sobota, 17 lutego 2018

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Musimy zdać sobie sobie sprawę z toczącej się bezwzględnej wojny o pamięć, mającej przełożenie nawet na bilion złotych.

I. Polacy wstali z kolan

Gdybym miał podsumować hasłowo awanturę na linii Polska-Izrael (i szerzej Polska-środowiska żydowskie ze wsparciem USA) rozpętaną wokół nowelizacji ustawy o IPN, penalizującej przypisywanie polskiemu państwu i Polakom niemieckich zbrodni z czasów II wojny światowej, to powiedziałbym, że oto jesteśmy świadkami ostatecznego końca trwającej od ponad ćwierć wieku epoki „pedagogiki wstydu”. Co więcej, ten niechlubny okres definitywnie przechodzi do historii niezależnie od tego, co ostatecznie zrobił z projektem prezydent Duda. Formuła „podpiszę, ale odeślę do Trybunału Konstytucyjnego”, to niestety tanie lawiranctwo podszyte tchórzostwem, a prezydent po raz kolejny pokazał, że nie radzi sobie z presją i nadaje się wyłącznie do wygłaszania ładnych, patriotycznych przemówień. Na szkolnych apelach pewnie też zadawał tym szyku, ku wzruszeniu pań nauczycielek. Słowem, zamiast stanowczej kropki nad „i” mamy rozwodniony kisiel, a podjęcie ze stroną żydowską „negocjacji” rodzi obawę o finalne wykastrowanie ustawy.

Niemniej, niezależnie od powyższych uwarunkowań, już teraz można powiedzieć, że Polacy wstali z kolan. Okazało się, że uporczywa działalność środowiska „Wyborczej” i okolic, mająca trwale wpędzić nas w kompleks niższości, ugruntować poczucie winy za cudze grzechy i sprawić, byśmy czuli się narodem sprawców, którzy mogą jedynie wciąż od nowa kajać się i przepraszać, nie zapuściła korzeni tak głęboko, jak można się było obawiać. Coś, co miało być narzędziem permanentnego trzymania polskiego społeczeństwa w ryzach, a docelowo wymusić na nas wypłatę rujnujących „odszkodowań” hienom cmentarnym spod znaku „holocaust industry” - właśnie posypało się na naszych oczach. Reakcje zwykłych Polaków (chociażby na Twitterze pod skandalicznymi wpisami Yair Lapida, często zamieszczane po angielsku, by dotrzeć do zagranicznych internautów) nie pozostawiają cienia wątpliwości. Nie pozwolimy wmanipulować się w odpowiedzialność za niemieckie ludobójstwo, przebrała się miarka.

Milczącym potwierdzeniem narracyjnej klęski michnikowszczyzny było zablokowanie przez portal „Agory” możliwości komentowania pod artykułami opisującymi polsko-izraelski konflikt. Ostatnio taki zabieg „gazeta.pl” przeprowadziła w 2015 r., w szczycie kryzysu migracyjnego, przerażona natężeniem kompletnie politycznie niepoprawnych „antyuchodźczych” komentarzy. Rozminięcie się z poglądami nawet własnych czytelników było dla ekipy z Czerskiej prawdziwym szokiem, do czego zresztą otwarcie przyznała się w odredakcyjnym wpisie. Tym razem nie było nawet tłumaczeń – bez słowa uruchomiono prewencyjną blokadę. Trudno o bardziej wymowne przyznanie się do porażki – a jej skalę można oszacować po tym co dzieje się w innych miejscach internetu. Stronę izraelsko-żydowską trzyma jedynie nieodwracalnie zaczadzona garstka lemingów – to jednak absolutny margines.


II. Żydzi przegięli

Co takiego się stało? Mówiąc najprościej, strona żydowska przegięła. Izraelskie władze, dufne w dotychczasowy przebieg „dialogu” polsko-żydowskiego, polegającego na jednostronnych ustępstwach w zamian za zdawkowe pochwały, uznały, że wystarczy na Polaków huknąć z pozycji siły, a ci po staremu schowają się we własne buty. Zresztą, na pierwszy rzut oka, taka kalkulacja miała racjonalne podstawy. Wersję Grossa o Jedwabnem strona polska zaakceptowała w zasadzie bez zastrzeżeń – począwszy od kunktatorskiego wstrzymania ekshumacji, poprzez tchórzliwe przeprosiny Kwaśniewskiego, a skończywszy na haniebnym liście Bronisława Komorowskiego ze zdaniem, iż Polacy muszą przyzwyczaić się do myśli, że byli również narodem sprawców. Podobnie rzecz się miała z pogromem ubecko-kieleckim, Marcem '68 i innymi dyżurnymi pałkami do okładania nas po głowach „polskim antysemityzmem”. Co więcej, nawet obecna władza wolała na wszelki wypadek nie poruszać drażliwych tematów, podżyrowując milcząco dotychczasową anty-politykę historyczną. O tym, że taka postawa się zemści, pisałem niejednokrotnie na tych łamach (choćby w tekście „Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem” w lipcu 2016 r.) – i teraz widzimy efekty długoletniego budowania wzajemnych relacji na unikach i przemilczeniach, ostatnio zaś – słodkich słówkach Jonny Danielsa.

Ale, jako się rzekło, tym razem Żydzi przedobrzyli. Erupcja buty i arogancji wywołała w polskim społeczeństwie szok. Chyba nigdy dotąd z taką wyrazistością nie dotarło do nas, że kiedy my przechodziliśmy intensywną obróbkę (niejednokrotnie wręcz do granicy samoupodlenia) mającą wytłumić antysemickie stereotypy i uprzedzenia, to w Izraelu w tym samym czasie zachodziły procesy wręcz przeciwne - antypolskie pranie mózgów i dyfamacyjna indoktrynacja przebiegały w najlepsze. Dobitnym dowodem jest fakt, że tamtejsi politycy uznali za korzystne, by w ramach kampanii wyborczej schylić się po antypolskie społeczne emocje – uprzednio skrzętnie przez dziesięciolecia zaszczepiane kolejnym pokoleniom izraelskiej młodzieży. U nas budowanie kampanii wyborczej na antysemityzmie przez jakiegokolwiek poważnego polityka byłoby nie do pomyślenia.

Kolejnym elementem było zdemaskowanie w całej okazałości fałszu i obłudy naszych „partnerów”. Okazało się, że strona izraelska nie dość, że była na bieżąco informowana w sprawie nowelizowanej ustawy, to jeszcze uwzględniliśmy w toku prac jej sugestie. Na to wszystko zaś nałożyło się upublicznienie żydowskich i amerykańskich nacisków w kwestii przygotowywanej ustawy reprywatyzacyjnej. Potwierdziło się, że dorabianie nam opinii morderców i kłamstwo o „polskich obozach” jest Żydom po prostu potrzebne, by wydębić z nas miliardy dolarów. Przy okazji, widzimy tu daleko posuniętą harmonizację działań – równolegle z przepychanym w USA „aktem 447”, próbowano wymusić na Polsce zapisy reprywatyzacyjne umożliwiające wyegzekwowanie amerykańskiej ustawy na gruncie polskiego prawa. Na szczęście, przyparte do muru polskie władze w odruchu samoobrony ujawniły opinii publicznej to, co dotąd skrzętnie skrywano w imię źle pojmowanego „niezadrażniania stosunków”. Efektem było masowe społeczne oburzenie i wsparcie dla twardego stanowiska rządu w kwestii zapisów antydyfamacyjnych. Na marginesie, mamy tu potwierdzenie, jaką wartością jest jawność życia publicznego.


