niedziela, 21 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 156

Antysemityzm! Izraelska sonda kosmiczna „Beresheet” rozbiła się na Księżycu, który – nie oszukujmy się – mógł zrobić o wiele więcej, by sondę uratować, a kto wie, czy nie przyczynił się aktywnie do jej unicestwienia, celowo nadstawiając się twardszą stroną. W związku z tym, Izrael zażądał w ramach rekompensaty „uznania swojej suwerenności” nad Srebrnym Globem, a Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała wobec Wszechświata roszczenie w wysokości kwadryliona $ za utracone mienie. Prezydent Donald Trump ma podpisać na dniach stosowny dekret, nad wykonaniem którego czuwać będzie Departament Stanu.


*

Ale, nie koniec na tym. Jak wieść niesie, pierwsze pozwy zostaną skierowane przeciwko Polsce, bowiem zachodzi graniczące z pewnością podejrzenie, że w zniszczeniu żydowskiego mienia brał czynny udział znany powszechnie polski antysemita – Pan Twardowski. Nad stosowną pracą badawczą pochylają się już profesorowie J. Grabowski, J.T. Gross, B. Engelking oraz P. Śpiewak. Grant na publikację opiewający na 1 mln. zł. wyasygnowało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


*

Z cyklu „wstawania z kolan”. IPN odwołał zaplanowaną ekshumację na terenie byłego obozu koncentracyjnego Treblinka I. Stało się tak na żądanie amerykańskiego Departamentu Stanu, który zażyczył sobie, by ewentualna ekshumacja odbyła się po „konsultacji” ze środowiskami żydowskimi. Wprawdzie obóz Treblinka I został utworzony dla Polaków, ale wystarczyło, że Żydzi wyrazili przypuszczenie, iż „mogą” znajdować się tam również szczątki żydowskie, by strona polska pokornie schowała dudy w miech. Słusznie – jeszcze by się okazało, że w obozach nie ginęli wyłącznie Żydzi, a wszak samo wysnuwanie takiej rewizjonistycznej hipotezy dowodzi faszyzmu, antysemityzmu i onanizmu. Może więc skończyć z tą ciuciubabką, tylko oficjalnie uznać zwierzchność „ludu Izraela” nad wszystkimi miejscami pamięci? Nasz wielki przyjaciel Jonny Daniels byłby z pewnością zadowolony.


*

Wstawania z kolan ciąg dalszy. Stanisław Michalkiewicz ujawnił na swoim videoblogu notatkę ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) ze swym odpowiednikiem z ramienia Departamentu Stanu USA Thomasem Yazdgerdim, do którego doszło 25 października 2018 r. W skrócie – Amerykanie każą rządowi PiS dogadać się „po cichu” do czasu jesiennych wyborów z Żydami w sprawie „odszkodowań”, a po wyborach przekuć uzgodnienia w konkretne działania legislacyjne. Jak to leciało? „Ustawa 447 nie wywoła w Polsce żadnych skutków prawnych”? Oczekuję, że ci, którzy wmawiali nam te brednie obetną sobie teraz języki i zeżrą je na surowo.


*

Z życia „europejczyków”. Na inauguracji Tuskowego „Ruchu 4 Czerwca” miał wystąpić Barack Obama – niestety, okazało się, że Obama liczy sobie za taką uprzejmość 400 tys. dolarów i „europejczykom” wychłódło. To Tusk, ze swoimi zarobkami „króla Europy” nie chciał się dorzucić? A to sknera!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (19-25.04.2019)

niedziela, 14 kwietnia 2019

Jak nierówna jest Polska?

Jak ktoś przytomnie zauważył – tzw. klasę średnią w Polsce od bezdomności dzielą trzy raty kredytu.


„Jak nierówna jest Europa?” - to tytuł raportu sporządzonego przez trójkę francuskich ekonomistów (Thomasa Blancheta, Lucasa Chancela i Amory'ego Gethina) z World Inequality Lab (WIL), ośrodka badawczego założonego przez Thomasa Piketty'ego. Analiza wywołała u nas niezłe zamieszanie, bo wychodzi z niej, że w Polsce nierówności dochodowe są o wiele większe, niż dotąd sądzono. O ile wg danych Eurostatu nasz kraj nie odbiega od europejskiej przeciętnej, o tyle zdaniem autorów raportu Polska jest liderem jeśli chodzi o poziom nierówności i co więcej – zanotowała najwyższą dynamikę wzrostu rozwarstwienia dochodów w latach 1980-2017. Jest jeszcze jedna ciekawostka: otóż wśród wszystkich 39 badanych krajów, to właśnie w przypadku Polski odnotowano największą rozbieżność między dotychczasowymi wskaźnikami, a ustaleniami badaczy z WIL. Generalnie, „rozjazd” bierze się z odmiennych metod badawczych – Eurostat bazuje głównie na informacjach ankietowych, natomiast raport WIL bierze ponadto pod uwagę partycypację w dochodzie narodowym i dane z urzędów skarbowych. Efekt jest taki, że o ile w przypadku wyliczeń Eurostatu na 10 proc. najlepiej zarabiających Polaków przypada 23,2 proc. dochodu narodowego, to wg omawianego raportu grupa ta ma ponad 38 proc. udziału w dochodzie narodowym – następne są Niemcy i Irlandia, gdzie wartość ta oscyluje wokół 35 proc. Średnia europejska to 34 proc. udziału najlepiej zarabiających w dochodzie narodowym.

Rozbieżność z danymi unijnymi spowodowana jest najprawdopodobniej ułomnością metody ankietowej – do osób bogatych trudniej trafić; jest ich mniej, więc mogą być niedoszacowane; ponadto mogą zaniżać informacje o swych dochodach. Dotyczy to w szczególności Polski, gdzie chwalenie się majątkiem wciąż nie jest powszechnie przyjęte, na co nakłada się niski poziom zaufania społecznego i nieufność wobec państwa. Z różnych obserwacji socjologicznych wynika ponadto, że nawet osoby należące obiektywnie do klasy wyższej wolą deklarować się jako klasa średnia – i stosownie do tego odpowiadać ankieterowi.

Nie znaczy to jednak, że metoda francuskich ekonomistów nie jest obarczona wadami. Po pierwsze, w przypadku Polski i innych byłych „demoludów” problematyczny jest zakres czasowy, obejmujący ostatnią dekadę komuny. Chyba bardziej adekwatne byłoby liczenie od lat 1989-1990 (choć z drugiej strony, uwypukliłoby to dynamikę narastania nierówności). Druga rzecz – autorzy raportu nie uwzględniają transferów społecznych poza emeryturami, biorąc pod uwagę jedynie „gołe” dochody z zarobków – i to przed opodatkowaniem (ale tu z kolei kłania się regresywny system podatkowy w Polsce). No i trzecie zastrzeżenie – szara strefa, w tym pensje wypłacane „w kopertach” oraz dochody z pracy za granicą.

Jednak mimo wszystko skłonny jestem sądzić, że bliższa prawdy jest analiza WIL – a to dlatego, że zbiega się ona w jakimś stopniu z innymi danymi. W Polsce ponad dwie trzecie pracowników zarabia poniżej średniej krajowej – i to biorąc pod uwagę dane GUS nie obejmujące najmniejszych przedsiębiorstw, w których statystycznie zarabia się jeszcze mniej. Do tego ponad 13 proc. zarabiających powyżej średniej mieści się w pułapie 4346 - 5433 zł. brutto. Dodajmy, że w dotychczasowych statystykach mediana zarobków była przeważnie o ok. 20 proc. niższa od średniej, a dominanta (najczęściej wypłacana pensja) to mniej niż połowa średniej krajowej. Wg cytowanych przez INFOR wyliczeń Open Finance obecna dominanta nie przekraczałaby zatem 2500 zł. brutto. Nawiasem mówiąc, przypomina mi się wywiad z dyrektorem potężnej firmy narzekającym, że nie może znaleźć w Warszawie pracowników za 3000 brutto i wzdychającym za Ukraińcami...

