuwają się do oblężenia Sejmu RP - siedziby demokratycznie wyłonionych elit przefiltrowanych profilaktycznie przez serwery naszych „wschodnich partnerów”. Z takimi wiadomo – nie ma się co pieścić.

Mieliśmy już nowe przepisy dotyczące stanów wyjątkowych, nielegalnie zakupione LRAD-y, które następnie pośpiesznie legalizowano post factum, teraz mamy projekt ustawowego zabezpieczenia obcej interwencji, gdyby sytuacja w Polsce wymknęła się spod kontroli. Nie ma to jak wszechstronne, systemowe przygotowania, by w razie czego „porządek zapanował w Warszawie”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 1 lutego 2013

Ruch Narodowy - „nowocześni endecy”?

Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności.

I. Miejsce dla narodowców

W listopadzie ubiegłego roku, kilka dni po Marszu Niepodległości na którym organizatorzy zadeklarowali powstanie Ruchu Narodowego, zastanawiałem się jakie perspektywy rysują się przed narodowcami. Dziś można uznać, że przyszłość Ruchu Narodowego zdaje się pomału krystalizować, podobnie jak sama inicjatywa. Jak donosi „Rzeczpospolita”, narodowcy zamierzają wiosną zwołać kongres, który ma zintegrować różne środowiska i powołać do życia jakąś nową strukturę. Najprawdopodobniej nie będzie to partia, choć pewnie kiedyś i na to przyjdzie pora, lecz szeroka platforma społeczno-polityczna organizująca funkcjonowanie narodowych środowisk i wyznaczająca zasadnicze kierunki działania.

Jak dla mnie wygląda to obiecująco, uważam bowiem, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego – i to nie gdzieś na marginesie, ale w parlamencie, jako pełnoprawna reprezentacja części Polaków podzielających narodowe przekonania. Mało który element polskiej historii został zohydzony i zakłamany w powszechnym odbiorze tak, jak tradycja endecka i spuścizna Romana Dmowskiego. Inna sprawa, że część „post-endecji” sama przyłożyła do tego rękę kolaborując z komunistami i współtworząc tzw. „endokomunę” będącą połączeniem najgorszych elementów obu ideologii.

Obecnie jednak, zważywszy choćby na mocno odmłodzone narodowe kadry, można mieć nadzieję na nowe oblicze Ruchu Narodowego – nie obciążone komunistycznymi i bezpieczniackimi zaszłościami, mitygujące nieprzytomne rusofilskie i „panslawistyczne” ciągoty. Dobrym zwiastunem jest tu pożegnanie się z panem Oparą i środowiskiem „Nowego Ekranu” oraz – jak mniemam – z udającymi patriotów trepami rodem z Układu Warszawskiego. To posunięcie panów Winnickiego z MW i Holochera z ONR pozytywnie rokuje na przyszłość.

II. Narodowcy a PiS

Warto w tym kontekście zastanowić się nad relacjami Prawa i Sprawiedliwości z przyszłym ugrupowaniem narodowym. Uważam, że atakowanie Ruchu jest błędem, gdyż formacja ta po kolejnych wyborach będzie naturalnym sojusznikiem i dopełnieniem parlamentarnej układanki po prawej stronie. PiS nie ma bowiem szans na zdobycie samodzielnej większości, a tym bardziej większości konstytucyjnej – to mrzonki. Wieloletnia opozycyjność „zużywa” bowiem nie mniej niż sprawowanie władzy. Dlatego PiS będzie narodowców zwyczajnie potrzebował. Zresztą, jak ktoś trafnie stwierdził, obecna rzeczywistość jest taka, że Dmowski i Piłsudski staliby dziś po tej samej stronie barykady – jak w 1918 roku.

PiS już raz - po 10.04.2010 - popełnił błąd, odsyłając z kwitkiem ludzi, którzy pod wpływem smoleńskiego wstrząsu zaczęli garnąć się do publicznej działalności – jako niesformalizowani sympatycy lub chcąc wstąpić w szeregi partii. PiS-owski establishment uznał, że tych gorącogłowych narwańców nie potrzebuje, zasiedziali działacze upatrywali w nich zagrożenie i konkurencję. Byłoby fatalnie, gdyby Prawo i Sprawiedliwość popełniło kolejny błąd skreślając zawczasu możliwość koalicji z narodowcami, tym bardziej, że podejrzewam, iż część odepchniętego wówczas najaktywniejszego elektoratu może obecnie współtworzyć, bądź pozostawać częścią zaplecza Ruchu Narodowego.

Pozostaje pytanie, czy Jarosław Kaczyński okaże się pragmatykiem – w najlepszym rozumieniu tego słowa - zdolnym wznieść się ponad antyendeckie fobie, czy też wezmą górę emocje „piłsudczykowskie” - i to z okresu, gdy obóz sanacyjny był już z Narodową Demokracją totalnie „na noże”, pakując narodowców do Berezy na równi z komunistami.

III. Nowocześni endecy

Swój akces do konsolidującego się środowiska narodowców zgłosił Rafał Ziemkiewicz, dokonujący w ostatnim czasie twórczej reinterpretacji dorobku Narodowej Demokracji, tak by dorobek ów przystosować do naszych czasów. Jeżeli faktycznie uda mu się uzyskać status głównego ideologa tej formacji (a wyraża taką nadzieję otwartym tekstem) to można będzie tylko przyklasnąć, do tej pory bowiem na intelektualnych salonach narodowców panowała banda, z przeproszeniem, spierniczałych dziadygów, na dodatek po uszy unurzana w PRL-u.

Jeśli zatem również w warstwie ideowej uda się zrobić „nowe otwarcie”, choćby w rodzaju tego wyłożonego przez Ziemkiewicza w „Myślach nowoczesnego endeka”, nadając nowy sens myśli narodowej i odsuwając na boczny tor zapiekłych doktrynerów, którzy nie raczą przyjąć do wiadomości, że nie żyjemy w latach 30-tych ubiegłego stulecia – to będzie można mówić o wielowymiarowym renesansie narodowej formacji. Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności. Natomiast obóz niepodległościowy potrzebuje obu płuc – zarówno tradycji piłsudczykowskiej, jak i endeckiej.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/perspektywy-ruchu-narodowego

środa, 30 stycznia 2013

Krach „NE”, czyli złapał kozak Tatarzyna...

Obaj cwaniaczkowie – Łazarz i Opara - są siebie warci i powinni pójść na rynek, żeby naciągać jeleni na grę w „trzy karty”.

I. Złapał kozak...

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale z tego co opublikował Łazarz z jednej strony, a Opara z drugiej, wynika, że domena Nowy Ekran na nazwa.pl była osobistą własnością Łażącego Łazarza na bazie której należąca do Opary spółka Nowy Ekran S.A. stworzyła portal „Nowy Ekran”. Wszystko na zasadzie jakiejś robionej „na gębę” uprzejmości, bez stosownych umów, w wyniku czego kto inny jest właścicielem domeny, a kto inny właścicielem zbudowanego na tejże domenie portalu. Na dodatek Łazarz – właściciel domeny - był pracownikiem spółki będącej właścicielem portalu. Dobrze zrozumiałem?

Idźmy dalej. Jeżeli tak to wyglądało, to mamy do czynienia z układem w którym od początku żaden z partnerów nie ufał drugiemu i zakładał, że wydyma drugą stronę przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ta skrajnie nietransparentna sytuacja trwała dopóki były pieniądze. Gdy pieniądze się skończyły, obie strony przystąpiły do działań mających na celu wyrugowanie dotychczasowego partnera i przejęcie obu dóbr – zarówno domeny jak i portalu, bo tylko oba naraz mają jakąś rynkową wartość. I tak, Łażący Łazarz usiłował zajumać portal Oparze i jego spółce, zaś Opara z Grabowskim zrobili zamach na domenę Nowego Ekranu na nazwa.pl. Złapał kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma... prawidłowo rekonstruuję rozwój wydarzeń?

Jeśli tak, to znaczy, że obaj cwaniaczkowie są siebie warci i powinni pójść na rynek, żeby naciągać jeleni na grę w „trzy karty”, bo prezentują mentalność na takim właśnie poziomie.

