środa, 13 czerwca 2018

Europa w mackach cywilizacji śmierci

8. poprawka do konstytucji była po prostu reliktem dawnej, katolickiej Irlandii – kraju, którego już od dawna nie ma.


I. Szturm cywilizacji śmierci

A więc stało się – po przeprowadzonym 25 maja referendum w sprawie liberalizacji aborcji, Irlandia dołączyła do strefy cywilizacji śmierci, która tym samym oplotła swymi mackami niemal cały kontynent. Przypomnijmy, że obecnie obowiązująca 8. poprawka do konstytucji wprowadzona w 1983 r. pozwala na aborcję jedynie w przypadku skrajnego zagrożenia życia matki – w innych sytuacjach zabicie dziecka zagrożone jest karą do 14 lat więzienia. Irlandczycy w głosowaniu opowiedzieli się za zniesieniem tego zapisu większością 66,4 proc. przy frekwencji 64,1 proc. Media donoszą, że obrońcy życia zwyciężyli tylko w jednym okręgu wyborczym na północy kraju – Donegal. Do proaborcyjnej ofensywy rzucono wszystkie siły – począwszy od premiera Leo Varadkara, poprzez hojnie sponsorowane przez Sorosa organizacje pozarządowe, a skończywszy na globalnych, lewackich mediach społecznościowych – Facebook i Google. Efektem było poparcie dla postulatów aborcjonistów we wszystkich grupach wiekowych za wyjątkiem osób 65-plus.

Zwraca uwagę potężna dysproporcja w przekazie medialnym towarzyszącym kampanii – zwolennicy życia mieli do dyspozycji w zasadzie tylko przekaz bezpośredni, „face to face”. Telewizje niepodzielnie zdominowane były przekazem proaborcyjnym. Specyficzną furorę zrobił spot „Amnesty International”, w którym ciążę przedstawiono jako wyjątkowo irytujące doświadczenie wpływające na poczucie komfortu kobiety – wg materiału AI przybranie na wadze, poranne mdłości i niemożność samodzielnego pomalowania paznokci u stóp są wystarczającymi powodami, by pozbyć się rosnącego w brzuchu bachora. Najwyraźniej zasłużona niegdyś organizacja walcząca o prawa człowieka pozazdrościła polskiej piosenkarce Natalii Przybysz, która postanowiła zabić swoje dziecko z powodu zbyt małego metrażu i niechęci do męczącej przeprowadzki. Przybysz za swój „coming-out” została „superbohaterką” „Wysokich Obcasów” - tutaj, w Polsce, sądziliśmy wtedy, że niżej upaść nie można, lecz okazało się, że celebrytka jedynie zaimplementowała na krajowym gruncie szersze zjawisko, które można by określić jako „aborcję lifestylową”. Swoją drogą, ów trend przewidział dawno temu amerykański pisarz Philip K. Dick w słynnym opowiadaniu „Przed-ludzie” - tam z kolei żona zwraca się do męża słowami: „zróbmy sobie skrobankę”, argumentując, że ostatnio stało się to modne wśród jej koleżanek, a dziecko bywa męczące. Dodajmy, iż w przedstawionych przez autora Stanach Zjednoczonych przyszłości, wskutek „demokratycznego kompromisu” Kongres ustalił, że dusza wstępuje w ciało człowieka w wieku 12 lat – zatem „aborcję” można przeprowadzić również na dziecku jak najbardziej urodzonym. Jak widać, jeszcze wiele przed nami.


II. Nożyce Zuckerberga

Kolejną cechą charakterystyczną irlandzkiej kampanii referendalnej była wprowadzona przez Google i Facebooka cenzura internetu. Nie od dziś wiadomo, że dla szeroko rozumianej prawicy to internet jest wiodącym środkiem przekazu – z tradycyjnych mediów elektronicznych bowiem treści konserwatywne już dawno zostały wyrugowane, a środowiska pro-life prezentowane są w nich jako zgraja agresywnych, niebezpiecznych ekstremistów. Możliwości stwarzane przez media społecznościowe są zatem w praktyce jedyną drogą dotarcia do szerszego grona odbiorców. Tym razem jednak lewackie kierownictwo wspomnianych koncernów, świadome swej monopolistycznej pozycji, wykazało się czujnością i postanowiło prewencyjnie blokować wszystkie treści związane z referendum – co przy lewicowym przechyle pozostałych mediów wytworzyło rażącą nierównowagę na rzecz zwolenników morderstw prenatalnych. Oczywiście, żadna z organizacji pozarządowych, na co dzień tak pilnie monitorujących procesy wyborcze w poszczególnych krajach, nie raczyła odnotować tej jawnej ingerencji w kampanię.

Warto nadmienić, że formalnie stanowisko internetowych potentatów było pokłosiem afery z „Cambridge Analytica”, którą cynicznie wykorzystano do wyrugowania z sieci postulatów pro-life. Facebook i Google są korporacjami jednoznacznie zorientowanymi ideologicznie po stronie skrajnej lewicy obyczajowej, blokowanie prawicowego przekazu przy jednoczesnej tolerancji dla ekstremalnego lewactwa od dawna jest ich znakiem rozpoznawczym – dotąd jednak odbywało się to „punktowo”, poprzez banowanie poszczególnych stron i profili. Teraz po raz pierwszy pod pretekstem dochowania „obiektywizmu” sięgnięto po blokadę całościową, totalną i spodziewać się należy, że Irlandia stała się poligonem doświadczalnym przed kolejnymi wyborami w innych krajach – gdy tylko będzie zachodziła obawa, że głosowanie mogą wygrać „elementy niepożądane”, wówczas do akcji wkroczą cenzorskie nożyce Zuckerberga. W najbliższej przyszłości powyższe może dotyczyć także Polski.


III. Post-chrześcijańska Irlandia

Opisywane tu uwarunkowania nie zmieniają jednak faktu, że zdecydowana przewaga zwolenników zabijania dzieci jest efektem głębszych procesów społecznych. Medialna nagonka pomogła jedynie w osiągnięciu spektakularnej większości 2/3, lecz zapewne konstytucyjna poprawka chroniąca życie upadłaby i tak. W ciągu zaledwie jednego pokolenia Irlandia doświadczyła bowiem galopującej sekularyzacji. Dość powiedzieć, że jeszcze w 1983 r. obalona dziś 8. poprawka do konstytucji została (również w referendum) przyjęta większością 66,9 proc. głosów. Innymi słowy, Zielona Wyspa z bastionu katolicyzmu w ekspresowym tempie stoczyła się na pozycję kolejnego kraju post-chrześcijańskiego. Katolicki publicysta i działacz społeczny Grzegorz Górny znaczną część winy przypisuje tu głośnemu skandalowi pedofilskiemu, który wstrząsnął irlandzkim Kościołem, nieodwracalnie podrywając jego autorytet. Na domiar złego, tamtejsza hierarchia zareagowała w najgorszy możliwy sposób – chroniąc winnych i nieudolnie usiłując zamieść sprawę pod dywan, jakby nie zdając sobie sprawy, że w dzisiejszym świecie takiej afery zwyczajnie nie da się ukryć, szczególnie jeśli działa się w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu medialnym. Skutkiem było masowe odwrócenie się wiernych od katolicyzmu utożsamianego w powszechnym odbiorze z hipokryzją, cynizmem i zakłamaniem. Drastycznie spadła też liczba powołań – obecnie w całym państwie funkcjonuje zaledwie jedno seminarium duchowne.