III. Ani kroku wstecz!

No dobrze, skoro maski opadły i prawda o wzajemnych relacjach wyszła na jaw – to co dalej? Przede wszystkim, nie wolno się bać. Ani kroku wstecz. Musimy sobie uświadomić, że strona żydowska w swym zacietrzewieniu zrobiła nam tak naprawdę prezent. Nie trzeba już niczego udawać, ani skrywać przed opinią publiczną. Mleko się wylało i doszło do trwałego przewartościowania – zostaliśmy bezwzględnie odarci ze złudzeń, a stosunki z Izraelem nigdy już nie wrócą do dawnej, fikcyjnej „idylli”. Zresztą, proszę spojrzeć – jeszcze przed chwilą polski rząd biegał jak kot z pęcherzem na wyprzódki odcinając się od popłuczyn po „Werwolfie” z lasów spod Wodzisławia Śląskiego, a wiceminister kultury Magdalena Gawin gardłowała na konferencji poświęconej „polskiemu antysemityzmowi” o konieczności delegalizacji ONR. Ba, ta sama Magdalena Gawin już po odpaleniu izraelskiej bomby gorliwie oklaskiwała z pierwszego rzędu skandaliczne wystąpienie ambasador Anny Azari w Auschwitz! I co z tego nam przyszło?

Musimy zdać sobie sprawę z toczącej się bezwzględnej wojny o pamięć, mającej przełożenie na – jak oznajmiło „Super Expressowi” rządowe źródło - nawet bilion złotych. Tutaj każde ustępstwo może mieć skutek samobójczy. Trzeba sobie uświadomić zarazem nieprzekraczalną barierę cywilizacyjną jeśli chodzi o stosunek do prawdy: o ile w naszej, łacińskiej cywilizacji obowiązuje prawda arystotelesowska, będąca odzwierciedleniem obiektywnego stanu rzeczy, o tyle w cywilizacji żydowskiej nie ma czegoś takiego, jak prawda obiektywna – ta jest zawsze do negocjacji. U nich obowiązuje kultura „hagady” - przypowieści w której dla „wyższych celów” prawdę można dowolnie modyfikować i naginać. I właśnie jesteśmy świadkami takiego starcia – między prawdą, a hagadą. Wedle tej hagady, Żydzi mają pozostać jedynymi ofiarami „nazistów”, a każde przypomnienie o polskiej martyrologii traktowane jest jako osobista zniewaga, umniejszanie żydowskiego cierpienia i relatywizacja holokaustu. No i, koniec końców, zamach na ich interesy „rewindykacyjne”. Tu kompromis po prostu nie jest możliwy.

A zatem, po pierwsze – żadnego więcej kajania się. Po drugie – nasze placówki dyplomatyczne w Izraelu powinny natychmiast wstrzymać taśmowe wydawanie polskich paszportów tamtejszym obywatelom. Po trzecie – zauważyć wreszcie inicjatywę dr Ewy Kurek i wznowić ekshumację w Jedwabnem (w miarę możności z udziałem zagranicznych ekspertów). Po czwarte wreszcie – ruszyć z ofensywą propagandową, czyli zmobilizować Polonię, nade wszystko zaś zagonić do roboty Polską Fundację Narodową, która do tej pory zajmowała się chyba tylko przewalaniem kasy otrzymanej od spółek skarbu państwa. To na początek niezbędne minimum.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)

Pod-Grzybki 124

Premier Mateusz Morawiecki wygłosił płomienne przemówienie w obronie ustawy o IPN. Niestety, w angielskie tłumaczenie wkradł się błąd i widzowie mogli zobaczyć tekst: Obozy, w których wymordowano miliony Żydów były polskie”. Niech zgadnę – tłumaczenia dokonała słynna MaBeNa? Ale nie bądźmy małostkowi - to dopiero prototyp. Jeszcze nawet nie nauczyła się robić „ping”.


*

Przy okazji ostatniej awantury niewątpliwie jednym z największych przegranych okazał się Jonny Daniels, który kreował się na animatora stosunków polsko-izraelskich. Wraz z nim przegrali również ci, którzy mu uwierzyli i promowali na tutejszym rynku. Okazało się, że „najbardziej wpływowy Żyd” to tak naprawdę pusta, piarowa wydmuszka. Stąd nauka, by nie rzucać się na szyję pierwszemu lepszemu miglancowi, bo można zostać wykorzystanym i zostawionym z dzieckiem.


*

Od wyborów w Niemczech minęło już trzy i pół miesiąca, a nowego rządu jak nie było, tak nie ma. W związku z tym sądzę, że odkryłem tajny plan Angeli Merkel – ona po prostu ma zamiar rządzić w obecnej konfiguracji do końca kadencji, pozorując i przeciągając w nieskończoność pod różnymi pretekstami „rozmowy koalicyjne”. A potem nastąpią kolejne wybory – i da capo al fine. Oto teutoński model demokracji w pełnym rozkwicie!


*

Jak oznajmił nam „Super Express”, Ministerstwo Sprawiedliwości pracujące nad tzw. „dużą” ustawą reprywatyzacyjną jest systematycznie bombardowane przez Izrael i organizacje żydowskie monitami domagającymi się maksymalnego poszerzenia zakresu zwracanego mienia i podmiotów uprawnionych do reparacji. Generalnie chodzi o to, by zwracać wszystko, nawet różnym wujecznym pociotkom w trzecim pokoleniu, lub zapewnić stuprocentowe zadośćuczynienie, co wg urzędników ministerstwa kosztowałoby Polskę okrągły bilion złotych. To mi przypomina pewną teorię spiskową, którą kiedyś podzieliłem się z Państwem w tej rubryce. Otóż zachodziłem w głowę, co się stało, że w kwestii warszawskiej reprywatyzacji do gardła Hannie Gronkiewicz-Waltz rzuciła się w pewnym momencie nawet „Wyborcza”. Wyszło mi, że zapewne hieny z „holocaust industry” doszły do wniosku, że jak reprywatyzacja będzie postępowała dalej w takim tempie, to nic dla nich nie zostanie – więc uruchomiły swój organ prasowy. I, choroba, coraz więcej wskazuje na to, że miałem rację...


*

W poprzednim numerze pisałem tu o skali materialnej przewagi mniejszości żydowskiej nad resztą społeczeństwa II RP – w kontekście osławionych 65 mld. dolarów, które mamy wypłacić „ocalałym” z holocaustu. Teraz, zważywszy na ów bilion złotych, sprawa wygląda jeszcze bardziej poważnie. Bilion złotych, to bowiem ok. 300 mld. dolarów. W 1939 r. żyło w Polsce 3 mln. 474 tys. Żydów. Wychodzi więc, że średnio na głowę jednego Żyda – od niemowlaka po starca - przypadał majątek wart 86.355 obecnych dolarów. A dziś różni mądralińscy twierdzą, że akcje w rodzaju „swój do swojego po swoje” to był przejaw dzikiego antysemityzmu...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (14-27.02.2018)

niedziela, 11 lutego 2018

Jedwabne – czas prawdy

Musimy znać prawdę - i to opartą na twardych dowodach - a nie tendencyjną, czarną legendę. Jesteśmy to winni tak sobie, jak i pomordowanym.

