niedziela, 14 maja 2017

Macron, czyli Petru po francusku

Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

I. „Mąż opatrznościowy”

Jeżeli potraktować poważnie komentarze światowej prasy po zwycięstwie Emmanuela Macrona (66,1 proc.) nad Marine Le Pen (33,9 proc.), to można by pomyśleć, że ludzkość cudem uniknęła jakiejś potwornej apokalipsy. Wygrana Le Pen miała, wedle tej narracji, oznaczać triumf „populizmu” i związany z nim „Frexit”, a w konsekwencji „koniec Unii Europejskiej”. Używano przy tym standardowego już straszaka, czyli argumentu „ad Putinum” - kremlowski satrapa miałby mianowicie wielce się „ucieszyć” z triumfu kandydatki Frontu Narodowego. Przed tym wszystkim uchronił nas objawiony w ostatniej chwili mąż opatrznościowy – Macron.

Tu warto od razu wtrącić kilka uwag porządkujących. Ów straszny „populizm”, to po prostu kontestacja obecnego porządku i zarządzającego nim demoliberalnego establishmentu. Porządek ten sypie się na naszych oczach, zaś elity przywódcze – często samozwańcze, bez demokratycznego mandatu, skorumpowane, oderwane od rzeczywistości i wyborców – nie tylko nie mają recepty na kryzys, ale często wręcz odmawiają przyjęcia do wiadomości, że coś jest tu fundamentalnie nie w porządku, a „liberalna demokracja” w dzisiejszym kształcie brnie w ślepą uliczkę. Jeżeli już formułują jakiś program, to zasadza się on na pomyśle „więcej tego samego”: więcej „integracji”, więcej unifikacji, globalizacji, no i przede wszystkim – więcej władzy dla nas! Wszystko z pominięciem woli większości, a często wręcz jawnie przeciw niej. Z tego punktu widzenia „populiści” odwołujący się właśnie do tej otwarcie lekceważonej przez establishment demokratycznej większości, jawią się niczym śmiertelne zagrożenie – tym bardziej, że postulują powrót do „Europy ojczyzn” i wzmocnienie roli państw narodowych, co bezpośrednio godzi w pozycję i interesy rozpanoszonej kasty brukselskich mandarynów. Stąd obecna krucjata spod znaku „walki z populizmem”.


II. Chłopak od Rothschildów

Produktem takiej krucjaty jest Emmanuel Macron – człowiek bez właściwości, którego postanowiono wystrugać w trybie pilnym na zbawcę Europy. Młody, dynamiczny, nieograny polityk z głębokich rezerw kadrowych, przed którym postawiono zadanie uwiedzenia wyborców powiewem świeżości i bliżej niesprecyzowanego „optymizmu”. Jego ruch „En Marche!” („Naprzód!”), to utworzony ad hoc amorficzny konglomerat bez struktur – za to najwyraźniej nie mający problemów z finansowaniem. I tu jest zasadnicza różnica między Macronem a Marine Le Pen, do której przylgnęła łatka „kandydatki Putina” z powodu pożyczki 9 mln. euro zaciągniętej w rosyjskim First Czech Russian Banku (później umorzonej). Ceną było popieranie rosyjskiej linii w sprawie Ukrainy oraz inne przyjazne gesty na forum publicznym, co dla Le Pen było rozsądnym dealem – Francji i Frontowi Narodowemu „samostijna Ukraina” nie jest do niczego potrzebna w przeciwieństwie do pieniędzy, a warto pamiętać, że wcześniej finansowego wsparcia odmówiły Le Pen solidarnie wszystkie francuskie banki, rosyjska pożyczka była więc ostatnią deską ratunku.

Natomiast Macron to protegowany Rothschildów – ma za sobą rozdział błyskotliwej kariery w ich banku - Rothschild & Cie Banque, gdzie pracował w latach 2008-2012 zajmując się bankowością inwestycyjną na miliardową skalę ze stosownym wynagrodzeniem – ponad 100 tys. euro miesięcznie. Wcześniej ukończył m.in. francuską „kuźnię kadr” polityczno-urzędniczych - École nationale d’administration (ENA), której absolwenci stanowią twardy trzon tamtejszych elit. Stamtąd trafił do państwowego korpusu inspektorów finansowych, potem do wspomnianego banku Rothschildów, następnie zaś do administracji prezydenta Hollanda, w czym zapewne pomógł mu epizod członkowski w Partii Socjalistycznej (2006-2009). Słowem, ucieleśnienie powiązań na styku bankowość – polityka, co nie przeszkodziło mu pozycjonować się jako „bezpartyjny” i „niezależny” kandydat. Owego „niezależnego” kandydata zgodnie poparł walczący o przetrwanie mainstream V Republiki – od lewa do prawa, tworząc jednolity front przeciw Marine Le Pen. Skutek znamy – w uproszczeniu można powiedzieć, że pieniądze Rothschildów wygrały z pieniędzmi Moskwy, co zostało odtrąbione jako wielki sukces demokracji.

Na marginesie warto odnotować tu galopującą hipokryzję, bowiem niemal cały zachodnioeuropejski establishment polityczno-biznesowy wręcz przebiera nogami, żeby robić z Putinem interesy (i często robi, omijając sankcje), o takich przedsięwzięciach jak Nord Stream już nie wspominając. Dotyczy to literalnie wszystkich – Niemców, Francuzów, Włochów, Holendrów... – ale ta sama zgraja sprzedawczyków aż zachłystuje się oburzeniem i pryncypializmem, gdy podobne rzeczy śmie głosić zagrażający ich pozycji „populista”.


III. Petru wersja 2.0

Wśród komentarzy opisujących francuskie wybory pojawiły się analogie z krajowym podwórkiem i Ryszardem Petru, którego „Nowoczesna” również została nagle wykreowana z niczego notując względny wyborczy sukces. To samo pustosłowie, ten sam przerost propagandowego „piaru” nad treściami programowymi, bo trudno uznać za realny program ogólnikową „proeuropejskość”, te same ulokowane nadzieje dotychczasowych elit na ocalenie skóry, ta sama rzekoma „nowość” i „niezależność” oraz... podobne bankowe kariery, kontakty i zaplecze. Dość powiedzieć, że „Nowoczesna” nie miała problemów z otrzymaniem kredytu 2 mln. zł. na kampanię, choć ledwie co pojawiła się na scenie politycznej. Daj Boże każdemu politycznemu „start-upowi” podobne finansowanie. No i nawet obyczajowe skandaliki dotykają obu polityków...

Przy tym wszystkim jednak nie da się nie zauważyć, że Macron jest wersją ulepszoną – więcej polotu, medialnego obycia, dynamiki. Do tego różnice osobowościowe – francuski polityk nie pozwala sobie na żenujące wpadki, które skutecznie pogrążyły Ryszarda Petru. Ale też i we Francji gra toczyła się o wiele większą stawkę, niż w peryferyjnej Polsce, toteż można się domyślać, że casting na „odnowiciela demokracji” przeprowadzony był staranniej, nad samym kandydatem popracowali lepsi fachowcy, no i zaangażowano większe pieniądze. W efekcie Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

Wybór ten pokazuje kilka spraw. Po pierwsze, że francuskie społeczeństwo mimo obrzydzenia do dotychczasowej sceny politycznej jest bardziej ogłupiałe niż Polacy. Po drugie, że łatwiej je nastraszyć groźbą „nieprzewidywalnego” (zresztą, to bodaj ostatnia broń, która została establishmentowi – głosujcie na „naszego”, bo „populiści” wyprowadzą was w nieznane). I w związku z tym, po trzecie – że zachodnie społeczeństwa chciałyby wprawdzie odmiany, ale takiej z którą nie wiąże się ryzyko – i to właśnie zaproponował im Macron. Wcześniej na podobną, plastikową „zmianę” zagłosowali Amerykanie, wybierając Obamę i jego puste „Yes, we can”. Po dwóch kadencjach odbiło się to w stronę Trumpa, co powinni wziąć pod uwagę ci, którzy dziś triumfalistycznie ogłaszają zmierzch „populizmu”.