Powyższe potwierdzałby wskaźnik udziału płac w PKB – w Polsce wynosi on 48 proc. (piąte miejsce od końca w UE), przy unijnej średniej 55,4 proc. Siłą rzeczy, zważywszy na efekt skali, wpływ na taki stan mają pensje nisko zarabiającej większości, a nie wysoko wynagradzanej mniejszości.

No i wreszcie, omawiany tu ostatnio regresywny system podatkowy, najbardziej uderzający po kieszeni najmniej zamożne warstwy społeczne – regresywne opodatkowanie konsumpcji, kapitału i działalności gospodarczej w połączeniu z ucieczką najlepiej opłacanych osób na fikcyjne samozatrudnienie, dodatkowo pogłębia nierówności.

Może rozwarstwienie nie jest aż tak dramatyczne, jak przedstawiono w raporcie, ale jednak stanowczo zbyt duże – jest to zresztą problemem globalnym. I nie chodzi tutaj o zaprowadzenie jakiegoś totalnego egalitaryzmu. Ofiarą procesu narastania nierówności pada bowiem przede wszystkim klasa średnia – albo zanikająca (jak na Zachodzie), albo wręcz nie mogąca się narodzić – jak Polsce, bowiem to co u nas nazywamy szumnie „klasą średnią” de facto nią nie jest. Jak ktoś przytomnie zauważył – tzw. klasę średnią w Polsce od bezdomności dzielą trzy raty kredytu. A bez tej warstwy społecznej trudno mówić nie tylko o zdrowej gospodarce, ale również o normalnie funkcjonującym państwie.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 15 (12-18.04.2019)

Ezoteryczna trucizna

Nic dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.


I. Lewacka paranoja

Histeria na tle wydarzenia w gdańskiej parafii NMP Matki Kościoła i Świętej Katarzyny Szwedzkiej daje do myślenia. Przypomnijmy, że 31 marca, po niedzielnej Mszy Św., goszczący w parafii ks. Rafał Jarosiewicz związany z koszalińską fundacją „SMS z Nieba” przy współudziale wiernych i za zgodą miejscowego proboszcza rozpalił (niewielki) stos na którym znalazły się książki promujące treści okultystyczne, a także inne guślarskie utensylia – m.in. rytualna szamańska maska, figurki słoników „na szczęście” czy parasolka „Hello Kitty”. Inicjatywa (podjęta w ramach wielkopostnych rekolekcji) miała na celu zwrócenie uwagi na szkodliwość literatury i przedmiotów związanych z szeroko rozumianą ezoteryką, czarami, zabobonami itp., jako sprzecznymi z nauką Kościoła. A ta, odnośnie magii jest precyzyjna i jednoznacznie potępia tego typu praktyki, będące wykroczeniem przeciw Pierwszemu Przykazaniu („Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”). Katechizm Kościoła Katolickiego w pkt. 2115-2117 zabrania parania się jakimikolwiek czynnościami z zakresu wróżbiarstwa, magii i spirytyzmu. Wydawałoby się więc, że w działaniach księży nie ma nic szczególnie kontrowersyjnego: ot, spalili trochę pogańskiego śmiecia ku nauce i przestrodze – kilka „Harry Potterów”, sagę fantasy „Zmierzch” obłaskawiającą wampiryzm, jakieś wypociny hinduskiego „guru” - wielkie mi halo.

Niemniej, po tym, jak fundacja SMS do Nieba wrzuciła zdjęcia z akcji na swój facebookowy profil, rozpętało się istne pandemonium – szczególnie ze strony osób i mediów, które trudno podejrzewać o jakiekolwiek związki z Kościołem. Usłyszeliśmy więc, że palenie książek to powrót do Niemiec z lat '30 XX w. (klasyczne reductio ad Hitlerum), tudzież epoki stosów i Świętej Inkwizycji (w jej karykaturalnym obrazie rodem z protestanckiej i oświeceniowej propagandy). Generalnie - ciemnota, zabobon i kołtuneria. Sprawę podchwyciły zagraniczne media, co skwapliwie odnotowały rodzime lewackie przekaziory wedle znanego schematu „co za wstyd przed światem” oraz różni postępowi katolicy. Spazmom oburzenia nie było końca. Do tablicy poczuła się wywołana koszalińska kuria, która ustami rzecznika odcięła się od poczynań ks. Jarosiewicza, a także sam prymas, abp. Wojciech Polak. Zastanawiam się, czy stałoby się coś strasznego, gdyby Kościół instytucjonalny dał delikatnie do zrozumienia natarczywym i ewidentnie szukającym sensacji pismakom, że to co robią księża wraz z parafianami w ramach praktyk religijnych, to nie ich zakichany interes?

Obrazu groteski dopełnili miejscowi urzędnicy i aktywiści... walczący ze smogiem. Ci pierwsi zapowiedzieli „czynności sprawdzające” pod kątem „palenia ogniska bez zezwolenia oraz palenia plastikiem i niedozwolonymi substancjami”. Natomiast Rybnicki Alarm Smogowy (gdzie Rybnik, a gdzie Gdańsk?) złożył doniesienie do prokuratury z art. 183 par.1 Kodeksu Karnego (dotyczy m.in. utylizacji odpadów w sposób mogący zagrozić „życiu lub zdrowiu wielu osób lub spowodować zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach”), argumentując, że osoby postronne oraz ministranci asystujący przy paleniu ogniska byli narażeni na wdychanie szkodliwych spalin. Księżom grozi potencjalnie od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności. Nie omieszkały również uaktywnić się lokalne feministki z grupy „Dziewuchy Dziewuchom” oraz „Feministycznej Brygady Rewolucyjnej”, zapowiadając akcję wymieniania się „zakazanymi książkami”. Wszystko zostało przedstawione tak, jakby gdańscy księża zorganizowali jakieś lotne brygady przeczesujące mieszkania parafian w poszukiwaniu nieprawomyślnych książek i przedmiotów.


II. „W tym szaleństwie jest metoda”

W całej tej lewackiej paranoi dostrzegam jednak drugie dno – i nie chodzi bynajmniej tylko o chęć doraźnego zaszkodzenia Kościołowi i przedstawienia go jako siedliska ciemnoty. Nie chodzi również wyłącznie o wojujący racjonalizm – gdyby tak było, lewica z równą zaciekłością zwalczałaby np. ruchy ezoteryczne. Rzecz nie tkwi także w samym paleniu książek, bo niszczenie Biblii przez Adama Darskiego „Nergala” błyskawicznie znalazło wielu obrońców „wolności artystycznej”, na czele z przewielebnym ks. Adamem Bonieckim. Otóż wszystkich tych oburzonych aktywistów do białej gorączki doprowadziło manifestacyjne spalenie przedmiotów związanych z magią i okultyzmem – a te, mają wśród lewicy wielu zarówno cichych, jak i całkiem głośnych przyjaciół. Tu już nie ma miejsca na swobodę ekspresji, „happening” itp., bowiem okultyzm jest przynajmniej przez część lewicowych środowisk traktowany jako sprzymierzeniec w walce z Kościołem. Z podobnych powodów „Harry Potter” cieszy się statusem jakiegoś pogańskiego świątka – i to nie dlatego, że „zachęca dzieci do czytania”, tylko właśnie ze względu na treść, prezentującą magiczne praktyki jako ekscytującą przygodę, czego pokłosiem są różne „szkoły magii” organizowane dla małych adeptów sztuk tajemnych.