Swoje zrobiła też bliskość Wielkiej Brytanii i płynące stamtąd antywzorce kulturowe. Tajemnicą poliszynela były wyprawy irlandzkich kobiet w ramach „turystyki aborcyjnej”, stopniowo wdrażano również kolejne punkty lewackiej agendy obyczajowej. Można powiedzieć, że lewica zaliczyła na wyspie wyjątkowo skuteczny marsz przez instytucje, skutecznie urabiając społeczną świadomość. Wszak zaledwie trzy lata temu, 22 maja 2015 r., Irlandczycy większością 62 proc. głosów opowiedzieli się za wprowadzeniem homomałżeństw, a wcześniej (w 2010 r.) zalegalizowano jednopłciowe związki partnerskie. Ekspresowe tempo, zważywszy, że jeszcze do 1993 r. nielegalne były nawet akty homoseksualne. Niszczeniu tradycyjnej rodziny sprzyja również TUSLA (rządowa Agencja ds. Dzieci i Rodziny) będąca odpowiednikiem osławionych niemieckich Jugendamtów, mogąca pod byle pretekstem odbierać dzieci ich rodzicom na wzór analogicznych instytucji działających w przeżartych „postępem” krajach skandynawskich. Patrząc pod tym kątem, 8. poprawka do konstytucji była po prostu reliktem dawnej, katolickiej Irlandii – kraju, którego już od dawna nie ma.


IV. Propaganda śmierci

Premier Leo Varadkar zapowiada, że jeszcze w tym roku prawo aborcyjne zostanie zliberalizowane – aborcja ma być dozwolona „na żądanie” do 12 tygodnia, a w przypadku zagrożenia zdrowia kobiety lub poważnego uszkodzenia płodu – do 24 tygodnia ciąży. Lobby aborcyjne zapowiada teraz szturm na Irlandię Północną – po referendum na siedzibie partii Sinn Fein w Dublinie zawisł banner z wymownym hasłem „Północ będzie następna”. Paradoksalnie, przeciwna liberalizacji jest lojalistyczna, protestancka Demokratyczna Partia Unionistyczna. Jednak nie ma się co łudzić – „postęp” dotrze i tam. Zbyt wielkie siły i środki są zaangażowane w propagandę śmierci, a depopulacja rdzennych Europejczyków mająca ułatwić zaprowadzenie utopii „multi-kulti” pozostaje nieodmiennie priorytetem lewactwa i jego sponsorów.

Również w Polsce możemy się spodziewać narastającej presji i wzmożonej „pierekowki dusz” - „czarne protesty” sponsorowane przez powiązane z Sorosem organizacje to zaledwie początek. Wspomniana Amnesty International od dawna w alarmistycznym tonie donosi o zagrożeniu „praw reprodukcyjnych” w naszym kraju, postulując m.in. zniesienie klauzuli sumienia. Większość Polaków wprawdzie póki co jest przeciwna liberalizacji, ale przykład Irlandii pokazuje, że ten stan nie jest dany raz na zawsze. Tym bardziej niepokoi, delikatnie mówiąc, ambiwalentny stosunek PiS do kwestii ochrony życia i dziwna ustępliwość przed lobby cywilizacji śmierci. Zostaliśmy w Europie praktycznie sami na placu boju. Nie łudźmy się, że nam odpuszczą.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

TUSLA – Jugendamt po irlandzku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (06-19.06.2018)

Pod-Grzybki 131

Lechu stary, ale jary – tzn. jego wąs wciąż działa na płeć przeciwną. A przynajmniej podziałał na jedną z uczestniczek sejmowego biwaku niepełnosprawnych, która kokieteryjnie zaproponowała mu „wolny materacyk”. Jednak Lechu na taką zachętę, co tu mówić, stchórzył i wziął nogi za pas. Podobno tego samego dnia około 18-tej widziano go w okolicy Puław. I to ma być mężczyzna?


*

Komitet Żydów Amerykańskich (AJC) zgłosił w oficjalnym piśmie do Watykanu swój „sprzeciw” wobec wyniesienia na ołtarze kard. Augusta Hlonda i zażądał wstrzymania procesu beatyfikacyjnego. Nie chcę się powtarzać, ale to jest kolejny dowód na to, czym kończy się polityka „dialogizmu” - rozzuchwala tylko drugą stronę. W tej sytuacji papieżowi Franciszkowi zostaje już tylko zażądać od Żydów, by przestali się wygłupiać z tym obrzezaniem i w ogóle zaczęli się zachowywać jak cywilizowani ludzie. No i przywrócić modlitwę o nawrócenie „wiarołomnych Żydów” („perfidis Judaeis”) - a nuż tym razem podziała?


*

Swoją drogą, wspomniany AJC otworzył ponad rok temu swoje biuro w Warszawie, co wprawiło prezydenta Dudę w iście euforyczny nastrój. Jakimś trafem wkrótce potem nasz Episkopat zaczął produkować jedno po drugim dziwne oświadczenia w których na wyprzódki odcina się od „nacjonalizmu” i potępia „antysemityzm”. Ja rozumiem, że żydowski komitet wydelegował tu swoich, by mieli oko na głupich gojów – ale żeby aż tak?


*

Wstyd, wstyd, rany boskie... „Wyborcza” opublikowała sondę przeprowadzoną wśród swoich czytelników, z której wynika, że zżera ich permanentne poczucie upokorzenia z powodu tego, że są Polakami. Z tego wniosek, że stary Stuhr ze swoim wyznaniem, iż przez całe życie nie marzył o niczym innym, jak o tym, by został uznany za „europejczyka”, jest dość typowym produktem michnikowej obróbki mózgów. Ale dzięki tej ankiecie każdy z nich mógł wreszcie się dowiedzieć, że nie jest w swym zażenowaniu odosobniony – w tym sensie, pełni ona funkcję integracyjną. Przewiduję, że następnym etapem będzie seria spektakularnych coming-outów, a w końcu czytelnicy „Wyborczej” urządzą w Warszawie „paradę sromoty” ze specjalnym konkursem na wicie się ze wstydu. Najbardziej widowiskowe konwulsje zostaną wyróżnione przez ks. Lemańskiego nagrodą im. św. Wita.


*

A tymczasem cała postępowa Europa świętowała 200-lecie urodzin Karola Marksa. Z tej okazji Jean-Claude Juncker wygłosił w Bazylice Konstantyna (!) w Trewirze okolicznościową laudację. Ma to swoją logikę – w końcu, niemieckiemu episkopatowi ton nadaje ultrapostępowy kard. Reinhard Marx. Poza tym, Marks (Karol) był notorycznym pijakiem, więc nie dziwi, że Juncker czuje z nim powinowactwo duchowe - a już na pewno wspólnotę zainteresowań. I tu go rozumiem - miło mieć świadomość dzielenia wspólnych pasji ze znaną postacią historyczną. Na dodatek, Chińczycy przesłali Trewirowi w darze pomnik tego starego ochlapusa, więc Juncker w chwilach chandry będzie miał do kogo wznosić toasty.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (06-19.06.2018)

niedziela, 3 czerwca 2018

Włochy w uścisku Brukseli

Zadłużanie kraju ponad miarę i rezygnacja z narodowej waluty oznacza w praktyce utratę suwerenności i wydanie się na żer różnych finansowo-politycznych gangsterów.