Otóż nie. Już samo to, z jakim napięciem liberalne elity wyczekiwały wyniku wyborów i zbiorowe westchnienie ulgi po przegranej Marine Le Pen (kto z nią wygra było tak naprawdę z ich perspektywy kwestią drugorzędną) pokazuje miejsce w którym się znaleźliśmy – jeszcze 5-10 lat temu coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Poza wszystkim – Macron poza zacieśnianiem integracji i „Europą dwóch prędkości” (co leży w interesie jego mocodawców, a nie obywateli), nie ma realnie niczego Francuzom do zaoferowania. Jego wybór to plasterek na rozjątrzoną ranę i nijak się ma do prawdziwych, buzujących we Francji problemów. A te, począwszy od migracji i napięć etniczno-kulturowych, po zabijającą tamtejszą gospodarkę walutę euro i przerost różnych „socjali”, będą wciąż podskórnie narastały, aż koniec końców rozsadzą tę wydmuszkę ulokowaną dziś w prezydenckim fotelu. Pytanie, czy wówczas Francuzi pójdą po rozum do głowy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (12-18.05.2017)

Norweski okup

Fundusze norweskie to nie jest żaden prezent od dobrego wujka z Oslo – Norwegia w ten sposób kupuje sobie dostęp do naszego rynku.

Dziś znów powrócę do tematu tzw. „funduszy norweskich”, jako że właśnie głos w tej sprawie zabrała norweska premier Erna Solberg, ogłaszając iż „nie może pozwolić, by Polska i Węgry kontrolowały środki na społeczeństwo obywatelskie”. Obecnie Polska negocjuje z Norwegią sposób rozdziału 809 mln. euro przewidzianych na lata 2017-2021. Do tej pory w Polsce „operatorem”, czyli podmiotem odpowiedzialnym za dystrybucję środków między krajowe organizacje pozarządowe była Fundacja Batorego wraz z Polską Fundacją Dzieci i Młodzieży – i Norwegowie chcą aby tak zostało. Polska natomiast stoi na stanowisku wyrażonym przez wicepremiera Glińskiego, iż są to fundusze publiczne, które powinny pozostawać w gestii polskiego rządu. Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, bo podobny system funkcjonuje chociażby na Łotwie, gdzie operatorem jest podległa premierowi Fundacja Integracji Społecznej do której działań norweski rząd nie zgłasza zastrzeżeń. U nas analogiczną rolę miałoby pełnić rządowe Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego – i tu już Oslo mówi zdecydowane „nie”, wskutek czego negocjacje znalazły się w impasie.

Formalnie Norwegom chodzi o to, by fundusze dzielone były przez „niezależne” podmioty – z tym, że jak wykazałem w felietonie „Międzynarodówka operatorów”, owa „niezależność” jest mocno problematyczna. Tak się bowiem składa, że rynek NGO'sów w zakresie zawiadywania funduszami EOG w naszym regionie zmonopolizowały filie „pozarządowej międzynarodówki” - czyli podmioty zależne od fundacyjnego „imperium” George'a Sorosa, tudzież innych gigantów z branży NGO's, będących w świecie III sektora odpowiednikami globalnych koncernów. Są to instytucje jednoznacznie sprofilowane światopoglądowo – w kierunku lewicowym – i wedle tego klucza rozdzielają będące w ich dyspozycji granty. Ten stan rzeczy odpowiada ideologicznej agendzie norweskiego rządu, stąd też dla premier Solberg nie do przyjęcia jest, by „łapę” na funduszach położyły prawicowe „reżimy” Kaczyńskiego i Orbana (Węgry do których trafić ma 215 mln. euro zażądały prawa veta przy wyborze operatora, na co Norwegia również nie chce wyrazić zgody). W efekcie, istnieje zagrożenie, że fundusze zostaną wstrzymane – tak jak stało się to już w 2014 r. w przypadku wspomnianych Węgier, co zmusiło Orbana do ustępstw, zaś środki po staremu zasilały niemal wyłącznie zasiedziałą na rynku sieć lewicowych NGO'sów.

Swoje nastawienie Erna Solberg zwerbalizowała zresztą otwartym tekstem, mówiąc o „nietolerancyjnych siłach” dybiących na norweskie środki. Wprawdzie zastrzega przy tym, że operator ma zostać wyłoniony w drodze „otwartego przetargu”, lecz w praktyce, zważywszy na instytucjonalną przewagę organizacji lewicowych hojnie sponsorowanych z zagranicy od początków III RP, oznacza to zachowanie status quo. Paradoksalnie, jedyną szansą na realną pluralizację światopoglądową III sektora jest powierzenie funduszy specjalnemu ośrodkowi rządowemu. Apel w tej sprawie wystosowało 50 organizacji skupionych w Konfederacji Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej, krytykując dodatkowo „centralizację” podziału środków (lwia część grantów trafia do podmiotów z największych miast, głównie Warszawy) – ale, jak widać, ta strona „społeczeństwa obywatelskiego” jest głęboko „niesłuszna”.

I teraz sprawa podstawowa, którą podnosiłem już w tekście „Bój o norweską kasę”. Fundusze o które toczy się batalia, to nie jest żaden prezent od dobrego wujka z Oslo. Kraje współtworzące wraz z Unią Europejską Europejski Obszar Gospodarczy – w tym Norwegia – kupują sobie w ten sposób prawo dostępu do wspólnego rynku i strefy Schengen, same pozostając poza strukturami UE. Innymi słowy, jest to odpowiednik składki członkowskiej dzięki któremu spijają integracyjną „śmietankę” (wspólny rynek, swoboda przepływu ludzi) bez ponoszenia różnorakich kosztów i konieczności podporządkowania się brukselskiej centrali.

Patrząc od tej strony, państwo polskie ma pełne prawo do nadzorowania „funduszy norweskich”, skoro Norwegia dzięki nim zyskuje przywilej wstępu na nasz rynek. Raport Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej informuje, że tylko w 2014 r. norwescy inwestorzy osiągnęli zysk z tytułu bezpośrednich inwestycji w wys. 59,8 mln. euro. Ogółem w tym samym roku wartość polsko-norweskiej wymiany handlowej wyniosła ponad 5 mld. euro. Całe szczęście, że notujemy przy tym lekką nadwyżkę, choć zważywszy, że importujemy z Norwegii głównie szprycowane nie wiadomo czym łososie z „aquakultur” (jesteśmy największym odbiorcą), to na dobrą sprawę powinni nam jeszcze dopłacać za groźbę uszczerbku na zdrowiu. Generalnie Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce najważniejszych partnerów handlowych Norwegii, zaś Norwegia dla nas sytuuje się dopiero pod koniec drugiej dziesiątki. Może zatem norweska premier przestałaby się tak bardzo sadzić, bo póki co, to ich gospodarka bardziej potrzebuje Polski niż odwrotnie, co niniejszym podrzucam naszemu rządowi w charakterze argumentu w dalszych negocjacjach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (12-18.05.2017)

piątek, 12 maja 2017

Ten okropny nacjonalizm...