Szczególnym przypadkiem są kręgi feministyczne. Na imprezach firmowanych przez Kongres Kobiet normą są stoiska ezoteryczne czy medycyny alternatywnej, prezentujące gusła z różnych stron świata. Oświecone „siostrzyce” mogą się na nich zaopatrzyć w tak ekskluzywne towary jak „energetyczne” magnesy i kryształki, karty tarota, wahadełka, nie mówiąc już o cudownościach produkowanych przez pana Jerzego Ziębę. Gwoli sprawiedliwości – spotyka się to ze sprzeciwem bardziej racjonalnej części feministek, słusznie widzących tu groźbę kompromitacji dla całego ruchu. Cóż jednak po tym, skoro poczesne figury feminizmu w rodzaju pisarki Marii Nurowskiej i reżyserki Agnieszki Holland otwarcie przyznają się do praktykowania voodoo i nakłuwania laleczek posła Stanisława Piotrowicza w intencji jeśli nie zgonu, to przynajmniej spowodowania wylewu i paraliżu? A co począć z prof. Magdaleną Środą, która wedle jej własnych słów, brała udział w kursach na których wykładała „czarownica z Salem” - do tego odbywających się w... Domu Pracy Twórczej „Mądralin” Polskiej Akademii Nauk? Ta sama Środa mówiła też o trwających „do białego rana” „wtajemniczeniach” podczas sabatów w Noc Walpurgii czy noc bogini Hekate, których efekty mają być później „widoczne w życiu politycznym”... Co dalej – Instytut Magii Stosowanej PAN? W tym kontekście nie dziwi opisana wyżej aktywizacja gdańskich feministek – trzeba tylko dodać, że jeśli zarzucają Kościołowi umysłową ciasnotę, to same tkwią w „wiekach ciemnych” (przedchrześcijańskich) po same uszy.


III. Piekło zawyło

Pora jednak na kwestię najważniejszą. Czy rekolekcyjna akcja w gdańskiej parafii była w ogóle potrzebna? Otóż tak, jak najbardziej, bowiem ezoteryka cieszy się w polskim społeczeństwie ogromną popularnością. We wróżby wg CBOS wierzy nawet 58 proc. Polaków, co roku z różnych form wróżbiarstwa i jasnowidzenia korzysta nawet 2,5 mln. osób. To nie tylko tradycyjne wizyty lecz również wysokopłatne SMS-y, ezoteryczne infolinie, portale internetowe... Usługi zamawiają także biznesmeni – chociażby „numerologiczne” diagnozy co do mającej przynieść pomyślność nazwy firmy, daty rozpoczęcia działalności, porady feng-shui odnośnie urządzenia biura mającego zapewnić „pozytywną energię”. W ruch idą szklane kule, wahadełka, karty tarota... Ocenia się, że polski rynek tego typu usług ma wartość ok. 2 mld. zł. rocznie. Dla porównania – na tacę i inne ofiary wierni przeznaczają ok. 1,2 mld. zł., a zatem Polacy gotowi są przekazywać różnym szarlatanom więcej, niż swojemu Kościołowi!

Ale to nie wszystko – z tego rodzaju praktykami wiąże się również inicjacja w toksyczną duchowość, co kończy się często różnymi formami zniewoleń i opętań. Świadectwa księży egzorcystów, a także ofiar magicznych praktyk nie pozostawiają tu wątpliwości. Podobny mechanizm dotyczy także werbunków do różnych sekt. Nic więc dziwnego, że na widok gdańskiego stosu zawyło piekło i jego ziemscy słudzy. W końcu kosmaty wyjątkowo nie lubi, gdy rzuca mu się w twarz „apage, Satanas!”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ezoteryczny skok na kasę

Duchowa detoksykacja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

Pod-Grzybki 155

Zbrodnia! Polska i świat zatrzęsły się ze zgrozy, bo w Gdańsku podczas wielkopostnych rekolekcji spalono pod przewodnictwem księdza jakieś ezoteryczne badziewie, w tym książki „Harry'ego Pottera”. Szkoda, że nie przysmażono młodocianego czarnoksiężnika we własnej osobie - to dopiero byłby powód do wrzasków! Dla niego samego w szczególności.


*

Prócz odgłosów oburzenia, miejscowe władze zapowiedziały kontrolę mającą wykazać, czy nie doszło do wykroczenia, tj. palenia ogniska bez zezwolenia i spalania toksycznych substancji. Od razu odpowiem: owszem, jak najbardziej spalano „substancje toksyczne”, a konkretnie – promujące toksyczną duchowość. Jak rozumiem, gdyby ksiądz proboszcz zechciał urządzić dla parafian grilla z kiełbaskami, to nasłano by straż pożarną i Sanepid?


*

O całej historii i jej rozmaitych konotacjach piszę szerzej w osobnym tekście, więc tutaj jeszcze tylko ogólna uwaga. Czasem, gdy widzę antykościelne hece w wykonaniu różnych rozbestwionych bezkarnością hunwejbinów postępu, to przyłapuję się na myśli, że może Kościół niepotrzebnie spacyfikował Święte Oficjum i zrezygnował z kary stosu. Wyobraźmy sobie tylko ten efekt prewencji – gdyby dziś przy każdej diecezji funkcjonował urząd inkwizytorski, to coś czuję, że paru wielce ideowym lewackim krzykaczom i „artystycznym prowokatorom” przeszła by nagle ochota do gardłowania i gorszenia bliźnich.


*

Z weselszych wieści: Kazimierz Pułaski był genderem! Tak ustalili naukowcy po kilkunastu latach żmudnego badania szkieletu konfederata barskiego i bohatera amerykańskiej wojny o niepodległość. Szkielet ponoć jest ewidentnie kobiecy, a Kazimiera Pułaska cierpiała na przerost kory nadnerczy, co skutkowało podwyższonym wydzielaniem testosteronu. W związku z tym, feministki od tej pory będą na cześć siostrzycy-Kazimiery paradować w czapkach-konfederatkach. Tylko piwo „Warka” nie będzie już smakować tak samo...


*

Prócz Kazimiery Pułaskiej, jak wiadomo, kobietą była Mikołajka Koperniczanka – wystarczy spojrzeć na obraz Jana Matejki (a może Janiny Matejkowej?): powłóczysta szata, długie, rozwiane włosy... Że co proszę? Że to taka artystyczna wizja? To Matejko miewał wizje? A co brał, jeśli wolno zapytać? I wierz tu artystom... Właśnie dlatego, na dźwięk słowa „kultura” odbezpieczam karabin.


*

Swoją drogą, czekam aż na stronach „Kretyniki Politycznej” ukaże się poważny esej o Kazimierze Pułaskiej, napisany z genderowego punktu widzenia - seriozny i naładowany ideologicznym napięciem. Przeczuwam równy ubaw, jak przy lekturze tekstu pewnego chłopca studiującego filozofię, który stwierdził, że powinni mu za to płacić. Szczerze mówiąc - gdybym sam studiował filozofię, pewnie też doszedłbym do takiego wniosku. Na szczęście dla budżetu państwa, od filozofii trzymam się równie daleko, jak od wszelkiej kultury.


*

Post Scriptum: prawdziwa tożsamość Mariana Curie-Skłodowskiego i Albertyny Einsteinowej wciąż pozostaje obiektem sporów i dociekań.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (12-18.04.2019)

sobota, 13 kwietnia 2019

Nowa szkoła antypolonizmu

Nowa polska szkoła historii Holocaustu” to kolejna odsłona wojny o pamięć, w której jedyną ofiarą mają być Żydzi, zaś dla Polaków zarezerwowana jest rola współsprawców ludobójstwa.