I. Lepiej późno niż wcale

Na początek pozwolę sobie na małą złośliwość. Oto w ostatnich dniach natknąłem się na kilka głosów uznanych prawicowych publicystów domagających się wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Głosy te oczywiście wybrzmiały w ramach konfliktu izraelsko-polskiego wywołanego za sprawą antydyfamacyjnej nowelizacji ustawy o IPN. Podkreślam – to nie były opinie z jakiegoś „oszołomskiego” marginesu, tudzież anonimowych internautów, lecz z samego serca prawicowego mainstreamu. No proszę, proszę – pomyślałem sobie – to już wolno o tym mówić? Tak publicznie, nie narażając się przy tym na ostracyzm i nie ryzykując łatki szkodnika, a może wręcz wrogiego agenta? Cóż, grunt to „timing” i wyczucie tzw. ogólnej atmosfery – dzisiaj, jak widać, można już bez większych obaw błysnąć publicystycznym radykalizmem i wykazać się pryncypialnym dążeniem do prawdy. Kto by pomyślał... Lepiej późno, niż wcale.

Ta zgryźliwa refleksja naszła mnie dlatego, że to wszak nie kto inny, tylko „Warszawska Gazeta” wsparła w 2016 r. inicjatywę dr Ewy Kurek właśnie w sprawie ekshumacji w Jedwabnem. To na tych łamach publikowane były teksty wykazujące konieczność wznowienia prac zespołu prof. Andrzeja Koli. To wreszcie w „Warszawskiej Gazecie” przez szereg miesięcy, tydzień po tygodniu, zamieszczany był formularz zbierania podpisów poparcia dla petycji skierowanej do Ministerstwa Sprawiedliwości – i jak przypuszczam, nasza gazeta miała swój udział w tym, że udało się tychże podpisów zebrać 12 tysięcy. Ostatecznie zostały złożone przez dr Kurek w Ministerstwie Sprawiedliwości 4 kwietnia 2017 r. - a więc niemal rok temu.

Co w tym czasie robiły inne prawicowe media i tak wyrywni dzisiaj publicyści? Skrupulatnie patrzyli w inną stronę. Niczym trzy małpki woleli nie mówić, nie widzieć, nie słyszeć. Bo wtedy wyskakiwanie ze sprawą Jedwabnego było, delikatnie mówiąc, „nie na czasie”. Mogło zaszkodzić „dobrym stosunkom” polsko-żydowskim, co zresztą dr Ewa Kurek wprost usłyszała od różnych wysokich urzędników: „Od jesieni 2015 pertraktowałam z przedstawicielami rządu PiS i doradcami prezydenta Andrzeja Dudy o wznowienie ekshumacji. Okazało się, że na prawników, urzędników i polityków PiS na dźwięk słowa JEDWABNE pada blady strach. Opowiadają, że nie czas na badania historyczne, bo to zaważy na stosunkach polsko-żydowskich”. Ile te „dobre stosunki” były warte, dopiero co się przekonaliśmy. Trawestując popularne powiedzonko – apelowaliśmy o wznowienie ekshumacji, zanim stało się to modne.

Zresztą i dzisiaj żaden z publicystów (mniejsza o nazwiska, bo chodzi mi raczej o opisanie zjawiska, niż osobiste wycieczki) domagając się ekshumacji nie zająknął się słowem o opisywanej tu inicjatywie. I nie ma siły, by o niej nie wiedzieli, bo pisała o tym (oczywiście w swoim stylu) nawet „Wyborcza”. Istnieje poświęcona tematowi strona internetowa http://www.jedwabne-ekshumacja.org/ gdzie szczegółowo opisane są losy całego przedsięwzięcia wraz z artykułami dr Kurek zamieszczanymi w „Warszawskiej Gazecie”. Ale nie – o problemie można wprawdzie już mówić, lecz na wymienianie „Warszawskiej Gazety” i nazwiska dr Ewy Kurek wciąż najwyraźniej jest zapis.


II. Potrzeba woli politycznej

Nie piszę tego po to, by dawać upust żalom, czy ścigać się o palmę pierwszeństwa, bo nie o to tu chodzi. Istotne jest coś innego: otóż petycja wraz z podpisami wciąż spoczywa w archiwach Ministerstwa Sprawiedliwości. Nie trzeba więc wyważać otwartych drzwi, by ruszyć sprawy z miejsca. Wystarczy przypomnieć ministrowi Ziobrze, że ma „gotowca” popartego głosami tysięcy obywateli, a nie luźne postulaty tego czy innego dziennikarza. Wniosek poparty jest wszechstronną analizą historyczną, religijną i prawną. Wykazana jest w niej konieczność dokończenia prac ekshumacyjnych na gruncie polskiego prawa, więcej nawet – jak czytamy w przywoływanym uzasadnieniu, właśnie decyzja o ich przerwaniu stanowiła złamanie Kodeksu Postępowania Karnego, „który w artykule 209 i 210 mówi, że: »Jeśli zachodzi podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci, przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok« oraz że »W celu dokonania oględzin lub otwarcia zwłok prokurator albo sąd może zarządzić wyjęcie zwłok z grobu«.

Jeśli chodzi o religijne zastrzeżenia strony żydowskiej (głównie rabina Michaela Schudricha), które były pretekstem do wstrzymania prac, pokazana jest ich całkowita bezzasadność, albowiem wedle prawa żydowskiego: „1. Zmarłego można ekshumować w celu przeprowadzenia ponownego pochówku w Ziemi Izraela. 2. Zmarłego można przenieść do innej mogiły, jeśli pierwszy grób miał być w założeniu tymczasowy. 3. Zmarłego można przenieść z istniejącego grobu, jeśli znajduje się on w miejscu bez nadzoru i istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie splądrowany, lub gdzie jest zagrożony powodzią. 4. Jeżeli grób znajduje się w nietypowym miejscu (poza cmentarzem), zmarłego można przenieść i pochować ponownie na cmentarzu żydowskim”.

Po więcej szczegółów odsyłam do wymienionej wcześniej strony http://www.jedwabne-ekshumacja.org/, tu jedynie dodam, że nie tylko nie ma żadnych prawnych i religijnych przeciwwskazań do przeprowadzenia ekshumacji, lecz chociażby z przytoczonych tu fragmentów wynika jasno, że jest ona wręcz konieczna i to zarówno w świetle przepisów polskich, jak i żydowskich. Czego zatem trzeba? Minimum odwagi cywilnej, odporności na naciski tych, którzy boją się potencjalnych ustaleń śledczych i historyków, oraz woli politycznej. Rejwach, jaki podniósł się na wieść o rozpoczęciu prac zespołu prof. Koli i wymuszenie na polskich władzach (w tym, niestety śp. Lechu Kaczyńskim, wówczas ministrze sprawiedliwości - jak wszystko wskazuje, wprowadzonym celowo w błąd) odstąpienia od nich, pokazuje, że wersja wydarzeń upowszechniona przez J.T. Grossa wcale nie jest taka „pewna”, jak chcieli by to widzieć jej zwolennicy. Dlatego na wszelki wypadek woleli nie dopuścić do przeprowadzenia jedynych wiarygodnych (w przeciwieństwie do relacji z „trzeciej ręki”) procedur dowodowych.