Odnoszę wrażenie, że nasi biskupi podnosząc nacjonalistyczne „zagrożenia” strzelają w próżnię - walczą z problemem, którego nie ma.


I. Patriotyzm – nacjonalizm - szowinizm

Dokument Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu” wywołał dość szeroki odzew - z tym, że raczej w środowiskach nie słynących ze zbyt żarliwego patriotyzmu, z „Gazetą Wyborczą” i okolicami na czele. Już samo to powinno dać do myślenia jego autorom, podobnie jak linia interpretacyjna środowisk lewicowych polegająca na starannym wyłuskaniu kilku fragmentów, by następnie użyć ich w charakterze bata na prawicę. Ponieważ w przeciwieństwie do wielu komentatorów ja akurat zadałem sobie trud, by ów list Episkopatu przeczytać w całości (dostępny jest na stronach KEP), mogę stwierdzić, że pod 90-95 proc. jego treści mógłby się podpisać każdy polski patriota. Łyżką dziegciu jest właśnie owe kilka procent z lubością eksploatowane przez akolitów sekty z Czerskiej, kiedy to biskupi zaczynają mówić o nacjonalizmie, przeciwstawiając go patriotyzmowi.

Otóż owo przeciwstawienie jest z gruntu fałszywe i wynika z pomieszania pojęć. Bardzo ładnie ujął to ks. Roman Kneblewski (swoją drogą, jeden z ulubionych celów nagonek „Wyborczej”) mówiąc, iż patriotyzm jest umiłowaniem ojczyzny, zaś nacjonalizm – umiłowaniem swojego narodu. Są to zatem dwie uzupełniające się cnoty, zasadzające się na chrześcijańskiej miłości. Czym innym jest natomiast szowinizm – czyli nienawiść do innych narodów i dążenie do ich zniszczenia, tak by zwiększyć tym samym „szanse życiowe” własnej nacji. Szowinizm w oczywisty sposób jest ideologią z piekła rodem, czego zresztą doświadczyliśmy na własnej skórze. Tymczasem polscy hierarchowie zdają się uporczywie nie dostrzegać tego elementarnego rozróżnienia, utożsamiając nacjonalizm z szowinizmem właśnie. Najdalej swojego czasu posunął się ks. prymas Wojciech Polak nazywając nacjonalizm „herezją”. I tym tropem poszli biskupi w omawianym tu piśmie, dając lewactwu powód do nieskrywanej satysfakcji.


II. Salwy w próżnię

Pierwszy błąd polega na zrównaniu destrukcyjnego, egoistycznego indywidualizmu prowadzącego do atomizacji społeczeństwa z nacjonalizmem rozumianym jako narodowy egoizm, zamykający się jakoby na inne wspólnoty. Nic z tych rzeczy – nacjonalizm bowiem w pełni wpisuje się w „ordo caritatis”, czyli porządek miłosierdzia. W analizowanym tu kontekście oznacza on tyle, że najpierw naszym obowiązkiem jest zadbanie o własny naród, jego dobro i pomyślność, a dopiero w dalszej kolejności o inne narody, jeśli te akurat potrzebują naszej pomocy. W takiej postawie nie ma nic niechrześcijańskiego.

Drugi błąd zawiera się w stwierdzeniu: „za niedopuszczalne i bałwochwalcze uznać należy wszelkie próby podnoszenia własnego narodu do rangi absolutu, czy też szukanie chrześcijańskiego uzasadnienia dla szerzenia narodowych konfliktów i waśni”. Pełna zgoda, z jednym zastrzeżeniem – to „podnoszenie do rangi absolutu” (czyli stawianie narodu w miejsce Boga) nigdy nie było cechą polskiego nacjonalizmu. Przeciwnie, polski nacjonalizm historycznie zawsze był wierny Kościołowi. Nawet Dmowski, który przez większość życia był osobą indyferentną religijnie, doceniał wagę katolicyzmu i jego rolę cywilizacyjną w kształtowaniu narodowego bytu. Natomiast z „deifikacją” narodu mieliśmy do czynienia w nazistowskich Niemczech, co przejawiało się m.in. w promowaniu „prawdziwie narodowych” starogermańskich kultów. Zatem na dobrą sprawę można by przewrotnie przyjąć, iż omawiany cytat jest pryncypialną krytyką niemieckiego szowinizmu - bardzo zresztą słuszną i na czasie, bo faktycznie Niemcy ostatnio rozpychają się w Europie i starają się przekształcić Unię Europejską w IV Rzeszę. Dodajmy – antychrześcijańską i nihilistyczną.

Poważniejąc – owszem, przedstawianie narodu jako najwyższego absolutu to bluźnierstwo i herezja. Tyle, że polscy narodowcy (może poza skrajnym marginesem) niczego podobnego nie robią.

Nieco dalej autorzy dokumentu powołują się na wystąpienie Św. Jana Pawła II na forum ONZ w 1995r., w którym stwierdził, iż „należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny”. Ów „szaleńczy nacjonalizm” to nic innego, jak wspomniany wyżej szowinizm. Różnicę między nacjonalizmem a szowinizmem już sobie wyjaśniliśmy.

W kolejnej części dokumentu hierarchowie podnoszą otwarty i inkluzywny charakter polskiego patriotyzmu, zwracając uwagę, iż Polsce przez stulecia dobrze służyli mieszkający tu przedstawiciele innych narodowości i wyznań. I znów – przecież polscy narodowcy wcale się od tej spuścizny nie odżegnują. Gdy jacyś wandale/prowokatorzy zbezcześcili tatarski meczet i cmentarz w Kruszynianach, spotkało się to z jednoznacznym potępieniem Ruchu Narodowego i ONR-u („Nie znajdujemy słów na potępienie tych skandalicznych uczynków skierowanych przeciwko polskim Tatarom, których historia tak ściśle związała z naszą wspólną Ojczyzną, że stali się integralną częścią Narodu Polskiego”). Podobnie rzecz się miała w przypadku dewastacji meczetu w Poznaniu, na co stanowczo zareagowała Młodzież Wszechpolska („Sprzeciwiamy się prymitywnemu szowinizmowi, wymierzonemu tym razem przeciwko środowisku muzułmanów w Poznaniu”). Inna sprawa, że wielokulturowa Rzeczpospolita była pokłosiem unii z Wielkim Księstwem Litewskim – organizmem powstałym w określonych warunkach historycznych. Notabene, górne warstwy społeczne Wielkiego Księstwa w naturalny sposób uległy szybkiej polonizacji, bo ówczesna Polska stanowiła dla nich atrakcyjny model cywilizacyjno-kulturowy. Obecnie, gdy nie ze swojej winy staliśmy się państwem monoetnicznym, robienie u nas na siłę jakiegoś kulturowego tygla byłoby zabiegiem sztucznym, z dziedziny inżynierii społecznej. Czym to skutkuje, widzimy na przykładzie Zachodu.


