niedziela, 4 sierpnia 2019

Pod-Grzybki 171

Ajć! „Kaz” Marcinkiewicz odchodzi z życia publicznego! Jak twierdzi, „nie da się normalnie żyć ze stalkerką na głowie”. Panie Kaziu, sądząc po niedawnych wyczynach, ta „stalkerka” motywuje pana do widowiskowych ucieczek przez okno i przesadzania żywopłotów. Dzięki niej może pan zostać mistrzem oldboyów w parkourze. Warto to docenić, zamiast wykazywać się czarną niewdzięcznością, niczym jakaś męska szowinistyczna świnia.


*

Internety przeżywają chwile radochy, bo znany dziennikarski salonowy celebryta, niejaki Kamil Durszlok, stwierdził, że „Szopen gdyby żył też by pił” - po czym wsiadł nawalony jak stodoła za stery swej wiernej beemwicy i jak wieść niesie zdążył przejechać pół Polski, zanim wykrzaczył się na drogowym pachołku pod Piotrkowem Trybunalskim. Przybyła na miejsce policja stwierdziła ponad 2,5 promila, a Durszlok z wrażenia słaniał się na nogach. Oj tam, oj tam – po prostu Durszlok zamiast zatankować samochód, zatankował siebie. Przecież każdy może się pomylić – o co ta cała afera?


*

Niezawisły sąd będzie miał teraz z Durszlokiem nielichy zgryz – jaki wyrok wydać, by nie złamać prawa, a jednocześnie nie zrobić celebrycie krzywdy? Podpowiadam dwie możliwości. Możliwość pierwsza: nie da się ustalić precyzyjnie prędkości z jaką drogowy pachołek wtargnął na jezdnię, a kierujący pojazdem dochował wszelkiej ostrożności. Możliwość druga: to nie Durszlok był pijany, tylko samochód – wiadomo, że beemwice dużo „tankują”.


*

A tymczasem marszałek Kuchciński pozazdrościł bohaterom filmu „Wniebowzięci” (taka stara komedia z Himilsbachem i Maklakiewiczem, w której dwóch kolegów wygrywa w „totka” i postanawia wszystko wydać na lotnicze podróże po Polsce). Zabrał więc rodzinę – i dalej w niebo! Tyle, że rządowymi samolotami i za publiczne pieniądze. Nie bądźmy jednak małostkowi, niczym ten sknera Nitras, który rozpętał wokół sprawy medialny shitstorm. W końcu, jak mawiają, „człowiek musi sobie od czasu do czasu polatać”.


*

Kuchciński będzie jednak musiał zwrócić koszty, bo na wieść o podniebnych eskapadach ponoć mocno zdenerwował się Jarosław Kaczyński. I tu ma rację, bo na wizerunku polityków i partii najbardziej odbijają się właśnie takie drobiazgi. Ludzie może nie ogarniają miliardowych afer, ale nic tak ich nie wnerwia, jak różne „ośmiorniczki”, „kilometrówki” czy „rodzinne” loty za państwową kasę. I tu pytanko – chyba marszałek Kuchciński nie jest w polityce od wczoraj i powinien kumać takie podstawowe rzeczy? Na miejscu naczelnika Kaczyńskiego złapałbym się za głowę z ponurą refleksją „z kim ja muszę, kurna, pracować”...


*

Na zakończenie taki sobie dowcip. Berlin, rok 1943. Niedzielny poranek. Stirlitz budzi się z uczuciem głodu. Idzie do kuchni zrobić sobie śniadanie. Niestety, nie ma nic do jedzenia. „Trzeba iść na zakupy” - dedukuje. Po wyjściu z domu orientuje się jednak, że w niedzielę sklepy w Niemczech są zamknięte. „Ten cholerny Kaczyński” - wzdycha w myślach Stirlitz.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (02-08.08.2019)

czwartek, 1 sierpnia 2019

Podatkiem w Zuckerberga

Ministerstwo Finansów wprawdzie przymierza się do podatku cyfrowego – ale pozostaje pytanie, czy ambasador Mosbacher nam na to pozwoli...

Polski rząd od jakiegoś czasu pracuje nad podatkiem cyfrowym – wg planów ma on zostać wprowadzony jeszcze w tym roku i objąć przede wszystkim międzynarodowych, internetowych gigantów, takich jak Facebook, Google czy Amazon. Inicjatywa Ministerstwa Finansów nie dziwi – dziwić może raczej, że dzieje się to dopiero teraz, bowiem wśród wielkich koncernów stosujących agresywną optymalizację podatkową firmy internetowe od dawna wiodą prym, unikając opodatkowania wszelkimi możliwymi sposobami. Nie jest to bynajmniej tylko polska specyfika – z podobnymi problemami borykają się również inne państwa Europy i świata w których internetowi potentaci zarabiają swoje miliardy euro i dolarów. Zauważyła to w końcu również Komisja Europejska pracująca obecnie nad dyrektywą wg której firmy internetowe osiągające globalnie przychód co najmniej 750 mln. euro, a na terenie Unii Europejskiej ponad 50 mln. euro, płaciłyby daninę w wysokości 3 proc. Ponieważ jednak działania Brukseli utknęły w martwym punkcie (nie udało się osiągnąć jednomyślności), poszczególne kraje Unii, w tym Polska, chcą wprowadzać podatek cyfrowy „oddolnie”, na własną rękę, bazując na projekcie dyrektywy. Pierwsza postąpiła w ten sposób Francja, wprowadzając w tym roku daninę cyfrową (i to z mocą wsteczną, od początku 2019 r.), która ma przynieść szacunkowo ok. 400 mln. euro. Podobne regulacje rozważają też m.in. Hiszpania czy Włochy. W Polsce początkowo oceniano wpływy do budżetu nawet na 1 mld. zł., by jednak wkrótce spuścić z tonu – obecnie mówi się raczej o ponad 217 mln. zł.

Generalnie, patrząc od strony podatkowej, aktywność internetowych koncernów można opisać jednym słowem – patologia. Przykładowo, Facebook w 2017 r. nie zapłacił w Polsce ani złotówki CIT, mimo że wg danych PwC (przytaczam za money.pl) na samych tylko reklamach w Polsce zarobił ok. 596,5 mln. zł. Mechanizm jest prosty – wszystkie faktury wystawia ulokowana w Irlandii spółka Facebook Ireland Limited i to właśnie tam trafiają pieniądze za reklamy czy posty sponsorowane. Natomiast Facebook Poland jest dla naszego fiskusa „niewidzialny”. Z tylko nieco lepszą sytuacją mamy do czynienia w przypadku innego wielkiego gracza – Google. W 2016 r. firma wypracowała w Polsce 299 mln. zł. przychodów – natomiast podlegający opodatkowaniu zysk udało jej się „ściąć” do poziomu 63,4 mln. Finalnie do budżetu państwa z tytułu CIT trafiło raptem nieco ponad 12 mln. zł.

Jak widać na powyższych przykładach, specyfika aktywności internetowej sprawia, iż podatek CIT zwyczajnie się na tym polu nie sprawdza. Oczywiście, podobne problemy natury „optymalizacyjnej” występują także w innych branżach, w szczególności gdy mamy do czynienia z ponadnarodowymi korporacjami, które do perfekcji opanowały żonglowanie kosztami, ale przypadek internetowych gigantów, często o niemal monopolistycznej pozycji, jest szczególnie drastyczny. Stąd też potrzeba wprowadzenia osobnego, „dedykowanego” specjalnie dla nich podatku – ot, taka danina „skrojona na miarę”. Trudno w tej chwili oceniać szczegóły rządowego projektu, bowiem doświadczenie uczy, że w przypadku podobnych, „kontrowersyjnych” rozwiązań efekt finalny może się diametralnie różnić od pierwotnych założeń, czego przykładem mogą być chociażby losy tzw. „ustawy frankowej” skrupulatnie „kastrowanej” aż do ostatniej chwili. Jednak biorąc pod uwagę wspomniane wyżej prognozy nieznacznie tylko przekraczające 217 mln. zł., wpływy do budżetu będą raczej symboliczne, co jest rażąco niewspółmierne do pozycji rynkowej największych graczy.