III. Wojna o pamięć

No i wreszcie pozostaje kwestia obecnego kontekstu politycznego oraz toczącej się „wojny o pamięć”, wypowiedzianej nam przez stronę żydowską. Chyba dopiero teraz z taką mocą uwidoczniło się spustoszenie, jakie w świadomości międzynarodowej opinii publicznej wywołały publikacje Jana Tomasza Grossa. Można bez cienia przesady powiedzieć, że jego antypolska narracja stała się w minionych latach brudnym fundamentem na którym ufundowano postrzeganie roli Polski i Polaków w II wojnie światowej i przede wszystkim w holokauście. Reakcja na nowelizację ustawy o IPN - zarówno Izraela, jak i środowisk żydowskich oraz zachodnich mediów - nie pozostawia wątpliwości: Jedwabne stało się mitem założycielskim współczesnego antypolonizmu. Jeżeli zostawimy sprawy tak jak są, nigdy się od tego nie uwolnimy. Pozostaniemy narodem zwyrodniałych morderców, współuczestniczącym na równi z „nazistami” w mordowaniu Żydów. Tego nie zwalczy się ustawą (choćby najlepszą i konieczną) – tu potrzeba czegoś więcej: namacalnego dowodu obalającego zakorzenione antypolskie stereotypy. Na dzień dzisiejszy takiego dowodu może nam dostarczyć jedynie ekshumacja w Jedwabnem, dlatego jest ona konieczna również z politycznego punktu widzenia – szczególnie w kontekście roszczeń majątkowych dla których ideologicznym uzasadnieniem jest rzekomy polski „współudział” w Zagładzie.

Dobrze byłoby w miarę możności zaangażować do prac zagranicznych obserwatorów – specjalistów o nieposzlakowanej renomie, by oddalić ewentualne podejrzenia o manipulacje. Musimy znać prawdę, jaka by ona nie była – i to opartą, powtórzę, na twardych dowodach - a nie tendencyjną, sfabrykowaną pod z góry założoną tezę, czarną legendę. Jesteśmy to winni tak sobie, jak i pomordowanym. Stosunki polsko-żydowskie i tak nie będą już gorsze, więc paradoksalnie, to właśnie teraz jest najlepszy moment. Możemy obalić gmach wrogiej propagandy. Potrzeba jedynie nieco odwagi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (09-15.02.2018)

Gra o bilion złotych

Organizacje żydowskie chcą pod pozorem „restytucji mienia” położyć rękę na polskim majątku wartym bilion złotych.

Jak by tu skombinować bilion złotych? Najlepiej zmusić kogoś, kto go ma, żeby oddał – jak się zdaje, taką receptę wykoncypowała Światowa Organizacja do spraw Restytucji Mienia Żydowskiego (World Jewish Restitution Organization – WJRO). Gwoli wyjaśnienia - WJRO jest swoistym „parasolem” zrzeszającym inne żydowskie organizacje, takie jak m.in. Światowy Kongres Żydów czy Agencja Żydowska, które z kolei często stanowią analogiczny „parasol” dla następnych. Z tych działających w Polsce, członkami WJRO są B'nai B'rith i American Jewish Committee (AJC).

Mamy zatem potężną sieć o światowym zasięgu, która postanowiła pod pozorem „restytucji mienia” położyć rękę na polskim majątku wartym właśnie tytułowy bilion złotych – na tyle bowiem szacują skutki żydowskich roszczeń urzędnicy z którymi rozmawiał „Super Express”. Gazeta dotarła do pisma WJRO skierowanego do Ministerstwa Sprawiedliwości. W dokumencie tym wspomniana organizacja poddaje krytyce projekt tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej, sprzeciwiając się m.in. wyłączeniu spod działania ustawy nieruchomości rolnych, leśnych bądź przemysłowych. Żydowska organizacja domaga się również ścieżki umożliwiającej dochodzenie odszkodowań za przejęte przedsiębiorstwa rodzinne. Dodajmy, że po raz pierwszy WJRO zgłosiła swój sprzeciw w październiku 2017, po zaprezentowaniu przez ministerstwo projektu ustawy. Skrytykowano wówczas m.in. zapisy ograniczające reprywatyzację do osób będących obecnie polskimi obywatelami, którzy ponadto przebywali na polskim terytorium w momencie nacjonalizacji mienia przez komunistyczne władze, zawężenie spadkobierców do krewnych w pierwszej linii i małżonków oraz zaledwie roczny termin składania wniosków o odszkodowanie.

Ale na WJRO konflikt się nie kończy. Jak ujawnił wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, od roku trwa wokół ustawy reprywatyzacyjnej równoległy dyplomatyczny spór z Izraelem. Przedstawiciele izraelskiego rządu, w tym ambasador Anna Azari, domagają się zwrotów nieruchomości w naturze lub 100-procentowej rekompensaty – i wszystko wskazuje na to, że niedawna awantura wokół nowelizacji ustawy o IPN ma drugie dno właśnie w postaci sprawy roszczeń. Mówiąc wprost, izraelski atak miał nas „rozmiękczyć”, byśmy byli bardziej skłonni do ustępstw w kwestii restytucji mienia. Wywieranie tego typu nacisków potwierdziło, choć oględnie, także MSZ w odpowiedzi na interpelację posła Roberta Winnickiego o działania naszej dyplomacji odnośnie procedowanej w USA tzw. „ustawy 447” zobowiązującej amerykański Departament Stanu do wspierania żydowskich roszczeń majątkowych.

Rysuje się zatem scenariusz gry na wielu fortepianach. Z jednej strony lobby żydowskich organizacji forsuje w Kongresie własną ustawę, dającą amerykańskiej administracji oręż prawny do wywierania na polski rząd nacisków. Z drugiej strony natomiast, wspomniane organizacje wraz z Izraelem dokładają starań, by nasze przepisy reprywatyzacyjne gwarantowały realizację założeń „ustawy 447” na polskim gruncie.

No dobrze, ale zważywszy na to, że większość przedwojennych żydowskich właścicieli zginęła w holokauście, najczęściej wraz ze spadkobiercami – to skąd ten bilion? I tu docieramy do sedna, albowiem tak naprawdę organizacje żydowskie ostrzą sobie zęby przede wszystkim na tzw. „mienie bezspadkowe”, zwane w „ustawie 447” mieniem „bezdziedzicznym”. W każdym cywilizowanym kraju majątek pozbawiony spadkobierców przepada na rzecz Skarbu Państwa – i podobnie jest u nas. Jednak WJRO dokłada starań, aby na zasadzie jakiegoś plemiennego prawa współwłasności polskie państwo uznało samozwańczych „spadkobierców” w postaci organizacji zajmujących się restytucją mienia. W 1996 r. otwartym tekstem zakomunikował to ówczesny sekretarz generalny Światowego Kongresu Żydów, Israel Singer: „Ponad trzy miliony Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. My nigdy na to nie pozwolimy (...)”. Nawiasem, Singer został w 2007 r. odwołany ze wszystkich pełnionych funkcji za sprzeniewierzenie środków finansowych, co poniekąd obrazuje z jakiego typu ludźmi mamy do czynienia.

Wracając do tematu – formalnie mienie bezspadkowe miałoby posłużyć wspieraniu ocalałych z holokaustu i działalności edukacyjnej, jestem jednak jakoś dziwnie pewien, że do potrzebujących trafiłyby co najwyżej nędzne resztki. Poucza nas o tym chociażby przykład założonego w 2011 r. przez Agencję Żydowską i rząd Izraela projektu HEART (Holocaust Era Asset Restitution Taskforce), który po przeputaniu 95 proc. przeznaczonych na jego działalność funduszy został w trybie ratunkowym przejęty w 2014 r. przez izraelskie Ministerstwo ds. Seniorów. Inny przykład, to „biznesowa” działalność polskich gmin żydowskich polegająca na „drenażu” przekazywanego im majątku, co swojego czasu opisał „Forbes” m.in. w tekście „Kadisz za milion dolarów”. Okazuje się teraz, że były to zaledwie przedbiegi. Bilion złotych, czyli niemal 300 miliardów dolarów – to jest dopiero wyzwanie godne prawdziwych grandziarzy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 07 (16-22.02.2018)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Wmanewrowanie nas we współodpowiedzialność za Holokaust jest elementem konsekwentnie realizowanej żydowskiej agendy historycznej.