III. Oręż dla lewaków

Generalnie, odnoszę wrażenie, że nasi biskupi podnosząc nacjonalistyczne „zagrożenia” strzelają w próżnię - walczą z problemem, którego nie ma. Wygląda to tak, jakby Episkopat doznał zbiorowej pomroczności jasnej i recenzował rzeczywistość istniejącą wyłącznie na łamach „Wyborczej” i podobnych mediów. Nic więc dziwnego, że właśnie stamtąd dobiegły najgłośniejsze odgłosy dzikiej radochy – bo też lewacy dostali do ręki wymarzoną pałę do walenia po głowach swoich polityczno-ideowych przeciwników. Już teraz na bazie dokumentu padają nawoływania do przyjmowania „nachodźców”. Zarazem list KEP niejako stawia poza marginesem środowiska narodowe, wpychając je tym samym w objęcia różnych samozwańczych kaznodziejów. Dokument będzie dla michnikowszczyzny znakomitym narzędziem w zwalczaniu sympatyzujących z narodowcami kapłanów, których „Wyborcza” ma nieustannie na celowniku i nie ustaje w płodzeniu donosów do ich kościelnych zwierzchników - tak zniszczono Międlara (skutecznie) i próbowano zniszczyć ks. Kneblewskiego (póki co, nieskutecznie). Teraz ten proceder wywierania presji na kościelnych organach jeszcze się wzmoże - i za każdym razem donos będzie połączony z wymachiwaniem tym nieszczęsnym pismem.

Podam kilka przykładów reakcji ze stron „GW”. Postępowy ks. Alfred Wierzbicki postuluje, by Episkopat poszedł za ciosem i opublikował list o naszej obecności w UE i „europejskim patriotyzmie”. Przepraszam - czy chodzi o tę Unię, która nie chce słyszeć o chrześcijańskich korzeniach Europy i odcina się tym samym od własnych ojców-założycieli - niemieckich i francuskich chadeków? Przypomnę, działających w czasach, kiedy termin „chrześcijańska demokracja” faktycznie coś oznaczał.

Gazetowyborczy „pan od religii” Wilgocki Michał z kolei gardłuje o burdzie w Ełku pod kebabem oraz spalonej we Wrocławiu kukle Żyda - i jak bardzo w związku z tym ów list jest potrzebny. Tą kukłą będą nas straszyli, mam wrażenie, do końca świata. Rację miał Robert Winnicki stwierdzając, że ten wybryk dał paliwo „Gazecie Wyborczej” na najbliższe 10 lat - i tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że ten cały Rybak był nasłanym prowokatorem pokroju słynnego „Andrzeja spod krzyża”.

Natomiast Zuzanna Radzik idzie dalej i sarka, że dokument jest za mało konkretny, że biskupi stanęli bezpiecznie z boku i nie napiętnowali konkretnych przypadków nacjonalizmu. Słowem, daj palec, wezmą rękę. I ta ręka będzie szarpana, nie miejmy złudzeń. Takie będą efekty listu biskupów – niezależnie od ich intencji. Już teraz widać w jakim kierunku pójdzie medialna interpretacja i do czego będzie służyła lewackim ośrodkom propagandowym.

Szczerze mówiąc, aż głupio mi zwracać uwagę na takie – zdawałoby się – oczywistości. Nie sposób jednak pozostawić dokumentu KEP bez komentarza w sytuacji, gdy funkcję recenzenta Kościoła zarezerwowała dla siebie michnikowszczyzna, która korzysta z tego samozwańczego przywileju pełnymi garściami – jak widać, skutecznie. Z tonu wypowiedzi czerskich jednoznacznie wynika, iż list KEP potraktowali jako swój sukces - trudno się więc dziwić, ich ekstatycznej drżączce. Lada chwila zaczną mówić językami...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-16.05.2017)

Pod-Grzybki 96

Jerzy Dziewulski objawił kto upił Kwaśniewskiego w 1999r. przed uroczystościami w Charkowie. Okazało się, że Kwachu chlał w samolocie z abp. Sławojem Leszkiem Głódziem. Tyle, że w przeciwieństwie do „Olka-alkoholka” Głódź ma łeb do wódki i po nim akurat nie było widać. Cóż, kto siada do flaszki z Głódziem jest sam sobie winien, a poza tym, jak to mawiają – pić to trzeba umieć.


*

W Warszawie odbyła się manifestacja nomenklatury III RP pod nazwą „Marsz wolności”. W dość zgodnej opinii była frekwencyjną klapą – mimo zwiezienia autokarami terenowego aktywu PO, demonstrowało ok. 12 tys. osób. Tylko „Wyborcza” podała, że uczestników marszu było... 90 tysięcy. Jak sądzę, redaktorzy „Wyborczej” najpierw pili z Głódziem, a potem starannie policzyli te wszystkie biegające wśród demonstrantów białe myszki.


*

Na marginesie, małżonka Nowoczesnego Swetru wniosła pozew rozwodowy. W związku z tym doradzam szybki kurs u Kijowskiego przy merytorycznym wsparciu sędziego Żurka: „jak się migać od alimentów”. Czuję, że będzie bardzo przydatny.


*

Mediodajnie donoszą, że cesarzowa Makrela okropnie wściekła się na Junckera. A było tak – Juncker odbył dość nieprzyjemną rozmowę z Teresą May w sprawie Brexitu, po czym wychlapał wszystko po pijaku mediom. Pokazuje to dwie sprawy – po pierwsze, gdzie jest prawdziwy ośrodek decyzyjny Unii Europejskiej, skoro nominalny szef KE nie może samodzielnie informować mediów o swej działalności bez uzgodnienia z Berlinem. A po drugie – skoro Makrela wbrew wszystkiemu przeforsowała pijaczynę na tak eksponowane stanowisko, to teraz ma za swoje.


*

Francuski Makaron, w ramach dążenia do wylądowania na stolcu prezydenta Republiki obsobaczył Polskę za „dumping socjalny”, wskutek którego Whirpool przenieść ma do nas swoją fabrykę. Potem się połapał, że uderzył tym samym w podstawy UE, jakimi są swobodny przepływ kapitału i ludności, więc zaczął tradycyjnie parlować o „łamaniu zasad demokratycznych” i że ogólnie zrobi z nami porządek. I to mówi polityk państwa w którym od 2015 r. obowiązuje permanentny stan wyjątkowy. Panie Makaron – primo, weź pan ochłoń, bo się jeszcze rozgotujesz. A tak przy okazji – i to secundo - lewicowy Makaron to chłopak na posyłki Rothschildów, co tylko potwierdza, że lewactwo i banksterzy to dwie strony tego samego medalu.


*

Episkopat postanowił odwrócić się od narodowców, czemu dał wyraz w niedawnym dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” (omawiam go szerzej w osobnym tekście), sprawiającym momentami wrażenie, jakby powstał na zamówienie postępowej sekty z Czerskiej. Niemal równolegle w Warszawie demonstrował ONR wznosząc m.in. okrzyk „Ave Christus Rex”. Trudno o większy kontrast. Drodzy księża biskupi, jeśli piętnujecie nacjonalizm, to potem nie zdziwcie się, gdy w godzinie próby nie będzie komu bronić Kościoła przed atakami. No chyba, że liczycie na żarliwych obrońców z „Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”. Jeśli tak, to nie mam pytań.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-16.05.2017)

poniedziałek, 1 maja 2017

Powrót czarnego ptasiora

Najwyraźniej uznano, że upłynęło dość czasu i można już wywlec trupa Kosińskiego, by znów pookładać nim trochę Polaków.