I. Premier na żądanie finansistów

Możecie głosować na kogokolwiek, a i tak rządzić będzie ten, kogo wskażemy” – tak można streścić przesłanie Brukseli i światowej oligarchii finansowej w kontekście wyborów we Włoszech i prób skonstruowania rządu. Wydarzenia z ostatnich dni i miesięcy jasno wykazały bowiem, że Włochy nie są już państwem suwerennym i przed wyłonieniem swych władz muszą każdorazowo wystąpić o zgodę do organów unijnych, Niemiec i międzynarodowych instytucji finansowych. Przypomnijmy, że 4 marca odbyły się we Włoszech wybory parlamentarne, które wygrały Liga Północna pod przywództwem Matteo Salviniego (w bloku z Forza Italia Silvio Berlusconiego) oraz Ruch Pięciu Gwiazd Luigi di Maio. Wynik wyborczy wywołał szok w liberalnym establishmencie Europy, zaś „populistyczne” ugrupowania zostały w mediach okrzyknięte „barbarzyńcami”. Obie partie podczas kampanii podnosiły m.in. konieczność prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki imigracyjnej, a także możliwość opuszczenia przez Włochy strefy euro. Rozmowy koalicyjne trwały długo, lecz w końcu spisano umowę, zaś zwycięskie ugrupowania desygnowały na premiera prof. Giuseppe Conte. Tu jednak zaczęły się prawdziwe schody, bowiem utworzenie rządu jawnie sabotował lewicowy prezydent Sergio Mattarella. Pretekstem była kandydatura ekonomisty, prof. Paolo Savony na ministra finansów – Savona nie kryje bowiem swego daleko posuniętego krytycyzmu wobec waluty euro. Mattarella oświadczył, że ze względu na gospodarcze otoczenie Włoch jest niedopuszczalne, by ministrem finansów został „zwolennik wyjścia ze strefy euro”, w efekcie czego prof. Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu. Tymczasowym „premierem technicznym” zostanie najprawdopodobniej wskazany przez prezydenta Matarellę Carlo Cottarelli – były dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc zaufany człowiek światowej finansjery, który w 2013 r. w rządzie premiera Enrico Letty odpowiadał za wdrażanie cięć budżetowych na ponad 32 mld. euro. Dzięki swej działalności utrzymanej w duchu tzw. „konsensusu waszyngtońskiego” (cięcie wydatków, prywatyzacja, liberalizacja rynków, deregulacja) Cottarelli otrzymał w Italii przydomek „pan nożyczki” i jest przez większość Włochów szczerze znienawidzony. Cieszy się za to poparciem Brukseli oraz tzw. „rynków finansowych” - i to przesądziło o jego nominacji.

Oczywiście Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna kandydatury Cottarelliego nie poprą, toteż za kilka miesięcy nastąpią najprawdopodobniej nowe wybory. Liderzy obu ugrupowań otwarcie mówią o zewnętrznym dyktacie (Salvini stwierdził wprost, iż Mattarella „uległ naciskom Berlina, agencji ratingowych oraz finansowemu lobby”) - a di Maio wezwał do zastosowania wobec prezydenta procedury impeachmentu na podstawie art. 90 konstytucji mówiącego o zdradzie stanu (wystarczy zwykła większość głosów). Wszystko to odbywało się w atmosferze nieustannej presji ze strony władz Unii Europejskiej i Berlina. Komisja Europejska ostrzegła już przed „kryzysem strefy euro” w przypadku urzeczywistnienia programu „populistów”, zaś niemiecka prasa, tradycyjnie formułująca to, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom, pisała w paternalistycznym tonie, iż na Włoszech jako jednym z założycieli UE ciąży „odpowiedzialność wobec partnerów” i w związku z tym najważniejsi politycy z Niemiec, Francji i Brukseli winni im uświadomić, że „trzeba skończyć z awanturnictwem i mrzonkami”. Najwyraźniej – uświadomili.


II. Projekt waluty równoległej

Wydaje się, że ostatecznym czynnikiem, który zadecydował o utrąceniu rządu Giuseppe Conte, był arcyciekawy projekt wprowadzenia „równoległej waluty”, który w pewnej perspektywie czasowej pozwoliłby Włochom stopniowo „wymiksować się” ze strefy euro, określanej przez Paolo Savonę mianem „niemieckiej klatki”. Euroland okazał się bowiem dla europejskich krajów Południa prawdziwym nieszczęściem, dławiąc konkurencyjność ich gospodarek. Na obecnym modelu korzystają natomiast przede wszystkim Niemcy, dla których euro jest instrumentem stymulującym eksport i utrwalającym ekonomiczo-polityczną dominację na kontynencie. Niemal całą resztę państw wspólna waluta skazuje na rolę wiecznych dłużników i odbiorców niemieckiej produkcji. Warto w tym miejscu przypomnieć, że podobną koncepcję podczas greckiego kryzysu (nota bene, trwającego do dzisiaj) wysunął ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis – został jednak spacyfikowany przez „trojkę”, ze szczególnym uwzględnieniem szefa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego, który w krytycznym momencie zwyczajnie wstrzymał wypłacanie transzy pomocowych doprowadzając do czasowego zamknięcia greckich banków i społecznej paniki.

Nauczeni tym doświadczeniem Włosi chcieli zatem postawić na wariant ewolucyjny. Niedoszła koalicja Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi Północnej postanowiła mianowicie wprowadzić rodzaj „bonu rządowego” w formie skryptu dłużnego, którym rząd regulowałby swoje zobowiązania. Co więcej, ten nowy środek płatniczy krążyłby dalej w gospodarce, zaś obywatele i firmy mogłyby np. płacić nim za usługi publiczne czy uiszczać podatki. Ta dodatkowa kreacja pieniądza miałaby osiągnąć rozmiary nawet rzędu 100 mld. euro rocznie. Z punktu widzenia zadłużonych po uszy Włoch (ponad 2,25 bln. euro, co daje 135 proc. PKB) nowa quasi-waluta miała tę zaletę, że jej emisja nie liczyłaby się do oficjalnego długu publicznego, natomiast wpuszczona do obiegu pomogłaby rozruszać kulejącą gospodarkę. W ten sposób władze zjadłyby ciastko i miały ciastko – mogłyby realizować swoje plany, w tym programy socjalne, unikając emisji obligacji skarbowych i omijając restrykcje strefy euro. W praktyce przełożyłoby się to na lekko tylko zakamuflowany powrót do lira - nie ma bowiem wątpliwości, że „tani” pieniądz rządowy wyparłby w krótkim czasie z obrotu „kosztowne” euro. A jeśli za przykładem Włoch poszłyby inne kraje tracące dziś na przynależności do euro-zony, to obecne ekonomiczne więzienie pod nadzorem Niemiec zwyczajnie przestałoby istnieć.

Na podobne rozwiązanie oczywiście nie mogła się zgodzić Bruksela z „dyktatorem” Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghim – ale też i pragnące utrzymać swą polityczno-gospodarczą hegemonię Niemcy, tudzież „rynki” finansowe (czytaj – globalni spekulanci). Wprowadzenie na masową skalę „alternatywnego lira” emitowanego jako zobowiązanie rządu wobec obywateli, a nie wobec światowej finansjery, równałoby się kresowi zarabiania na włoskim długu publicznym. Należy tu przypomnieć wypowiedź George Sorosa, który otwartym tekstem oznajmił, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych. Toteż spekulanci z miejsca wymierzyli Włochom karnego klapsa, windując rentowność obligacji o 0,7 pkt. proc. - a stąd był już tylko krok do obniżenia ratingów, owego bożyszcza światowej gospodarki. Efekt znamy – rządu nie będzie, z ambitnego projektu nici.


III. Obca interwencja

Trzeba dodać, że nie była to pierwsza operacja „społeczności międzynarodowej” przeprowadzona na Włoszech. Pod koniec 2011 r. tzw. „Grupa Frankfurcka” (samozwańcze gremium złożone z Angeli Merkel, Nicolasa Sarkozy'ego i najważniejszych unijnych dygnitarzy, w tym szefa EBC) wymusiła dymisje na Silvio Berlusconim, doprowadzając do nagłego wzrostu kosztów obsługi długu i wstrzymując wykup przez EBC włoskich obligacji. Stało się tak, mimo iż Berlusconi wciąż miał parlamentarną większość. Na jego miejsce desygnowano narzuconego z zewnątrz Mario Montiego. Włosi dobrze zapamiętali sobie tę brutalną ingerencję – a że dziś historia się powtarza, to niewykluczone, że Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna wygrają kolejne wybory, o ile na przeszkodzie nie staną jakieś sztuczki z ordynacją.