I. Stara szkoła antypolskiej hagady

W ostatnich tygodniach objawił się nam dość pokraczny twór, nazwany przez jego animatorów „Nową polską szkołą historii Holocaustu”. Już w samej nazwie kryje się fałsz, bowiem nie jest to ani „szkoła”, ani „nowa”, ani „polska” i nade wszystko - nie zajmuje się badaniem historii w klasycznym, naukowym znaczeniu. Jedynym prawdziwym członem nazwy jest holocaust, na którym żerują autorzy, traktując jednak ludobójstwo w wielce specyficzny sposób – jako pokarm dla swoich antypolskich obsesji.

Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Otóż dotychczasowy dorobek „szkoły” nie przynosi żadnych przełomowych odkryć – jest to raczej zbiór znanych od dziesięcioleci polakożerczych sloganów i klisz, sprowadzających się do imputowania nam czynnego współudziału w zagładzie Żydów. Wedle tej narracji, Polacy to ciemna, zindoktrynowana przez Kościół antysemicka tłuszcza, która, gdy tylko nadarzyła się okazja, rzuciła się mordować Żydów. Co za tym idzie, podczas okupacji powszechnym zjawiskiem miało być wydawanie i zabijanie Żydów, urządzanie pogromów i szmalcownictwo, zaś przypadki ratowania to wyjątki na tyle nieliczne, że wręcz nieistotne w porównaniu do masowych, antyżydowskich postaw. Widzimy więc, że nie ma tu nic nowego – z podobnymi antypolskimi stereotypami w kontekście niemieckiej okupacji i holocaustu mamy do czynienia od dawna. Cały wysiłek „badawczy” akolitów owej „szkoły” skupia się jedynie na „udowadnianiu” założonych z góry tez za pomocą wybiórczego, manipulatorskiego traktowania materiałów źródłowych, a niekiedy wręcz preparowania zwyczajnych kłamstw. Nie jest to zatem żadna szkoła historyczna, tylko podszywający się pod takową kolejny ośrodek antypolskiej propagandy.

Wreszcie, trudno tu mówić o jej „polskim” charakterze, bowiem gros jej przedstawicieli jest Polakami co najwyżej formalnie, z obywatelstwa. Cała ich postawa świadczy o tym, że polskości serdecznie nienawidzą, mają ją w głębokiej pogardzie, nie utożsamiają się z polskim narodem, a formułując wobec Polaków zarzuty kolaboracji z „nazistami” i współudziału w zagładzie ewidentnie biją się w cudze piersi. Wystarczy zresztą ich posłuchać – mówiąc o rzekomych polskich zbrodniach nigdy nie formułują zarzutów w pierwszej osobie. Nie mówią - „myśmy to zrobili”, „to nasza wina”. Każdorazowo oskarżenia podawane są w osobie trzeciej – to „Polacy mordowali”, „polscy chłopi dokonali pogromu”, „rabowali” itd. Widać wyraźnie, że Polacy to dla nich ciało obce – nie poczuwają się do jakiejkolwiek wspólnoty z nimi i tylko czystym przypadkiem, z racji miejsca urodzenia, mówią tym samym językiem. W konsekwencji, rozliczając Polaków z ich postaw podczas II wojny światowej, czynią to z perspektywy zewnętrznego obserwatora, wręcz obcokrajowca, w najmniejszym stopniu nie utożsamiając się z historią polskich losów. Tak więc, słowo „polska” w nazwie rzekomej „szkoły” jest zawłaszczeniem i nadużyciem.

Spójrzmy zresztą na najwybitniejszych luminarzy tego samozwańczego gremium. Jan Tomasz Gross – z wykształcenia socjolog; Barbara Engelking – socjolog kultury; Jacek Leociak – polonista i literaturoznawca; Andrzej Leder – filozof kultury i psychoterapeuta; no i wreszcie historycy - Dariusz Libionka i Jan Grabowski. Jak się zdaje, wszystkich ich łączy żydowskie pochodzenie i lewicowo-liberalny światopogląd, a większość z nich do fachu historyka została niejako wtórnie przyuczona. Taka to i „polska szkoła historyczna” - tworzona przez lewackich pseudohistoryków i bez Polaków.

Cechą charakterystyczną uprawianej przez nich działalności jest przyjęcie w całości i bez zastrzeżeń dominujących w środowiskach żydowskich antypolskich resentymentów, znajdujących wyraz w polakożerczej propagandzie, której punktem centralnym jest przedstawienie nas jako współsprawców holocaustu. Znajduje to wyraz w „metodzie badawczej” sprowadzającej się do wyszukiwania argumentów mających to współsprawstwo potwierdzić oraz pomijania faktów, które tej naczelnej tezie zadają kłam. Innymi słowy, nie spisują historii, lecz tworzą nienawistną hagadę – rodzaj legendy, w której ważniejsze od historycznej prawdy jest tzw. ogólne przesłanie. Widzimy tu jak w soczewce różnice cywilizacyjne w podejściu do prawdy: w cywilizacji łacińskiej prawda to obiektywnie istniejący stan rzeczy do odkrycia którego należy dążyć; w cywilizacji żydowskiej natomiast prawda ma charakter względny i użytkowy - może być przedmiotem targów i negocjacji, a prawdziwe jest to, co w danej chwili jest wygodne. Doskonale podsumował to w wywiadzie dla Radia Maryja ks. prof. Waldemar Chrostowski, który na dialogu z Żydami zjadł zęby (zanim uciekł z krzykiem): „My pytamy, co jest dobre, oraz szukamy obiektywnego dobra i zasad, które można uogólnić na wszystkich ludzi. Natomiast Żydzi pytają, co jest dobre dla Żydów. Także w odpowiedzi na pytanie, co jest prawdziwe, interesuje ich to, co jest prawdziwe dla Żydów, a więc co wybrać z tego, co się wydarzyło, by interpretacja historii i teraźniejszości oraz wizja przyszłości były korzystne z perspektywy żydowskiej”. I właśnie z takim podejściem mamy do czynienia w przypadku tzw. „Nowej polskiej szkoły historii Holocaustu”. Zatem prawidłowa nazwa powinna brzmieć: „Stara szkoła antypolskiej hagady”.


II. Antypolski sabat w Paryżu

Najnowszym wykwitem tej antypolskiej hucpy była słynna paryska konferencja, która odbyła się w dniach 22-22 lutego br. z udziałem m.in. prof. Jacka Leociaka, prof. Jana Grabowskiego, dr-a Andrzeja Ledera, Jana Tomasza Grossa, Aliny Skibińskiej i dr Karoliny Panz. Uczestnicy reprezentowali głównie dwie instytucje: Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN oraz Żydowski Instytut Historyczny, przy czym część prelegentów to również współautorzy głośnej książki „Dalej jest noc” (o której więcej za chwilę) – można powiedzieć, że „dzieła kanonicznego” dla „Starej szkoły antypolskiej hagady”. Jak wiemy, padały tam skandaliczne oskarżenia, w czym szczególnie brylowali Jacek Leociak, Jan Grabowski i Andrzej Leder. Ten pierwszy, odnosząc się do negowania przez Polaków ich rzekomego współsprawstwa w Holocauście, zabłysnął kwestią: „Wcześniej jednak trzeba zniszczyć historyczne relacje, świadectwa i dokumenty zdeponowane w archiwach, zastępując je podróbkami; wmówić żyjącym jeszcze ofiarom i świadkom, że nie widzieli tego, co widzieli; wykopać szczątki żydowskich ofiar z anonimowych grobów rozsianych po Polsce i włożyć tam kamienie. Tego oczywiście zrobić się nie da. Pozostają więc tylko zaklęcia, mistyfikacje, odprawianie publicznych rytuałów”. Wszystko wykrzyczane na wysokim emocjonalnym diapazonie i okraszone wymachiwaniem rękami, z niedwuznaczną sugestią, że Polacy chcą się wybielić fałszując historię. Z kolei J.T. Gross powtórzył swą znaną tezę, że Polacy na wsiach wymordowali więcej Żydów niż Niemcy. Natomiast Jan Grabowski uraczył zebranych swymi „obliczeniami” wedle których Polacy mieli w tzw. trzeciej fazie Holocaustu (czyli już po likwidacji gett) zabić ok. 250 tys. Żydów. Skąd ta liczba? Jak odkrył ambasador w Paryżu Jakub Kumoch (który zadał sobie trud zdobycia i opisania nagrań z konferencji), wg Grabowskiego przeżyło zaledwie 1,8 proc. ukrywających się Żydów. W domyśle – resztę wymordowali Polacy. Tymczasem ów 1,8 proc. to jedynie odsetek przebadanych przypadków! „To przyczynek do tego, jak powstają »liczby Grabowskiego«” - konkluduje ambasador Kumoch.