I. Kosiński - ekshumacja

Szczerze mówiąc, nieco zdębiałem, gdy dowiedziałem się o planach ekranizacji „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego (własc. Józefa Lewinkopfa) z 1965r. Wydawałoby się, że co jak co, ale akurat ten wykwit antypolskiej hucpy od dawna jest już zdemaskowany, zakopany bezpiecznie sześć stóp pod ziemią i przebity dla pewności osikowym kołkiem. A jednak nie – ktoś uznał, że mitomańsko-pornograficzne elukubracje Kosińskiego wciąż mogą być użyteczne i można je bezpiecznie ekshumować. I to niemal ćwierć wieku po „Czarnym ptasiorze” Joanny Siedleckiej (1994r.), która to książka zdawałoby się raz na zawsze rozprawiła się z „dziełem” Kosińskiego i jego zakłamaną do cna biografią.

Tymczasem dowiadujemy się, że niedawno ruszyły zdjęcia do filmu opartego na „Malowanym ptaku”. Reżyserem jest czeski filmowiec Václav Marhoul, który nabył prawa do ekranizacji już w 2010 r. Więcej – jego scenariusz zdążył w międzyczasie zdobyć w 2013 r. nagrodę ScripTeast im. Krzysztofa Kieślowskiego na festiwalu w Cannes. Szykuje się zatem triumfalny przemarsz przez światowe kina i festiwale, tym bardziej, że w obsadzie znajduje się jedna z ikon Hollywoodu – Harvey Keitel. Premiera przewidziana jest na drugą połowę 2019 r. Zła wola reżysera nie ulega tu wątpliwości – jeżeli co najmniej od siedmiu lat szykował się do ekranizacji, to nie mógł nie wiedzieć, że autor „Malowanego Ptaka” był hochsztaplerem, zaś jego rzekome przeżycia wojenne opisane w książce – od początku do końca wyssanym z brudnego palucha stekiem chorych bredni. Ale cóż to szkodzi – Marhoul najwyraźniej zdał sobie sprawę, że może bezpiecznie wziąć się za Kosińskiego, w czym z pewnością utwierdziła go wspomniana nagroda w Cannes. Tak się bowiem składa, że obecnie przedstawianie Polaków jako zdegenerowanych, krwiożerczych antysemitów jest znakomitą przepustką na światowe salony. Takie jest zapotrzebowanie w ramach przerzucania na nas odpowiedzialności za Holokaust, zatem z góry można założyć klakę międzynarodowej krytyki napędzającą do kin publiczność. I nie łudźmy się – jakiekolwiek protesty i sprostowania strony polskiej zostaną w światowych mediach albo pominięte głuchym milczeniem, albo staną się „dowodem” polskiego antysemityzmu i niechęci do rozliczenia się z „trudną historią”. Przykład kariery Grossa, która jak można się domyślać natchnęła czeskiego filmowca, jest tu wielce wymowny. Obecnie na Zachodzie - od uniwersytetów po najgłupszego dziennikarza - jego „ustalenia” traktowane są w kategoriach dogmatu – do tego stopnia, że hiszpański „El Pais” na publikację Muzeum w Oświęcimiu zawierającą pełną listę załogi obozowej zareagował gniewnym komentarzem, że „Polska pisze historię drugiej wojny światowej od nowa”, powołując się przy tym m.in. na Grossa właśnie.

A teraz w nasze piersi postanowił bić się Czech. Przedstawiciel narodu, który poddał się Hitlerowi bez jednego wystrzału, w Yad Vashem ma raptem 115 „sprawiedliwych wśród narodów świata” (przy 6620 Polaków, więcej sprawiedliwych mają nawet kolaborujący z III Rzeszą Łotysze – 135), że o braku odpowiednika polskiej „Żegoty” już nie wspomnę. Ach – ten sam reżyser nakręcił wcześniej film „Tobruk” o dzielnych czeskich żołnierzach walczących z Rommlem w północnej Afryce.


II. Recydywa „pedagogiki wstydu”

Ale i to jeszcze nie koniec. Na warsztat postanowił wziąć „Malowanego ptaka” również Teatr Polski w Poznaniu we współpracy z warszawskim Teatrem Żydowskim. Inscenizacja już od miesiąca widnieje na afiszu (premiera odbyła się 26 marca), zaś od 11 maja będzie grana również w Warszawie. Prócz wątków z powieści Kosińskiego do przedstawienia włączono, jak czytamy na stronach Teatru Polskiego, także teksty m.in. Anny Bikont, Grossa, Karskiego i jak na urągowisko... Joanny Siedleckiej (jako „listek figowy”? czy autorka „Czarnego ptasiora” o tym wiedziała? czy uzyskano jej zgodę?), a nawet „wypowiedzi prasowe” publikującej na łamach „Warszawskiej Gazety” dr. Ewy Kurek.

Intencje autorów nie pozostawiają cienia wątpliwości. Maja Kleczewska (reżyseria) i Łukasz Chotkowski (dramaturgia) w wywiadzie dla serwisu Agory „Co jest grane” deklarują: „Spektakl oglądamy oczami Jerzego Kosińskiego, który wraca do swojego dzieciństwa, gdzie fikcja literacka przeplata się z realnością i rzeczywistością” (paradny eufemizm!). Dalej: „Pytamy za Kosińskim: »Czy wystarczy, że nie zabijają chłopca, aby uznać wszystkich dorosłych występujących w książce za bohaterów pozytywnych?«”. Później jest jeszcze lepiej: „Trzeba by naród polski oczyścił się ze wstydu poprzez przyznanie się do zaniku empatii do współobywateli żydowskich w czasie Zagłady. Pokazujemy też rolę Kościoła w inspirowaniu antysemityzmu”. Nieco wcześniej zaś Łukasz Chotkowski z Teatru Żydowskiego stawia żądanie: „Polacy muszą doprowadzić w końcu do pokazania filmu »Shoah« Lanzmanna w Telewizji Polskiej”.

Gwoli wyjaśnienia, „Shoah” nakręcony w 1985 r. stanowił swoiste podglebie do późniejszej eksploatacji „polskiego udziału” w Holokauście. Dla wyliczenia manipulacji Lanzmanna nie starczyłoby wołowej skóry („wycinanie” z filmu świadectw polskiej pomocy Żydom, przedstawianie Polaków jako zbiorowiska prymitywów itp.), zatem tylko przytoczę całkowicie demaskujące go słowa z opublikowanych później zapisków: „30 milionów świadków, 30 milionów niemych, głuchych i ślepych, tego nie można wytłumaczyć tylko terrorem. Polska była terenem mordu idealnie wybranym i eksterminacja Żydów tylko tu mogła mieć miejsce”. I wedle autorów scenicznej adaptacji „Malowanego ptaka” mamy się przejrzeć w tym krzywym zwierciadle, żeby „oczyścić się ze wstydu”? A czy przypadkiem nie powinni się wstydzić ci, którzy przenoszą konfabulacje Kosińskiego na sceniczne deski, ubierając je w „nieokreśloną przestrzeń lęku i paranoi, która kazała Kosińskiemu wymyślać najokrutniejsze sceny, najbardziej drastyczne obrazy, by ten paranoiczny lęk w nich rozładować” - jak czytamy w jednej z cytowanych przez portal Teatru Polskiego recenzji? Zwróćmy uwagę – mamy tu do czynienia ze stopniowym wybielaniem Kosińskiego: musiał oczerniać, by rozładować traumę, biedaczek.