Dla nas z tej historii płynie zaś następujący morał – zadłużanie kraju ponad miarę i rezygnacja z narodowej waluty oznacza w praktyce utratę suwerenności i wydanie się na żer różnych finansowo-politycznych gangsterów. Warto o tym pamiętać.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (01-07.06.2018)

Wypisy z „antysemityzmu”

I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną” - Wanda Melcer

I. Islandzcy żydożercy

Okazuje się, że nie tylko my mamy problem z Żydami. Własny kłopot z tym nadzwyczaj zgodnym, pokojowym i nieskorym do mieszania się w cudze sprawy narodem ma również... Islandia. Kłopot może jest niewielki (bo też i Islandia duża nie jest) – ale znaczący. Otóż, jak podaje portal „Iceland News”, do tamtejszego parlamentu wpłynął projekt ustawy zakazującej obrzezania dzieci. Jakimś cudem dowiedziała się o tym międzynarodowa społeczność żydowska (pogratulować konsekwentnego monitoringu) – i wynikła mała chryja. Mianowicie, do islandzkich biur podróży zaczęły spływać deklaracje żydowskich turystów rezygnujących z wyjazdów, odwołujących rezerwacje i grożących innymi konsekwencjami. Islandzki przewodnik Jón Gunnar Benjamínsson opublikował w swojej grupie na portalu społecznościowym maila, jakiego jego firma otrzymała od jednego z „rozczarowanych”. Cytuję w całości, bo też i pismo jest doprawdy rzadkiej urody: „Wraz z małżonką planowaliśmy wpłatę zaliczki za wycieczkę, kiedy to dowiedzieliśmy się o projekcie ustawy zakazującej obrzezania, przedstawionym w waszym parlamencie. Uważamy, że jest to wyraz antysemityzmu (działanie skierowane przeciwko zarówno Żydom, jak i Muzułmanom) przedstawiony jako „obrona praw dziecka”, co jest oczywistą bzdurą. W związku z powyższym wstrzymujemy się z realizacją planów, w oczekiwaniu na decyzję waszego rządu. Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, anulujemy rezerwację i pojedziemy w inne miejsce. Będziemy również przestrzegać innych członków bostońskiej społeczności żydowskiej przed wyjazdem do Islandii, a także skontaktujemy się z naszymi braćmi i siostrami ze społeczności muzułmańskiej. Żywimy nadzieję, że wasz rząd odzyska resztki przyzwoitości i nie dopuści do przyjęcia tej haniebnej ustawy. Jeśli natomiast projekt zostanie przegłosowany, możecie spodziewać się konsekwencji na całym świecie” (podkreślenia - PL).

Hmm, zważywszy, iż owi „bostońscy Żydzi” postanowili w imię prawa do rzezania małych Islandczyków przeprosić się z muzułmańskimi „braćmi i siostrami”, z którymi nagle poczuli powinowactwo etniczno-kulturowe, na miejscu islandzkich władz ogłosiłbym stan wyjątkowy, bo nigdy nie wiadomo, czy podbechtani przez „bostończyków” „bracia i siostry” nie zechcą nagle tłumnie nawiedzić wyspy gejzerów ze wszystkimi, znanymi nam aż za dobrze, konsekwencjami. Zwraca ponadto uwagę przeświadczenie o własnej omnipotencji (te „konsekwencje na całym świecie”!) - jeżeli takie przekonanie o swoim wpływie na resztę świata ma byle małżeństwo z Bostonu, to co dopiero mówić o przywódcach diaspory czy politycznych liderach Izraela? Inna sprawa, że po ostatniej masakrze Palestyńczyków, jaką Izrael uczcił swą rocznicę niepodległości, rzeczeni muzułmanie mają chyba raczej ochotę wysadzać bombami i rozjeżdżać samochodami zgoła kogo innego, niż Islanczyków. Nawiasem, ci sami wyspiarze zebrali niedawno ponad 20 tys. podpisów pod petycją wzywającą do zbojkotowania przyszłorocznego festiwalu Eurowizji, który ma się odbyć w Izraelu. Zważywszy, że populacja Islandii to 340 tys. obywateli (nie licząc bliżej nieznanej liczby elfów), to wychodzi, że kraj ten zaludniają patologiczni antysemici, co to z mlekiem matki... Gdzie nam tam do nich!


II. Postępowy antysemityzm

Przechodząc na nasze podwórko - wątek obrzezania przypomniał mi fragment pewnego przedwojennego artykułu opisujący ów obrzęd odbywający się „w eleganckiej lecznicy warszawskiej”: „Maleńkie dziecko pod oknem zakryte jest górą strasznych starców z nożami w ręku. Chciałabym pobiec mu na pomoc, ale przecież skompromitowałabym tu wszystkich. Rzezak trzyma dziecko na kolanach, siedząc na owych dwóch krzesełkach pod oknem, mojern klęczy przed nim na małym stołeczku. Wprawnemi ruchami rozwija pieluszki i obdziera dziecko ze skóry. Potem pochyla się trochę więcej niż trzeba i wysysa zranione miejsce ustami. Dziecko wyje zwierzęcym głosem”. I dalej: „Spoglądam na nie bokiem i robi mi się słabo: dziecko ma krwawą miazgę między nogami, uda zalane krwią, która małemi kroplami kapie na koronki poduszki”.

Nie da się ukryć – opis nie na każde nerwy. Pytanie, skąd go wziąłem? Czy z jakiegoś czarnosecinnego, endeckiego „szmatławca”? Otóż nie – jest to artykuł „Dziecko żydowskie rozpoczyna ziemską wędrówkę”, będący pierwszą częścią cyklu „Czarny ląd – Warszawa”, przedstawiającego różne aspekty życia społeczności żydowskiej w Warszawie. Reportaże te ukazywały się w latach 1934-1935 w jak najbardziej liberalnych i lewicowych „Wiadomościach Literackich” - tych od Tuwima, Słonimskiego, Boya-Żeleńskiego i innych luminarzy pióra. Autorką była zaś Wanda Melcer – poetka, pisarka i publicystka, a ponadto postępowa działaczka społeczna, zwolenniczka kontroli urodzeń i „świadomego macierzyństwa”, udzielająca się w Towarzystwie Reformy Obyczajów. Po wojnie zaś – dożywotnia członkini PZPR i Ligi Kobiet. Aż dziwne, że współczesne „siostrzyce” od feminizmu z „Wyborczą” do spółki nie wzięły jej na sztandary, jako prekursorki walki z „ciemnotą i zabobonem”.

No, ale cóż, tak się nieszczęśliwie składa, że dla przedwojennych liberałów żydowska „czerń” - owe „handełesy” i „chałaciarze”, tak gęsto i tłumnie zaludniający stołeczne ulice – była uosobieniem wstecznictwa na równi z „klerem” i pogrążonym w zacofaniu polskim chłopstwem. Opisów równie naturalistycznych i bezwzględnych w swej fotograficznej precyzji, jak ten przytoczony powyżej, spotkają Państwo w reportażach Wandy Melcer bez liku (patrz - internet). Obraz żydowskiej masy, jaki się z nich wyłania, jest po prostu przerażający: brud, smród, nędza – a wszystko to w oparach prymitywnych z punktu widzenia autorki, talmudycznych guseł, wcale nie lepszych od tych praktykowanych w katolickim „ciemnogrodzie”. Nic więc dziwnego, że to właśnie na widok przeludnionych nor w suterenach kamienic i zaułków wypełnionych niedożywionymi i obdartymi żydowskimi dziećmi, autorce wyrywa się uwaga o konieczności wprowadzenia kontroli urodzeń. Podobnie, nie może znaleźć słów oburzenia widząc pożałowania godne położenie kobiet w żydowskich rodzinach.