I. „Wadliwe kody pamięci”

26 stycznia Sejm przyjął i skierował do dalszych prac w Senacie projekt nowelizacji ustawy o IPN zakładający wreszcie realną walkę z tzw. „błędnymi kodami pamięci”. Pod tym eufemistycznym terminem kryją się historyczne fałszerstwa przypisujące Polsce i Polakom współodpowiedzialność za niemieckie zbrodnie z czasów II Wojny Światowej, w tym przede wszystkim za holokaust – czego symbolem jest wszechobecne w światowych mediach określenie „polish death camps” („polskie obozy śmierci/zagłady”). Kluczowy fragment nowelizacji zawarty w art. 55a brzmi następująco: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3 (...)”.

Jak czytamy w uzasadnieniu projektu, konieczność wprowadzenia powyższego przepisu związana jest z „niesatysfakcjonującymi” rezultatami dotychczasowych inicjatyw mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się „wadliwych kodów pamięci”. Osoby prywatne, bądź organizacje pozarządowe interweniujące w tej sprawie napotykały przeszkody natury finansowej (jak można się domyślać – brak funduszy na proces, prawników itp.), a także prawnej. Z kolei reakcje kanałami dyplomatycznymi – głównie w postaci składania not protestacyjnych – kończyły się jedynie częściowym powodzeniem. Wprawdzie niektóre tytuły i agencje informacyjne zobowiązały się do nieużywania fraz typu „polskie obozy”, lecz nie wpłynęło to na ogólny ton dyskursu w zagranicznych mediach – jak wiadomo, zbitka o „polskich obozach” pojawia się wciąż od nowa w kolejnych publikacjach. Ujmując rzecz lapidarnie, polski ustawodawca uznał, że najwyższa pora skończyć z tą ciuciubabką i dać stosownym organom do ręki skuteczne rozwiązanie prawne, penalizujące szkalowanie państwa i narodu polskiego.

Co istotne, w opisywanej nowelizacji zawarto również art. 55b w brzmieniu: „Niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu popełnienia czynu zabronionego niniejszą ustawę stosuje się do obywatela polskiego oraz cudzoziemca w razie popełnienia przestępstw, o których mowa w art. 55 i art. 55a.” - co umożliwi nam ściganie podobnych stwierdzeń również za granicą i w odniesieniu do obywateli innych państw. W ustawie mamy tylko jeden wyjątek, określony w art. 55a p.3: „Nie popełnia przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w ust. 1 i 2, jeżeli dopuścił się tego czynu w ramach działalności artystycznej lub naukowej”. Od siebie dodam od razu, że jest to zbytek łaski – przynajmniej co do „działalności artystycznej” - bo przepis w tym brzmieniu wytrąca polskiemu państwu z ręki broń w przypadku chociażby zniesławiających Polskę filmów.


II. Furia

Jednak, nawet na tak stosunkowo łagodne ujęciu problemu, władze Izraela i środowiska żydowskie zareagowały bezprzykładną furią. Premier Benjamin Netanjahu oznajmił: „Izrael nie będzie tolerował wypaczania przez Polskę prawdy, ani ponownego pisania historii”, prezydent Reuven Rivlin stwierdził, iż Polacy „pomagali” w zbrodniach „nazistowskich”. Deputowany do Knesetu Yair Lapid (typowany na przyszłego premiera Izraela) zamieścił na Twitterze dwa wpisy, jeden bardziej skandaliczny od drugiego: „Wymyślono to w Niemczech, ale setki tysięcy Żydów zostały zamordowane, nie spotykając niemieckiego żołnierza. Były polskie obozy śmierci i żadne prawo tego nie zmieni”, dodając: „Jestem synem osób, które przetrwały Holokaust. Moja babcia została zamordowana w Polsce przez Niemców i Polaków. Nie potrzebuje od was lekcji. Konsekwencje odczuwamy po dziś dzień. Ambasada powinna natychmiast wystosować przeprosiny”. Z kolei ambasador Izraela w Polsce, Anna Azari, demonstracyjnie zrezygnowała z przemówienia w rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz, zaś nowe przepisy skomentowała m.in. słowami: „Rząd Izraela odrzuca tę nowelizację” dodając, iż „traktuje się to jako niemożliwość powiedzenia prawdy o Zagładzie”. Oświadczenie wydał również instytut Yad Vashem alarmując o „ograniczeniu wypowiedzi naukowców i innych osób na temat bezpośredniego lub pośredniego współudziału Polaków w zbrodniach”. Charakterystyczne, że zarówno Azari, jak i Yad Vashem przyznają, że obozów nie zakładali Polacy (Azari), lecz „były organizowane w okupowanej przez nazistów Polsce” (Yad Vashem), ale nie przeszkodziło im to w atakach.

Dodajmy, że na dywanik do izraelskiego MSZ wezwano polskiego wiceambasadora, po czym wydano komunikat w którym stwierdzono: „Oczekujemy, że polski rząd zmieni treść ustawy przed jej ostatecznym przyjęciem i że będzie prowadził dialog z Izraelem na ten temat”. W Polsce natomiast na wniosek strony izraelskiej z Anną Azari rozmawiał z ramienia Kancelarii Prezydenta Krzysztof Szczerski (czyżby strona izraelska sondowała możliwość prezydenckiego weta?). Swoje dołożył też Światowy Kongres Żydów grzmiąc o „zaciemnianiu historii”. Słowem, awantura na całego.


III. Fiasko „dialogu”

Zatrzymajmy się na chwilę i spójrzmy na rozłożenie akcentów. Mamy tu całą paletę antypolonizmu połączonego z hucpą i uzurpacją. Jest jawne kłamstwo o „polskich obozach” Yair Lapida (co ciekawe, Konrad Kołodziejski z wPolityce.pl ustalił, że żadna z jego „babć” nie zginęła w holokauście – rodzina ze strony ojca to węgierscy Żydzi uratowani przez słynnego Raoula Wallenberga, zaś babcia ze strony matki już przed wojną żyła w brytyjskiej wówczas Palestynie), oraz stwierdzenie, że „naziści” jedynie holokaust „wymyślili”, ale „setki tysięcy Żydów” zostało zamordowanych bez ich udziału (z kontekstu wynika, że przez Polaków). Pada oskarżenie o ograniczanie wolności badań naukowych, co jest kolejnym fałszem, bo ustawa dokładnie to precyzuje w cytowanym powyżej art. 55a p.3. Uderza tu specyficzna logika – z jednej strony np. Yad Vashem przyznaje, że to nie Polacy stworzyli obozy koncentracyjne, ale na jednym oddechu stwierdza, że karanie za sformułowanie „polskie obozy” ogranicza mówienie „prawdy o Zagładzie”. Są wreszcie bezczelne uroszczenia izraelskiego rządu do nadzorowania polskiego procesu legislacyjnego i treści uchwalanego u nas prawa – i to utrzymane w tonie dyktatu. No i nade wszystko – w żadnej wypowiedzi przedstawicieli strony żydowskiej nie pada słowo „Niemcy”. Pojawiają się co najwyżej anonimowi „naziści”.