Przypomnijmy, że Facebook ma w Polsce grubo ponad 16 mln. użytkowników. To oni kupują i oglądają reklamy, wykupują płatne posty, nie wspominając już o gigantycznym zasobie danych – istnej marketingowej skarbnicy, co pokazała afera Cambridge Analytica. Z kolei należący do Google You Tube to aż 21 mln. użytkowników. A przecież nie są oni jedyni – w sumie, z serwisów społecznościowych korzysta 47 proc. polskich internautów. I to ma przynieść raptem 217 mln. zł? W tym momencie pozwolę sobie przypomnieć rzuconą tu jakiś czas temu pół-żartem, pół-serio propozycję wprowadzenia „podatku pogłównego” - serwisy płaciłyby zryczałtowany podatek od każdego użytkownika (by nie zarżnąć małych portali można by wprowadzić jakiś próg – powiedzmy, płaciłoby się od 500 tys. użytkowników w górę). Rozwiązanie to ma tę zaletę, że jest proste i nie pozostawia pola manewru na manipulacje kosztami. Masz użytkowników – płacisz, kropka.

Jest tylko jeden szkopuł – po wprowadzeniu podatku cyfrowego we Francji piany dostał Donald Trump, grożąc Paryżowi wojną handlową (podatek uderza głównie w firmy amerykańskie). W Polsce natomiast mamy już doświadczenia z ambasador Mosbacher, która jednym listem potrafiła na naszym rządzie wymusić przychylne traktowanie amerykańskich podmiotów (np. casus Ubera). Tak więc, póki co, Min. Finansów wprawdzie przymierza się do nowego podatku – ale pozostaje pytanie, czy ambasador Mosbacher nam na to pozwoli...

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatek od ucieczki do raju

Wszyscy płacimy za optymalizację


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 30-31(26.07-06.08.2019)

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Potrzeba nam całej determinacji, ale też i roztropności, by gejowski pochód deprawacji nie skończył się w Polsce tak, jak na Zachodzie.

I. Gdzie cię nie proszą...

Białystok to dziwne miasto. Z jednej strony, centrum bardzo konserwatywnego regionu Polski – Podlasia. Z drugiej jednak, pewna część mieszkańców miasta (szczególnie lokalnych elit) odczuwa jakiś kompletnie dla mnie niezrozumiały kompleks „warszawki”, wskutek którego starają się za wszelką cenę udowodnić, że u nich też może być nowocześnie, „europejsko” i postępowo. Nie bez przyczyny to w Białymstoku działał niesławnej pamięci „Teatr TrzyRzecze” oraz Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych malwersanta Rafała Gawła, a spektakl na podstawie książki innego lewackiego aktywisty Marcina Kąckiego „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” (przedstawiającej miejscową społeczność jako bandę „faszystów”) grany był miesiącami mimo spadającej frekwencji. Żywą emanacją tych snobistyczno-parweniuszowskich aspiracji podszytych kompleksem prowincjusza jest rządzący już trzecią kadencję prezydent Tadeusz Truskolaski – odpowiednik Rafała Trzaskowskiego, Aleksandry Dulkiewicz czy Jacka Jaśkowiaka, który sobie umyślił, że wspólnie z zawodowymi homoseksualistami („Tęczowy Białystok”) urządzi gej-paradę, żeby było jak w Warszawie i by pokazać, że Białystok jest tak samo „gay-friendly”, jak Gdańsk, Poznań czy stolica. A tu zaskoczenie – nie wyszło. Jak to mówią, coś „nie pykło”.

Marsz propagujący ideologię LGBT forsowany był z uporem godnym lepszej sprawy – mimo ostrzeżeń, że będzie odebrany jako prowokacja, mimo zapowiedzi blokad oraz licznych zgłoszeń (w sumie ok. 60-ciu) alternatywnych imprez na trasie przemarszu lub w jej bezpośrednim pobliżu. Słowem, pomimo wyraźnych sygnałów, że tego typu demonstracja jest przez mieszkańców niemile widziana i może dojść do konfrontacji, prezydent Truskolaski i środowiska LGBT postawiły na swoim. Skutek był do przewidzenia – zamieszki i bijatyki z policją. Cóż, zaślepieni własnym „ideolo” lewacy zapomnieli o porzekadle: „gdzie cię nie proszą, tam kijem wynoszą”. W efekcie, Marsz Równości musiał kilkukrotnie zmieniać trasę i wręcz przebijać się przez kolejne blokady torowanymi przez policyjne oddziały prewencji alternatywnymi drogami, by wreszcie zakończyć się przedwcześnie, przed osiągnięciem zamierzonego celu marszruty. Do białostockiego Rynku Kościuszki i Ratusza pochód nie dotarł. „Tęczowi” nie przeszli – a przynajmniej nie tak, jak sobie zamierzyli.


II. Pięknym za nadobne

Tu porządkująca uwaga. Akty fizycznej agresji nie powinny mieć miejsca. Wrzucanie między ludzi petard, ciskanie różnymi przedmiotami, próby pobicia – to jest przekroczenie cienkiej granicy. Czym innym jest skandowanie haseł wyrażających dezaprobatę, czy ustawianie się na trasie przemarszu lub tzw. sitting (siadanie w poprzek ulicy) – czyli bierne formy protestu, a czym innym czynna napaść na – czy się to podoba, czy nie – legalną manifestację. Do tego szczyt głupoty pobił pewien tatuś, który uznał za dobry pomysł blokowanie marszu za pomocą dziecięcego wózka z maleńkim brzdącem w środku. Zdjęcia z tego zajścia jeszcze długo będą kursowały w mediach przyczyniając się do utrwalenia opinii o protestujących, jako o zgrai bezmózgich kretynów, używających na dodatek własnych dzieci w charakterze żywych tarcz. To niedopuszczalne.

Z drugiej strony, organizatorzy tej nieszczęsnej homo-prowokacji odczuli na własnej skórze czym kończy się uporczywe testowanie granic tolerancji - najwyraźniej sądzili, że demonstracja odbędzie się co najwyżej w asyście nielicznych grupek skandujących „homofobiczne” hasła, co da im asumpt do epatowania pluszowym męczeństwem, tak jak zdarzało się to już wcześniej. Nic z tego – skala mobilizacji środowisk patriotycznych, narodowych, kibicowskich (kibice skonfliktowanych na co dzień klubów zawarli na ten dzień pakt o nieagresji) przekroczyła najśmielsze oczekiwania i wydarzenia bardzo szybko wymknęły się spod kontroli. Na oko protestujących było kilkakrotnie więcej niż demonstrantów, a dodać należy, że wśród uczestników marszu pokaźną grupę stanowili bynajmniej nie miejscowi, białostoccy geje, lecz zawodowi aktywiści-prowokatorzy jeżdżący z miasta do miasta na kolejne parady. I niespodziewanie dla nich, ci wszyscy lewacy przyzwyczajeni do swej „tęczowej” strefy komfortu zostali skonfrontowani z brutalną rzeczywistością – zobaczyli, jak to jest znaleźć się nagle po drugiej stronie.

Tak właśnie, dobrze Państwo przeczytali – niezależnie od potępienia fizycznej agresji trzeba bowiem powiedzieć jasno, że wobec Marszu Równości nie zastosowano niczego, czego lewackie środowiska nie stosowałyby wcześniej wobec demonstracji patriotycznych, zwłaszcza wobec Marszu Niepodległości. Kiedy stawiano blokady przeciw środowiskom narodowym, gdy zapraszano niemieckich bandziorów z Antify, którzy urządzali sobie na warszawskich ulicach regularne polowania na członków grup rekonstrukcyjnych – wtedy było wszystko w porządku, bo wszak miało to służyć „wykopaniu faszyzmu ze stolicy”. Ci bandyci mogli liczyć na życzliwe schronienie w siedzibie „Krytyki Politycznej” w której później policja odkryła gaz, pałki, tarcze i kastety (co ciekawe, tych narzędzi nie znaleziono podczas wcześniejszej kontroli autokarów, musieli zostać w nie zaopatrzeni już na miejscu). A w przeciwieństwie do uczestników białostockiej parady, Marsz Niepodległości nie mógł wtedy liczyć na policyjną ochronę – przeciwnie, służby porządkowe pałowały i traktowały manifestantów gazem jak leci, a tajniacy spuszczali łomot każdemu, kto się nawinął (słynny przypadek przypadkowego przechodnia, który „zaatakował twarzą” but policjanta w cywilu). Na Zachodzie demonstracje pro-life notorycznie są atakowane przez lewaków i homoaktywistów i przechodzą w szpalerze nienawistnego wycia oraz haseł w rodzaju „wasze dzieci będą takie jak my”, co jest bodaj najlepszym odzwierciedleniem prawdziwych intencji stojących za homo-propagandą i seksualizacją nieletnich – i te obrazki oraz relacje nie giną w próżni, docierają także do Polski pokazując co nam grozi w niedalekiej perspektywie. Teraz, gdy cierpliwość się wyczerpała, a druga strona postanowiła odpowiedzieć tym samym i „wykopać ideologię LGBT” z Białegostoku – nagle lewactwo dostało bólu czterech liter.


III. Białostockie „Stonewall”

Powtarzam, nie pochwalam, ale rozumiem mechanizmy, które do tego doprowadziły. Jeżeli przez lata coraz bardziej bezczelnie i ostentacyjnie gwałci się ludzi przez oczy i uszy propagowaniem dewiacji, to należy liczyć się z konsekwencjami. Zajścia w Białymstoku pokazały, że prowokacje oraz szarganie świętości nie przechodzą bez echa, że to się zawsze gdzieś odkłada, aż wreszcie kończy się cierpliwość i puszczają nerwy. Niedawno pisałem, że Polacy mogą wiele znieść, ale profanowania wizerunku Matki Boskiej nie ścierpią. A wszak prócz „tęczowej” Maryi nalepianej na kiblach i śmietnikach mieliśmy w ostatnich tygodniach prawdziwy wysyp podobnych zachowań: parodię procesji z waginą na kiju w Gdańsku, profanację Mszy Św. podczas parady w Warszawie, atak na Jasną Górę, o zwolnieniu pracownika IKEI nie wspominając. Zbierało się, zbierało - aż się uzbierało.

Oczywiście, homośrodowiska się nie cofną – toczą przeciw tradycyjnemu społeczeństwu i jego wartościom kulturową wojnę i będą się starały politycznie wycisnąć białostocką zadymę do imentu. Niektórzy wręcz marzyli, by ktoś nie wytrzymał i walnął ich w dzban, aby mogli odcinać kupony od swojego męczeństwa i jeszcze nachalniej promować dewiacje, korzystając ze statusu ofiary. „Wyborcza” otwartym tekstem twierdziła, że tutejsi geje potrzebują „swojego Stonewall”, nawiązując do nowojorskich zamieszek z 1969 r. po policyjnym nalocie na nielegalną, prowadzoną przez mafię gejowską spelunę – to zresztą dla upamiętnienia tego wydarzenia organizuje się na świecie homo-parady. Teraz swoje wymarzone „Stonewall” wreszcie dostali. I potrzeba nam naprawdę całej determinacji, ale też i roztropności, by ów pochód deprawacji nie skończył się w Polsce tak, jak na Zachodzie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (26.07-01.08.2019)

Pod-Grzybki 170

Kazio Marcinkiewicz dał czadu. Odwiedził go mianowicie komornik w asyście policji, by dokonać zajęcia mienia na poczet należnych Izabel alimentów. Łebski Kazio jednak przytomnie czmychnął przez okno do ogródka, po czym sforsował żywopłot i przedostał się do pobliskiego parku. Hm, istnieje taki miejski sport zwany „parkour”, polegający na pokonywaniu różnych przeszkód w rodzaju ogrodzeń, murków, ławek, balustrad itp. Marcinkiewicz słynie z zamiłowania do modnych dyscyplin sportowych, niewykluczone więc, że akurat właśnie czystym przypadkiem postanowił potrenować przed najbliższymi zawodami.


*

Parkour to jednak nie wszystko – „Kaz” bowiem właśnie pobił wynik Mateusza Kijowskiego w zaległościach alimentacyjnych. Wisi „Izabel” już ponad 100 tys. złotych. Rywalizacja między „Kazem” a „Kijem” o tytuł Pierwszego Alimenciarza RP przebiega naprawdę pasjonująco i tylko patrzeć, jak stanie się żelaznym punktem rubryk sportowych, detronizując Roberta Lewandowskiego, skoczków narciarskich oraz Roberta Kubicę.


*

Manuela Gretkowska wyznała, iż jest waginą... znaczy nie, wróć - oczywiście, nie żadną „waginą”, tylko „wroginią” - pisowskiego narodu. Dlaczego tylko pisowskiego? Po co tak się ograniczać? W każdym razie, nieprzejednana wagini... tfu, przepraszam - oczywiście, „wrogini”, nie tylko nie podaje ręki pisowcom, ale relacjonuje także duszne boleści i udręki swych znajomych, którzy co ranek sprawdzają internet w poszukiwaniu informacji o śmierci Jarosława Kaczyńskiego. Prośba do jakichś litościwych informatyków - zróbcie specjalną stronę internetową, która co dzień powtarzałaby informację, że Kaczyński nie żyje, bo ci ludzie (i ludzinie) bez tego do reszty oszaleją. A tak, może taki fake-news choć trochę ich uspokoi na zasadzie - „wiem, że to nieprawda, ale zawsze miło poczytać”.


*

Czytelnicy „WG” wiedzą doskonale, że często nie po drodze mi z „Gazetą Polską” (i wzajemnie) – ale trzeba obiektywnie przyznać, że pomysł z naklejkami „Strefa wolna od LGBT”, to strzał w dziesiątkę. Świadczy o tym chociażby totalny ból d..., jakiego dostało lewactwo i wrzaski o rzekomym nawoływaniu do „dyskryminacji”. Dobrze, to ja tylko przypomnę słowa salonowego profesora Radosława Markowskiego, który w szczycie potęgi PO postulował, by się „skutecznie, instytucjonalnie podzielić”, bo „razem się już nie da”, co jako żywo stanowiło wezwanie do wprowadzenia apartheidu. Wcześniej natomiast „społeczna kampania” wzywała, by „zabrać babci dowód”. Tak więc, gońcie się teraz, wy wszyscy moraliści last minute.


*

A propos LGBT - jak wiadomo, skazany za malwersacje na karę więzienia lewacki aktywista Rafał Gaweł zbiegł do Norwegii, gdzie wystąpił o azyl, twierdząc, iż jest ofiarą represji ze względu na swą odkrytą właśnie biseksualność. Żeby było zabawniej, Gaweł ma żonę i dziecko. Na miejscu Gawła tak bardzo bym się swoją rzekomą biseksualnością nie chwalił, bo może się zdarzyć, że jednak trafi za kratki, a wtedy...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (26.07-01.08.2019)

niedziela, 21 lipca 2019

Program PO-KO – analiza kitu

Jeżeli PiS wprowadza „500+”, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem”. Jeżeli natomiast PO zapowiada, że dołoży od siebie drugie tyle – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program.

I. Forum POgrobowe

Mamy kanikułę, w polityce zastój... a nie, wróć – wszak odbyła się konwencja programowa Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna, plus jakiś lewacki plankton), zatem chyba wypada się nią zająć na zasadzie „z braku laku, dobry i kit”. I właśnie analizą owego kitu wyborczego pozwolę sobie zaprzątnąć Państwa uwagę – bo też jest to ciemnota w typowym platformerskim stylu rodem z czasów Donalda Tuska i słynnego „3x15” mającego uczynić z Polski „drugą Irlandię”. Pamiętamy to jeszcze, prawda? Traf chciał, że zaraz potem za sprawą kryzysu finansowego Irlandia popadła w gigantyczne tarapaty i narracja jakby wystygła – tym bardziej, że i Polska była bliska podzielenia jej losu, bo ośmioletnie rządy PO-PSL zadłużyły nasz kraj na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie ekipy po 1989 r. razem wzięte, na co nałożyła się gigantyczna dziura podatkowa w ściągalności VAT i CIT, której nie zasypał ani skok na środki z OFE, ani podwyżka VAT. Skończyło się na objęciu Polski unijną procedurą nadmiernego deficytu, a londyński sztukmistrz Rostowski rozpaczliwie wpisywał do budżetu 1,5 mld. zł. przychodów z fotoradarów, żeby chociaż na papierze wszystko się „spinało”. Mimo to, Polacy dwukrotnie dali się uwieść gładkiej gadce Tuska, który czarował elektorat z wdziękiem i wprawą Kalibabki – a potem, niczym wytrawny oszust matrymonialny zwiał do Brukseli, zostawiając całe gruzowisko nieszczęsnej Ewie Kopacz, która mogła w zasadzie już tylko usiąść na kamieni kupie i zapłakać. Dziś Tusk jakby stracił na atrakcyjności i wywołuje dreszcze ekscytacji jedynie wśród owładniętych syndromem sztokholmskim najbardziej zaślepionych akolitów obozu III RP.

To pokrótce zarysowane tło historyczne jest niezbędne dla właściwego odczytania nowego programu wyborczego Platformy z przystawkami. Mamy bowiem powrót do tego samego – tyle, że zamiast teflonowego Tuska z jego najlepszych lat, obietnice wygłasza toporny Grzegorz Schetyna, co już na samym starcie jest zabójcze dla ich wiarygodności i przydaje propozycjom walor niezamierzonej autoparodii. Na dodatek, Schetyna z kamienną twarzą Bustera Keatona postanowił wejść w prosocjalne buty Jarosława Kaczyńskiego i przebić jego „piątkę” własną „szóstką”, co znów ociera się o satyrę i kabaret. Nie dziwi zatem, że nawet członkowie jego własnej partii nie mogli na Twitterze dojść do ładu, czy uczestniczą w „Forum Programowym”, czy też „Forum POgromowym” lub zgoła „POgrobowym”.


II. „Odpowiedzialność” kontra „populizm”

No dobrze, co zatem tam mamy? Na pierwszy ogień poszły „związki partnerskie”, czyli stary, poczciwy konkubinat – do pewnego momentu praktykowany zupełnie jawnie w kręgach arystokratycznych, by następnie, po odbiciu historycznego wahadła, stać się domeną marginesu społecznego i wszelkiej patologii, czego dowodzą kroniki kryminalne utrzymane w stylu „konkubent Zdzisław Z. podczas alkoholowej libacji ugodził ośmiokrotnie nożem swą konkubentkę Barbarę W.” itd. Dziś, jak widzimy, owa forma współżycia wraca do łask za sprawą nowej, lewicowo-liberalnej lumpen-arystokracji z pretensjami do urządzania świata i przeorania norm społecznych – m.in. za sprawą sodomitów robiących w tym dziejowym rozdaniu za taran i lemiesz postępu. Jednak na miejscu ciotek (a wręcz „ciot”) rewolucji tak bardzo bym się do obietnic pana Grzegorza nie przywiązywał, bowiem jeszcze w piątek twierdził stanowczo, że o żadnych „związkach partnerskich” nie ma mowy, by w sobotę ogłosić, że jak najbardziej będą - i nikt nie może zagwarantować, co w tej materii stwierdzi za tydzień, o jesieni nie wspominając.

To jest zresztą zadziwiające, jak oni uporczywie odmawiają uczenia się na błędach w imię forsowania swojego „ideolo”. Po wyborach do europarlamentu odmiennym stanem świadomości spektakularnie błysnął Sławomir Neumann, mówiąc, iż KE wygrałaby w każdym kraju poza Polską i Węgrami. To jest wyższa forma surrealizmu – startować w Polsce i profilować kampanię, jakby była to Holandia. Teraz, jak widzimy, brną w powtórkę, w czym wyczuwam wkład intelektualny pani Barbary Nowackiej.

Ale legalizacja konkubinatu to dopiero aperitif. Prawdziwa jazda zaczyna się przy kwestiach socjalnych. Oto każdy, kto zarabia mniej niż 4,5 tys. zł. brutto (dwukrotność płacy minimalnej) ma otrzymać od państwa specjalne dopłaty do pensji (dla zarabiających najniższą krajową byłoby to 500 zł.), a do tego minimalne wynagrodzenie ma ustawowo wynosić połowę średniej krajowej, co miałoby podnieść najniższe płace nawet o 600 zł. Ponadto narzuty na płace (PIT, ZUS, NFZ) mają zostać zredukowane do 35 proc. wynagrodzenia, a osoby do 25 roku życia rozpoczynające działalność gospodarczą zostaną w ogóle zwolnione od składek na ZUS i NFZ. Aha, no i jeszcze 13 emerytura ma być na stałe.

Teraz zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego proponuje PiS. Jakie byłyby reakcje? „Rozdawnictwo!”, „populizm!”, „przekupstwo!”, „korupcja polityczna!”, „grecki scenariusz!”, „bankructwo!”, „druga Wenezuela!”. Ja, szczerze mówiąc, nie podejmuję się nawet z grubsza wyliczyć, ile to będzie kosztowało, ale czuję się o tyle usprawiedliwiony, że „eksperci” Platformy na czele z prof. Rzońcą (związanym z Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) również nie podają kosztów ani źródeł finansowania. Nota bene, owe dopłaty do pensji obejmą jedynie osoby na etacie, więc cała rzesza zatrudnianych na śmieciówkach obejdzie się smakiem. Po drugie – dopłaty do niskich wynagrodzeń są jawną zachętą dla pracodawców by zamrozić pensje (bo „państwo” i tak dopłaci), co jest przerzuceniem na ogół podatników części kosztów zatrudnienia. Na takiej samej zasadzie w USA Wal-Mart zamiast podwyższać wynagrodzenia instruuje pracowników, jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej. Natomiast zwolnienie z ZUS i NFZ uruchomi falę wypychania młodych ludzi na fikcyjne samozatrudnienie, co już jest zmorą naszego rynku pracy. W efekcie otrzymamy pogłębienie obecnych patologii.

Ale od czego jest Czerska? Na portalu Gazeta.pl z miejsca „wytłumaczono” czytelnikom, że „opozycja postawiła na odpowiedzialność, a nie populizm” i zamierza „pokonać PiS bez rozdawnictwa”. Czym różni się „odpowiedzialność” od „populizmu”? Proszę się skupić. Jeżeli PiS wprowadza programy społeczne, finansując je w większości z uszczelnienia systemu podatkowego, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem” dla „patologii” i „nierobów”, co niechybnie doprowadzi do bankructwa w grecko-wenezuelskim stylu. Jeżeli natomiast PO ustami Schetyny zapowiada, że nie tylko niczego z pisowskiego „rozdawnictwa” nie uszczknie, ale jeszcze dołoży od siebie drugie tyle (w tym 13-tą emeryturę na stałe) – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program. W tym momencie nawet nie ma sensu pytać, w jaki sposób PO ma zamiar naprawić służbę zdrowia i skrócić oczekiwanie do specjalisty do 21 dni, a czas przyjęcia na SOR-ach do 60 minut. Zresztą, pytanie takie zadał posłowi Brejzie dziennikarz „Wirtualnej Polski” i został w dość obcesowym tonie odesłany... do obecnego ministra zdrowia z PiS-u, który jako żywo takich farmazonów nie obiecywał. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jeszcze plan całkowitej „dekarbonizacji” Polski do 2040 r. - niemieckie koncerny „wiatrakowe” już ostrzą sobie zęby.


III. Prawdziwy program – po wyborach!

No dobrze, dajmy już spokój tym gruszkom na wierzbie, jak bowiem w przeddzień „Forum POgrobowego” przyznał Grzegorz Schetyna, „czas na pokazanie programu przyjdzie po wyborach”. I słuszna jego racja, gdyż prawdziwy, taki „najmojszy” program ugrupowania poznajemy wtedy, gdy to ugrupowanie zaczyna rządzić - to jest kluczowy „stress test”, bo wcześniej jest to, umówmy się, konkurs piękności połączony z ruletką. Na szczęście, mamy już skalę porównawczą: widzieliśmy i doświadczyliśmy na własnej skórze rządów Platformy z „Peezelem” - i wiemy też, jak od blisko czterech lat rządzi PiS. Co ja tu się będę dłużej wymądrzał - wybór jest chyba oczywisty, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

Pod-Grzybki 169

Kampania wyborcza pomału zamienia się w film grozy – przynajmniej dla PO-KO. Oto SLD rozzuchwalone sukcesem, jakim dla tego schodzącego reliktu poprzedniej epoki było wprowadzenie swoich ludzi do PE w ramach Koalicji Europejskiej, zaproponowało Platformie kandydatów na wspólne listy do Sejmu. Trzymajcie się Państwo foteli: Jerzy Jaskiernia, Marek Dyduch, Tadeusz Iwiński, Lech Nikolski, Longin Pastusiak. Był kiedyś taki horror pt. „Reanimator”, w którym szalony medyk ożywiał trupy. I właśnie w takiej roli przejdzie do historii Grzegorz Schetyna – jako reanimator zdechłej postkomuny.


*

Chociaż, z drugiej strony, może to być element przemyślanej strategii, bazującej na modnej od jakiegoś czasu nostalgii za latami '90 (tzw. najntisami). Wyobraźmy sobie ten gabinet zombies: Jaskiernia – minister sprawiedliwości, Dyduch – szef KPRM, Iwiński – minister spraw zagranicznych, Nikolski na czele MSWiA, Pastusiak – minister edukacji narodowej (a co, w końcu profesor!). Wystarczy dołożyć do tego w pakiecie Marka Belkę, jako ministra finansów plus dwucyfrowe bezrobocie – i powrót do lat młodości obecnego pokolenia 40-latków (czyli najtwardszego segmentu elektoratu obozu III RP) zapewniony!


*

Tymczasem platformersi udowadniają, że „umią w internety” i lansują kolejne hitowe hasztagi na Twitterze. Był już #TwójSzwab, potem #POrozwalajmy, następnie #ForumPogromowe i wreszcie - #ForumPogrobowe. Zwróćcie Państwo uwagę, że to się układa w pewien ciąg logiczny – wiadomo wszak, że nikt tak nie POrozwala, jak TwójSzwab robiąc POgromy, po których wszyscy wylądują w grobie (zbiorowym, jak wynika z kontekstu). Nie ma to, jak szczerość i spójność programowa. Tylko po co Schetyna chrzanił, że czas na pokazanie programu wyborczego przyjdzie po wyborach? Przecież już teraz widać go jak na dłoni.


*

Eko-wiadomości: mała Inga skutecznie zaszantażowała klimat i wciąż mamy jesień. Drogie dziecko, osiągnęłaś co chciałaś, udowodniłaś, że posiadasz supermoce – więc teraz, proszę cię, wyluzuj! Ja chcę, żeby w lipcu było lato!


*

Na zakończenie coś wyjątkowo bulwersującego. Jak poinformował na antenie Radia Maryja min. Piotr Gliński, dyrektor muzeum POLIN prof. Dariusz Stola odmówił Marcie Kaczyńskiej i Ruchowi Społecznemu im. Lecha Kaczyńskiego zorganizowania międzynarodowej konferencji poświęconej wkładowi Lecha Kaczyńskiego w relacje polsko-żydowskie. Przypomnijmy, że śp. prezydent Lech Kaczyński był jednym z inicjatorów powołania muzeum POLIN i politykiem, który dla stosunków polsko-żydowskich zrobił doprawdy o wiele więcej, niż było to konieczne, z odstąpieniem od ekshumacji w Jedwabnem włącznie. Odmowa zorganizowania poświęconej mu konferencji z ewidentnie małostkowych, politycznych przyczyn jest gorzkim podsumowaniem naiwnej wiary w budowanie wzajemnych relacji na bazie wspaniałomyślnych gestów z polskiej strony. Czy będzie również lekcją na przyszłość? Przekonamy się jesienią, gdy powróci temat „ustawy 447”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

Brukselska wiktoria

To jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów.

I. „Koniec początku”

„To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Ale jest to, być może, koniec początku” - ta sentencja z radiowego przemówienia Winstona Churchilla po zwycięstwie pod El-Alamein jako żywo pasuje do stoczonej właśnie brukselskiej bitwy, w której udało się zablokować nominację Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. W 1942 r. siły dowodzone przez marszałka Bernarda Montgomery'ego pokonały pancerne zagony Afrika Korps Erwina Rommla, zmuszając je do odwrotu – i była to pierwsza znacząca porażka III Rzeszy w otwartym polu. Teraz natomiast koalicja państw Europy Środkowej wraz z Włochami i zbuntowanymi przeciw Angeli Merkel niemieckimi chadekami utrąciła kandydaturę fanatycznego lewaka i polakożercy na czołowe stanowisko w Europie. Po raz pierwszy kraje „nowej Europy” skutecznie przeciwstawiły się dyktatowi starych potęg, dotąd niepodzielnie trzęsących kontynentem i narzucających mu swą wolę. To wydarzenie bez precedensu – wcześniej bowiem niemiecko-francuski tandem rozgrywał i dzielił nasz region jak chciał, pacyfikując jakikolwiek opór. Zwróćmy uwagę, że jeszcze nie tak dawno ofensywa dyplomatyczna Macrona zakończyła się przeforsowaniem szkodliwej dla nas dyrektywy o pracownikach delegowanych, doprowadzając do podziału na tym tle wśród państw Trójmorza i jego twardego jądra, czyli Grupy Wyszehradzkiej. Wszystko wskazuje, że „gang z Osaki” liczył do końca na powtórkę tego scenariusza – na szczęście, przeliczył się w swych rachubach.


II. Brukselska batalia

Ta zwycięska bitwa ma jeszcze jeden walor – zmusiła dominujące w Unii siły do odrzucenia masek i zaniechania gry pozorów. Do tej pory w unijnych przepychankach panowała zasada fikcyjnego „konsensusu”, w praktyce oznaczająca, że słabsze kraje akceptowały bez szemrania stanowisko silniejszych, co najwyżej zadowalając się jakimiś symbolicznymi koncesjami. Tym razem było inaczej. Spór o Timmermansa obnażył przed szeroką opinią publiczną fasadowość unijnych „demokratycznych” procedur, co jeszcze nie raz będzie odbijało się echem w bliższej i dalszej przyszłości. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Podczas szczytu G-20 w Osace Niemcy, Francja, Hiszpania i Holandia porozumiały się co do obsady kluczowych stanowisk, co nazwano „pakietem z Osaki”. Ów „pakiet” został następnie zakomunikowany Donaldowi Tuskowi, który miał przekazać jego ustalenia frakcjom europarlamentu „do wykonu” i przygotować pod jego kątem szczyt Rady Europejskiej, tak by cała operacja przebiegła gładko. Tusk, jak zobaczyliśmy, nie wywiązał się z zadania (a wręcz koncertowo je schrzanił), co wywołało dodatkową wściekłość unijnych możnych – i jest to kolejna dobra informacja dla Polski. Wiodący przywódcy ostatecznie przekonali się, że to bezwolne popychadło Angeli Merkel do niczego się nie nadaje, co oznacza automatycznie, że w Brukseli nikt nie będzie po nim płakał i po zakończeniu kadencji raczej nie będzie mógł liczyć na żadne prestiżowe stanowisko – a co za tym idzie, nie będzie w stanie już realnie zaszkodzić Polsce. Ale to tak na marginesie.

Wracając do meritum - „banda czworga” z Osaki, ta samozwańcza, uzurpatorska Yakuza, chciała sterroryzować resztę państw członkowskich, w starym stylu „koncertu mocarstw”. Tyle, że pragnęła przy tym zachować pozory – że niby toczą się jakieś „negocjacje”, a fotel szefa Komisji Europejskiej dla Timmermansa jest efektem „konstruktywnego kompromisu”. Szczególnie zależało na tym Angeli Merkel, która do końca wspierała swego protegowanego. Pomysł był sprytny – Niemcy rękami Timmermansa miały trzymać sprawiający coraz większe problemy region Europy Środkowej (ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Węgier) pod nieustannym ostrzałem, same stojąc dyskretnie z boku i strojąc zatroskane miny. Pomyślmy tylko – skoro Timmermans był w stanie przysporzyć nam tylu kłopotów jako wiceprzewodniczący, to można sobie wyobrazić jakie armaty wytoczyłby jako szef KE. Mógłby chociażby przeforsować powiązanie funduszy strukturalnych z „przestrzeganiem praworządności”, której stan byłby arbitralnie oceniany przez Komisję – czyli przez niego samego. Do tego nie wolno było dopuścić za żadne skarby – i tu premier Morawiecki spisał się na medal. Zmontował skuteczną koalicję, wykorzystując okazję, jaką było rozgoryczenie największej frakcji Parlamentu Europejskiego (EPL) nominacją ich politycznego konkurenta. Opór był tak silny, że Angeli Merkel nie udało się go złamać, mimo ponawianych nacisków na poszczególnych przedstawicieli „koalicji sprzeciwu”. Mniejsze kraje (ale też i skonfliktowane z Brukselą Włochy) wiedziały doskonale o co toczy się gra – ugruntowanie pozycji mocarstwowego duetu francusko-niemieckiego oraz zwycięstwo aroganckiego Timmermansa było groźne również i dla nich, bo nikt nie mógł im zagwarantować, że za chwilę i one nie znajdą się pod byle pretekstem na celowniku. Poza wszystkim, pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie budować sojusze, obalając mit o rzekomej „izolacji” Polski w Europie. To spory krok naprzód, zważywszy, że jeszcze dwa lata temu nikt nie chciał umierać za nasz sprzeciw wobec drugiej kadencji Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.


III. Krajobraz po bitwie

W kontekście powyższego, małostkowa zemsta, jaką było utrącenie kandydatów z naszego regionu do innych unijnych stanowisk, czy odrzucenie kandydatury prof. Krasnodębskiego na jednego z 14 wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego, mają znaczenie drugorzędne. Cel podstawowy został osiągnięty i sądzę, że z upływem czasu będziemy to coraz bardziej doceniać. Brukselska wiktoria wpisuje się również w szerszy kontekst zmierzchu Angeli Merkel – nieformalnej „cesarzowej Europy”. Nominowanie Ursuli von der Leyen było już tylko ruchem osłaniającym niemiecki odwrót. Von der Leyen jest politykiem słabym – w Niemczech nie zanotowała sukcesów jako minister zajmująca się sprawami społecznymi, a jako minister obrony doprowadziła Bundeswehrę na skraj katastrofy. Nie ma podstaw by sądzić, że jako szefowa Komisji Europejskiej będzie sobie radzić lepiej, co może dla nas oznaczać poluzowanie dążącego do „pogłębienia integracji” i federalizacji unijnego gorsetu. Natomiast jej porażki w zawiadywaniu niemiecką armią oznaczają, że również potencjalnie śmiertelnie dla nas niebezpieczny projekt europejskiej armii odchodzi w siną dal. Także pozycja Angeli Merkel, spektakularnie upokorzonej na unijnym szczycie, daleka będzie od dawnej potęgi, gdy jej wola wytyczała kierunki europejskiej polityki.

Zostaje jeszcze Timmermans, który ponownie będzie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Sfrustrowany porażką, wściekły i pałający żądzą odwetu. Oczywiście, będzie starał się nam szkodzić ze zdwojoną energią – tyle, że najbardziej pomyślne dla niego wiatry właśnie przestały wiać. Po pierwsze, raczej się nie zdarza, by brukselscy politycy przez dwie kadencje z rzędu zajmowali się tym samym – zatem Timmermans jako „wice” może tym razem otrzymać inną działkę, niż praworządność. Po drugie, jego karta przygnieciona ciężarem klęski będzie słabnąć. Na nękaniu Polski i Węgier zbudował całą swoją kampanię i pozycję polityczną – i w kluczowym momencie przegrał. Po trzecie, kraje „nowej Europy” zobaczyły, że z unijnym establishmentem można wygrać i od tej pory nie będą już tak potulnie wysłuchiwały połajanek i pouczeń z Brukseli. To ma szansę scementować sojusz państw Trójmorza i Grupy Wyszehradzkiej. Wreszcie – przegrana Timmermansa odebrała tlen krajowej „totalnej opozycji” spod znaku „ulica i zagranica”. Odtąd pomoc dla Schetyny i spółki będzie z pewnością mniej wydajna.

Podsumowując, to jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów. W porównaniu z tym co było, jest to znaczący postęp. Realnie patrząc, osiągnęliśmy maksimum z tego, co było możliwe - a w polityce jest to wielka sztuka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

Pod-Grzybki 168

Mamy wyjątkowo obrzydliwy początek lipca. Po pięknym, upalnym czerwcu nadeszła jesień – zimno, leje i wieje. Ma to jednak tę zaletę, że nagle jakby pochowali się gdzieś „bojownicy klimatyczni”, którzy wrzeszczeli nam nad uchem przez cały ubiegły miesiąc. I to jest dobry moment na mały wykład metodologii „klimatycznego dwójmyślenia”. Otóż, powiadają, należy odróżniać „klimat” od „pogody”. Jednak w praktyce oznacza to, że kiedy w czerwcu nad Europę nadciągnęło gorące powietrze znad Afryki, było to dowodem szalejącego klimatu i globalnego ocieplenia. Natomiast teraz, gdy nadszedł zimny front znad Arktyki – to już jest tylko „pogoda”. Wiedzą już Państwo, czego się trzymać? Ot i cała „logika klimatyczna” w pigułce.


*

Ale ekologiści nie dają za wygraną. Oto w Lublinie zieleni miejskiej nie będzie się już barbarzyńsko katować spalinowymi kosiarkami – zamiast tego, w ruch pójdą kosiarki naturalne i ekologiczne, zwane też owcami. Mają one tę zaletę, że równocześnie strzygą zieleń i ją hm, nawożą. Lublinianom już leci ślinka na jesienny wysyp pieczarek.


*

Buu.... rozpadła się Federacja panów Jakubiaka i Liroya. Poszło o współpracę z ludowcami z PSL-u – Jakubiak był „za”, natomiast Liroy wręcz przeciwnie. A szykowała się taka wesoła formacja – rzekłbym, Polska Partia Przyjaciół Piwa na sterydach. Bo któż inny mógłby zjednoczyć pod swymi sztandarami miłośników piwa i marihuany?


*

Aj! Z polityki odchodzi żywa legenda polskiego parlamentaryzmu – Stefan Niesiołowski. Jako przyczynę podał podeszły wiek, co jest o tyle dziwne, że całkiem niedawne wyczyny „jurnego Stefana” dowodzą, iż wciąż jest nad podziw dziarski i pełen wigoru. Chyba, że poszło o coś innego – nagrania z wiadomej afery dowodzą, że „jurny Stefan” z taką częstotliwością molestował biznesmenów, by organizowali mu kolejne schadzki, iż zachodzi obawa, że Stefan zwyczajnie nie pamiętał, że przed chwilą właśnie sobie poużywał. Woli się zatem z obawy o zdrowie odseparować od pokus cielesnych, bo inaczej, jak w znanym dowcipie, przez tego Alzheimera by się na śmierć za...ł.


*

Tylko co poczną te wszystkie panie nienajcięższej konduity na wieść, że tracą takiego klienta? Ech, przypomina się knajacka piosenka o tym, jak sczezł pewien koneser tego typu wrażeń – a rzeczone panienki „jak stały, tak wszystkie płakały”. Chlip, chlip.


*

Nie ma to jak autodemaskacja. Polityk PO Bogdan Klich opatrzył swój wpis na Twitterze hasztagiem #TwójSzwab – co podano dalej na oficjalnym koncie PO. Klich jest psychiatrą, więc zapewne mógłby wiele powiedzieć o tzw. freudowskich przejęzyczeniach – ale to podsuwa mi pewien pomysł. Jak wiadomo, platformersi ruszyli w polski interior, by straszyć autochtonów i przy okazji ponabijać się ze schwytanych znienacka za rękę pisowców. Proponuję więc, by ta rejza krajoznawcza odbywała się pod hasłem: „Poznaj swojego Szwaba!”. Przynajmniej uliczne łapanki organizowane na przypadkowych przechodniów nabiorą wiarygodności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

niedziela, 14 lipca 2019

Sojusz z USA – plusy dodatnie i plusy ujemne

W swej polityce Stany Zjednoczone kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku.

I. Polska w „klubie F-35”

Czerwcową wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych, a w szczególności jej fragment waszyngtoński i spotkanie z Donaldem Trumpem (12.06.2019) należy ocenić pozytywnie – przynajmniej biorąc pod uwagę obecny etap wzajemnych relacji (o czym szerzej za chwilę). Ukoronowaniem podróży było oczywiście podpisanie wspólnej deklaracji o zacieśnianiu współpracy obronnej, na mocy której zostanie zwiększona stała, rotacyjna obecność sił amerykańskich w Polsce o kolejne 1000 żołnierzy oraz kontrakt na zakup gazu skroplonego LNG (2 mld m3 o wartości 8 mld. USD). Wspomnieć należy również o podpisaniu memorandum o współpracy ws. wykorzystania energii jądrowej do celów cywilnych (czyli znów powraca nieśmiertelny temat polskiej elektrowni atomowej), a także o porozumieniu ws. zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, co z kolei jest jednym z warunków zniesienia wiz dla Polaków. No i wisienka na torcie – polska deklaracja o gotowości zakupu 32 sztuk samolotów piątej generacji F-35, oficjalnie przyjęta przez stronę amerykańską, co wcale nie było tak oczywiste, jak mogłoby się to na pozór wydawać.

I może zaczniemy właśnie od tej ostatniej sprawy, wywołała ona bowiem szereg kontrowersji i chyba najbardziej rozgrzała emocje komentatorów. O właściwościach technicznych i bojowych F-35 nie będę się rozpisywał, znakomicie bowiem zrobił to w poprzednim numerze „Polski Niepodległej” red. Michał Fiszer. Generalnie można powiedzieć jedno – poza Amerykanami nikt obecnie nie dysponuje maszyną o takim stopniu zaawansowania (próbują ich gonić Chińczycy ze swoim Chengdu J-20, lecz zakup sprzętu bojowego z tego kraju skutkowałby automatycznym zamrożeniem relacji wojskowych z Waszyngtonem). Więcej – USA bynajmniej nie kwapią się do sprzedaży swego najnowocześniejszego produktu na prawo i lewo. By zostać włączonym do grona kupujących trzeba być w oczach Amerykanów lojalnym sojusznikiem na którym można polegać, o czym zupełnie niedawno boleśnie przekonała się Turcja. Związane jest to m.in. z sięgającą lat '90 historią budowy F-35 w ramach międzynarodowego projektu „Joint Strike Fighter”. Prócz Stanów Zjednoczonych, pokrywających 90 proc. kosztów projektu, od początku lat dwutysięcznych uczestniczy w nim jeszcze kilka państw podzielonych w zależności od stopnia zaangażowania finansowego i technicznego na trzy poziomy: poziom I to USA i Wlk. Brytania; poziom II to Włochy i Holandia; poziom III to Turcja, Australia, Norwegia, Dania, Kanada. Prócz tego, do programu i możliwości zakupu samolotów dopuszczono Izrael, Singapur, Japonię i Koreę Płd. Słowem, państwa postrzegane jako amerykańscy sojusznicy, położone w tych punktach świata, gdzie Stany Zjednoczone lokują swoje interesy.

Wejście Polski jako swoistego reprezentanta krajów Europy Środkowej do grona kupujących trzeba w tym kontekście uznać za sukces. Stało się tak, ponieważ udało nam się wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką było faktyczne odsunięcie przez USA od projektu Turcji. Ta bowiem zakupiła od Rosji rakiety przeciwlotnicze S-400 Triumf, planując zintegrowanie ich z F-35, co automatycznie dałoby Rosjanom pełen wgląd w konstrukcję amerykańskich samolotów. Kontrakt ten w połączeniu z wcześniejszymi konszachtami Turcji z Rosją wyczerpał cierpliwość USA. wskutek czego na początku czerwca Amerykanie odsunęli od szkoleń na F-35 tureckich pilotów i zamrozili możliwość sprzedaży samolotów reżimowi Erdogana. I właśnie w tę „turecką” pulę obejmującą 100 maszyn „wstrzeliła” się Polska. Nasz MON błyskawicznie wystosował do Waszyngtonu „letter of request”, otwierający formalnie procedurę zakupu, potwierdzony podczas wizyty prezydenta Dudy – słynny „air show” z udziałem F-35 przed Białym Domem naprawdę nie był gestem czczej kurtuazji, tym bardziej, że równolegle trwała czterodniowa wizyta min. Mariusza Błaszczaka w bazie lotniczej Eglin, stanowiącej główne centrum szkoleniowe dla pilotów F-35. Warto dodać, że prócz Polski rozmowy toczą, bądź finalizują również Belgia i Finlandia.


II. Wymowne reakcje

Do myślenia daje reakcja rodzimych tub propagandowych – jest ona nader charakterystyczna i dziwnym trafem zgodna ze stanowiskiem Kremla i rosyjskiego pasa transmisyjnego na Polskę, czyli portalu „Sputnik”. Zasypani zostaliśmy „analizami” mającymi wykazać, że F-35 nie są nam potrzebne, że to niefunkcjonalne, zawodne „nieloty”, że za drogo, że kosztowne w utrzymaniu, że Polski nie stać, że lepiej kupić więcej F-16... Prym wiódł tu wspomniany „Sputnik” wyrażający wzruszającą troskę o stan polskich sił zbrojnych i finansów publicznych. „Zaniepokojenia” rozwojem polsko-amerykańskiej współpracy nie omieszkała wyrazić Moskwa ustami rzecznika Pieskowa. Cóż, jak już tu kiedyś pisałem, Rosja zawsze czuje się „zaniepokojona”, a wręcz „zagrożona”, kiedy nie może kogoś bezkarnie napaść. Życzyłbym sobie utrzymania owego jaskółczego niepokoju kremlowskich satrapów w kolejnych dziesięcioleciach. Natomiast co do zasadności zakupu F-35 – przypominam sobie analogiczną debatę z czasów, gdy ważyły się losy kupna F-16. Wówczas myśliwiec również miał być kosztowny, zawodny i „przestarzały”. Krótko mówiąc – nielot. Dziś okazuje się, że lepiej, gdybyśmy kupili więcej owych „nielotów”, byle tylko Polska nie miała F-35. Swoisty rekord pobił były już na szczęście dyplomata Ryszard Schnepf, który w programie Moniki Olejnik reklamował nam na podstawie wzmiankowanego „Sputnika” rosyjskie Su-57 (one zapewne się nie psują – choćby dlatego, że pozostają w fazie prototypów). Tenże Schnepf raczył się także wyjęzyczyć, że zwiększenie obecności US Army w Polsce powinniśmy wpierw „konsultować” z Niemcami, co w przełożeniu na ludzki język oznacza, że winniśmy pytać Berlin o pozwolenie. I pomyśleć, że ten człowiek był do niedawna naszym ambasadorem w USA, a inni mu podobni osobnicy o kolonialnej mentalności kreowali naszą dyplomację i politykę zagraniczną... Ale cóż tam Schnepf – gorzej, że w podobnym duchu wypowiadało się szereg prominentnych wojskowych, choć dziś już na szczęście odsuniętych od bezpośredniego wpływu na polską armię.

Wymowny był również odzew niemieckich mediów, które tradycyjnie służą do przekazywania tego, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” skwitował efekty wizyty Andrzeja Duda słowami, iż jest to „nagroda dla Polski i kara dla Niemiec” (za niewypełnianie zobowiązań NATO w sferze wydatków na obronność), nadmieniając przy okazji o interesach gazowych USA konkurencyjnych wobec Nord Stream. Tutaj warto przytoczyć opinię Donalda Trumpa, który stwierdził, że z jednej strony Niemcy uchylają się od finansowania swoich sił zbrojnych, a z drugiej – ładują miliardy w rosyjski gaz, sponsorując zbrojenia Putina, przed którym to z kolei mają ich bronić Stany Zjednoczone... Inna gazeta („Die Zeit”) wyraziła schadenfreude, że mimo polskiej „czołobitności” nie powstanie u nas „Fort Trump” i skończyło się na powiększeniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego. Tu jednak trzeba dodać, że owe 1000 żołnierzy (nota bene – przesuniętych z Niemiec) to dalece nie wszystko – zgodnie z waszyngtońską deklaracją powstać ma bowiem również Wysunięte Dowództwo Dywizyjne USA, polsko-amerykańskie Centrum Szkolenia Bojowego, baza dronów oraz szereg inwestycji infrastrukturalnych i logistycznych.

Oczywiście, to wszystko wiąże się z kosztami. Myśliwce F-35 nie są tanie (ok. 100 mln. USD za sztukę), swoje kosztuje również ich eksploatacja, uzbrojenie, wyszkolenie pilotów i dostosowanie infrastruktury. Mówi się o łącznej wartości kontraktu rzędu 17 mld. dolarów. Tyle, że w najbliższych latach, zgodnie z umową Pentagonu z koncernem Lockheed Martin cena ma spadać poniżej 80 mln. USD, podobnie z kosztem godziny lotu – a wszak samoloty trafią do Polski nie jutro czy pojutrze, lecz właśnie dopiero za kilka lat (podawane są wstępne, orientacyjne daty 2024 i 2026). Teraz natomiast ładujemy pieniądze w eksploatowanie i serwisowanie sowieckich MiG-29 i Su-22. Jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę – tego typu koszty ponosi każde państwo kupujące najnowocześniejszy sprzęt. Również my tak czy inaczej musimy to zrobić (i robimy), jeśli chcemy, by polskie lotniska i bazy wojskowe były kompatybilne z NATO-wskimi standardami i mogły przyjmować najnowsze maszyny. Innymi słowy, mówimy o kosztach, które i tak ponosimy, bądź będziemy musieli ponieść w najbliższej przyszłości. W zamian mamy wciąż rosnącą obecność wojskową sił NATO, w tym głównie wojsk USA – dziś jest to 13,5 tys. żołnierzy, w tym blisko 6,8 tys. wojsk amerykańskich, do czego wkrótce dojdzie kolejny tysiąc, a w przyszłości – wraz z napływaniem F-35 – zapewne jeszcze więcej. Płacona cena zatem ma swój ekwiwalent w postaci wzmocnienia „wschodniej flanki NATO”, co dla państwa w naszym położeniu (i dla całego regionu) ma pierwszorzędne znaczenie.

Po opisanych tu reakcjach widać wyraźnie, że zacieśnianie polsko-amerykańskiej współpracy jest wyjątkowo nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom – oraz, ma się rozumieć, ich lokalnym wyrobnikom, którzy na wysługiwaniu się ościennym potęgom budowali dotąd swoje kariery. Dlatego właśnie obecność Amerykanów jest dziś i w najbliższej przyszłości konieczna – chroni nas bowiem przynajmniej w jakimś zakresie przed powtórnym osunięciem się do roli niemiecko-rosyjskiego kondominium.


III. Cena sojuszu

Zresztą, spójrzmy na to wszystko bez złudzeń – i tu, mówiąc klasykiem, przechodzimy do „plusów ujemnych” naszego układu z Wielkim Bratem. W polityce międzynarodowej nie obowiązują takie kategorie jak „honor”, „przyjaźń”, „lojalność” czy inne sentymenty. Decydującymi kryteriami są siła i interes – i tyczy się to również relacji z naszym obecnym hegemonem zza oceanu. W swej polityce Stany Zjednoczone (a zwłaszcza za prezydentury Trumpa) kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku (przypominam o opisanym wyżej przypadku Turcji). Jest to taka bardziej cywilizowana forma rekietu – swoistego haraczu za ochronę, z tą różnicą, że jednak otrzymujemy coś w zamian (sprzęt wojskowy, obecność amerykańskich żołnierzy, gaz łupkowy pozwalający zdywersyfikować dostawy z Rosji). Ponadto, jak widzimy, ta specyfika kontaktów nie dotyczy jedynie naszego kraju. Rzecz jasna, nie ma tu mowy o sojuszu w rozumieniu równoprawnych stosunków – bardziej przypomina to zależność od Imperium Rzymskiego różnych barbarzyńskich państewek (formalnie zwanych „przyjaciółmi” lub „sojusznikami”), ewentualnie relacje wasalne.

Z tego typu układem wiążą się określone niebezpieczeństwa, o których już pisywałem, ale dla porządku pokrótce powtórzę. Podstawowe zagrożenie jest takie, że nasz opiekun w pewnym momencie może zwinąć bez ostrzeżenia swój parasol ochronny, zostawiając nas na lodzie – tak stało się w 2009 r., kiedy to Obama (a właściwie Hillary Clinton, która była wówczas główną animatorką polityki zagranicznej Białego Domu) zrobił „reset” z Rosją, wycofując się z aktywnej polityki w naszym regionie. Mam zresztą swoją teorię spiskową, że smoleńska tragedia była właśnie pokłosiem owego „resetu”. Moim zdaniem, Putin widząc amerykańską obojętność uznał, że może sobie pozwolić na likwidację polskich niepodległościowych elit, na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu po udaremnieniu rosyjskiej agresji na Gruzję zapisał „śmierć w duszy” - i skorzystał z okazji. Musimy brać pod uwagę, że Stany Zjednoczone przestały być państwem w pełni obliczalnym i mogą wykonywać najróżniejsze wolty. Tym bardziej, że mimo ciągłej dominacji nie są już tak wszechpotężnym światowym hegemonem jak niegdyś i zaczynają odczuwać „syndrom krótkiej kołdry” - zwyczajnie nie są w stanie w pełni kontrolować przestrzeni od Atlantyku po Pacyfik i zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że „odpuszczą” jeden z teatrów na rzecz mocniejszego zaangażowania się w innym zakątku świata. Właśnie dlatego wątpię w powstanie u nas „Fortu Trump” w rozumieniu klasycznej, stałej bazy w rodzaju tych wciąż utrzymywanych w Europie Zachodniej. Znacznie wygodniej i elastyczniej jest dla USA oddelegować do Europy Środkowej mobilne siły z elementami infrastruktury, które w razie nagłej potrzeby będzie można przerzucić gdzie indziej.

Takie są realia, dobrze więc byłoby, gdyby nasi rządzący pilnowali, by koszta w pewnym momencie nie przeważyły korzyści, pamiętając o naczelnej zasadzie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych! Jest to o tyle istotne, że elity okołopisowskie zdają się momentami zatracać w entuzjastycznym pro-amerykanizmie wszelkie proporcje, sprawiając wrażenie, że dla podtrzymania „transatlantyckiego partnerstwa” gotowe są poświęcić wszystko inne. Tyczy się to chociażby roszczeń żydowskich i polityki historycznej (sprawa rejterady z nowelizacji ustawy o IPN) – widać było wyraźnie, że PiS za dogmat uznał, iż droga do Waszyngtonu wiedzie przez Tel-Aviv i w imię tej z gruntu błędnej doktryny gotów był inwestować bez końca w fikcję „sojuszu” i „przyjaźni” z Izraelem, nie przyjmując do wiadomości, że środowiska żydowskie i państwo izraelskie są co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i nic ponadto. Na szczęście okazało się, że Amerykanie potrafią liczyć i gotowi są sprzedawać nam gaz i broń niezależnie od naszych napiętych stosunków z Żydami, o czym dobitnie świadczy wizyta Andrzeja Dudy – wbrew apelom niektórych politycznych środowisk w USA, by zaangażowanie amerykańskie w Polsce uzależnić od spełnienia przez nas ustawy 447. Jak ujęła to trafnie dr Ewa Kurek w kontekście ekshumacji w Jedwabnem – Ameryka nie poświęci swych interesów dla kilku żydowskich kości. Zwróćmy uwagę, że nawet ambasador Mosbacher od niedawna jakby przystopowała swą aktywność. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia ostatnich miesięcy, w tym postawa państwa żydowskiego, otrzeźwiły kilka głów i od tej pory zaczniemy się wykazywać większą asertywnością – tym bardziej, że temat roszczeń niechybnie powróci jesienią.

Kolejna rzecz – Stany Zjednoczone zainteresowane są obecnością w Trójmorzu, widząc w nim „swoją” przestrzeń równoważącą niemiecką dominację na kontynencie i główny rynek zbytu dla swojego gazu łupkowego. To wielka szansa dla nas – możemy stać się bowiem „hubem” dla amerykańskiego surowca, tak jak Niemcy dla rosyjskiego. I właśnie to może USA związać z nami silniej, niż jakikolwiek „Fort Trump” (który, nawiasem, jeżeli powstanie, to właśnie dla ochrony amerykańskich szlaków handlowych i infrastruktury przesyłowej na linii północ-południe). Jeżeli uda się to osiągnąć za cenę kupna F-35, to z góry można powiedzieć, że było warto. Przy okazji – prezydentowi Dudzie towarzyszyła w Waszyngtonie prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, współtworzącego od niedawna Fundusz Trójmorza, mający realizować inwestycje infrastrukturalne.


IV. Niełatwy bilans

Jak zatem ocenić bilans naszego sojuszu? Nie ma tu łatwej odpowiedzi – daleki jestem zarówno od bezkrytycznego entuzjazmu, jak i katastrofizmu wieszczącego zagładę Polski, w których lubują się miłośnicy stawiania uproszczonych, radykalnych tez. Wbrew pozorom, wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy w stanie prowadzić racjonalną politykę, wyciągając z naszego położenia maksimum korzyści i nie oddając więcej, niż jest to absolutne konieczne – chociażby nie pozwalając wplątać Polski w wiszącą na włosku wojnę z Iranem, co będzie dla nas testem podmiotowości równie ważnym, jak kwestia żydowskich roszczeń. Zagrożenia niezmiennie pozostają dwa: Rosja i Niemcy dążące do sfederalizowania Europy oraz powołania współczesnego Waffen-SS pod pozorem „europejskiej armii”. Dopóki USA tutaj są – jesteśmy chronieni. Rzecz w tym, że ochrona ta nie jest dana na zawsze i nie możemy na niej poprzestawać. Naszym zadaniem na najbliższe lata jest wykorzystanie sprzyjającej koniunktury do wzmocnienia własnego potencjału, tak byśmy byli zdolni ochronić się sami, gdy Ameryka zechce się z jakichś powodów wycofać – a to, jak uczy historia, również ta najnowsza, prędzej czy później nastąpi.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy lokaj?

Sojusznik czy wasal?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 08 (Lipiec 2019)