III. „Ciemne praktyki”

Dziś tego typu uwagi zostałyby z miejsca zakwalifikowane jako „zwierzęcy antysemityzm” - i założę się, że muzeum POLIN nigdy nie zorganizuje na temat dziennikarskiego dorobku Wandy Melcer żadnego uczonego seminarium. Nie pasuje on bowiem do wizerunku lansowanego w oficjalnym przekazie Żyda – inteligenta: artysty, prawnika, lekarza, profesora, intelektualisty... Jeśli coś mówi się o innych Żydach, to tylko w kontekście wesołego folkloru z przygrywającymi klezmerami. A wszak, była to jedynie cieniutka pozłotka przykrywająca, mówiąc wprost – otchłanie barbarzyństwa. I nie dotyczyło to jedynie żydowskiej biedoty - opisywana ceremonia obrzezania nie odbywała się przecież w slumsach, a poddawane jej dziecko było potomkiem „jednego z najbogatszych kupców bławatnych z ulicy Bielańskiej”. Takie hipotetyczne seminarium musiałoby siłą rzeczy postawić kilka niewygodnych kwestii – począwszy od braku wewnątrzżydowskiej solidarności, skazującej przytłaczającą większość tej społeczności na urągającą człowieczeństwu wegetację; poprzez pogardę żywioną przez żydowskie elity do chałaciarskiego „motłochu”; a skończywszy na pytaniu – jakim cudem Polacy mieliby uratować podczas wojny te rzesze niezasymilowanych Żydów?

Teraz potomkowie tamtych, zeświecczonych i gwoli prawdy - wykorzenionych, żydowskich elit nagle odkrywają swoją „tożsamość” i wystawiają Polakom cenzurki. W swym reportażu Wanda Melcer stwierdza: „I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną”. Dodam od siebie: wstręt budzą nie tylko praktyki tamtych, wymordowanych „ortodoksów”, lecz również tych dzisiejszych, światłych i postępowych, samozwańczych „kapłanów żydostwa” – nawet jeśli obecnie te „ciemne praktyki” odbywają się bardziej higienicznie.


PS. Cytaty z Wandy Melcer za „retropress.pl”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (25-31.05.2018)

Wszyscy płacimy za „optymalizację”

Koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Doczekaliśmy się opublikowania pierwszej odsłony zapowiadanej przez premiera Morawieckiego „białej listy”, zawierającej dane podatkowe (CIT) 2,5 tys. największych działających w Polsce firm oraz podatkowych grup kapitałowych. Smakowite kąski zaprezentował niedawno w „Gazecie Finansowej” Mateusz Milan (dowiedzieliśmy się chociażby, że prawdziwymi rekordzistami w agresywnej optymalizacji podatkowej są wiodące telekomy, ale nie tylko – uwagę zwraca dorównująca im pod tym względem telewizja TVN), tak więc tutaj skoncentruję się na wątkach dotyczących ogólnych prawidłowości ucieczki przed opodatkowaniem, tudzież konsekwencji społeczno-gospodarczych tego procederu.

Pierwszy trop poddał sam Mateusz Morawiecki stwierdzając, że w sensie przepływów finansowych Polska jest w ramach Unii Europejskiej płatnikiem netto. O ile z kasy UE wpływa do Polski 25 mld. zł., to zagraniczny kapitał inkasuje dywidendy na poziomie 100 mld. zł. Jak łatwo się domyślić, jest to cena za przyjęty przez nas (lub może raczej – narzucony nam) neokolonialny model rozwoju polegający na otwarciu na oścież naszej gospodarki, co wiązało się z opanowaniem jej kluczowych segmentów przez podmioty zagraniczne. Z głosem premiera Morawieckiego współbrzmią dane watchdoga „Global Financial Integrity” badającego nielegalne przepływy finansowe. Z cyklicznych raportów „Illicit Financial Flows from Developing Countries” (które, nawiasem, zdarzyło mi się już na tych łamach omawiać) możemy się dowiedzieć, że średnio co roku z naszego kraju wycieka ponad 9 mld. USD – póki co, rekordowy był rok 2013 z kwotą 16,793 mld. dolarów. Łącznie w latach 2004-2013 straciliśmy w sumie ponad 90 mld. USD. Taka jest skala kolonialnego drenażu, powodująca w ostatecznym rozrachunku, że od niemal trzydziestu lat w pocie czoła „gonimy króliczka”, czyli rozwinięte państwa Zachodu, wciąż nie mogąc osiągnąć celu. Dla porównania – warto sobie przypomnieć, że trzy dekady po zakończeniu II wojny światowej RFN była już jednym ze światowych liderów gospodarczych – mimo przegranej wojny, utraty ogromnych połaci terytorium, strat w ludziach i zniszczeń materialnych. Co by nie mówić o PRL i księżycowej ekonomii „realnego socjalizmu”, to w okres „przełomu” weszliśmy jednak z korzystniejszym stanem posiadania, niż zachodnioniemieckie strefy okupacyjne w 1945 r.

Powyższe to jednak dalece nie koniec - ucieczka przed opodatkowaniem generuje konkretne koszty społeczne. Skoro bowiem potentaci wyprowadzają zyski „prawem i lewem”, to państwo straty te musi sobie kompensować, przerzucając obciążenia podatkowe na obywateli. Na tę prawidłowość zwraca uwagę pochodzący z 2017 r. raport „Uciekające podatki. Czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków?”, opublikowany u nas przez Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Prócz wspomnianego IGO reprezentującego Polskę, autorami opracowania są think-tanki z Łotwy (Lapas), Czech (Glopolis), Węgier (Demnet), Bułgarii (Za Zemiata) i Słowenii (Ekvilib Institute). W sumie więc otrzymujemy przekrojowe spojrzenie w skali całego regionu. Okazuje się, że w niemal wszystkich badanych krajach mamy do czynienia ze swoistym „przerostem” opodatkowania pracy i konsumpcji nad opodatkowaniem kapitału. Oznacza to, że gros obciążeń podatkowych ponoszą zwykli obywatele, bądź to w formie PIT i składek na ubezpieczenia społeczne, bądź to w formie podatków pośrednich, takich jak VAT i akcyza. Jedynie Czechy notują względną równowagę między odsetkiem przychodów budżetowych z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych i takiegoż od osób prawnych – jako jedyne też osiągnęły wyższy procent udziału dochodów z tytułu CIT w PKB niż średnia krajów OECD. W pozostałych państwach odpowiednie wskaźniki są znacząco niższe.

Zwraca uwagę, że stawka CIT w Czechach wynosi 19 proc. - jak w Polsce – a efektywność ściągania podatków z przedsiębiorstw jest tam proporcjonalnie ponad dwukrotnie wyższa. Mimo to, nie słychać, by Czesi narzekali na brak inwestycji, co zadaje kłam wciąż powszechnej opinii, że zagranicznych inwestorów należy za wszelką cenę wabić ulgami, pomocą publiczną tudzież innymi finansowymi bonusami. Jak widać, nie trzeba – tym bardziej, że inne hołdujące „proinwestycyjnemu” podejściu badane kraje stały się w praktyce dla wielkich firm rajami podatkowymi.

Płaci za to oczywiście szary podatnik – począwszy od absurdalnie niskiej kwoty wolnej od podatku, a skończywszy na wysokich podatkach pośrednich, najboleśniej uderzających w najuboższe warstwy społeczne. Jeśli spojrzeć całościowo, to okaże się, że mamy regresywny system podatkowy – tzn. ludzie o najniższych dochodach odprowadzają w różnych formach do budżetu największą część swoich zarobków. Np. VAT w cenie podstawowych artykułów najmocniej odczuwają zarabiający w okolicach najniższej krajowej. Trzeba więc jasno powiedzieć: koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Drenaż kolonialny

Kto tu jest kolonizatorem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20-21 (25.05-07.06.2018)

Kryzys jest szansą! - cz.2

Narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - a, biorąc pod uwagę chociażby kontekst międzynarodowy, koniunktura jest jak rzadko kiedy.