II. Po co Oparze był potrzebny „NE”?

Po co Oparze był potrzebny cały ten internetowy biznes? Bo przecież nie po to, by zarabiać pieniądze. Otóż Opara postanowił wejść do polityki i umyślił sobie, że taki portal będzie dobrą medialną odskocznią, a blogerzy znakomitym mięsem armatnim. Blogerzy mieli budować wizerunkową aurę „patriotyzmu” i „niezależności” przykrywającą smród onuc różnych trepów rodem z Układu Warszawskiego - członków SOWY czy Pro Militio z WSI w tle - oraz innych nieciekawych konszachtów Opary z ludźmi pokroju Wachowskiego. Temu też miał służyć ostentacyjny brak cenzury – bo faktycznie, „Nowy Ekran” puszczał wszystko jak leci, a bany stosował sporadycznie. Był to nader skuteczny wabik na blogerów, wpisany w strategię wizerunkową przedsięwzięcia. Do tego jeszcze osoba redaktora naczelnego, czyli Łażącego Łazarza owianego nimbem autora tekstów „Gruppenführer KAT” i „Głowa zdrajcy”, wyrzuconego z Salonu24 w aureoli blogerskiego bojownika o prawdę i wolność słowa.

Blogerzy mieli zatem stanowić zaczyn przyszłego elektoratu, robić darmowy „pijar” w sieci i generalnie pełnić rolę naganiaczy dla politycznych interesów i ambicji Opary. Wielu dało się uwieść, jednak z czasem magia dobrego wujka z antypodów zaczęła blaknąć. Każdy kto miał nieszczęście przebrnąć choćby przez jeden z grafomańskich „manifestów” biznesmena, wie dlaczego. Takiego natężenia „bogoojczyźnianego” pustosłowia i nadętych banałów nie zniesie na dłuższą metę żaden normalny człowiek. Teksty Opary operujące nieznośnie napuszoną frazeologią same w sobie mają walor odstręczający i na dłuższą metę nie trzeba byłoby nawet demaskatorskich artykułów Aleksandra Ściosa, by zdyskredytować całą tę poronioną inicjatywę.

Oparze wydawało się więc, że wystarczy potraktować blogerów jak pierwszych naiwnych, którym wystarczy załopotać przed nosem biało-czerwonym sztandarem, wskazać „trzecią drogę” i pójdą za swym wodzem w karnym ordynku. Okazało się, że nie. Kroplą przepełniającą czarę było odwrócenie się od Nowego Ekranu środowisk narodowych współorganizujących Marsz Niepodległości, na sojusz z którymi Opara bardzo liczył. Uznał zatem, że dość już władował pieniędzy w blogerskie gry i zabawy i postanowił zwinąć interes.

Po co w ogóle potrzebna była mu ta polityka? Tu odpowiedzi mogą być różne – a to „antypisowska” dywersja pod kuratelą patronów z wojskówki, wykreowanie prorosyjskiej siły zagospodarowującej i kanalizującej część prawicowego elektoratu oraz blogosfery, być może wreszcie uznał, że pomoże mu to w interesach i poprawi pozycję procesową w jego sporach sądowych... A może po prostu jakaś erupcja nieprzytomnej ambicji? Można tylko zgadywać.

III. Naiwny Łazarz? Dobre sobie...

W każdym razie, na główne narzędzie do realizacji swych planów upatrzył sobie nadambitnego blogera z problemami zawodowymi, który zgodził się firmować swą twarzą polityczno-medialne przedsięwzięcie. Twierdzę, że Łazarz wszedł w ten układ z całą świadomością (i zabezpieczając się na wszelki wypadek za pomocą opisanego na wstępie „myku” z rejestracją domeny na swoje nazwisko). Dlatego też jego ostatnie oświadczenie należy potraktować jako stek bredni, którymi próbuje zamydlić oczy naiwnym i rozpaczliwie usiłuje ocalić resztki swej wiarygodności.

A bajerować to ŁŁ potrafi jak mało kto, o czym mieliśmy okazję przekonać się na „Niepoprawnych”. Ponad dwa lata temu bowiem udzieliliśmy Łazarzowi – wówczas naszemu blogerowi – swych łamów po tym jak wyrzucono go z Salonu24, by mógł zrobić u nas „centrum operacyjne” i rozsyłać wici montując swą inicjatywę, która - wedle jego słów – miała być „prawicowym Onetem”, a nie konkurencyjnym blogowiskiem w lepszym opakowaniu. No cóż, dostaliśmy nauczkę, której nie zapomnimy – jak powiadają, kto ma miękkie serce, powinien mieć twardą d...

Nie wiem jak Państwa, ale mnie podczas lektury tych nieszczęsnych Łazarzowych wypocin ogarniał pusty śmiech. Łazarz nagle zorientował się, jaki smród ciągnie się za Oparą? Wcześniej nie wiedział? Również wtedy, gdy z pianą na klawiaturze rzucał się na Ściosa, który uwikłania sponsora portalu podawał czarno na białym? Dobre sobie. Teraz uświadomił sobie jakim przekrętem były „akcje Nowego Ekranu”? I ostatnie apele o finansowe wsparcie upadającego portalu? Wiedział i to jak cholera, a mimo to brał czynny udział w nabijaniu ludzi w butelkę. Nie wspominając już o zaangażowaniu pokaźnej grupy blogerów i zaprzepaszczeniu ich publicystycznego oraz społecznego dorobku.

Całą sytuację dobrze oddaje komentarz Mariusza Ciużyńskiego pod wpisem Łazarza na Facebooku: „Jeśli teraz ŁŁ krokodyle łzy leje i ze wstrętem odkrywa z kim miał do czynienia, to albo ujawniły mu się jakieś poważne deficyty intelektualne, albo zakłada, że ci, co przeczytają jego żałosne oświadczenie dotyczące kradzieży domeny Nowy Ekran to banda idiotów (...)”

No właśnie. Czy ktokolwiek w blogosferze da się jeszcze nabrać na Łażącego Łazarza?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 27 stycznia 2013

Sprawa Rafała Jurkowskiego

Wszyscy, którzy byli na Marszu Niepodległości, powinni mieć świadomość, że na miejscu Sebastiana, Rafała i Michała mógł się znaleźć każdy z nas.

I. Sprawa Sebastiana Wasiaka – post scriptum

Jeśli ktoś jeszcze kojarzy notkę „Sprawa Sebastiana Wasiaka” w której opisałem historię tego chłopaka - bezpodstawnie zatrzymanego podczas ostatniego Marszu Niepodległości i przetrzymywanego w areszcie tymczasowym na Białołęce – to śpieszę donieść, że Sebastian ponad tydzień temu opuścił areszt. Nie wiem, czy moja pisanina w jakikolwiek sposób przyczyniła się do tego, niemniej uważam, że tego typu sprawy należy nagłaśniać w miarę naszych możliwości, bo inaczej Dyktatura Matołów wybierze nas niczym raki z saka. Wzajemna solidarność to podstawa. Jednocześnie muszę wycofać się z części zgryźliwych uwag pod adresem organizatorów Marszu, które zawarłem w tekście o Sebastianie, bowiem okazało się, że jego obrońcą jest mecenas Moczydłowski z Młodzieży Wszechpolskiej, czego podczas pisania posta jeszcze nie wiedziałem, zatem nie jest tak, że organizatorzy zostawili aresztowanych uczestników demonstracji zupełnie na lodzie.

W całej rozciągłości natomiast podtrzymuję krytykę skierowaną pod adresem tzw. „naszych” dziennikarzy, którzy przed Marszem robią wielkie halo, zachęcając wszystkich do masowego udziału, by po wydarzeniu kompletnie stracić zainteresowanie tzw. „ciągiem dalszym” – w tym losami tych, którzy trafili do pudła tylko dlatego, że znaleźli się o niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Pamiętajmy, że policja miała odgórny „prikaz” wyłapywania ludzi „na masę”, tylko po to, by Dyktatura Matołów mogła pochwalić się statystykami zatrzymań „chuliganów” i „narodowych ekstremistów”. Jedna Ewa Stankiewicz tradycyjnie stanęła na wysokości zadania, nagłaśniając sprawę Sebastiana na swej stronie (prócz tego, monitoruje jeszcze proces innego z uczestników Marszu – pana Józefa Jurzca).

Oczywiście, samo wypuszczenie z aresztu nie kończy sprawy, na Sebastianie bowiem wciąż ciąży zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza zagrożony karą od roku do 10 lat pozbawienia wolności (art. 223 KK).