III. Hochsztapler

Skoro już dotarliśmy do tego momentu, to przypomnijmy dla porządku: Kosiński nie był nawet autorem „Malowanego ptaka”. Najprawdopodobniej napisali go za niego ghost-writerzy, do autorstwa pretendował też rosyjsko-irlandzko-amerykański poeta George Reavey. Zdemaskowano go również jako plagiatora. Wszystko to wyszło na jaw jeszcze przed „Czarnym ptasiorem” Joanny Siedleckiej i przyczyniło się do środowiskowego ostracyzmu w nowojorskim światku literackim oraz załamania jego kariery. Przyznam się, że prócz „Ptaka” przeczytałem tylko jedną jego książkę - „Pasję”, będącą zapisem kolejnych seksualnych dewiacji – a w tej dziedzinie Kosiński zapuszczał się naprawdę w najniższe kręgi piekła. Wystarczyło mi. Generalnie, całe jego życie było mitomańską kreacją, fikcją. W końcu nie wytrzymał sam ze sobą i popełnił samobójstwo - nałykał się barbituranów, wszedł do wanny i założył sobie na głowę worek foliowy. Tak go znaleziono.

W „Malowanym ptaku” nie ma słowa prawdy. Przeżył on i jego ojciec, przy solidarnej postawie całej wsi i okolic, nie miał też miejsca żaden z opisanych w książce makabrycznych ekscesów. Nic dziwnego, że odwiedzając Polskę Kosiński ani razu nie pofatygował się do Dąbrowy Rzeczyckiej i rodziny, która przechowała go podczas wojny. Przypomnijmy też, że Joannę Siedlecką po publikacji „Czarnego ptasiora” spotkała fala bezprzykładnej nagonki. Zestaw znany: „Wyborcza”, „Polityka”, „Tygodnik Powszechny”... Pomyje typu: „obrzydliwa książka”, „niemoralna”, „nikczemna”, „plugastwo”. Zamknęli się dopiero, gdy niezależne śledztwo przeprowadził amerykański dziennikarz James Parc Sloan, potwierdzając ustalenia Siedleckiej i publikując reportaż w „The New Yorkerze”. Lecz cóż – dziś najwyraźniej uznano, że upłynęło dość czasu i można już wywlec trupa Kosińskiego, by znów pookładać nim trochę Polaków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17-18 (28.04-11.05.2017)


Kryminał tango

Konrad M. - innowator oprymowany przez państwo, które dzięki takim jak on może podbijać swe wskaźniki makroekonomiczne.

Dzisiaj małe kryminał-tango. Jak wiemy, pewną sensację medialną wywołało niedawno doniesienie, iż lider przygrywającej antyrządowym demonstracjom „KOD-Kapeli”, niejaki Konrad M., był szefem gangu handlarzy „żywym towarem”. Sprzedawał mianowicie kobiety do greckich i włoskich domów publicznych. Mechanizm był typowy – atrakcyjna oferta pracy jako hostessy reklamującej w eleganckich lokalach ekskluzywne alkohole, podpisanie „cyrografu”, czyli weksla in blanco na wypadek niepodjęcia na miejscu pracy, transport na koszt ofiary, potem zaś informacja, że „praca” polegać będzie na świadczeniu usług seksualnych. Tylko nielicznym kobietom udało się uciec – większość, bez znajomości języka, dokumentów, szantażowana podpisanymi wekslami, stawała się de facto seksualnymi niewolnicami w greckich i włoskich, z przeproszeniem, burdelach. Proceder trwał bez mała 3 lata (2004-2006), łącznie sprzedano w ten sposób ok. 100 kobiet, a gang za każdy dzień „eksploatacji” każdej z nich otrzymywał 10 euro.

Tyle skrótowego przypomnienia podstawowych faktów. A teraz zastanówmy się nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, dlaczego media donoszą o powyższym procederze w tonie oburzenia; po drugie – co skłoniło pana Konrada M., by zaangażować się akurat w działalność Komitetu Obrony Demokracji?

Co do pierwszego - pragnę przypomnieć, że sama krynica wszelakiej mądrości jaką jest Komisja Europejska, zaleciła krajom członkowskim doliczanie do oficjalnych wskaźników PKB dochodów z działalności takiej jak prostytucja (w tym „działalność ochroniarska/sutenerska” - tak jest to ujęte w tabelkach GUS), tudzież przemyt i handel narkotykami. W opinii części ekspertów ma to stanowić wstęp do przyszłej legalizacji. Patrząc od tej strony, można potraktować Konrada M. jako pioniera, który miał po prostu pecha, bo rozpoczął biznesową aktywność, zanim jeszcze KE wpadła na swój znakomity pomysł. A dziś ten innowator jest oprymowany przez państwo, które dzięki takim jak on może podbijać swe wskaźniki makroekonomiczne. To zaś przekłada się m.in. na lepsze postrzeganie przez „rynki” i możliwość tańszego finansowania długu publicznego. Czysta hipokryzja.

Dane GUS za 2013 r. informują, że łącznie działalność nielegalna podniosła nasz wzrost PKB o 0,8 proc. (ponad 13 mld. zł.), z czego na prostytucję przypada 657 mln. zł. (0,04 proc.). Dzięki temu odnotowaliśmy zamiast 1,6 proc. wzrost 1,7 proc. PKB. Szkoda, że GUS nie podaje danych za poszczególne lata poprzednie, można by bowiem dzięki temu oszacować ile z naszego narodowego wzrostu zawdzięczamy panu Konradowi M.

W liczbach bezwzględnych wyglądałoby to w przybliżeniu następująco: ponieważ część kobiet nie rozumiejąc swej roli w narodowej gospodarce egoistycznie uciekła (powiedzmy dla ułatwienia wyliczeń, że było ich 10), to zostaje nam 90 sztuk. Firma pana Konrada funkcjonowała, dajmy na to, 2,5 roku (niestety, nie znamy dokładnych ram czasowych) – czyli ok. 912 dni. Za każdy dzień pracy otrzymywała 10 euro od greckich i włoskich kontrahentów. A więc 90 x 912 x 10 = 820 800 euro. Ponieważ kobiety były dostarczane w przeciągu dłuższego czasu, więc nie wszystkie przepracowały pełen okres, to z ostrożności podzielmy powyższe na pół – wyjdzie nam 410 400 euro. Jakby nie patrzeć, grubo ponad 1,5 mln. zł. Czy stać nas na utratę takiego eksportera?

Idąc konsekwentnie za sugestiami Brukseli należy wskazać, iż tego typu aktywność gospodarcza poprawia nasz bilans handlowy – i to zarówno w dziedzinie sutenerstwa (czerpania zysków z nierządu), jak i przemytu (bo jak rozumiem, do tej kategorii zalicza się również przemyt ludzi). Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, iż biznesmeni pokroju pana Konrada M. nawiązują do średniowiecznej jeszcze tradycji, kiedy to słowiańszczyzna była dostawcą niewolników do różnych zakątków ówczesnego świata (w tym południa Europy), a największy regionalny targ niewolników funkcjonował w Pradze.

Jeśli chodzi o drugi aspekt, czyli polityczne zaangażowanie pana Konrada – wszak to właśnie rząd PO po raz pierwszy doliczył do oficjalnego PKB dochody z branży reprezentowanej przez lidera „KOD-Kapeli”, natomiast pani Agnieszka Holland oznajmiła, iż KOD walczy o to, „żeby było tak jak było”. Naturalne więc, że Konrad M. liczył zapewne, iż przyszły rząd sformowany przez obecną opozycję spojrzy na jego biznes łaskawszym okiem – tym bardziej, że według danych Eurostatu Polska znajduje się (procentowo) na piątym miejscu w Europie jeśli chodzi o wydatki na prostytucję – w 2015 r. wyniosły one 7,2 mld. euro (3 proc. wydatków konsumpcyjnych), co oznacza wzrost o 3,2 proc. rok do roku. Przed nami są tylko Francja, Irlandia, Czechy i Luksemburg. W tym sektorze gospodarki należymy więc do ścisłej europejskiej czołówki i cechujemy się sporą dynamiką wzrostu.