Cóż to wszystko oznacza? Ano to, że stronie żydowskiej najwyraźniej zależy na tym, by szkalująca zbitka o „polskich obozach” wciąż hulała w najlepsze. Co innego wydać okazjonalne wspólne oświadczenie, jak w 2016 r. (co przypomniał premier Morawiecki), „sprzeciwiające się” terminowi „polskie obozy śmierci” - a co innego, gdy przychodzi do konkretów. Wymowa jest jasna – wmanewrowanie nas we współodpowiedzialność za Holokaust jest elementem konsekwentnie realizowanej (choć nieoficjalnymi kanałami) żydowskiej agendy historycznej. Przytoczone tu reakcje mówią same za siebie, a intencja jest ewidentna: mamy w oczach świata pozostać winnymi, tłumaczyć się, przepraszać, a finalnie – płacić. Uprawiana bez przeszkód antypolska propaganda ma nas rozmiękczyć, byśmy bez szemrania podporządkowali się bezprawnym „roszczeniom” majątkowym organizacji spod znaku „holocaust industry”, takim jak HEART (w której, nawiasem, partycypuje rząd Izraela), oblekającym się w postać przepychanej w USA „ustawy 447”.

A poza wszystkim – tak kończy się „dialogowanie” oparte na fałszu i jednostronnych ustępstwach. Właśnie widzimy efekty wieloletniego chowania głowy w piasek, udawania „znakomitych stosunków” w zamian za zdawkowe pochwały i pozwalania, by to inni pisali za nas historię. Może przynajmniej z tej ponurej hecy wyjdzie tyle dobrego, że skończy się festiwal obłudy. Pozostaje mieć nadzieję, że polskie władze nie wystraszą się własnej odwagi i nie ugną się przed bezczelnym dyktatem – choć, mając w pamięci rejteradę min. Błaszczaka w sprawie Cmentarza Orląt i Ostrej Bramy w nowych paszportach, nachodzą mnie ponure myśli.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ustawa 447, czyli ofensywa „holocaust industry”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (02-08.02.2018)

Syndrom „drzwi obrotowych”

Szkolenie sędziowskie, czyli jak orzekać metodą „na gotowca”.

Jedną z patologii życia publicznego (nie tylko w Polsce, żeby była jasność) jest zjawisko tzw. „drzwi obrotowych”, czyli przechodzenia z biznesu do pracy w instytucjach państwowych i z powrotem. Pół biedy, jeśli dana osoba na nowym miejscu pracy nie ma związku z branżą w której uprzednio funkcjonowała – ale to są wyjątkowe przypadki. Na ogół jest odwrotnie – opisywałem tutaj swojego czasu przypadek Andrzeja Jakubiaka, który z funkcji wiceprezydenta Warszawy przeskoczył na fotel przewodniczącego KNF, a po zakończeniu kadencji znalazł pracę na stanowisku dyrektora działu prawnego w mBanku, czyli instytucji, którą jeszcze przed momentem nadzorował. Nawiasem, dziedzictwem pana Jakubiaka jest przegrany przez Polskę w międzynarodowym arbitrażu spór z luksemburską grupą ABRIS Capital Partners, który może nas kosztować ponad 2 mld. zł – spór, dodajmy, sięgający jeszcze czasów warszawskiej wiceprezydentury Jakubiaka. W każdym razie, konflikt interesów bije po oczach, podobnie jak w przypadku obecnego premiera Mateusza Morawieckiego – jako prezes Banku Zachodniego WBK „wszedł” w udzielanie frankowych łże-kredytów, zaś już jako prominentny superszef gospodarczych resortów dał się poznać z niechęci do systemowego rozwiązania tego problemu. To, że prace nad stosowną ustawą jakoś nie mogą ruszyć z miejsca nie jest dziełem przypadku, czego widomym dowodem były słynne słowa Jarosława Kaczyńskiego, że frankowicze powinni sprawiedliwości dochodzić w sądach – i można podejrzewać, że to umycie rąk odbyło się za sprawą właśnie Mateusza Morawieckiego, który całą rzecz przedstawił prezesowi w odpowiednim świetle.

A skoro już jesteśmy przy frankowiczach i sądach. Oto mamy kolejny, dość bulwersujący przypadek „obrotowych drzwi” i to sięgający samych szczytów sądowej hierarchii, bo dotyczący sędziego Sądu Najwyższego. Jak ustaliło stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”, w grudniu ub.r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyło się szkolenie z udziałem stołecznych sędziów, które poprowadził sędzia Sądu Najwyższego Mirosław Bączyk. Przedmiotem szkolenia były wyroki SN w sprawach frankowych wydawane z udziałem tegoż sędziego. I teraz najciekawsze – otóż na poprzednim etapie swojej kariery Mirosław Bączyk był związany jako prawnik z sektorem bankowym. Jak czytamy: „SSN Mirosław Bączyk w latach 1990–1991 był pierwszym w Polsce Rzecznikiem Spraw Klientów Bankowych i doradcą Prezesa NBP w Warszawie. W latach 1995–1999 doradcą prawnym Przewodniczącego Rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w Warszawie. Był również arbitrem Sadu Polubownego działającego przy Związku Banków Polskich, instytucji powołanej i utrzymywanej przez banki”. Równolegle, jako wykładowca jest kierownikiem Katedry Prawa Cywilnego i Bankowego na Wydziale Prawa i Administracji UMK w Toruniu.

Można zapytać – co w tym złego, że specjalista od prawa bankowego orzeka w sprawach frankowiczów? Wskazana powyżej działalność np. przy ZBP, to jedno. Ale wątpliwości budzą także wyroki SN omawiane podczas szkolenia – były one bowiem, jak podkreśla stowarzyszenie SBB, albo niekorzystne dla frankowiczów, albo co najmniej ambiwalentne. Przykładowo, wyrok SN z 14 maja 2015 (sygn. II CSK 768/14) dotyczący klauzuli zmiennego oprocentowania doczekał się krytycznej glosy dr Jacka Czabańskiego (Palestra 1-2/2016). W sprawie tej Sąd Apelacyjny uznał, iż ze względu na nieprecyzyjne kryteria pozwalające bankowi dowolnie modyfikować oprocentowanie (z czego bank skwapliwie korzystał) klauzula jest nieważna. Sąd Najwyższy natomiast uchylił jedynie część zaskarżonej klauzuli, uznając zarazem, że pozostaje ona wiążąca w aspekcie odwoływania się „do kryteriów ustalania (weryfikowania) stopy procentowej w czasie trwania stosunku kredytowego” - co idzie pod prąd zarówno dotychczasowego orzecznictwa, jak i chociażby Dyrektywy 93/13/EWG. Powyższe oznacza bowiem (co SN wprost zawarł w uzasadnieniu), że należałoby powołać biegłego, który zbadałby zasadność kolejnych zmian oprocentowania w trakcie trwania umowy. Oczywisty absurd – choćby ze względu na rozległość potencjalnych kryteriów oceny.