II. Sprawa Rafała Jurkowskiego i Michała Michalskiego

Nadal jednak na Białołęce siedzą w tymczasowym areszcie dwaj inni uczestnicy Marszu Niepodległości – Rafał Jurkowski i Michał Michalski. Obaj zostali zatrzymani na takiej samej zasadzie co Sebastian Wasiak – „z łapanki”, z dętymi zarzutami. Zresztą, wszystko tu wygląda jak z góry zaplanowane działania spod jednej sztancy – wyłapywanie „na ilość” przypadkowych demonstrantów podczas starannie hodowanej ulicznej zadymy, zarzut „czynnej napaści” i automatyczny areszt. Nawet w celi zamknięto ich tej samej – Sebastiana, Rafała i Michała. Nie wiem, czy pamiętają Państwo propagandowe doniesienia mediodajni o aresztowaniu „trzech najbardziej agresywnych chuliganów”. Tak, chodziło właśnie o bohaterów niniejszego tekstu. Przypomina to jako żywo propagandę PRL-u epatującą „ekstremistami z Solidarności”.

Ponieważ nie mam bliższych informacji o sprawie Michała Michalskiego, więc w dalszym ciągu tekstu skoncentruję się na Rafale Jurkowskim, o którym dowiedziałem się z maila od jego narzeczonej, pani Ewy, rozpaczliwie poszukującej jakiejkolwiek ścieżki, by wydostać Rafała z Białołęki. Sądzę jednak, że ich przypadki są podobne. Rafał ma zarzut „usiłowania rzucenia kamieniem”, co podciągnięto pod wspomniany wyżej art 223 KK – usiłowanie „czynnej napaści na funkcjonariusza”. Niestety, okoliczności jego zatrzymania nie zostały zarejestrowane na żadnym zapisie wideo, jak miało to miejsce w przypadku Sebastiana, co jak się zdaje bardzo pomogło w staraniach o uchylenie aresztu tymczasowego. Z tego co mi wiadomo, nie udało się również dotrzeć do żadnych świadków, zatem mamy sytuację: słowo Rafała przeciw słowom policjantów. Nie jest dobrze.

Mam więc apel: jeśli ktoś kojarzy Rafała (podobnie jak Michała) z Marszu i widział okoliczności jego zatrzymania – niech się zgłosi. To naprawdę bardzo ważne. Mój mail: gadajacy_grzyb@o2.pl. Ewentualnych świadków postaram się skontaktować z panią Ewą.

III. Powiedzmy „NIE” systemowi pełzającej represjonizacji

Światełkiem w tunelu może być okoliczność, że pani Ewie, z moją skromną pomocą, udało się nawiązać kontakt z Sebastianem i jego kolegami, którzy walczyli o uwolnienie swego przyjaciela. Mam nadzieję, że ich porady i doświadczenia okażą się pomocne.

Natomiast jest coś, co może zrobić każdy z nas. Otóż, z tego co twierdzi Sebastian, bardzo ważną rzeczą jest wysyłanie do aresztu kartek i listów – im więcej, tym lepiej. Prokuratura i sąd dzięki temu widzą, że osadzonym ktoś się interesuje, że nie został pozostawiony sam sobie, że jego sprawa została upubliczniona – słowem, trudniej jest im przetrzymywać w areszcie i skazać człowieka, o którego ktoś się upomina. Poza tym, świadomość tego, że ktokolwiek na zewnątrz pamięta, interesuje się ich losem, pomaga aresztowanym znosić odosobnienie. Wystarczy skreślić kilka słów, naprawdę. Podobny apel znajdziemy również na blogu „Wolność Pokój Świadomość”: http://wolnoscpokojswiadomosc.blogspot.com/

Wysyłajmy zatem kartki do aresztu na Białołęce:

Rafał Jurkowski s. Arkadiusza

AS-Białołęka ul. Ciupagi 1

03-016 Warszawa

---------------------------------

Michał Michalski

AS-Białołęka ul. Ciupagi 1

03-016 Warszawa

---------------------------------

Wszyscy, którzy byli na Marszu Niepodległości, jak niżej podpisany, powinni mieć świadomość, że na miejscu Sebastiana, Rafała i Michała mógł się znaleźć każdy z nas. Pamiętajmy – władza pokazuje na co ją stać. Bada również na ile może sobie pozwolić. Stosując punktowe uderzenia i szykany, testuje naszą gotowość do sprzeciwu i liczy na efekt zastraszenia. Pokażmy Dyktaturze Matołów jak bardzo się myli. Powiedzmy „NIE” systemowi pełzającej represjonizacji.

Gadający Grzyb

P.S. Z ostatniej chwili. Prokuratura zakończyła postępowanie. Rafał będzie miał sprawę w sądzie za 3-4 tygodnie. Trzymajmy kciuki i nie zapominajmy o kartkach, bo mimo wszystko do rozprawy jednak posiedzi.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/sprawa-sebastiana-wasiaka

środa, 23 stycznia 2013

Blogosfera - „światło odbite”?

Czy blogosfera świeci „światłem odbitym”? Czy jest zbiorowiskiem internetowych „kanap”?

I. „Światło odbite”?

Nawiązując do poprzedniej notki „Wrocławski coming-out niezależnej blogosfery” chciałbym dziś zająć uwagę Czytelników pewnym aspektem blogerskiej działalności, na którego podjęcie podczas samej wrocławskiej konferencji z braku czasu nie było miejsca, a który został poruszony w „kuluarach”. Mianowicie, muszę odnieść się do wygłoszonej „poza kadrem” lekko sceptycznej uwagi jednego z organizatorów dotyczącej rzekomej ułomności blogosfery: jakoby świeciła ona „światłem odbitym” od mediów tradycyjnych – szczególnie jeśli chodzi o dostarczanie newsów. Inna uwaga dotyczyła rozdrobnienia i „kanapowości” blogerskich inicjatyw.

Otóż, to nie do końca tak i sądzę, że tego typu podejście wynika z niezrozumienia specyfiki blogosfery i jej relacji ze światem medialnego mainstreamu oraz światem polityki. Blogosfera nie jest bowiem od tego by w 100% zastępować tradycyjne media, lecz od tego, by te media kontrolować i uzupełniać. To na dzień dzisiejszy, bo przyszłość zapewne przyniesie poszerzenie oddziaływania blogosfery również w roli dostarczyciela informacji. Proszę zwrócić uwagę, że dynamiczny rozwój niezależnego przekazu w internecie to historia zaledwie kilku ostatnich lat – a i tak polska blogosfera jest ewenementem na co najmniej europejską skalę, co zresztą pośrednio dowodzi opłakanego stanu wolności słowa i pluralizmu debaty w przekazie głównonurtowym.

Zresztą, jeśli spojrzymy na dominujące mediodajnie – szczególnie te, będące emanacją Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP - to zobaczymy, że konsekwentnie wycofują się z roli przekaźnika rzetelnej informacji w kluczowych społeczno-politycznych kwestiach, preferując miast tego tzw. „szum informacyjny”, czyli trzeciorzędne bzdury, do zapomnienia po pięciu minutach, bądź też uciekając w tzw. „infotainment” - czyli produkcje „newsów” o charakterze na poły rozrywkowym, lub skandalizującym („mama Madzi”). W warstwie publicystycznej natomiast króluje nachalna, toporna i łopatologiczna propaganda. O dziennikarstwie śledczym z prawdziwego zdarzenia można w ogóle zapomnieć.

Lepiej przedstawia się sytuacja w mediach kojarzonych z prawicą, ale i tu można zaobserwować wahania poziomu (ostatnio, infantylne przyrównanie Polaków do hobbitów przez tygodnik „wSieci”), braki w zniuansowaniu przekazu, czy niekiedy nawet dziwną spolegliwość wobec narracji reżimowych mediodajni (sprawa Grzegorza Brauna).

II. Blogosfera jako uczestnik debaty publicznej

W jaki sposób odnosi się do powyższej sytuacji blogosfera? Otóż coraz częściej pełni ona rolę „filtra” odsączając istotne informacje, ginące w medialnym zgiełku i nie podejmowane szerzej w mediach tradycyjnych. W dobie zmasowanego ataku medialnej papki na percepcję odbiorców jest to rola równie ważna, co sama „produkcja” newsów – bo co nam po informacji, która przemknie gdzieś bokiem bez echa?