Czy w świetle powyższego może więc dziwić, że charakterystyczny dla KOD-u prounijny entuzjazm przyciągnął również pana Konrada? W takiej europejskiej atmosferze mógł się wszak poczuć wyjątkowo swojsko – czyli jak w zamtuzie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17-18 (28.04-11.05.2017)


niedziela, 30 kwietnia 2017

Darwinizm po polsku

Czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują?

I. Balcerowicz – Breżniew polskiej ekonomii

Wiadomość, że głównym specjalistą PO od gospodarki został prof. Andrzej Rzońca – bliski współpracownik Balcerowicza, członek władz balcerowiczowskiego Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich – przyjąłem bez większego zdziwienia. Wybór ten potwierdza bowiem, że „totalna opozycja” niczego się nie nauczyła i nadal obraca się w zaklętym kręgu recept rodem z lat 90-tych minionego stulecia. Jeżeli dodamy do tego Ryszarda Petru – innego wychowanka naszego „ojca transformacji gospodarczej” - to otrzymamy swoisty neoliberalny skansen ze specjalistami wciąż powtarzającymi od niemal trzydziestu lat te same, utarte slogany – zupełnie, jakby nic się w międzyczasie nie zmieniło. Po drodze mieliśmy największy krach finansowy od czasów Wielkiego Kryzysu, swoje podejście do gospodarki zmienia nawet tak wolnorynkowa instytucja jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wskazująca na niebezpieczeństwa związane z narastającym rozwarstwieniem społecznym, świat od lewa do prawa zaczytuje się w pracach Thomasa Piketty'ego, rośnie fala sprzeciwu wobec bezrefleksyjnej globalizacji – a ci dalej swoje.

Może to świadczyć o kilku sprawach. Możliwe, że Balcerowicz do tego stopnia zdominował polską myśl ekonomiczną, że zwyczajnie nie sposób znaleźć odpowiednio prominentnych fachowców, którzy nie wywodziliby się z jego „stajni” - i to na przestrzeni międzypokoleniowej, bowiem prof. Rzońca to zaledwie 40-latek, który w czasach „przełomu” uczęszczał do podstawówki. Ich podejście z fetyszyzowaniem PKB (Grecja aż do samego krachu miała „wzrost”), prywatyzacji, wielkich inwestorów (najlepiej zagranicznych) i liberalizacją rynku pracy sprawia wręcz wrażenie tępego, odpornego na rzeczywistość doktrynerstwa. W tym sensie, Balcerowicz jako „guru” wychowujący kolejnych następców (jego FOR z którego przyszedł Rzońca to właśnie taka „kuźnia kadr”) jest niereformowalnym Breżniewem polskiej ekonomii.

Ale możliwe też, że PO sięgając po Rzońcę wykonała ukłon w stronę swojego żelaznego elektoratu. Niezły wgląd w jego sposób myślenia daje chociażby lektura gospodarczych publicystów „Gazety Wyborczej”, a przede wszystkim – spojrzenie „pod kreskę”, na komentarze internautów. Tu już mamy wysyp prawdziwego „lumpenliberalizmu” - z apriorycznym potępieniem aktywności państwa w gospodarce, „rozdawnictwa”, odrazą wobec jakichkolwiek form solidaryzmu społecznego okraszoną pogardą dla beneficjentów tegoż. Powyższe jest zarazem istotną częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego w polskim społeczeństwie istnieje osławiony „plemienny” podział. Otóż zagadnienie nie sprowadza się wyłącznie do kwestii historycznych, kulturowych i politycznych – ogromną rolę odgrywa tu również podział na bazie, powiedzmy, „doktryny ekonomicznej”. Jako zbiorowość padliśmy bowiem ofiarą perfidnego społeczno-gospdarczego eksperymentu. Już wyjaśniam w czym rzecz.


II. Ofiary darwinizmu

Proponuję pewien zabieg myślowy. Odłóżmy na chwilę bieżący spór polityczny i spójrzmy na ludzi wydających z siebie wspomniane wyżej głosy nie jak na wycie opętanych nienawiścią lemingów, lecz jak na... ofiary polskiego darwinizmu społecznego, który wtłaczano im do głów na niemal całej przestrzeni historycznej III RP (a to już w zasadzie całe pokolenie). Darwinizmu albo w wydaniu balcerowiczowskim, albo w doprowadzonej do ściany mutacji korwinowskiej. Sądzę zresztą, że w powszechnym odbiorze nie docenia się roli Korwin-Mikkego i jego projektu polityczno-ideowego w przeoraniu zbiorowej świadomości. Brak znaczących sukcesów wyborczych przesłonił gigantyczną (i skuteczną) pracę „wychowawczą” wykonaną przez tego polityka i jego środowisko. Ta formacyjna robota okazała się zadziwiająco trwała. Sam jako dwudziesto-, dwudziestoparolatek zaczytywałem się w „Najwyższym Czasie!” i naprawdę długo trwało, nim zdołałem się uwolnić od tego wpływu. To niemal sekciarska psychomanipulacja z charyzmatycznym liderem na czele, zaś kpiny bądź oburzenie mainstreamu tym bardziej dodawały mu wiarygodności w oczach jego wyznawców. To jego nauki są jedną z przyczyn zaniku poczucia wspólnotowości, niskiej aktywności społecznej Polaków i piętnowania redystrybucji jako destrukcyjnego rozdawnictwa - wszystko zaś podszyte jawnym, bądź nieco tylko zakamuflowanym egoizmem: dbaj o siebie, inni też niech radzą sobie sami. A jeśli im się nie udaje - trudno, sami są sobie winni - bo leniwi, niezaradni itp.

Przywołam tu pewną obserwację poczynioną przez przyrodników badających społeczności piesków preriowych. Mianowicie zauważono, iż w stadzie są „pieski-altruiści” i „egoiści”. Te pierwsze ostrzegają resztę gdy zauważą drapieżnika, lecz tym samym zwracają na siebie uwagę i częściej padają ofiarą ataku. Te drugie, po zauważeniu zagrożenia chyłkiem chowają się w norkach. W efekcie same przeżywają, lecz wystawiają na niebezpieczeństwo resztę społeczności, która przez to jest szybciej dziesiątkowana przez drapieżniki – na koniec nieuchronnie ofiarami padają sami „egoiści”, bo zostają pozbawieni ochronnej „otuliny” stada. Otóż we współczesnym świecie dąży się do zbudowania zatomizowanych ludzkich zbiorowisk, składających się wyłącznie z „piesków-egoistów”. I taka też jest istota zaordynowanego nam „darwinistycznego” eksperymentu. W czyim leży to interesie? Nie tylko mrocznych „władców marionetek” budujących NWO, lecz zupełnie jawnych globalnych korporacji dla których skrajne zindywidualizowanie ludzkich postaw jest najlepszą gwarancją, że nie przeciwstawi im się żadna świadoma swych interesów wspólnota.