I. Stanowczość popłaca

No proszę, wystarczy minimum asertywności w połączeniu z elementarną koordynacją działań i okazuje się, że można się postawić nawet Żydom. Taka mniej więcej płynie lekcja z zadymy wokół pomnika katyńskiego w Jersey City. Nawiasem, sam pomnik uważam za nadekspresyjny kicz, ale może taki właśnie skuteczniej przemawia do amerykańskiej wrażliwości. Mniejsza jednak o walory artystyczne monumentu – w momencie ataku obowiązkiem Polski było stanąć twardo w jego obronie, bo szanujące się państwo i naród nie mogą pozwolić, by jakiś pętak rozstawiał nas po kątach. To się udało – wreszcie zaktywizowała się nasza dyplomacja, podjęto współpracę z amerykańską Polonią, nawiązano kontakty z innymi mniejszościami etnicznymi, weteranami, a nawet częścią środowisk żydowskich, które napomniały burmistrza Stevena Fulopa, by nie robił zbędnej siary, bo na stole leżą ważniejsze karty do rozegrania. Nie ma wątpliwości, że Fulop chciał podłączyć się pod antypolską nagonkę, by ugrać przy tej okazji kilka punktów na własne polityczne konto – najwyraźniej jednak przestrzelił, co na szczęście udało się nam wykorzystać. Zakładając, że dotrzyma porozumienia i pomnik faktycznie stanie raptem kilkadziesiąt metrów dalej, a grunt zostanie wydzierżawiony polskiej społeczności na 99 lat, to można ogłosić sukces.

W tym miejscu pozostaje jedynie żałować, że nasze władze nie zagrały analogicznie w przypadku ustawy 447 – bo jak się okazuje, przy pewnej determinacji istniała możliwość jeśli nawet nie zablokowania aktu, to może chociaż wykreślenia najgroźniejszych z naszego punktu widzenia zapisów o mieniu bezdziedzicznym. Podejrzewam zresztą, że zaangażowanie w sprawę pomnika w Jersey City miało na celu częściowe zatarcie fatalnego wrażenia, jakie wywarła na opinii publicznej nasza bierność w o wiele ważniejszej kwestii wspomnianej ustawy. Cóż, łatwiej jest potykać się z jakimś burmistrzem niż z Kongresem i potężnym „przemysłem holocaust”, zwłaszcza gdy w grę wchodzą gigantyczne pieniądze. Na osłodę PiS postanowiło przedstawić swoją bierność jako cnotę, urządzając przy okazji po raz kolejny kpiny w żywe oczy z patriotycznego elektoratu. Tak bowiem należy odczytywać wystąpienie Adama Bielana w Telewizji Republika, podczas którego tłumaczył nam, że „radykalne” organizacje żydowskie nie są ukontentowane kształtem JUST Act, albowiem ten jest w ich opinii zbyt łagodny i rzekomo nie daje realnych możliwości nacisku na restytucję mienia bezspadkowego. Innymi słowy, mamy się cieszyć, bo mogło być gorzej. Zapewne mogło, ale nie da się też ukryć, że mogło być lepiej, gdyby polskie państwo cokolwiek w tej sprawie zrobiło i nie chwytało za ręce amerykańskiej Polonii, która jako jedyna podjęła konkretne działania lobbyingowe.


II. „Elastyczność” gluta

Rozwodzę się nad tymi dwoma przypadkami, bowiem skupiają one jak w soczewce rozchwianie pisowskiej polityki – od gromko ogłoszonego szturmu (nowelizacja Ustawy o IPN) do rejterady (rozpaczliwe „odkręcanie” konfliktu z Żydami i zamrożenie „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), kompensowanej następnie kolejną szarżą na drugorzędnym odcinku frontu (pomnik w Jersey City). Słowem, mamy potwierdzenie tego, o czym pisałem w poprzedniej „Polsce Niepodległej”, wytykając PiS-owi niezgulstwo i podszytą tchórzostwem skłonność do kapitulanctwa przedstawianą jako „elastyczność”. Tymczasem elastyczność prawdziwa, to umiejętność sprawnego manewrowania połączona z asertywnością na kluczowych odcinkach. Przy takim podejściu, rozmaite kryzysy stają się szansą na ugranie czegoś dla siebie. PiS natomiast postępuje dokładnie odwrotnie – potrafi być stanowczy w kwestiach mniejszej wagi, natomiast chowa się do mysiej dziury gdy przychodzi do rozgrywki głównej. Takie nastawienie zaś oznacza, że każdy kryzys staje się z miejsca poważnym zagrożeniem. W efekcie, zamiast sprężystości cisowego łuku mamy „elastyczność” gluta.

Trzeba podkreślić, że ta postawa nie wynika jedynie z braku politycznej sprawności. Równie ważną rolę odgrywa poczucie względnego komfortu oraz związana z nim skłonność do wygodnictwa i chodzenia po najmniejszej linii oporu. Tak należy tłumaczyć postawienie na „bezalternatywny” sojusz z USA przy jednoczesnym zamykaniu oczu na prosty fakt, że w ten sposób sami wydajemy się na łaskę i niełaskę naszego aktualnego hegemona, co później skutkuje szeregiem przykrych następstw – począwszy od wymuszanej na nas ustępliwości w relacjach z Ukrainą i Litwą (bo Waszyngton chce mieć spokój na wschodniej flance i nie życzy sobie konfliktów między wasalami), a skończywszy na potencjalnie rujnujących nas „odszkodowaniach” za pożydowskie mienie i podtrzymywaniu kosztownej fikcji „strategicznego partnerstwa” z Izraelem. O dokonującym się na naszych oczach zaprzepaszczeniu szansy na status kluczowego węzła Nowego Jedwabnego Szlaku szkoda nawet mówić – główne trasy handlowe pójdą na południe i północ od nas, na czym skorzystają m.in. Węgry i Austria oraz Rosja i Niemcy, które właśnie dogadały się co do transportu chińskich towarów drogą morską na linii Kaliningrad – Rostock. A więc ceną za zignorowanie Chin na amerykańskie życzenie będzie powstanie logistycznego odpowiednika Nord Streamu.

Dzieje się tak dlatego, że PiS ma świadomość, iż na krajowym politycznym rynku nikt po prawej stronie nie jest w stanie mu zagrozić. Toteż, przynajmniej póki co, może sobie pozwolić na ignorowanie coraz bardziej rozczarowanej części patriotycznego elektoratu – w myśl zasady, że wyborcy i tak nie mają innej opcji, niż zagłosować na partię Kaczyńskiego w kolejnych wyborach. Po co zatem się starać i podejmować ryzyko? W razie czego malkontentów spacyfikuje się za pomocą uzależnionych od partii mediów, które ogłoszą ich „ruskimi agentami”. Tak to przynajmniej wygląda w optyce pisowskich decydentów.


III. Narodowa alternatywa?

Jednak narastająca frustracja wyborców jest faktem – wystarczy zajrzeć do internetu, by przekonać się, że po kolejnych blamażach i ustępstwach w ludziach aż się gotuje. Podobnie oskarżenie o agenturalność (niegdyś zabójcze) od dłuższego już czasu traci swoją moc oddziaływania. Stało się to, co kiedyś przewidywałem: metoda moralnego szantażu na „ruskiego agenta” wytarła się i zdewaluowała od ciągłego nadużywania - niczym równie śmiertelny niegdyś zarzut „antysemityzmu”. Ludzie zwyczajnie przestają się bać i coraz głośniej formułują swoje niezadowolenie. To zaś oznacza, że wcale nie „muszą” w kolejnych wyborach zagłosować na jedynie słuszną partię monopolizująca dziś propaństwowość i patriotyzm, z których to haseł coraz częściej przy bliższym sprawdzeniu pozostaje wydmuszka. Mogą po prostu zostać w domach.