Podam przykład z własnej blogerskiej praktyki – o negocjowanym przez ekipę Pawlaka kontrakcie gazowym pisałem na długo przed tym, zanim sprawa ta stała się tematem pierwszoplanowym w mediach (również tych prawicowych), czy obiektem zainteresowania opozycji. Nie korzystałem z żadnej tajemnej wiedzy – wystarczyło poklikać po notkach zakopanych w działach ekonomicznych gazet i portali. Innym przykładem może być mój tekst o Pawle Grasiu („Berliński łącznik?”), w którym również zebrałem rozproszone po internecie informacje, by stworzyć z nich w miarę kompletny portret tej postaci, na który zresztą powołał się z kolei pan Marek Pyza w swym tekście „Nieodwoływalny” opublikowanym w „Uważam Rze”. Czyli – czasem to media tradycyjne „odbijają światło” od blogosfery i sądzę, że z czasem te proporcje będą się wyrównywać.

Poza tym, jeśli chodzi o newsy i podejmowaną tematykę, również i tu blogi stają się coraz częściej źródłem inspiracji dla mediów tradycyjnych. To blogerzy jako pierwsi alarmowali o nocnych atakach pijanej dziczy na obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, to na blogach pojawiło się po raz pierwszy słowo „zamach” po smoleńskiej tragedii. To portale blogerskie, dzięki swym materiałom i relacjom świadków odegrały kluczową rolę w odkłamywaniu rzeczywistego oblicza zajść podczas dwóch ostatnich Marszów Niepodległości.

Warto również zwrócić uwagę na opiniotwórcze dojrzewanie blogosfery. Prócz prostych komentarzy konstruowanych na zasadzie „dziennikarz iksiński coś napisał a ja się z tym zgadzam/nie zgadzam”, coraz więcej pojawia się pogłębionych analiz czy sążnistej publicystyki – i to często podejmującej dany temat z perspektywy zupełnie innej niż czynią to media głównego nurtu, zarówno reżimowego, jak i opozycyjnego. Jeśli chodzi o dziennikarstwo śledcze, nie sposób nie wspomnieć o dochodzeniowo-analitycznych tekstach Aleksandra Ściosa, czy wielowątkowym śledztwie smoleńskim, nie ograniczającym się bynajmniej do „maskirowki”. Poważną funkcją blogów jest również patrzenie mediom tradycyjnym na ręce i wychwytywanie rozlicznych manipulacji.

Biorąc pod uwagę wszystko co powyżej wyłuszczyłem, należy stwierdzić, iż protekcjonalne traktowanie blogosfery, jako „światła odbitego” jest nieuprawnionym uproszczeniem, wynikającym, jak sądzę, z nieznajomości tematu. Blogosfera staje się pełnoprawnym uczestnikiem publicznej debaty, można powiedzieć, że „wybija się na niepodległość” w stosunku do mediów mainstreamowych i jej rola oraz zasięg oddziaływania będzie się nieuchronnie zwiększać wraz z rozwojem nowoczesnych technologii. Zresztą, polecam ciekawy i pouczający tekst Budynia78 opublikowany na „Rebelyi” - „Blogerzy przejmują misję porzuconą przez media”, którym się tu częściowo inspirowałem. Naprawdę warto.

III. Niech kwitnie tysiąc... kanap!

Na koniec pragnąłbym się jeszcze odnieść do zarzutu rozdrobnienia i „kanapowości” blogerskich inicjatyw. Myślę, że takie podejście wynika z politycznego skrzywienia perspektywy z jakiej przywoływany na wstępie Rozmówca spogląda na społeczną rzeczywistość. Rzecz w tym, iż w przypadku oddolnej działalności składającej się na Drugi Obieg 2.0, którego niezwykle ważną częścią jest blogosfera, reguły rządzące naszym „zabetonowanym” systemem politycznym niekoniecznie muszą znajdować zastosowanie. Coś, co w realiach stricte politycznych może być szkodliwe (np. rozdrobnienie prawicy w latach '90), w przypadku blogosfery wcale takowe być nie musi. O ile w świecie polityki można zrozumieć postulat, że „jednoczenie prawicy powinno się odbywać nie poprzez integrowanie kanap, tylko przez ich eliminację”, co z powodzeniem czyni Jarosław Kaczyński, a co może mieć swe źródło w smutnej lekcji AWS-u, który był właśnie takim skazanym na porażkę „integratorem”, o tyle w niezależnej blogosferze znajduje raczej zastosowanie hasło Krzysztofa Czabańskiego „niech kwitnie tysiąc kwiatów”, które rzucił inicjując Kongres Mediów Niezależnych.

W wystąpieniu podczas panelu mediów niezależnych zwróciłem uwagę, iż z moich obserwacji wynika, że rozmaite blogerskie inicjatywy poprzez wzajemne linkowanie, ale również poprzez zdrową konkurencję nie tyle odbierają sobie czytelników i sympatyków, ile wręcz ich sobie wzajemnie napędzają, tworząc wartość dodaną. Dzieje się tak dlatego, że czytelnik – w przeciwieństwie do wyborów, gdzie ma do dyspozycji tylko jeden głos o który rywalizują partie – może „głosować” wielokrotnie: z Niepoprawnych przejdzie sobie na Blogpress, z Blogpressu na Blogmedia24, w międzyczasie włączy Niepoprawne Radio PL...

Warto zwrócić uwagę, iż samorzutnie ukształtowała się specjalizacja poszczególnych portali: Niepoprawni to przede wszystkim publicystyka, Blogmedia24 to działalność społeczna zastępująca – jak trafnie zauważyła pani Teresa Tokarska – rzecznika praw obywatelskich, z kolei bardzo mocną stroną Blogpressu są relacje wideo z różnych wydarzeń po prawej stronie, zaś Niepoprawne Radio PL wypełniło lukę jaką był brak niezależnej prawicowej rozgłośni w internecie. A przecież są jeszcze inni. Na dodatek, współistnienie różnych inicjatyw zwiększa, paradoksalnie, bezpieczeństwo niezależnego przekazu. Jedno, duże medium, łatwiej spacyfikować, może spotkać go bankructwo, może stać się obiektem manipulacji, lub wrogich działań służb. Natomiast rozdrobnione inicjatywy są jak rój: można zabić jedną czy drugą pszczołę, ale z rojem zwyciężyć nie sposób.

Słowem, analogia między niezależną blogosferą a światem polityki jest fałszywa, zaś hołdowanie podejściu, wedle którego należy „grać tylko z dużymi”, szczególnie gdy połączyć je z lekceważeniem rozproszonych części składowych Drugiego Obiegu 2.0, może kiedyś skończyć się niemiłą niespodzianką.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii

niedziela, 20 stycznia 2013

Wrocławski „coming-out” niezależnej blogosfery

Takich prezentacji sukcesu różnego rodzaju inicjatyw potrzeba jak najwięcej – choćby po to, by rozwiać pokutujący mit o rzekomym prawicowym nieudacznictwie.

I. Odkłamać mit prawicowego nieudacznictwa

W weekend 12-13 stycznia odbyła się we Wrocławiu konferencja „Pytania o polską niepodległość”. To już trzecie spotkanie z tego cyklu organizowanego przez Dolnośląski Instytut Korfantego i Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Poszczególne panele prowadzili pan poseł Jacek Świat i Krzysztof Grzelczyk. Tegoroczna edycja skupiała się na pokazaniu „przykładów ruchów oraz instytucji po szeroko rozumianej „prawej” stronie życia społecznego, które odniosły sukces, zakorzeniły się i są trwałym elementem życia społecznego.” Zaproszeni goście mieli opowiedzieć „o sukcesie swoich przedsięwzięć” (cyt. za prezentacją konferencji).

Osiągnięcia swoich inicjatyw prezentowali m.in: Paweł Szałamacha (współzałożyciel i pierwszy prezes Instytutu Sobieskiego), prof. Andrzej Waśko (współzałożyciel Arcanów), Wiktor Kamiński (wiceprezes Krajowej Kasy SKOK i współtwórca kas), Ilona Gosiewska (prezes Stowarzyszenia Odra – Niemen), prof. Stanisław Mikołajczak (przewodniczący Akademickiego Klubu Obywatelskiego z Poznania), Marek Michno (przedstawiciel ruchu Klubów Gazety Polskiej) oraz prezydent Bolesławca Piotr Roman i prezydent Głogowa Jan Zubowski. Całość zwieńczyła debata socjologów - „Szanse i bariery zaangażowania społecznego w Polsce AD 2013” w której wzięli udział dr Jerzy Żurko i mgr Stanisław Kamykowski.