Wróćmy do naszych „darwinistów”. Dlaczego ci ludzie, często funkcjonujący w realiach prekariatu, z trudem utrzymujący pozycję klasy średniej, bądź wręcz osuwający się w nieokreślony status społeczny „ludzi bezprzydziałowych” z takim samobójczym uporem głoszą nie mające nic wspólnego z rzeczywistością „wolnorynkowe” tezy? Bo mają nadzieję, że kiedyś się odkują i to oni będą na górze? Oczywiście nie będą, no, może nieliczne jednostki - całej reszcie uniemożliwi to ów balcerowiczowsko-korwinowski „liberalny” system quasi-niewolniczego rynku zdominowanego przez korporacje. Mit „od pucybuta do milionera” właśnie dlatego jest tak często przedstawiany jako wzór, bo utrwala w świadomości fikcję nieograniczonych możliwości samorealizacji. Tyle, że podobna droga udała się jedynie nielicznym, wybitnym jednostkom, które posiadały predestynujące je do sukcesu indywidualne cechy. Przytłaczająca większość ludzi nie posiada tego typu przymiotów i dlatego ludzkość nie składa się z ponad siedmiu miliardów milionerów. Ale zarazem ten mit ma wartość i siłę dyscyplinującą, motywującą ludzi by wypruwali sobie żyły w rynkowej konkurencji, która ich przeżuje i wypluje - ale oni o tym dowiadują się poniewczasie, do tego momentu zaś dziarsko tyrają w kieracie, karmiąc się złudzeniami. Tak więc z punktu widzenia interesów Systemu, omawiana tu bajka wraz z towarzyszącym jej pakietem (anty)społecznych postaw jest niezwykle użyteczna.


III. Współczesne niewolnictwo

Pisząc o niewolnictwie bynajmniej nie przesadzam. To nie tylko przymus ekonomiczny i funkcjonowanie w realiach w których niemożliwe jest życie bez długów - co sprawia, że nasze przyszłe dochody należą de facto do międzynarodówki lichwiarzy. Zwróćmy uwagę, że np. korporacje mają nad swymi pracownikami władzę dyktatorską, porównywalną z właścicielami niewolników - ale bez zobowiązań, które obciążały tychże. Dyktują sposób ubioru („dress code”), nadzorują wolny czas, sposób zachowania nie tylko w pracy lecz i poza nią (by niesubordynowany pracownik nie obciążył wizerunkowo firmy), kontrolują zachowania na portalach społecznościowych itp. Jest to przy tym „niewolnictwo rozproszone” - pracodawca i banki (czasem zresztą na jedno wychodzi w przypadku korporacji finansowych) „dzielą się” prawami do niewolników - jedni biorą jego pracę i lwią część życia prywatnego, drudzy - znaczną cześć zarobków poprzez uzależnienie kredytowe (na mieszkanie, samochód, dobra konsumpcyjne, wczasy itd.).

Liberał powie na to, że przecież nie ma przymusu - można się zwolnić, przejść do innej firmy, albo zrezygnować z różnych dóbr i się nie zadłużać. Problem w tym, że taki wyidealizowany konstrukt kompletnie rozmija się z realiami. Równorzędność relacji pracownik-pracodawca wedle której dwa podmioty zawierają dobrowolną umowę jest fikcją. Decydującą rolę w wymuszaniu pożądanych z punktu widzenia Systemu zachowań odgrywa bowiem wspomniana już presja ekonomiczna. Dlatego taką wściekłość wywołują projekty zmierzające do urealnienia skutecznego ściągania podatków od wielkich firm, czy programy redystrybucyjne w rodzaju „500+” - oni czują, że w ten sposób wymyka się im z rąk część władzy nad niewolnikami.

Na koniec pozostaje już tylko pytanie – czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują, czy są po prostu tak zaślepieni, że nic do nich nie dociera? Jak Państwu się wydaje?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)


Pod-Grzybki 95

Tusk powrócił! Wprawdzie nie jako zbawiciel ferajny odstawionej od koryta, lecz po to by zeznawać na temat związków SKW z FSB, ale i tak został uroczyście przywitany na Dworcu Centralnym przez rozentuzjazmowany aktyw. Przy tej okazji nadmieniano, iż ostatni raz w ten sposób na warszawskim dworcu witano chyba Józefa Piłsudskiego po powrocie z Magdeburga - a że Tusk pisał pracę magisterską z kultu Marszałka w II RP, to wszystko ładnie się zapętla. Teraz czekam, aż ktoś namaluje portret Tuska na Kasztance. Albo na wiernym Grasiu. Takie malowidła będą się rozchodzić lepiej niż „Kossaki”.


*

Lolo-Pindolo”, czyli Sławek Nowak wybuduje Ukraińcom autostradę z Odessy do Lwowa - i dalej, aż do polskiej granicy. Jestem pewien, że przedsięwzięcie zakończy się pełnym sukcesem. Trwać będzie wprawdzie czterokrotnie dłużej niż planowano, w międzyczasie zbankrutuje połowa podwykonawców, a autostrada okaże się finalnie trzykrotnie droższa niż w Niemczech, ale koniec końców droga będzie „przejezdna”. A po wszystkim „Lolo-Pindolo” czmychnie za granicę z walizką zegarków i rozpocznie karierę domokrążcy w Gabonie – albo w jakimkolwiek innym kraju z którym Polska nie ma podpisanej umowy o ekstradycji.


*

Trzeba przyznać, że Donek Trampek to bystry gość. Jeżeli nawet wcześniej żywił jakieś złudzenia co do Rosji i Putina, to szybko zszedł na ziemię, czego dowodzi jego niedawna wypowiedź, że z Rosją nie sposób się dogadać. Proszę, wystarczyło mu zaledwie kilka miesięcy - a taki Obama żył w świecie iluzji przez większą część swej zdecydowanie zbyt długiej prezydentury.


*

Lider „KOD-Kapeli”, czyli niejaki Konrad M. został oskarżony o handel kobietami i dostarczanie ich do domów rozpusty. Niech zgadnę – werbował „aniołki” do haremu Ryszarda Petru? Jeśli tak, to nie dziwi nagła sylwestrowa eskapada pana Rysia – pewnie musiał pilnie odebrać nową porcję „towarów” dostarczanych via Madera, żeby zatrzeć ślady. Wieść niesie, że na kanwie tych wydarzeń powstać ma film „Portugalski łącznik”.


*

Swoją drogą, z Madery pochodzi słynny piłkarz Cristiano Ronaldo, przez fanów futbolu zwany pieszczotliwie „Krystyną” z racji iście kobiecej dbałości o swój wygląd. Hmm, czyżby chodziło o niego? I pomyśleć, że gdyby nie jakaś wścibska łajza, która zrobiła Rysiowi zdjęcie w samolocie, to mielibyśmy taki transfer!


*

Niezłomny Partyzant Wolnego Słowa, redaktor Tomasz Sakiewicz, zwany w niektórych kręgach „Sakiewką”, wyszarpał właśnie z Ministerstwa Środowiska 6 milionów złociszy na specjalny kanał „Puszcza TV” o Puszczy Białowieskiej. Już widzę jak „Sakiewka” czai się z kamerą w paprociach, żeby podglądać życie seksualne Adama Wajraka.


*

Na marginesie, ekspertem projektu będzie pani Katarzyna Szyszko-Podgórska – adiunkt w podlegającym Ministerstwu Środowiska Instytucie Ochrony Środowiska, a prywatnie córka ministra Jana Szyszko. To miło, że wszystko zostaje w rodzinie, nieprawdaż? W końcu takiej kasy nie można powierzyć byle komu.



Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)