Istnym kuriozum był „psychologiczny” wywód Andrzeja Ledera, wedle którego nasączeni antyżydowskimi emocjami Polacy na widok zagłady... poczuli się współwinni i dlatego zaczęli tę winę „wypierać” i „przerzucać na innych” - czyli Niemców, rzeczywistych sprawców zbrodni, zaś „obsesyjne podkreślanie własnych zasług” ma „maskować zawinienie”. Rozumieją Państwo – ziściły się nasze fantazje o mordowaniu Żydów, więc przerzuciliśmy winę na tych, którzy faktycznie mordowali...

Na konferencji byli obecni przedstawiciele Polonii i dr Maciej Korkuć z IPN, który w pewnym momencie zabrał głos i próbował sprostować co grubsze oszczerstwa – organizatorzy jednak skutecznie mu to uniemożliwili. Po konferencji Jacek Leociak usiłował przedstawić ich jako wyjącą i tupiącą antysemicką dzicz – w świetle dostępnego nagrania, nic z tych wymysłów się nie potwierdziło.

Generalnie, konferencja przypominała momentami polityczny więc i antypolski sabat – z oskarżeniami pod adresem polskich władz, oczernianiem IPN-u, organizacji broniących dobrego imienia Polski (np. Reduty Dobrego Imienia) czy „niepokornych dziennikarzy”. Można wręcz odnieść wrażenie, że co bardziej krewkich prelegentów do furii doprowadza świadomość, że Polacy jednak nie dali się ze szczętem zmłotkować pedagogice wstydu, że w większości odrzucają wyssane z palca oskarżenia, dają im odpór i nie pozwalają się wmanipulować w narzucane poczucie winy. Tego nie było w planach. Mieliśmy się kajać i przepraszać, niczym w sprawie Jedwabnego po publikacji ponurych bredni Grossa – swoistego aktu założycielskiego „Nowej szkoły...”. Nie dziwi więc frustracja środowisk żydowskich – już mieli nas pod butem, już prawie nas przerobili na macę, a tu nagle Polacy wreszcie się przebudzili i cała operacja wpędzania nas w żydowskie kompleksy wzięła w łeb. Przedobrzyli i wywołali efekt przeciwny do zamierzonego.


III. Korekta obrazu

Nie oznacza to jednak bynajmniej, że przestaną – w końcu, z oczerniania Polski i Polaków zrobili sobie sposób na życie i motor karier zawodowych. Stąd też wzięła się osławiona książka „Dalej jest noc” - praca zbiorowa pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego - o tym, jak Polacy na prowincji mordowali ukrywających się Żydów za cukier i słoninę. Z punktu widzenia propagandowego jej powstanie było konieczne - „dzieła” Grossa zdążyły się już opatrzyć, sam autor jest w Polsce skompromitowany jako szarlatan, trzeba więc było dołożyć do pieca dwutomową, 1400-stronicową pracą mającą wywołać wrażenie obiektywizmu, naukowej rzetelności i bazującą na nie budzących wątpliwości źródłach z epoki. I początkowo nawet taki efekt osiągnięto (zresztą na omówionej tu paryskiej konferencji w dużej części powtórzono właśnie zawarte w niej tezy i ustalenia). Niestety, na nieszczęście dla autorów, ich pracę wziął na warsztat zawodowy historyk z IPN, dr Tomasz Domański i przeanalizował ją pod kątem źródłoznawczym, czego efektem jest obszerna, 74-stronicowa recenzja pt. „Korekta obrazu?”. Dr Domański zrobił coś, czego autorzy chyba się nie spodziewali – sięgnął do dokumentów na które się powoływali i zweryfikował na ile rzetelnie zostały one przytoczone i zinterpretowane. Efekt jest miażdżący – okazało się, że „Dalej jest noc” to stek manipulacji, a momentami wręcz ordynarnych fałszerstw uszytych pod z góry założoną tezę, nijak się mających do reguł warsztatu historycznego. Kłania się przytoczona wyżej wypowiedź ks. Chrostowskiego o wybiórczym traktowaniu historii, tak by efekt był korzystny z perspektywy żydowskiej. Krótko mówiąc, rzekomo „naukowa” praca okazała się zakłamanym paszkwilem.

Pierwsza rzecz dotyczy obszaru badań – badano losy ukrywających się Żydów w wybranych powiatach. Tyle, że autorzy podeszli do tej materii nader swobodnie, wybierając bez wyraźnego klucza a to powiaty przedwojenne, to znów jednostki terytorialne Generalnego Gubernatorstwa, a nawet jedynie fragmenty powiatu – z powiatu bielskiego (Bielsk Podlaski) „odkrojono” jego wschodnią część. Czyżby dlatego, by nie badać nastawienia wobec Żydów ludności białoruskiej, stanowiącej wówczas niemal połowę populacji pominiętego obszaru? Druga sprawa, znacznie poważniejsza, to sposób potraktowania okupacyjnych realiów. Otóż autorzy nie wspominają o skali terroru niemieckiego przeciw polskiej ludności, o wszechobecnej atmosferze zastraszenia i drakońskich karach (na czele z karą śmierci grożącą za niepodporządkowanie się okupacyjnym rozporządzeniom), co wszak miało istotny wpływ na postawy wobec Żydów – chociażby w kwestii udzielania im pomocy. Co więcej, w książce stosowany jest termin „administracja niemiecko-polska” sugerujący jakąś formę autonomii „polskich” struktur administracyjnych. Tymczasem, nawet jeśli Niemcy pozostawiali na stanowiskach przedwojennych wójtów czy burmistrzów, to jedynie w charakterze wykonawców poleceń nowych, okupacyjnych władz, bez jakiegokolwiek marginesu decyzyjnej samodzielności – zwłaszcza w odniesieniu do Żydów. Podobnie potraktowano takie formacje jak „granatowa” policja, straż pożarna czy leśna, które zostały zmilitaryzowane. Nie zająknięto się, że Niemcy powołali całkowicie nową służbę („Polnische Polizei”) do której wcielili przymusowo przedwojennych policjantów – porzucenie jej szeregów traktowane było jako dezercja i groziło surowymi karami, np. obozem koncentracyjnym. „Granatowa” policja podporządkowana była niemieckiej Policji Porządkowej i wykonywała narzucone jej rozkazy – była więc to część okupacyjnej administracji niemieckiej, działająca w ramach niemieckiego państwa. Tego wszystkiego czytelnik jednak się nie dowie. Zamiast tego dostaje obraz przypominający okupowaną Francję, gdzie faktycznie obok władz niemieckich działała przedwojenna francuska administracja.