Nie sposób tu przedstawić streszczenia, bo w zasadzie każde z wystąpień zasługiwałoby na osobną notkę, dlatego też zainteresowanych odsyłam do strony http://www.ustream.tv/channel/konferencja-pytania-o-nasz , gdzie można zapoznać się z zapisem wideo konferencji, ponadto poszczególne punkty programu emitujemy w Niepoprawnym Radiu PL (zaczęliśmy w audycji 390). Powiem tylko, że właśnie takich prezentacji sukcesu różnego rodzaju inicjatyw potrzeba jak najwięcej – choćby po to, by rozwiać pokutujący mit o rzekomym prawicowym nieudacznictwie. Pozostaje mi podziękować organizatorom, że planując spotkanie nie zapomnieli o niezależnej blogosferze.

II. Panel mediów niezależnych, czyli „coming-out” blogosfery

No właśnie – podczas konferencji mieliśmy do czynienia z ważnym wydarzeniem. Oto po raz drugi (pierwszy był ubiegłoroczny Kongres Mediów Niezależnych) prawicowy mainstream dostrzegł blogosferę i uznał jej osiągnięcia za istotne na tyle, by je zaprezentować jako przykłady sukcesu prawicowych inicjatyw. W niedzielnym panelu mediów niezależnych prezentowały się kolejno: Blogmedia24 (pani Teresa Tokarska), Niepoprawne Radio PL (MarkD) i Niepoprawni.pl (niżej podpisany, czyli Gadający Grzyb). Można powiedzieć, że mieliśmy do czynienia małym „coming-outem” niezależnej blogosfery (czyli takiej, która nie jest uzależniona od „strategicznych inwestorów” i dobrych wujków). Przy okazji, prezentując się publicznie, z imienia i nazwiska, zadaliśmy kłam twierdzeniom różnych nadętych buców, którzy starają się „unieważnić” blogosferę pokrzykując o „anonimowych, internetowych opluwaczach”.

Ale do rzeczy. Teresa Tokarska skupiła się m.in. na prezentowaniu rozmaitych akcji podejmowanych przez stowarzyszenie Blogmedia24, z pełną słusznością akcentując, że ich działalność zastępuje niejako rzecznika praw obywatelskich. Osobiście najbardziej utkwiło mi uzyskanie tzw. „umowy katarskiej”, której Dyktatura Matołów za żadne skarby nie chciała nikomu udostępnić. Nawet PiS-owi, a więc strukturze o wiele bardziej zasobnej i wpływowej nie udało się wydrzeć tego dokumentu, który miał przekazać stocznie w ręce „katarskiego inwestora”.

Z kolei MarkD przedstawił historię Niepoprawnego Radia PL, różnorodność oferty programowej, organizowane przez nasz „irlandzki oddział” spotkania z Grzegorzem Braunem, Piotrem Zarębskim, Jadwigą Chmielowską czy wywiad z Włodzimierzem Bukowskim. Myślę, że pouczające dla słuchaczy było przedstawienie realiów polskiego internetu – choćby to, że domeny w Polsce przyznawane są przez NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa), na której czele stoi były etatowy oficer ABW – pułkownik Michał Chrzanowski, którego rekomendowała komisja złożona w części z innych oficerów Agencji, dlatego też niezależne inicjatywy internetowe na wszelki wypadek wolą funkcjonować na serwerach zagranicznych (np. Niepoprawne Radio i Niepoprawni.pl są na serwerach amerykańskich).

Niżej podpisany, po skrótowym omówieniu sytuacji na medialnym rynku zdominowanym przez różne emanacje Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, przeszedł do zaakcentowania przyszłościowego potencjału internetu jako dostarczyciela niezależnych treści – rozwoju sieci nie przewidział bowiem skonstruowany i zadekretowany u zarania III RP „ład medialny”. Rój powstających oddolnie i wzajemnie się uzupełniających inicjatyw jest istotnym elementem Drugiego Obiegu 2.0 i zakres ich oddziaływania będzie się nieuchronnie poszerzał. Prezentując początki portalu wspomniałem o postaci śp. Jacka Maziarskiego, który jako „Rewizor” opublikował tekst „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Podkreśliłem również integracyjny i tożsamościowy walor naszego portalu, w końcówce zaś zaapelowałem o polecanie w swych środowiskach takich przedsięwzięć jak Niepoprawni.pl, oraz wspominanie o nich przy okazji wystąpień osób publicznych w ogólnopolskich mediach. W tym kontekście przywołałem wypowiedź śp. Przemysława Gintrowskiego dla „Rzeczpospolitej”, kiedy to pieśniarz powiedział, że czyta „Niepoprawnych”, co poskutkowało znaczącym i stałym wzrostem „klikalności”.

W międzyczasie pojawiła się w charakterze dodatkowej panelistki Ewa Stankiewicz, by zaprezentować powstającą TV Republika i zachęcić do wspierania tego pionierskiego przedsięwzięcia, jakim jest całodobowa prawicowa stacja informacyjna. Całość naszych wystąpień: http://www.ustream.tv/recorded/28447430

Odniosłem wrażenie, iż publiczność była naszymi wystąpieniami szczerze zainteresowana. Przypuszczam, że stanowiliśmy dla widzów pewną egzotykę i zapewne byli ciekawi kim są ci tajemniczy blogerzy przemierzający „dzikie pola internetu”, jak to ujął onegdaj Jacek Jarecki. Mam nadzieję, że nie sprawiliśmy zawodu.

III. Część nieoficjalna, czyli hardcorowe kolędowanie

No, ale cóż to byłaby za konferencja bez części nieoficjalnej? Tu muszę podziękować Klesowi i jego Małżonce u których zatrzymaliśmy się z Markiem na nocleg za dostarczenie nam niesamowitych wrażeń. Zaprosili nas mianowicie na wspólne kolędowanie, które odbyło się w sali budynku duszpasterstwa akademickiego, tzw. „Maciejówce”. Jak się dowiedzieliśmy, osiem lat temu „Klesowie” (przepraszam, będę Was tak nazywał, bo nie czuję się upoważniony do podawania nazwiska) postanowili wskrzesić niemal zapomnianą tradycję wspólnego kolędowania. Zaczęło się od spotkań w domu z grupą znajomych, a teraz od dwóch lat trzeba już organizować salę, bo mieszkanie nie mogło pomieścić chętnych.

Zasługą Klesa jest pomysłowa formuła kolędowania: by uniknąć kłótni „co teraz śpiewamy” ułożył mianowicie zestawy po cztery kolędy w każdym, które następnie były losowane - i jazda śpiewać! :) To był, proszę Państwa, prawdziwy "hardkor" :) Kolędy były bowiem śpiewane w całości, a każda ma 8-12 zwrotek, do tego na ogół powtórzone refreny. Nie ukrywam, że bardzo przydał się rzutnik którym wyświetlano na ekranie kolejne zwrotki, bowiem, jak większość, przyzwyczajony byłem do wersji 2-3 zwrotkowych, a dodać należy, że pojawiło się również wiele kolęd mniej znanych, w tym jedna po łacinie, a co! Dawno się tak nie naśpiewałem – dość powiedzieć, że spotkanie rozpoczęte ok. 19:00 zakończyło się o 23:00, a mogłoby potrwać i dłużej. Akompaniował nam pan Marek Dyżewski – były rektor Akademii Muzycznej we Wrocławiu, niezwykle uroczy, pełny naturalnej klasy człowiek. Czegóż chcieć więcej? Między kolejnymi, czterokolędowymi „setami” był czas na skorzystanie z przygotowanego przez uczestników poczęstunku, rozmowy i kubek wina (tak, kubek, bo korzystaliśmy z zastawy Duszpasterstwa). I ta atmosfera – jak w rodzinie...

Przy okazji dane mi było poznać osobiście znajomych z blogosfery: dwie urocze Panie – Rozkat i Damę Pik, oraz Shorka. Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że kiedyś znów się spotkamy.

Słowem, było super, a zimowy Wrocław jest po prostu piękny.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 10 stycznia 2013

Rok Powstania Styczniowego - na Litwie

...bo w Polsce i na Białorusi – „nie lzia”. Ludzie rządzący dziś Polską przestraszyli się ujadania propagandowej psiarni Kremla.