I tu powstaje zasadnicza wątpliwość – czy ów „instruktaż” nie narusza zasady niezawisłości sędziowskiej, chociażby biorąc pod uwagę autorytet szkolącego? Nie jest tajemnicą, że w sądach niższych instancji od pewnego czasu kształtuje się linia orzecznictwa korzystna dla kredytobiorców – czyli przeciwna wobec poglądów sędziego Bączyka. Nie sposób nie odnieść tu wrażenia, że szkolenie może mieć na celu swoistą korektę tego dość bolesnego dla banków trendu. Jak podnoszą frankowicze, już teraz w II Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Warszawie orzeka sędzia nagminnie oddalający pozwy poszkodowanych – odwołując się właśnie do orzeczeń SN wydawanych z udziałem sędziego Bączyka. Teraz owa metoda orzekania „na gotowca” może się upowszechnić, co sprawi, że przytaczana tu dobra rada prezesa Kaczyńskiego o dochodzeniu przez klientów banków sprawiedliwości w sądach zabrzmi jak ponura drwina.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (02-08.02.2018)

Miastko, czyli prawica pod lupą

Dla mediów III RP, które uwierzyły we własną propagandę, raport o Miastku stanowił prawdziwy szok poznawczy .

I. Lewicowi gringos pośród dzikich

Chyba żadne badanie socjologiczne w ostatnich latach nie wywołało takiego odzewu, co raport „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze o nim nie słyszał, to wyjaśniam, że zespół afiliowanego przy „Krytyce Politycznej” lewicowego think-tanku „Instytut Studiów Zaawansowanych” pod kierownictwem dr. hab. Macieja Gduli ruszył w polski interior, by z determinacją godną samego Bronisława Malinowskiego badającego życie seksualne dzikich, pochylić się nad elektoratem PiS. Badacze wytypowali niewielkie miasteczko na Mazowszu (ukryte pod kryptonimem „Miastko”) w którym podczas wyborów w 2015 r. PiS uzyskało niemal 50-proc. poparcie i przeprowadzili dogłębne wywiady z 30 osobami. Nawiasem, jednym ze sponsorów była powiązana z niemiecką SPD Fundacja im. Friedricha Eberta, co może sugerować, że Niemcy są żywotnie zainteresowani w rozgryzieniu mechanizmów społecznego poparcia dla PiS w Polsce.

Generalnie – i tu już piszę bez cienia ironii – badanie potwierdza empirycznie, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości nie różnią się co do zasady od elektoratu Platformy czy Nowoczesnej. Można wśród nich znaleźć przedstawicieli różnych warstw społecznych i zawodów, rozkład poziomu wykształcenia i zamożności również nie odbiega od przeciętnej. Większość z nich wcale nie ma poczucia przegranej, którą miałoby zrekompensować głosowanie na rzekomych „populistów” - dość powszechne jest deklarowanie swojej ścieżki życiowej jako zwyczajnej ale udanej. Również samo Miastko przeczy stereotypowi wyborcy PiS jako mieszkańca „Polski B” - wegetującego w zabitej dechami dziurze, wśród biedy, bezrobocia i ogólnej beznadziei. Miejscowość jest zadbana, ze zrewitalizowanym rynkiem, ścieżkami rowerowymi, funkcjonują sklepy i kawiarnie, przedszkola, szkoły, hala widowiskowo-sportowa, stadion, bezrobocie poniżej 10 proc, na ulicach zwyczajnie wyglądający ludzie... Słowem, jest normalnie. Wszystko to nasi „warszawscy badacze” odnotowują z niejakim zdziwieniem, co samo w sobie jest dość zabawne, ale przynajmniej uczciwie przyznają, że musieli porzucić tu zakorzenione schematy myślowe.


II. Miastko – ostoja zdrowego rozsądku

Jeśli chodzi o poglądy indagowanych autochtonów z Miastka, to można je w skrócie określić jako zdroworozsądkowe.

Przykładowo, programu „500+” nie traktują niczym manny z nieba zesłanej przez „dobre Mzimu”, lecz świadczenie, które ludziom się należało od dawna. Swoje robią podróże na Zachód i świadomość jak tam wygląda polityka socjalna wobec rodzin. PiS jest tu przede wszystkim doceniane jako ugrupowanie, które wreszcie dostrzegło problem i co więcej – spełniło swą obietnicę. Podkreślany jest również wpływ programu na poziom życia rodzin funkcjonujących w bezpośrednim otoczeniu respondentów. Ewentualna krytyka dotyczy jedynie powszechności świadczenia – część badanych jest zdania, że „500+” nie powinno dotyczyć najbogatszych i z drugiej strony – rodzin patologicznych, bądź trwale bezrobotnych, którym powinno wypłacać się ekwiwalent w bonach z przeznaczeniem na żywność, ubrania i artykuły szkolne. Powyższe przeczy więc mitowi o „hołocie kupionej za 500+”.

Pytani o sprawę Trybunału Konstytucyjnego wyborcy PiS przede wszystkim podkreślają wagę demokratyzacji tej instytucji – przywrócenie w niej reprezentatywności różnych opcji. Co więcej, niektórzy dopiero po wybuchu awantury zorientowali się, że sędziowie TK również mają swoje polityczne afiliacje i mogą dzięki swej pozycji blokować inicjatywy demokratycznie wybranej władzy. („Teraz mówią, że jest przystawką, że Trybunał teraz jest przystawką PiS i że to jest fasada, a przez 8 lat to był czyją przystawką? PO”).

W kwestii tak rozpalającej emocje liberalizacji/zaostrzenia prawa aborcyjnego możemy mówić o „ostrożnym konserwatyzmie” - większość (również wśród wyborców PiS) opowiada się na utrzymaniem status quo z pewnymi akcentami na rzecz ostrożnej liberalizacji. Generalnie jednak przebija się ton zachowania obecnego stanu rzeczy.

Natomiast w przypadku przyjmowania „uchodźców” mamy do czynienia z twardym „nie” - i to niezależnie od politycznych preferencji. Pomoc, owszem – ale na miejscu. Argumenty padają różne: koszty utrzymania i niechęć do podejmowania pracy; wskazywanie, że w pierwszej kolejności musimy zadbać o własną wspólnotę; problem zagrożenia przestępczością i terroryzmem; obcość kulturowa, niechęć do asymilacji i podporządkowania się panującym w Europie regułom i stylowi życia; wreszcie – moralny aspekt porzucania przez zdrowych, młodych mężczyzn swych rodzin na rzecz ucieczki do Europy i żerowania na jej systemie socjalnym. Podkreślany jest przy tym obraz słabej i naiwnej Zachodniej Europy, która dopuściła do powstania licznych, stanowiących zagrożenie muzułmańskich wspólnot – w tym kontekście ostry sprzeciw Polski wobec migrantów postrzegany jest jako przejaw mądrości i powód do dumy.

Jak można się domyślić, obecna „totalna opozycja” traktowana jest z głęboką nieufnością. KOD, widziany głównie przez pryzmat Kijowskiego, jawi się jako banda odstawionych od koryta cwaniaków i awanturników, pragnących utorować staremu układowi powrót do władzy – co więcej, nie jest odbierany jako autentyczny, oddolny ruch społeczny, lecz jako „ustawka”. Z kolei „czarny protest” niekiedy bywa odbierany pozytywnie – ale, uwaga – nie jako akceptacja obyczajowych szaleństw feministek, lecz jedynie jako inicjatywa powstrzymująca zaostrzenie ustawy aborcyjnej.

Platforma Obywatelska natomiast postrzegana jest jako ugrupowanie skorumpowane i słabe, co działa demobilizująco również na jej zwolenników, deklarujących często ogólne zniechęcenie do polityki. W tle nastawienia do opozycji wyraźnie pobrzmiewa również wątek krytyki dotychczasowych elit, jako sprzedajnych, wyalienowanych, pogardzających zwykłymi ludźmi i ich problemami oraz nie spełniających odpowiednich standardów moralnych.