Największa manipulacja dotyczy jednak sposobu potraktowania źródeł. Na porządku dziennym jest pomijanie obecności przy egzekucjach czy wyłapywaniu Żydów niemieckich żandarmów i żołnierzy – zamiast tego, uwypuklana jest rola polskiej ludności jako samodzielnych sprawców zbrodni. Dochodzi do tego, że z cytowanych dokumentów, relacji świadków usuwa się wzmianki o niemieckim sprawstwie kierowniczym. Jeżeli Niemcy zapędzili do przeczesywania lasu miejscowych chłopów, to czytelnik dowiaduje się, że to polscy chłopi z widłami polowali w lesie na Żydów. To samo dotyczy policji żydowskiej. Przykładowo, jeżeli w wyłapywaniu „zabunkrowanych” Żydów w gettach brała udział żydowska policja, niemieccy żandarmi i „granatowi” policjanci, to autorzy pomijają w opisie dwie pierwsze formacje, lub marginalizują ich rolę, informując jedynie o „polskich” policjantach. W tym celu posługują się wyrywaniem specjalnie dobranych fragmentów z kontekstu, a nawet cytowaniem jedynie „pasujących” wycinków poszczególnych zdań. Inny sposób manipulacji, to odwoływanie się do powojennych procesów sądowych przeciw szmalcownikom – często bez wspominania, że rzekomy „szmalcownik” został uniewinniony (i to przez stalinowski sąd, w apogeum sowieckiego terroru), bo w trakcie przewodu sądowego okazywało się np. że padł ofiarą donosu sąsiada, który w ten sposób chciał wyrównać jakieś prywatne porachunki. Tego typu przykładów dr Domański przytacza dosłownie dziesiątki. Autorzy paszkwilu ewidentnie liczyli na to, że nikomu nie będzie się chciało sprawdzać co naprawdę jest w źródłach na które się powołują – i się przeliczyli. Dr Domański sprawdził i podał efekty weryfikacji do publicznej wiadomości.

Odwrotnie jest gdy w grę wchodzi kolaboracja Żydów – prócz przemilczania, stosuje się tu szeroką paletę usprawiedliwień, z naczelnym wytrychem: „strategią przetrwania”. Okazuje się, że zagrożony śmiercią Żyd miał prawo w imię przetrwania zrobić wszystko, z denuncjowaniem innych Żydów włącznie. Polacy do własnej „strategii przetrwania” prawa nie mieli. Polecam lekturę - broszurę „Korekta obrazu?” łatwo „wyguglać”, jest do pobrania w formie PDF ze stron IPN.


IV. Wojna o miliardy

Podsumowując, „Nowa polska szkoła historii Holocaustu” to kolejna odsłona wojny o pamięć, wg której jedyną ofiarą mają być Żydzi, zaś dla Polaków zarezerwowana jest rola współsprawców ludobójstwa – a na prowincji wręcz sprawców głównych, jeśli nie jedynych. Wpisuje się ona w nurt ogólnoświatowego, żydowskiego antypolonizmu z miliardowymi roszczeniami „restytucyjnymi” organizacji spod znaku „holocaust industry” w tle. Tu nie ma miejsca na dialog i jakąkolwiek merytoryczną dyskusję, co dobitnie potwierdził paryski sabat. Żydowska polityka historyczna będzie realizowana z całą bezwzględnością – niestety, jak pokazuje suta dotacja MKiDN na książkę „Dalej jest noc”, również za nasze pieniądze.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 05 (Kwiecień 2019)

niedziela, 7 kwietnia 2019

Koniec „prezesów na śmieciówkach”?

Państwa nie utrzymują (a z pewnością nie w takim zakresie, w jakim można by się było spodziewać) „prezesi na śmieciówkach” odprowadzający liniowy PIT.

No proszę, ledwo co światło dzienne ujrzał omawiany tu przed tygodniem raport Instytutu Badań Strukturalnych (IBS) pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, w którym zwrócono uwagę m.in. na problem tzw. fikcyjnego samozatrudnienia – a już zareagowało Ministerstwo Finansów, zapowiadając prace nad „testem przedsiębiorcy”. Jak doniósł portal Prawo.pl, podczas konferencji „Struktura i efektywność polskiego systemu podatkowego” zorganizowanej przez rządowe Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych wiceminister finansów Filip Świtała podniósł kwestię opodatkowania jednoosobowych działalności gospodarczych. W telegraficznym skrócie, chodzi o to, by oddzielić ziarno od plew – czyli odróżnić osoby faktycznie prowadzące działalność gospodarczą i ponoszące związane z tym ryzyko, od tych, które uciekają na samozatrudnienie w celu „optymalizacji podatkowej”, unikając wejścia w drugi, 32 proc. próg PIT. Wiceminister w tym kontekście wspomniał o „przedsiębiorcach” świadczących usługi dla jednego podmiotu i wystawiających jedną fakturę miesięcznie.

Cóż, jeśli chodzi o „test przedsiębiorcy”, służę pomocą i odsyłam do wspomnianego na wstępie raportu IBS. Zastosowano tam bowiem dość przejrzyste kryteria, pozwalające wychwycić niby-przedsiębiorców. Generalnie, o fikcyjnym samozatrudnieniu możemy mówić wtedy, gdy dana osoba formalnie prowadzi działalność gospodarczą, ale w jej ramach wykonuje obowiązki charakterystyczne dla umów o pracę. Szczegółowo raport podaje dwa rodzaje przesłanek (ekonomicznych i organizacyjnych) typowych dla takiej formy działalności. Do przesłanek ekonomicznych zaliczamy następujące okoliczności (przytaczam za raportem): całość lub dominująca część przychodów przedsiębiorcy pochodzi od jednego klienta; przedsiębiorca nie zatrudnia innych pracowników; przedsiębiorca nie ponosi ryzyka charakterystycznego dla działalności gospodarczej, np. nie poszukuje nowych rynków zbytu i nie rozwija produktów/usług. Natomiast przesłanki organizacyjne, to: przedsiębiorca nie ma swobody w wyborze dni i godzin pracy, a jego praca odbywa się pod regularnym nadzorem klienta; klient zatrudnia na umowę o pracę pracowników o zbliżonym zakresie obowiązków; przedsiębiorca korzysta z przestrzeni biurowej klienta, bierze udział w spotkaniach pracowników, itp. Ot, i cały „test przedsiębiorcy” w pigułce. Przypomnę, że wg raportu IBS w 2017 r. skalę takiego samozatrudnienia można było oszacować na ok. 166 tys. osób, co daje ok. 9 proc. osób pracujących na własny rachunek. Jest to jeden z elementów składowych regresywnego systemu podatkowego, z jakim mamy do czynienia w Polsce.

Przypomina się tutaj słynny wywiad Grzegorza Sroczyńskiego (jednego z nielicznych przytomnych dziennikarzy „Wyborczej” - i pewnie dlatego w końcu mu podziękowano) z prezesem Comarchu, prof. Januszem Filipiakiem. W pewnym momencie prezes objawia zszokowanemu dziennikarzowi, że... de facto pracuje na śmieciówce, ponieważ firma „zleca mu zarządzanie”, zaraz potem dodając, że „ma prawo nie zaakceptować” stawki 32 proc., ponieważ „system podatkowy powinien respektować prawa człowieka”. Warto nadmienić, że mówimy o najlepiej wówczas (2013 r.) zarabiającym prezesie w Polsce (ponad 12 mln. zł. rocznie). Trudno o lepszą ilustrację patologii, o której tu mówimy, a popularne określenie „Janusz biznesu” nabiera całkiem nowego wymiaru i rozmachu.