I. Litwa się nie przejmuje

Miałem odpuścić sobie pisanie o kompromitującej postawie zdominowanego przez Platformę Sejmu, który odmówił uznania 2013 rokiem Powstania Styczniowego – mimo wyjątkowej, 150 rocznicy zrywu – ale natrafiłem na inspirujący tekst Grzegorza Górnego traktujący o rosyjskich reakcjach na podobną inicjatywę Litwy. Tak się bowiem składa, iż Sejm litewski ogłosił bieżący rok rokiem Powstania, nie oglądając się na dobry humor Rosjan, traktuje bowiem swą historię i dziedzictwo poważnie. Dość powiedzieć, że to na Litwie, a nie w Polsce jest jedyne na świecie muzeum Powstania Styczniowego.

Przy okazji dowiedziałem się, skąd wzięła się fraza, by „historię zostawić historykom”, która zrobiła taką karierę w kontr-historycznym, propagandowym dyskursie III RP, gdy ktoś niepowołany ośmiela się podnosić niepożądane z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP zaszłości. Otóż zbitka ta pochodzi prościutko z Moskwy i właśnie postanowiła odgrzać ją putinowska prasa, by dać wyraz swemu zniesmaczeniu litewskimi obchodami antyrosyjskiej insurekcji. No chyba, że przyjmiemy, iż to właśnie nasza salonowszczyzna jest źródłem inspiracji kremlowskich propagandystów – oczywiście, oczywiście...

W każdym razie, rosyjskie mediodajnie uznały litewskie obchody 150 Rocznicy Powstania Styczniowego za przejaw – a jakże - „rusofobii”, „instrumentalnego traktowania historii”, które „zatruwa dzisiejsze stosunki z Rosją”. Prócz wspomnianego wezwania, by „zostawić historię historykom” mamy ponadto przypomnienie, że był to „bunt klas wyzyskujących” - polskiej szlachty i katolickiego kleru, którzy popełniali „bestialstwa” na Białorusi i Ukrainie, albowiem polscy żandarmi – „wieszatiele” i „kindżałowcy” (chodzi o sztyletników? - GG) zamordowali więcej ludzi niż hrabia Murawjow „który z sukcesem zdławił powstanie”.

II. Pogrzebana szansa polsko-litewskich obchodów

No to teraz wiemy, czego bała się Platforma. Podkreślmy to, mówiąc głośno i wyraźnie: ludzie rządzący dziś Polską przestraszyli się ujadania propagandowej psiarni Kremla i właśnie ten paraliżujący strach był przyczyną utrącenia sejmowej inicjatywy. Owszem, „na alibi” mamy uchwałę Senatu – czyli ciała drugorzędnego w naszych warunkach polityczno-ustrojowych oraz patronat Wuja z Belwederu, który pragnie się jakoś uwiarygodnić w oczach patriotycznego elektoratu, być może w ramach szerszej strategii budowy jakiejś „koncesjonowanej prawicy”, niemniej jedynie oficjalna uchwała centrum polskiego parlamentaryzmu jakim jest Sejm gwarantowałaby 150 Rocznicy należytą rangę i oprawę. Pokazują to wyraźnie przytoczone powyżej rosyjskie reakcje na obchody litewskie.

Co więcej, to właśnie Litwa, mimo wszystkich różnic i problemów we wzajemnych stosunkach, uznaje Powstanie Styczniowe za element łączący historię Polski, Litwy i Białorusi – zgodnie z powstańczym herbem na którym widniały Orzeł Biały, Pogoń i Michał Archanioł. Dziś mało kto pamięta, że Litwa już w czerwcu 2010 roku zwróciła się do Polski i Białorusi z propozycją wspólnych obchodów 150 Rocznicy Powstania. Przewodnicząca litewskiego Sejmu Irena Degutienė w projekcie przyjętego później postanowienia stwierdzała m.in.:

„Powstanie 1863 roku jest ważnym elementem europejskiej historii Litwy historycznie i kulturowo łączącym z naszymi sąsiadami Polską i Białorusią. W okresie okupacji sowieckiej było pomniejszane i zniekształcane znaczenie tego wydarzenia. W obliczu zbliżającego się jubileuszu jest więc okazja obiektywnie spojrzeć na historię oraz na nowo ocenić znaczenie Powstanie w politycznym kontekście tamtych lat. Obchody Powstania 1863 roku miałyby ogromną wagę dla społeczeństwa litewskiego, młodzieży i wspólnot narodowych”. (...)

"Zaznacza się też, że w roku jubileuszowym Litwa przejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej, toteż obchody 150. rocznicy Powstania Styczniowego będą dobrą okazją do przedstawienia historycznego dziedzictwa Litwy oraz zorganizowania z Polską i Białorusią wspólnych uroczystości." (cyt. za wp.pl)

III. Stracona okazja

Czy wyobrażają sobie Państwo, by śp Prezydent Lech Kaczyński i premier Jarosław Kaczyński – przy wszystkich meandrach „polityki jagiellońskiej” - przepuścili taką okazję? Ja wiem, że „klimat” w stosunkach międzynarodowych to niby nic konkretnego, ale może wiele spraw ułatwić. Byłaby to naprawdę niezła dyplomatyczna sposobność, by powalczyć np. o poprawę sytuacji Polaków – choćby szkolnictwa czy pisowni nazwisk – jeśli wspólne obchody (a Litwie, jak się zdaje, naprawdę na tym zależało) miałyby się odbyć i to w odpowiedniej atmosferze. Poza tym, ujrzeć wściekłość Kremla na widok wspólnych obchodów antyrosyjskiego zrywu – bezcenne. W Rosji doskonale zdają sobie sprawę z politycznego znaczenia podobnych symboli, a waga postponowanej u nas polityki historycznej jest tam od zawsze odpowiednio doceniana, czego nieustającym dowodem jest eksploatowany tam konsekwentnie mit „wielkiej wojny ojczyźnianej”.

Zamiast tego, będziemy mieli obchody na pół gwizdka, ukradkowe i wstydliwe, połączone „dla równowagi” - idę o zakład – z piętnowaniem „narodowej megalomanii”, „martyrologii”, „bohaterszczyzny” oraz „kultu klęski”. W „agorowych” mediodajniach już zaczynają piać na tę znaną od lat melodię. Można wręcz pomyśleć, że Powstanie wywołali jacyś dziewiętnastowieczni „pisowcy”, którzy „podpalili Polskę”. Przypuszczam zresztą, że ten strach, by PiS czegoś przypadkiem na Rocznicy nie ugrał, był kolejnym powodem sejmowej hańby. A poza tym, jeszcze rozeźlony Putin mógłby z zemsty wypuścić w świat jakąś kolejną wrzutkę smoleńską – tym razem kompromitującą rząd Tuska... Po co to komu?

IV. Na Białorusi „nie lzia”

I tak dobrze, że za kultywowanie pamięci o Powstaniu Styczniowym nie wyłapują u nas ludzi na ulicach, jak dzieje się to na Białorusi. Portal telewizji „Biełsat” jakiś czas temu podał bowiem informację o uroczystości z udziałem przedstawicieli białoruskich środowisk demokratycznych, którzy 27 października 2012 roku oddali jak co roku hołd pod pomnikami Konstantego Kalinowskiego - dowódcy Powstania Styczniowego na terenie Litwy i dzisiejszej Białorusi oraz Romualda Traugutta. W następstwie milicja zatrzymała czterech demonstrantów, których następnie skazano na grzywny za udział w nielegalnym zgromadzeniu i eksponowanie zakazanych, biało-czerwono-białych flag.

Jak czytamy:

„Konstanty Kalinowski (Kastuś Kalinouski) był aktywnym działaczem białoruskiego odrodzenia narodowego - wydawcą pierwszej gazety w języku białoruskim „Mużyckaja Prauda”. Jest uważany za bohatera narodowego przez Białorusinów, Litwinów i Polaków. Białoruskie władze maja kłopot z niewygodnym bohaterem narodowym. W białoruskich podręcznikach Kalinowski przedstawiany jest w niekorzystnym świetle, jak za czasów ZSRR - był bowiem rzecznikiem uniezależnienia się Litwy od Rosji i powrotu do idei federacji polsko-litewskiej. Głosił również hasła wyzwolenia i uwłaszczenia chłopów.