Ale równie dobrze ktoś może ich głosy zagospodarować i zmobilizować przy okazji przynajmniej część ogromnej rzeszy biernych wyborców. I tu wrzucam kamyczek do ogródka środowisk narodowych. To, co pisałem odnośnie szansy jaką daje kryzys, dotyczy również ich. Obecna zadyszka rządu połączona z rosnącym zniecierpliwieniem prawicowej opinii publicznej stwarza naturalną przestrzeń w którą mogliby (i powinni) wkroczyć narodowcy. Generalnie, prawdziwym nieszczęściem dla obecnej sceny politycznej jest brak liczącego się ugrupowania na prawo od PiS – bo za takowe nie można uznać amorficznego i wstrząsanego konfliktami ruchu Kukiza. Potrzeba partii, która niczym szczupak w stawie powolnych karpi z jednej strony mobilizowałaby PiS do działania, z drugiej zaś przedstawiała czytelną alternatywę, unikając przy tym miazmatów prorosyjskiego „słowianofilstwa”.

Pytanie tylko, czy nasi narodowcy potrafią stanąć na wysokości zadania. Projekt stowarzyszenia „Endecja” pod patronatem Rafała Ziemkiewicza umarł, zanim w ogóle zaczął funkcjonować, a sam publicysta został spuszczony po drucie jako samozwańczy ideowy „guru”. Obecnie zatem sytuacja wygląda tak, że istnieje sporo ruchów, stowarzyszeń, tudzież oddolnych inicjatyw robiących wiele dobrego w pracy ideowo-wychowawczej, potrafiących raz do roku skrzyknąć się na Marsz Niepodległości, lecz nie znajduje to żadnego przełożenia na polityczny potencjał. Na dodatek, środowiska te są mało odporne na różnych idiotów i prowokatorów, kompromitujących ich w oczach opinii publicznej – zawsze prędzej czy później wyskoczy jakiś pajac z kukiełką Żyda, kogoś innego przyłapią na „hailowaniu” czy krojeniu torcika z „wunderwafelkami” i cały rozsądny przekaz narodowego mainstreamu idzie psu w gardło. Na powyższe nakładają się partykularne ambicyjki poszczególnych „wodzów”, nieuchronnie rozpraszające zbiorowy potencjał „Indian”. W konsekwencji, narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - bo kilku polityków z tego nurtu, którzy zabrali się do Sejmu razem z Kukizem, delikatnie mówiąc, nie czyni wiosny. A, biorąc pod uwagę kontekst międzynarodowy i rosnącą popularność tego typu ruchów zarówno w naszym regionie, jak i na zachodzie, koniunktura jest jak rzadko kiedy. Pora zatem obudzić się z drzemki i chwytać okazję, bo lada chwila może być za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kryzys jest szansą!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (23.05-05.06.2018)

Pod-Grzybki 130

Michał Rachoń (TVP Info) poinformował w swoim programie zaproszonych polityków, że w apartamencie posła PO Stanisława Gawłowskiego mieści się zamtuz. Na tę wieść trójka w składzie: Andrzej Halicki (PO), Piotr Misiło (Nowoczesna) i Adam Struzik (PSL) poderwała się z miejsc i czym prędzej wybiegła ze studia. Bali się, że nie zdążą przed zamknięciem?


*

Co ciekawe, wkrótce po tym incydencie PO, Nowoczesna i PSL zażądały wyrzucenia Rachonia z „Woronicza 17”. Czyżby dziewczynki od Gawłowskiego okazały się „trefne” i panowie teraz nie wiedzą, co powiedzieć swoim małżonkom?


*

Guy Verhofstadt wysmażył artykuł w którym postuluje ukaranie Polski i Węgier wstrzymaniem europejskich funduszy za „zbaczanie z właściwej ścieżki”. Bardzo ucieszyło to pana Marcina Święcickiego (ex-PZPR, ex-Unia Demokratyczna, ex-Unia Wolności, ex-Partia Demokratyczna „demokraci.pl”, ex-Lewica i Demokraci, obecnie PO – ale to zapewne nie koniec), który na swoim fejsiku wprost nie mógł się belgijskiego guya nachwalić. Ciekawostka: Święcicki w młodości uprawiał skok w dal i to nawet z pewnymi sukcesami. Potem zmienił dyscyplinę na serwilizm i dziś można śmiało powiedzieć, że po latach pilnego treningu osiągnął w niej poziom dostępny tylko dla wyjątkowych talentów.


*

Piotr „minister kultury” Gliński od jakiegoś czasu zdradza symptomy tzw. zszarpanych nerwów – zwłaszcza, jeśli ktoś zatrąci o Polską Fundację Narodową czy futrowanie różnych żydowskich instytucji. Wówczas pan profesor zachowuje się niczym podczas pamiętnej rozmowy z red. Mazurkiem (czyli łaje bezczelnego pismaka) – ostatnio zaś w równie pryncypialny sposób obsobaczył na Twitterze red. Warzechę za artykuł przyrównujący PFN do gangu Olsena. Cóż, wygląda to na klasyczny syndrom „profesora w polityce”: profesor przyzwyczajony jest do tego, że on mówi, a studenci słuchają. Więcej - potem on ich z tej wiedzy egzaminuje. A w polityce jest dokładnie odwrotnie: to polityk ma słuchać, co ludzie do niego mówią - i to on jest potem przez wyborców egzaminowany. Nawet przez tych najgłupszych, bo kartkę wyborczą każdy ma taką samą. Po prof. Glińskim widać, że on w związku z powyższym trochę cierpi. Ech, niewdzięczna jest ta służba narodowi...


*

Skoro wspomnieliśmy o PFN - jak wiemy, jej wiceszef Maciej Świrski słynie z zamiłowania do rozmaitych wizerunkowych kreacji. Zastanawiałem się, skąd mu się to wzięło i nagle mnie olśniło – Świrski to niespełniony cosplayer! Wyjaśniam: cosplay to taka barwna subkultura, której członkowie wcielają się w różne postaci – głównie w bohaterów komiksów, anime i gier komputerowych. Tyle, że prawdziwi cosplayerzy własnoręcznie przygotowują swoje kostiumy i gadżety. I tu widzę dla Świrskiego kolejne wyzwanie. Otóż niedawno PFN zerwała współpracę z Mateuszem Kusznierewiczem, który miał wyruszyć w rejs dookoła świata i teraz trwają poszukiwania następcy. Osobiście nie widzę problemu – Maciej Świrski przebierze się za marynarza i gotowe!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (23.05-05.06.2018)

niedziela, 20 maja 2018

Wielka Brytania – lewackie imperium zła

Cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki.