III. „Neoautorytaryzm”, czy po prostu demokracja?

Te zarysowane pokrótce opinie dla prawicowego odbiorcy jawią się jako „oczywista oczywistość” (może za wyjątkiem dość liberalnego wśród wielu badanych nastawienia do aborcji) – podobnie jak szeroki przekrój społeczny osób popierających „dobrą zmianę”. Jednak dla mediów III RP, które uwierzyły we własną propagandę, jakoby „pisowcy” rekrutowali się spośród ciemnego, niewykształconego, religianckiego, biednego i na dodatek sprzedajnego („500+”) motłochu, opublikowane wyniki badań stanowiły prawdziwy szok poznawczy. Nagle wszyscy, od „Newsweeka” poprzez różne „parówkowe portale” po „Tygodnik Powszechny” i „Gazetę Wyborczą” doznali olśnienia – nie do wiary, na PiS głosują normalni ludzie! Co ciekawe, o ile niektórzy dziennikarze, przynajmniej deklaratywnie, coś tam jednak z raportu o Miastku zrozumieli, o tyle gotowość do akceptacji płynących z badania wniosków kończy się, gdy spojrzymy „pod kreskę”, na komentarze czytelników. Tam dominuje totalne wyparcie, a normą są wpisy o „polskich kołtunach” i „Januszach” - czyli, po staremu.

Nie sposób się jednak zgodzić z interpretacjami serwowanymi przez dr Macieja Gdulę. Otóż postawa wyborców PiS jest dla niego tytułowym „neoautorytaryzmem”. Postulaty o wypłacaniu 500+ rodzinom patologicznym w postaci bonów, czy niechęć do uchodźców jest dla niego przejawem „poczucia mocy” pozwalającego „wskazywać innym gdzie jest ich miejsce”, natomiast poparcie dla realizowanego przez PiS programu ma jego wyborcom dawać wrażenie sprawczości i współdecydowania o losach kraju, a także symbolicznie dowartościowywać w odniesieniu do elit III RP z jednej, a „uchodźców” i „patologii” z drugiej strony. Przykładowo, autorzy piszą: „Ludzie przyłączają się do władzy, ponieważ chcą się poczuć silniejsi, choć poczucie mocy czerpią z górowania nad słabszymi. I dają się wciągnąć w spiralę działań, których efektów nie znają”. Słowem, wyraźnie widać tu polityczne uprzedzenia i ideologiczne okulary. Gduli oraz jego współpracownikom nie przechodzi przez gardło przyznanie, że prawicowy elektorat potrafi obserwować rzeczywistość i wyciągać z niej zdroworozsądkowe, racjonalne wnioski. Tymczasem, poparcie dla PiS np. w sporze o Trybunał Konstytucyjny, to po prostu demokracja. Nie „demokracja liberalna” polegająca na otorbianiu i paraliżowaniu władzy przez niewybieralne i skolonizowane przez „liberałów” instytucje, lecz demokracja zwyczajna, bezprzymiotnikowa. No, ale fałszywe diagnozy skrajnie lewicowego naukowca i zarazem aktywisty, to już nie nasz problem.

Na koniec ostatnia uwaga. Jesteśmy prześwietlani - nie pierwszy raz. Pisałem już na tych łamach o badaniach przeprowadzanych przez „Centrum Badań nad Uprzedzeniami” UW w których lewicowi socjologowie skrupulatnie brali pod lupę uczestników Marszu Niepodległości. Warto, by jakiś prawicowy think-tank wziął się na podobnej zasadzie za wyborców lewicowo-liberalnych, bo wychodzi na to, że oni mają nas dokładnie rozpracowanych, a my ich - nie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (31.01-13.02.2018)

Pod-Grzybki 123

Uwaga! Achtung! „Allo, allo”! W Polsce pleni się nazizm! Konkretnie, rozplenił się na ok. sześć sztuk psycho-fanów serialu „Allo, allo”, którzy dali się nagrać podczas świętowania urodzin Hitlera w jakimś lesie. Między nich wmieszał się reporter przebrany za francuskiego żandarma. Przedstawił się grzecznie: „dziń dybry, tu TVN”, a ci poczęstowali go torcikiem przyozdobionym hakenkrojcem z wunderwaffelków. Było sympatycznie i swojsko, pojawił się nawet herr Flick z Gestapo i porucznik Gruber w swoim małym czołgu, Helga tańczyła na stole kankana... i wszystko byłoby super, gdyby nie ten wredny, francuski ruch oporu.


*

Tymczasem ja zaproponowałbym inny powód do imprezowania. Otóż, jak wieść niesie, nasze nowe wcielenie Pana Samochodzika, czyli Magdalena Ogórek, odzyskała kolejne dzieło sztuki. Oto jej relacja: „leczyłam smętnie kaca w »Café René«, gdy między kawą a rogalikami mój wzrok przykuł nietypowy wzór obrusu. Zamarłam, a po chwili wydałam z siebie ciche westchnienie. Jadłam śniadanie na oryginalnym płótnie »Upadłej Madonny z Wielkim Cycem« pędzla van Klompa! Czym prędzej zrolowałam obraz i wybiegłam z kawiarni, unosząc do Polski to legendarne dzieło sztuki”...


*

No, ale co tu ukrywać, ten nazizm to jednak w Polsce naprawdę szaleje. Oto odbyła się kolejna pielgrzymka kibiców na Jasną Górę, którą postanowili strollować tzw. „UBywatele RP”, za co doznali męczeństwa w postaci otarć naskórka i spalenia transparentu. Domyślam się, że „UBywatele” nie zwykli byli doświadczać uprzednio jasnogórskich splendorów, bowiem bliskość sanktuarium najwyraźniej obudziła w nich jakieś demony, pod wpływem których zaczęli się miotać, wyć i prowokować kibicowskich wiernych. Tak więc prowokowali, prowokowali - aż sprowokowali.


*

Zresztą, kibice zachowali się wyjątkowo wstrzemięźliwie, bo jak wiadomo, kibic potrafi nie tylko spalić jakiś tam transparent, ale po prostu przylutować w facjatę - i to tak solidnie - a wtedy z pewnością na powierzchownych otarciach naskórka by się nie skończyło. Tak więc o ile „UBywatele RP” zareagowali na bliskość świętego miejsca wzmożoną agresją, być może o demonicznej proweniencji, o tyle, na kibiców owa bliskość podziałała tonująco - co również warto odnotować.


*

Ale! Świat w obliczu szalejącego „nazizmu” nie milczy. Świat, a konkretnie amerykańskie organizacje żydowskie, postanowił rękoma władz USA ukarać nas „roszczeniami rewindykacyjnymi” sformułowanymi w „ustawie 447”, a opiewającymi na jakieś 65 mld. USD. To mi nasuwa pewną refleksję. Jeżeli majątek przedwojennych Żydów był faktycznie wart w przeliczeniu na dzisiejsze dolary całe 65 miliardów, to warto się zastanowić nad skalą ekonomicznej przewagi mniejszości żydowskiej nad resztą ludności w II RP. A to z kolei stawia w zupełnie nowym świetle kwestię słynnego, przedwojennego „antysemityzmu”. Wychodzi bowiem na to, że nie był to żaden „zwierzęcy antysemityzm”, tylko po prostu walka o ekonomiczne przetrwanie.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (31.01-13.02.2018)