W pierwszych latach białoruskiej niepodległości ustanowiono order im. Kalinowskiego, jednak nikt nie został nim uhonorowany, a w 2004 r. to odznaczenie państwowe zostało zlikwidowane. Zdaniem historyków białoruskie władze nie chcą wspominać o Kalinowskim, ponieważ boją się reakcji Rosji - powstaniec walczył z Rosjanami i został przez nich powieszony w marcu 1864 r. w Wilnie.” (cyt. za http://belsat.eu, wytł. moje - GG)

No to jak, Wysoki Sejmie - „Prywislański Kraj” podąży w stronę Litwy, czy Białorusi? Tak się tylko pytam...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 6 stycznia 2013

Nagroda im. Włodka, czyli „figa” zza grobu

Nagroda-stypendium im. Adama Włodka, poza wszystkim innym, rzuca ciekawe światło na postać samej Szymborskiej.

I. Rejterada Gaudena

Afera wokół nagrody-stypendium im. Adama Włodka zakończyła się w sumie pozytywnie – tzn. Instytut Książki wycofał się ze współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej przy tym przedsięwzięciu, sama Fundacja zaś poinformowała o zawieszeniu przyznawania nagrody (50 tys zł) w roku 2013. Tu, na marginesie, warto odnotować jakiś niezrozumiały z punktu widzenia dotychczasowej kariery przebłysk Grzegorza Gaudena - prezesa Instytutu Książki - który w swoim czasie, jako naczelny „Rzepy”, nie miał oporów przed wyrzuceniem z pracy Bronisława Wildsteina na lekko tylko zakamuflowane życzenie „Wyborczej”. Na początku 2011 natomiast wsławił się bezkompromisowym obcięciem dotacji „niesłusznym” czasopismom społeczno-kulturalnym (m.in. „Frondzie”, „Pressjom” i „Christianitas”), hojnie futrując w zamian lewacką „Krytykę Polityczną”, salonowe „Więź” i „Znak” oraz „Przegląd polityczny”, wydawany przez Wojciecha Dudę - kumpla i doradcę Tuska z którym wspólnie rzeczone czasopismo zakładali. Trzeba było nielichej awantury, by zwierzchnik Gaudena, czyli minister kultury Bogdan Zdrojewski w końcu przyznał to i owo również „kato-talibom” od Terlikowskiego, Rzegockiego i Milcarka.

Wydawałoby się zatem, że Gauden to człowiek zaufany i sprawdzony w różnych terminach, prawdziwy weteran salonowych bojów z prawicowymi lustratorami tudzież moherowymi fundamentalistami i komu jak komu, ale jakiemuś Gawlikowskiemu kłaniał się nie będzie. A tu zaskoczka – kilka dni facebookowego protestu i trochę szumu w oszołomskich mediach wystarczyło, by Instytut Książki podkulił ogon. Albo przyszły jakieś wytyczne z „góry”, albo też siła salonowszczyzny sparciała na tyle, że nawet jej wsparcie nie uchroniłoby Gaudena i zarządzanej przez niego instytucji przed kompromitacją. Gdzież ta dawna potęga z czasów manipulanckiej nagonki na Wildsteina, kiedy to wystarczyło ochrzcić jego imieniem rzekomą „listę” będącą w istocie jawnym katalogiem zasobów IPN, by wszelkie autorytety z miejsca zaczęły wydawać stosowne odgłosy, zaś pomniejsi akolici pokroju Gaudena posłusznie pozbyli się „dzikiego lustratora”...

II. Nie mogła nie wiedzieć

Charakterystyczne, że nawet „Wyborcza” na swoich stronach internetowych (nie wiem jak w wersji drukowanej, nie kupuję) nie zrobiła dzikiego rabanu, jak to ma w zwyczaju, gdy ruszy się kogoś od nich. Ograniczyła się do informacji relacjonującej stanowisko Instytutu oraz Fundacji okraszonej jakimiś pojękiwaniami iluż to młodym literatom Włodek dopomógł w rozwinięciu skrzydeł. Ale w całej sprawie ciekawy jest jeszcze jeden aspekt. Otóż ta nagroda-stypendium im. Adama Włodka, ufundowana na mocy testamentu Wisławy Szymborskiej, poza wszystkim innym rzuca ciekawe światło na postać samej noblistki. Na jej rzekome „rozliczenie się” z etapem komuny i stalinizmu, na poziom autorefleksji nad tamtym okresem życia.

Chyba można przyjąć, że noblistka wiedziała o konfidenckim zaangażowaniu męża we współpracę z „organami” władzy ludowej w jej najbardziej represyjnym okresie. Wtedy, w kręgach partyjnych nie było to raczej niczym wstydliwym, o szlachetnych ubekach pisano wiersze-peany, sławiono ich w powieściach i filmach jako bojowników o wolność i demokrację, przywracających w kraju porządek i chroniących lud pracujący przed „bandami”, szpiegami Londynu, dywersantami... Słowem – czegóż tu, biorąc pod uwagę optykę zaangażowanych komunistów, trzeba się było wstydzić? Szczególnie, że – przypomnę – był to czas, kiedy późniejszy marcowy „patriota” Moczar, do dziś wspominany z sentymentem w niektórych kręgach „endokomuny”, deklarował, że „Dla nas, partyjniaków, ZSRR jest naszą Ojczyzną, a granice nasze nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na Gibraltarze”.

Zatem, nawet jeśli Szymborska nie znała szczegółów bliskiej zażyłości swego małżonka z Urzędem Bezpieczeństwa, to samego faktu kontaktów musiała być świadoma, zaś później, szczególnie po '89 roku, kiedy mimo rozlicznych przeszkód prawda o naturze bezpieki i charakterze jej relacji z konfidentami wychodziła na jaw, zwyczajnie nie mogła co najmniej się nie domyślać natury współpracy eks-męża z UB. Wszelkie wątpliwości rozwiać musiał nakręcony przez Macieja Gawlikowskiego odcinek „Erraty do biografii” poświęcony Maciejowi Słomczyńskiemu, gdzie ujawniono donos Adama Włodka na swego kolegę (TVP, emisja w 2007 – na 5 lat przed śmiercią Wisławy Szymborskiej w 2012 roku).

Mimo to, postanowiła w testamencie ufundować nagrodę jego imienia dla obiecujących literatów. O czym to świadczy?

III. „Figa” zza grobu

Najwyraźniej Wisława Szymborska do końca swych dni nie uznawała faktu donoszenia do bezpieki na kolegów w najczarniejszym, stalinowskim okresie „procesów kiblowych” za coś dezawuującego, czy choćby stanowiącego przeszkodę dla patronatu nad prestiżowym w założeniu stypendium. To, że Maciej Słomczyński został w następstwie donosów złamany przez ubecję i sam został konfidentem, z czego później przez lata nie mógł się wywikłać, również naszej noblistki jakoś nie obeszło. Już nawet nie wspominam o kompletnym zaprzedaniu się komunizmowi, bo takie „młodzieńcze zauroczenie”, „ukąszenie heglowskie” jest na salonach III RP obowiązkowym elementem biografii. W przynależności do „wnucząt Aurory”, owych „chłopców o twarzach ziemniaczanych” i „bardzo brzydkich dziewczyn o czerwonych rękach” dopatrują się tam wręcz jakiejś formy czerwonego romantyzmu. No cóż - „kwestia smaku”...

Sprawa stypendium im. Adama Włodka mówi też nam co nieco o podglebiu postawy Szymborskiej w kwestii lustracji, zwieńczonej niesławnym wierszem „Nienawiść”, który po „nocy teczek” i obaleniu rządu Jana Olszewskiego opublikowała na pierwszej stronie „Wyborcza”. Ile w autorce pozostało ze stalinistki piszącej na zamówienie poetyckie „produkcyjniaki”. Jest również ponurym świadectwem skali emocjonalnego zaangażowania po stronie michnikowszczyzny, a przeciw obozowi antykomunistycznemu z jego postulatami rozliczenia peerelowskich zbrodni i innych zaszłości, skoro postanowiła pokazać „lustratorom” taką „figę” zza grobu.

Nieważne, że Włodek był donosicielem, stalinistą, jego działalność na rzecz bezpieki mogła rujnować ludziom życie, czy wręcz doprowadzić do ich śmierci. Ufunduję w testamencie nagrodę na jego cześć, „oszołomy” będą się bezsilnie pieklić, a każdy „młody zdolny”, który ją przyjmie, poczuje się choć odrobinę nieświeżo... Złośliwość, czy jakaś pokręcona psychologia, mająca dostarczyć adeptom literatury namiastki stalinowskiego uwikłania? Chciała umoczyć ich na starcie w obronę tego, czego uczciwie obronić nie sposób i hodować tym samym kolejne pokolenie dla bliskiej jej formacji towarzysko-światopoglądowej?