Na koniec warto dodać kilka uwag o konsekwencjach regresywnego opodatkowania. Otóż taki system skutkuje tym, że państwa nie utrzymują (a z pewnością nie w takim zakresie, w jakim można by się było spodziewać) „prezesi na śmieciówkach” odprowadzający liniowy PIT (obecnie – 19 proc.) - zwłaszcza w warunkach niższego opodatkowania kapitału i działalności gospodarczej od opodatkowania pracy i konsumpcji. Państwo w swej masie utrzymują nisko opłacani i wysoko opodatkowani pracownicy, wydający całe swoje pensje na towary i usługi obciążone VAT-em i akcyzą. Pracodawcy natomiast z zasobów państwa KORZYSTAJĄ – chociażby z infrastruktury, a także rekrutując „siłę roboczą” wykształconą w publicznym systemie edukacji. Proszę sobie wyobrazić, ile kosztowałoby każdorazowe wykształcenie pracownika od podstaw - począwszy od pisania, czytania i liczenia, nie mówiąc już o umiejętnościach specjalistycznych. Osiem lat podstawówki, cztery-pięć lat szkoły średniej, a później nierzadko jeszcze pięć lat studiów. Lekko licząc - 17-18 lat nieprzerwanego ciągu edukacyjnego. Jak rozumiem, ekwiwalentnym świadczeniem na rzecz państwa mają być liniowe podatki od „śmieciówek” wystawianych za „usługi zarządzania”, bądź efektywne opodatkowanie korporacji na poziomie 11 proc.? Nawiasem, w Polsce wpływy z CIT nie przekraczają 2 proc. PKB... Reasumując, mamy do czynienia z głęboką nierównowagą obciążeń, której ofiarą padają relatywnie uboższe warstwy społeczne – zatem zapowiedzi Ministerstwa Finansów to krok w kierunku przywrócenia elementarnych proporcji. Ciekawe, kto okaże się silniejszy – państwo, czy „lobby prezesów”?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14 (05-11.04.2019)

ACTA2 – do kosza!

ACTA2 to efekt intensywnego lobbyingu potentatów rynku medialnego mający na celu wykoszenie internetowej konkurencji, na co nakłada się polityczny interes dotychczasowego liberalno-lewicowego establishmentu.

I. Jurgieltniczy instynkt

Trudno o lepszy prezent dla PiS w kontekście tegorocznych wyborów od tego, który sprawiła siódemka eurodeputowanych PO, głosując za dyrektywą określaną potocznie jako ACTA2. Przypomnijmy te nazwiska, by nie przepadły w mroku zapomnienia: Danuta Hubner, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, Barbara Kudrycka, Julia Pitera, Marek Plura, Bogdan Zdrojewski i Tadeusz Zwiefka – do tego, jako ósmy, swój głos dołożył „niezrzeszony” Michał Ujazdowski. Siedmioro innych europosłów Platformy wybrało natomiast taktyczny unik i nie wzięło udziału w głosowaniu, zaś czwórka pozostałych zagłosowała przeciw. Słowem, pełna schizofrenia, a warto nadmienić, że ta sama PO jeszcze w marcu zarzekała się, że jest absolutnie przeciwna dyrektywie. Co więcej, głosowanie całościowe zostało poprzedzone głosowaniami proceduralnymi dotyczącymi najbardziej kontrowersyjnych i mogących potencjalnie skutkować cenzurą internetu artykułów – 11. i 13. do których miały zostać naniesione poprawki, łagodzące ich treść. Tutaj do wprowadzenia poprawek zabrakło zaledwie pięciu głosów – zgadnijcie dzięki komu? Otóż 4 posłów Platformy głosowało przeciw poprawkom, a pięcioro nie wzięło udziału. Do tego dochodzi jeszcze dokonana w międzyczasie tajemnicza zmiana numeracji spornych artykułów – art. 11 i 13 zmieniono na art. 15 i 17, co mogło dodatkowo wprowadzić w błąd innych deputowanych. Widać, że komuś bardzo zależało na tym, by dyrektywę przepchnąć bez istotnych zmian.

Całej sprawie dodatkowego smaczku nadaje ujawniona przez niemieckie media kwestia politycznego dealu zawartego pomiędzy Francją a Niemcami. Na przeforsowaniu ACTA2 najbardziej zależało bowiem Francji, gdzie już obecnie obowiązują restrykcyjne przepisy dotyczące praw autorskich. Stanowisko Paryża nie dziwi – tamtejszy establishment chwieje się w posadach, a tradycyjne media są jego emanacją i jako takie pozostają w ogniu krytyki, m.in. za tendencyjne opisywanie protestów „żółtych kamizelek”, przedstawianych jako banda warchołów i zadymiarzy. W naturalnym interesie zarówno mainstreamowej prasy, jak i prezydenta Macrona jest więc przyblokowanie internetowej „samowolki” obnażającej medialne manipulacje. Ochrona praw autorskich jest do tego wymarzonym pretekstem, bo nie sposób udowodnić nierzetelności bez przytoczenia oryginalnego materiału – a ten będzie chroniony, jako intelektualna własność wydawcy. Niemcy od czasu kryzysu migracyjnego mają zresztą podobny problem, który z całą mocą ujawnił się po pamiętnym sylwestrze w Kolonii, kiedy to głównonurtowe media zgodnie przemilczały przypadki gwałtów i molestowania, jakich dopuściły się zorganizowane gangi muzułmańskich migrantów. Od tamtej pory w niemieckim społeczeństwie upowszechnił się termin „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”), a wiodące tytuły zanotowały w sondażach znaczący spadek zaufania. Niemcy jednak dotąd nieco się krygowały w jednoznacznym poparciu ACTA2 – i tu pomocną dłoń podała właśnie Francja, składając propozycję nie do odrzucenia: wy poprzecie ACTA2, a my przestaniemy zgłaszać obiekcje do gazociągu Nord Stream2. Propozycja została przyjęta i niemieccy deputowani zagłosowali za dyrektywą.

Pozostaje pytanie, czy europosłowie PO dostali otwarte polecenie, czy też wyczuwszy zmianę nastrojów u niemieckich kolegów postanowili się na wszelki wypadek dostosować do oczekiwań swych protektorów, powodowani swoistym jurgieltniczym instynktem. Tak czy inaczej, po raz kolejny postanowili zagłosować przeciw oficjalnemu stanowisku Polski. W efekcie, to czego nie udało się przeprowadzić za rządów Tuska i polskiej europrezydencji, zostało „klepnięte” obecnie – za panowania tegoż Tuska w charakterze „króla Europy”.


II. Internet pod kontrolą

Jakie konkretnie zagrożenia wiążą się z ACTA2? Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym wprowadza m.in. wymóg uzyskania licencji na rozpowszechniane treści od właścicieli praw autorskich i pokrewnych. Niby oczywistość, rzecz jednak w tym, że w praktyce będzie to dotyczyć głównie serwisów społecznościowych typu You Tube czy Facebook, które bazują na treściach zamieszczanych przez użytkowników. Jeżeli zatem np. You Tube nie zawrze stosownych umów z innymi wydawcami (telewizjami, koncernami muzycznymi itp.), to będzie zmuszony usuwać takie materiały. Więcej – zostanie zobligowany do zastosowania prewencyjnego filtru zawczasu wyłapującego treści łamiące prawa autorskie. Wyjaśnię konsekwencje takiego mechanizmu na przykładzie. Otóż jedna z wiodących stacji komercyjnych znana jest z tego, że wyjątkowo skrupulatnie ściga w sieci „nieautoryzowane” materiały – dziwnym trafem takie, w których jej dziennikarze bądź zaproszeni goście z którymi sympatyzuje wykazali się niekompetencją, stronniczością, nierzetelnością lub zaliczyli inne kompromitujące wpadki. Do tej pory uderzała „punktowo”, interweniując w poszczególnych przypadkach. Teraz natomiast zyska narzędzie „ramowe”, pozwalające en bloc ścigać niewygodne treści pod pretekstem naruszenia praw autorskich. W naturalny sposób zatem, media społecznościowe by się chronić zastosują wzmożoną prewencję. To zaś oznacza, że użytkownicy, którym chodzi o coś więcej niż wrzucanie filmików ze śmiesznymi kotkami stracą poważny kanał komunikacji.

Jednak internetowi giganci dadzą sobie radę – najwyżej trochę mniej zarobią, zmuszeni do opracowania algorytmów i sztabu ludzi rozpatrujących wnioski i odwołania. Gorzej będzie w przypadku małych, niezależnych portali, które zwyczajnie nie będą w stanie udźwignąć kosztów tak rozbudowanej kontroli i opłat licencyjnych. Do tego dochodzi również obowiązek monitorowania komentarzy czytelników – jeśli ktoś w komentarzu wrzuci materiał objęty prawami autorskimi (fragment artykułu, film, zdjęcie itp.), konsekwencje poniesie właściciel portalu. W skrajnych przypadkach może się to skończyć wyłączeniem możliwości dodawania komentarzy – a więc dojdzie do zachwiania swobody wymiany informacji, opinii oraz interaktywności, która jest esencją funkcjonowania internetu. Wrócimy do epoki mediów „jednokierunkowych”, w których odbiorca był jedynie biernym konsumentem tego, co serwuje mu prasa, radio, telewizja. Dla niewielkiego portalu oznacza to po prostu śmierć. Podsumowując – ACTA2 to efekt intensywnego lobbyingu potentatów rynku medialnego (koncernów wydawniczych, muzycznych, filmowych) mający na celu wykoszenie internetowej konkurencji, na co nakłada się polityczny interes dotychczasowego liberalno-lewicowego establishmentu żyjącego z medialnym mainstreamem w symbiozie.

Nie jest tajemnicą, że do tej pory wolny internet działał przede wszystkim na korzyść prawicy – również w Polsce. Ponieważ przekaz mediów tradycyjnych był skutecznie zabetonowany przez jedną, liberalno-lewicową opcję, to właśnie w internecie prawica znalazła swoją niszę, skutecznie promując alternatywny punkt widzenia i poddając krytyce przekaz głównego nurtu – również poprzez utrwalanie treści o których ich twórcy woleliby zapomnieć. Bez tego nie byłoby możliwe podwójne zwycięstwo PiS w 2015 r., a obecnie nie doszłoby do ofensywy antysystemowych ugrupowań w Europie. Z punktu widzenia słabnących elit, taka sytuacja jest niedopuszczalna, stąd kolejne zakusy na poddawanie internetu coraz dalej idącej kontroli.


III. ACTA2 – do kosza!

W konfrontacji z powyższym, wyjątkowo groteskowo brzmią dziś histeryczne wrzaski o tym, że to PiS i Jarosław Kaczyński mieliby „wyłączać internet”. Jak wspomniałem na wstępie, PO dała właśnie PiS-owi niezastąpiony prezent – PiS już teraz zapowiedział, że korzystając z marginesu swobody, jaki ACTA2 daje państwom członkowskim, będzie implementował dyrektywę w maksymalnie złagodzonej wersji, na co zresztą ma dwa lata. Dla wolnościowego elektoratu zaś pojawia się kolejny argument, by nie lekceważyć majowych wyborów do PE. W przypadku korzystnego wyniku pojawia się bowiem szansa, by w kolejnej kadencji nowe unijne władze odesłały tę poronioną dyrektywę tam, gdzie jest jej miejsce – do kosza.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (05-11.04.2019)

Pod-Grzybki 154

Histeria na tle „polexitu” trwa w najlepsze. „Tęczowy” Kosiniak-Kamysz zażądał, by członkostwo Polski w Unii Europejskiej... wpisać do konstytucji. Hmm, mieliśmy już kiedyś podobny zapis – do konstytucji PRL w 1976 r. wpisano bowiem „sojusz z ZSRR”. Czyżby Kosiniak-Kamysz uważał, że gdy potwierdzimy konstytucyjnie nierozerwalny sojusz z Brukselą, to nagle będzie „jak za Gierka”?


*

Swoją drogą, czemu nie pójść dalej – za Gierka w konstytucji pojawił się też zapis o współdziałaniu PZPR, ZSL i SD jako podstawie Frontu Jedności Narodu, który był „wspólną płaszczyzną działania organizacji społecznych ludu pracującego i patriotycznego zespolenia wszystkich obywateli (...) wokół żywotnych interesów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”. Słowem, wypisz wymaluj - Koalicja Europejska! Jak to miło zobaczyć, że pewne instynkty przechodzą z pokolenia na pokolenie...


*

A skoro już odwołujemy się międzypokoleniowego dziedzictwa. Włodzimierzowi Cimoszewiczowi odżyły narowy z czasów, gdy jego tatuś likwidował „wrogów ludu pracującego” i na odchodnym postanowił ogołocić leśniczówkę wynajmowaną dotąd od Lasów Państwowych – włącznie z wyłamaniem framug okiennych i zrywaniem boazerii. Czyli, zachował się na wzór bolszewickich sołdatów – nie wiadomo tylko, czy rozpalił w salonie ognisko z książek i mebli, żeby upiec na nim dzika ustrzelonego z „pepeszy”. Podobnie zresztą zachowali się krasnoarmiejcy przy wychodzeniu z Polski, dewastując do imentu opuszczane koszary. Cóż, można zamienić kufajkę i walonki na elegancki garnitur i lakierki, ale „bolszewicka kultura” nie wylezie z człowieka nigdy.


*

A tymczasem Janusz Pali... to jest, przepraszam „Janusz P.” ma kłopoty – postawiono mu zarzut niezapłacenia 1 mln. zł. podatku od sprzedaży udziałów w „Polmosie”. No, jak rany, kiedy ci ludzie zrozumieją, że „nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych pana posła wynikają z filozoficznego wykształcenia i stosunku do wartości materialnych” - jak celnie ujęła to niegdyś warszawska prokuratura. Niezwisłe sądy – dzieła! Nie można pozwolić, by filozof cierpiał z powodu jakiegoś marnego miliona, o którym z pewnością już dawno zapomniał. Ewentualnie, podpowiadam panu Januszowi bezbłędną linię obrony: „Polmos? Jaki Polmos? Nic nie pamiętam, pijany byłem, wysoki sądzie”.


*

Wiedziałem! Lech Wałęsa jest kosmitą! Właśnie powrócił z odległej galaktyki i przywiózł przesłanie od „braci w rozumie”. Mianowicie, na innych galaktykach są „trzy poziomy rozwoju intelektualnego”, a „my jesteśmy najniżej”, w związku z czym, jeśli nie będziemy grzeczni, to „oni nam przeszkodzą, przetną na pół, ziemia się zwinie, wszystkich nas zgniecie, przytrzymają nas 5 tysięcy lat, przyślą Adama i Ewę i od nowa będziemy budować” - i tak dalej, w tym stylu. A ja teraz już wiem, skąd czasem biorą się te kłopoty ze zrozumieniem tego, co Wałęsa mówi. Jego intelekt po prostu funkcjonuje trzy poziomy wyżej i Lechu jest dla nas zwyczajnie za mądry...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (05-11.04.2019)