I. Machina śmierci

W poniedziałek, 14 maja, w Liverpoolu odbył się pogrzeb Alfiego Evansa. „Małego wojownika” na trasie konduktu pogrzebowego żegnały tysiące ludzi, w tym kibice miejscowego klubu piłkarskiego – Evertonu. Była to ostatnia odsłona batalii, która przykuła uwagę całego świata – niespełna dwuletni chłopiec i jego zdesperowani rodzice podjęli nierówną walkę z nieludzkim systemem lekarsko-urzędniczo-sądowym. Jeżeli ktoś potrzebował dowodu na istnienie cywilizacji śmierci, to za sprawą brytyjskiej machiny państwowej otrzymał go w wyjątkowo dobitnej formie. Najpierw lekarze – ci sami, którzy nie tylko nie potrafili Alfiemu pomóc, ale nawet go zdiagnozować – zadecydowali wbrew woli rodziców, że ich dziecko ma umrzeć. Później zaś decyzja ta uzyskała wsparcie wszelkich możliwych państwowych organów, z najwyższymi instancjami sądowniczymi włącznie. Na funkcjonariuszach systemu nie zrobił wrażenia nawet fakt, że chłopiec po odłączeniu go od aparatury medycznej samodzielnie oddychał. Odmówiono przyjęcia do wiadomości, że małemu przyznano włoskie obywatelstwo, a związany z Watykanem szpital Bambino Gesu zaoferował dalsze leczenie. Nie miało znaczenia, że wojskowy samolot medyczny gotów był przetransportować Alfiego w każdej chwili do rzymskiej kliniki. Zignorowano również apel tak chętnie przy innych okazjach cytowanego papieża Franciszka. Sędzia Justice Hayden stwierdził wręcz, że zabiegi włoskiego rządu „uchybiają standardom międzynarodowej dyplomacji”, a przewiezienie chłopca „nie leży w jego interesie”, dorzucając jeszcze uwagę o „fanatyzmie” jednego z członków rodziny Evansów. Swoje dołożył zeznający przed sądem lekarz reprezentujący szpital Alder Hey, twierdząc, że na transport nie pozwala „zły stan zdrowia” dziecka. Przypomnijmy, że mówimy o sytuacji, kiedy arbitralnie skazano chłopca na śmierć, a tlen i wodę podano mu dopiero po wielu godzinach, pod ewidentną presją rodziców i opinii publicznej. Jednak, koniec końców, zgodnie z „planem paliatywnym” (tak określono procedurę eutanazyjną) wycieńczony Alfie Evans zmarł 28 kwietnia o 2:30 w nocy. 9 maja skończyłby dwa lata.

A zatem woli brytyjskiej Korony stało się zadość, zaś lekarze, którzy zgodnie z tamtejszym prawem reprezentowali „interes dziecka” przeciwstawiany (zapewne subiektywnej i niemiarodajnej, jak wynika z orzeczenia sądu) opinii rodziców, mogą wreszcie spokojnie odetchnąć. Państwo pokazało swą moc i udowodniło niedowiarkom, że pozostaje panem życia i śmierci poddanych królowej. W tle mamy jeszcze faszerowanie chłopca szczepionkami aplikowanymi wg standardowego „rozdzielnika” bez brania pod uwagę, iż jest to przypadek szczególny, po których jego stan konsekwentnie się pogarszał - i podejrzenie, że gdyby ukończył drugi rok życia, rodzice mogliby dochodzić gigantycznych odszkodowań z tytułu powikłań. Lepiej więc było go zawczasu zabić - nie ma dziecka, nie ma problemu. Wpisuje się to zresztą w mroczną tradycję Alder Hey Hospital, mającego na swoim koncie m.in. nielegalne pobieranie i handel narządami zmarłych dzieci, a także niewyjaśnione zgony małych pacjentów. No i wreszcie postać sędziego Haydena – zwolennika aborcji i eutanazji oraz aktywisty LGBT opowiadającego się za prawem do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Słowem, klasyczny produkt lewackiej obróbki ideologicznej, oddelegowany na odcinek wymiaru sprawiedliwości.


II. Imperium zła

Jak na ironię, w tym samym czasie media ekscytowały się narodzinami kolejnego „royal baby” - i muszę powiedzieć, że obserwując tę schizofrenię, miałem nieodparte wrażenie obcowania z jakimś satanistycznym obrzędem. Zabójstwo Alfiego Evansa wyglądało wręcz na coś w rodzaju mordu rytualnego - bo też determinacja wszystkich organów brytyjskiego państwa w dążeniu do zamordowania tego chłopca była wprost nieludzka. Może u nich jest taka niepisana tradycja, że gdy w rodzinie królewskiej rodzi się nowy potomek, to jakieś inne dziecko musi zostać uśmiercone - i z jakichś względów padło akurat na Alfiego? Biorąc pod uwagę zbrodniczą historię brytyjskiego imperium, wcale by mnie to nie zdziwiło – podobnie, jak nie dziwi mnie paniczny lęk jego przedstawicieli przed modlitwą. Zaraz po śmierci Alfiego włoski zakonnik o. Gabriele Brusco wspierający chłopca i jego rodzinę, został zmuszony przez miejscowych biskupów do opuszczenia Wlk. Brytanii. Wcześniej natomiast został odwołany ze szpitala – jego obecność przy Alfiem i modlitwy były nie na rękę personelowi. Nie pozwolono mu nawet na udzielenie sakramentu namaszczenia chorych. Już po wszystkim, Episkopat Anglii i Walii w pełni poparł poczynania szpitala i organów państwa – najwyraźniej wśród poddanych królowej obowiązuje żelazna lojalność wobec Korony, a duchowieństwo zobowiązane jest do wspierania poczynań Imperium, nawet jeśli są one skrajnie lewackie i jawnie antychrześcijańskie. W Polsce również mieliśmy namiastkę powyższego. Otóż policja na wezwanie brytyjskich dyplomatów rozgoniła pokojowe spotkania modlitewne pod konsulatami w Warszawie, Lublinie i Krakowie, zorganizowane w dniu urodzin Alfiego – 9 maja. Powód? Modlitwa za duszę małego tak przeraziła przedstawicieli Imperium Zła, że zaczęli „obawiać się o swoje bezpieczeństwo”.

Krótko mówiąc, cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki. Kolejną cechą tego, co mieliśmy właśnie okazję zobaczyć, jest porażająca swą perfidią hipokryzja - orędownikami i kapłanami nowego imperialnego paradygmatu są bowiem stada lewackich doktrynerów mieniących się „liberałami”, pokroju wspomnianego wyżej sędziego Haydena. Dla urzeczywistnienia swych ideologicznych założeń gotowi są nawet zabić – bo wszak uśmiercenie Alfiego Evansa było w istocie mordem sądowym. Ów tępy dogmatyzm przekłada się na priorytety działań aparatu państwa w których poczesną rolę odgrywa zwalczanie inaczej myślących – w imię zamordystycznie pojmowanego „liberalizmu”, ma się rozumieć. A to z kolei oznacza, że Wielka Brytania, przy zachowaniu wszystkich „wolnościowych” pozorów stała się państwem szalejącego, lewackiego faszyzmu.


III. Wróg publiczny

Taki system, rzecz jasna, potrzebuje wroga, którego istnienie legitymizowałoby systematyczną likwidację swobód w przestrzeni prywatnej i publicznej – począwszy od władzy rodzicielskiej, a skończywszy na wolności słowa, jaka do niedawna była znakiem firmowym Zjednoczonego Królestwa. Wrogiem tym jest obecnie „prawicowy ekstremizm” oznaczający każdego, kto odstaje choćby o włos od zadekretowanej linii. Przykładowo, na własnej skórze odczuli to przywódcy antyimigranckiego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen skazani na kary więzienia (odpowiednio – 18 i 36 tygodni) za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Owo „szerzenie nienawiści” polegało m.in. na sprzeciwie wobec islamizacji Wielkiej Brytanii, przejawiającej się chociażby długoletnią bezkarnością gangów pakistańskich stręczycieli i gwałcicieli nieletnich dziewcząt w Rotherham, Rochdale, Telford i wielu innych miastach – przy bierności policji obawiającej się oskarżeń o „rasizm”. Z kolei w Newcastle urzędnicy mieli zakaz mówienia o przynależności etnicznej sprawców, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Paul Golding przypłacił już pobyt za kratami dotkliwym pobiciem i złamaniem nosa. Z podobnych powodów do aresztu trafił inny aktywista – Tommy Robinson, znany polskim odbiorcom ze świetnego wideoreportażu o Marszu Niepodległości. Pozornie to wszystko jest odległe od sprawy Alfiego Evansa, lecz w rzeczywistości mamy do czynienia z elementami tej samej, totalniackiej układanki.

Dwa lata temu kibicowałem Brexitowi, widząc w nim szansę na uwolnienie się tego kraju spod lewackiej okupacji Brukseli. Dziś okazuje się, że Wlk. Brytania wyszła z Unii tylko po to, by praktykować lewactwo na własną rękę i w jeszcze bardziej restrykcyjnej formie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (19-24.05.2018)