No chyba, żeby rzutem na taśmę bronić poetki tym sposobem, że była tak zamknięta w półświatku salonowszczyzny, tak odcięta od wszelkich „nieprawomyślnych” informacji i do tego stopnia zaimpregnowana na oczywiste fakty w myśl zasady „nie czytałem, nie widziałem, ale się brzydzę, bo przecież każdy na poziomie...” i tak dalej, że zwyczajnie nie wiedziała o niczym, czego nie napisała „Wyborcza” z przyległościami. Ale kto wie, czy taka linia obrony nie wystawiałaby noblistce jeszcze gorszego świadectwa, niż ta nieszczęsna nagroda.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Errata do biografii – Maciej Słomczyński”: http://www.tvp.pl/vod/dokumenty/historia/errata-do-biografii/wideo/maciej-slomczynski/4285104

niedziela, 30 grudnia 2012

Sprawa Sebastiana Wasiaka

Bezpodstawne zatrzymanie i przetrzymywanie w areszcie jest klinicznym przykładem systemu pełzającej represjonizacji.

I. Pełzająca represjonizacja

O sprawie Sebastiana Wasiaka dowiedziałem się z maila otrzymanego od jednego z Czytelników, który prosił by opublikować list wysłany przez Sebastiana z aresztu śledczego na Białołęce. Nawiasem mówiąc, siedział tam również wtedy, gdy w rocznicę stanu wojennego na Białołękę przyjechał Komorowski, by pokokietować przed kamerami swą kombatancką przeszłością. List zawiesiłem na Niepoprawnych i pozostałych swoich blogach, przeczytałem go też w Niepoprawnym Radiu PL, teraz może trochę szerzej o samej sprawie.

Z tego, co można się dowiedzieć z bloga „Wolność Pokój Świadomość”, mamy do czynienia z klinicznym przejawem systemu pełzającej represjonizacji wdrażanego konsekwentnie przez Dyktaturę Matołów. Coś w stylu absurdalnych zarzutów postawionych Grzegorzowi Braunowi, lub Staruchowiczowi, z tym, że o sprawach Brauna i „Starucha” jest dość głośno, natomiast o Sebastianie Wasiaku nie wie niemal nikt.

II. „Szkoda, że to nie '86, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli...”

Ale po kolei. Jak wynika z filmu, podczas starannie hodowanej zadymy, która zapoczątkowała listopadowy Marsz Niepodległości, Sebastian Wasiak podszedł do szpaleru policjantów strzelających w tłum z broni gładkolufowej. Jego postawa była absolutnie nieagresywna: miał szeroko rozłożone ręce i skandował hasło „pokój!”. Został obezwładniony i zatrzymany, mimo interwencji kolegów, którzy bezskutecznie próbowali wytłumaczyć policji pacyfistyczny charakter akcji Sebastiana. Przewieziono go wraz ze 176 innymi osobami na komisariat i tu zaczyna się iście kafkowski festiwal absurdu. Oto niemal wszyscy zatrzymani po przyznaniu się do „winy” (czyli w większości do nie popełnionych czynów) zostali wypuszczeni, natomiast zarzuty postawiono jedynie kilku osobom, które nie zgodziły się na podżyrowanie tej farsy. Jak wynika z listu, policja nawet nie ukrywała, że miała odgórny „prikaz” zapełnienia radiowozów, protokoły spisywane były z pominięciem wszelkich procedur, zaś przesłuchujących szczególne interesowała ewentualna przynależność organizacyjna zatrzymanych (cyt. „Pierwszym pytaniem z ich strony - już na komendzie - było: /Czy jesteś z jakiegoś stowarzyszenia?/”).

W efekcie, bohaterowi niniejszego tekstu postawiono urągający faktom i zarejestrowanemu materiałowi filmowemu zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza zagrożony karą pozbawienia wolności od roku do 10 lat (art. 223 KK). Sąd postanowił o zastosowaniu środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania. Sebastian siedzi w areszcie na Białołęce do tej pory, a do rozgrzanego od swej niezawisłości sądu nie trafiają żadne argumenty. Krótko mówiąc, pokojowo nastawiony demonstrant traktowany jest jak groźny przestępca. Pamiętacie te serwisy w mediodajniach „informujące” o aresztowaniu na trzy miesiące „trzech najbardziej agresywnych chuliganów”? No właśnie. Jeśli nie przypomina to znanej z PRL-u nagonki na „wichrzycieli”, „chuliganów” i „ekstremę z Solidarności”, to nie wiem, czego jeszcze trzeba.

W ten neo-peerelowski klimat doskonale wpisała się policja. Oddajmy głos Sebastianowi: „Dwa dni po zatrzymaniu, jadąc windą na posiedzenie sądu (...) - oczywiście skuty kajdankami i w asyście dwóch policjantów po cywilu - usłyszałem od policjanta, który wszedł po drodze takie słowa: /Szkoda, że to nie 86`, bo wtedy nie wiadomo, czy byście stąd żywi wyszli/”.

III. „Władza pokazuje na co ją stać”

Zastanawiam się, czy opisana tu sytuacja zainspiruje dziennikarzy sadowiących się po „jasnej stronie Mocy” – w końcu, sprawę Piotra „Starucha” Staruchowicza potrafili nagłośnić, monitorować, alarmować, naciskać... Z drugiej jednak strony, ich postawa wobec szykan jakie spotkały Grzegorza Brauna nie napawa optymizmem. Może jednak... To co, panie i panowie z grona „autorów niepokornych”, bojownicy ze „strefy wolnego słowa” i tak dalej – zainteresujecie się? Sądzę, że po coś macie te legitymacje dziennikarskie, które pozwoliłyby wam chociażby uzyskać widzenie z aresztantem, przeprowadzenie wywiadu i reaserchu pełniejszego, niż pozwalają na to możliwości skromnego blogera. Obecnie w sądowej poczekalni czeka wniosek o uchylenie Sebastianowi aresztu. Póki co, nie wiadomo jednak nawet kiedy zostanie rozpatrzony. To chyba niezły moment, by wkroczyć do akcji i trochę ponaciskać, mając do dyspozycji ogólnopolskie gazety i portale chwalące się przy każdej okazji kolejnymi rekordami klikalności, prawda?

Osobną sprawą jest postępowanie organizatorów Marszu Niepodległości. Jeden ze znajomych Sebastiana w komentarzu pod listem poinformował, że napisał w omawianej tu sprawie do rzecznika ONR-u i nie uzyskał odpowiedzi. I to jest, przyznam się, kompletnie dla mnie niezrozumiałe. Oto współorganizator, którego przedstawiciele krzyczeli zaraz po Marszu o policyjnej prowokacji, dostaje do ręki gotowy materiał potwierdzający co najmniej skandaliczne nadużycie organów ścigania oraz wymiaru sprawiedliwości – i nic z tym nie robi. Nie mają prawników, którzy zaapelowaliby np. do rzecznika praw obywatelskich? Zatrzymany nie jest wystarczająco „ich”, bo nie należy do Młodzieży Wszechpolskiej, czy ONR-u? No, ludzie...

W przywoływanym tu wielokrotnie liście pada trafna konstatacja: „władza pokazuje na co ją stać”. Dlatego o takich sprawach, jak ta Sebastiana Wasiaka, trzeba mówić i nagłaśniać je w miarę naszych możliwości. Oni nas testują. Badają, na ile mogą sobie pozwolić. Jeśli będziemy milczeć, Dyktatura Matołów pozwalać będzie sobie w stosunku do nas na coraz więcej, pełzająca represjonizacja zataczać będzie coraz szersze kręgi, aż doczekamy się powtórki ze słynnych słów pastora Martina Niemöllera:

„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.

Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.

Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było."

 

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


P.S. Kontakt z Sebastianem Wasiakiem:

widzenie:

Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście

ul. Krucza 38/42 00-312 Warszawa

(nr tel.: 224406675)

Koniecznie należy dodać numer sprawy: 4Ds2627/12

list:

Sz.P. Sebastian Wasiak syn Piotra

Areszt Śledczy Warszawa Białołęka Ciupagi 1

03-016 Warszawa

(nr tel.: 223217650)

PP.S. Film z zatrzymania Sebastiana:

 

Materiał propagandowy z Polsat News: