niedziela, 12 maja 2019

Dywersant Sakiewicz

Sakiewicz bardzo się starał, ale przedobrzył – malując rozpaczliwy obraz stanu Polski, mimowolnie uderzył w rząd Prawa i Sprawiedliwości.

I. Majaczenia szefa „Zony Wolnego Słowa”

Coś dziwnego dzieje się ze stanem umysłu szefa „Zony Wolnego Słowa”. Tomasz Sakiewicz opublikował już drugi kuriozalny tekst – wcześniej imputował Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy działanie „w służbie lewactwa”, teraz natomiast nakreślił przed swoimi czytelnikami „scenariusz przyszłej wojny. Spójrzmy.

Wszystko zaczyna się od bójki z udziałem Polaków i Rosjan na dworcu w Suwałkach. Okazuje się, że Rosjanie mają broń i rozbrajają interweniujących policjantów, a następnie ogłaszają okupację dworca. Na pomoc im ruszają z Obwodu Kaliningradzkiego „zielone ludziki” na motocyklach, wyposażeni w lekką broń. Pacyfikują Straż Graniczną, atakują komisariaty i wdają się w utarczki z nielicznymi oddziałami wojska, zaś w międzyczasie cyberatak paraliżuje łączność w całym kraju i uniemożliwia mobilizację polskiej armii. Nie działa kolej, na autostradach tworzą się korki po wypadkach cystern z benzyną i chemikaliami (też w wyniku cyberataku?).

Rodzimym „czarnym ludem” w tekście Sakiewicza są narodowcy (zwani „moczarowcami”), którzy w proteście przeciw „ustawie 447” i mieszaniu się Izraela w polskie sprawy organizują antysemickie ekscesy i podpalają „budynki sakralne” (z kontekstu wynika, że chodzi o synagogi). USA reagują wstrzymaniem pomocy wojskowej dla Polski. Część ministrów rządu podaje się do dymisji, rządząca koalicja traci większość, Sejm pogrąża się w bezwładzie. Z Rosji nadciągają konwoje humanitarne i dalsze oddziały „ludzików”. W Przemyślu ukraińscy nacjonaliści atakują budynki miejscowych władz – Moskwa deklaruje pomoc i powstają polsko-rosyjskie oddziały samoobrony wspierane przez rosyjskich ochotników z Suwałk (ot, tak sobie, przedarli się z Suwałk do Przemyśla?). Kraj popada w totalny chaos. Ujawnia się „słowiańskie odrodzenie narodu” złożone z „sił ultranarodowych”, emerytowanych generałów i byłych funkcjonariuszy PZPR, które przejmuje władzę. Wzywa na pomoc Moskwę. USA z powodu aktów antysemityzmu wycofują wojska z Polski, a na ich miejsce instaluje się wojsko rosyjskie. Kurtyna.


II. Finis Poloniae?

No dobrze, a teraz weźmy głęboki oddech i spróbujmy przez moment potraktować te majaczenia poważnie. Co z nich wynika? Ano to, że Tomasz Sakiewicz rysuje nam obraz „państwa teoretycznego”, które przewraca się z hukiem od byle ruchawki. Cytując klasyka - „ch... d... i kamieni kupa”. I to po niemal czterech latach rządów „dobrej zmiany”. To ci dopiero nowina! Wedle skrzydlatej wizji pana redaktora, do załatwienia Polski wystarczy garstka ruskich bojowców wyposażonych w lekką broń i jakieś śladowe grupki prorosyjskich popłuczyn po Moczarze, PAX-ie czy Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”. Coś niesamowitego, zważywszy iż ci „moczarowcy” stanowią dziś margines marginesu (również w środowiskach narodowych) i składają się przeważnie z jakichś stojących nad grobem dziadków, a ich guru Albin Siwak miesiąc temu pożegnał się z tym światem. Jedyną rusofilską siłą dającą się zauważyć w ostatnich latach była partia „Zmiana”, która dziś jest już bytem wirtualnym, a jej lider Mateusz Piskorski od trzech lat siedzi w areszcie. I oni mieliby dokonać przewrotu – niechby i przy wsparciu kilku emerytowanych PRL-owskich trepów? Ale nie – wg Sakiewicza stanowią egzystencjalne zagrożenie dla polskiego państwa. Całe wojsko modernizowane wielkim nakładem kosztów, Straż Graniczna, Policja, różne służby „tajne, widne i dwupłciowe” - wszystko to nic nie znaczy w konfrontacji z kilkunastoma tysiącami „zielonych ludzików” i grupką krzykaczy. A gdzie Wojska Obrony Terytorialnej? Rozpłynęły się w powietrzu? Zdezerterowały? I co, ruscy „motocykliści” mogą sobie hulać swobodnie, przemierzając całą wschodnią Polskę z północy na południe? Ciekawe, co na to Antoni Macierewicz...

Kolejny ciekawy wątek, to siła naszych sojuszy. Okazuje się, że wystarczy kilku wrzaskliwych antysemitów, by Stany Zjednoczone i NATO miały pretekst do wycofania się z Polski i pozostawienia nas sam na sam z Moskwą. Dobrze wiedzieć. Wniosek z tego, że USA są państwem skrajnie irracjonalnym i histerycznym, skoro podejmują strategiczne decyzje pod wpływem ekscesów paru prowokatorów. A jak to świadczy o polskich władzach, które zainwestowały wszystko w sojusz z tak nieobliczalnym partnerem? Wszystko to wynika przecież logicznie z artykułu Sakiewicza.

No i wreszcie kwestia walk w Przemyślu z ukraińskimi nacjonalistami. Tutaj mamy iście kopernikański przełom, bowiem do tej pory z kręgów „Zony Wolnego Słowa” słyszeliśmy zgoła odmienną narrację. Otóż neobanderyzm miał występować na Ukrainie rzekomo w śladowych ilościach i mieć jedynie antyrosyjskie oblicze, zaś każdy kto podważał powyższe i alarmował o potencjalnym zagrożeniu dla Polski (włącznie z groźbą roszczeń terytorialnych) – ten godził w sojusze i najpewniej był „ruskim agentem”. A tu proszę – banderowcy w Przemyślu! I to, jak wynika z tekstu, uzbrojeni i zorganizowani... A kto, przepraszam, ściągał w ostatnich latach masowo do Polski ukraińskich pracowników i studentów, futrując ich dodatkowo stypendiami? Takich pytań red. Sakiewicz nie zadaje – u niego „ukraińscy nacjonaliści” najwyraźniej spadli nagle z Księżyca.

Krótko mówiąc, z przytoczonego artykułu wyłania się Polska bezsilna, przegniła, infiltrowana bezkarnie przez obce agentury, niezdolna do obrony – gorzej niż Ukraina, bo wg Sakiewicza Rosja może nas połknąć za pomocą kilkunastu tysięcy motocyklistów z kałachami.


III. Dywersant Sakiewicz

Oczywiście, ten tekst sprawiający wrażenie pisanego w stanie ciężkiego nerwowego rozstroju, nie powstał przypadkiem. Jest to reakcja na rosnące poparcie dla Konfederacji, która wedle nieoficjalnych przecieków z wewnętrznych sondaży ma już kilka procent ponad progiem wyborczym. Stąd też, jak ujawnił Robert Winnicki, z kierownictwa PiS wyszedł rozkaz: „walić w Konfederację czym się da!”. To właśnie Konfederaci w tym sterowanym odgórnie przekazie mają być owymi mitycznymi „moczarowcami”, którymi straszy Sakiewicz. Kilka tygodni temu pisałem o różnicy między medium tożsamościowym, a medium partyjnym – i artykuł Tomasza Sakiewicza jest doskonałą ilustracją tej różnicy. Najwyraźniej z centrali na Nowogrodzkiej przyszło polecenie „do wykonu” i naczelny „Gazety Polskiej” wziął się do roboty – tylko finezji nieco zabrakło, bo do uprawiania skutecznej propagandy też trzeba mieć talent. Walenie obuchem, tak jak w przypadku omawianego artykułu, może być tylko przeciwskuteczne. Sakiewicz bardzo się starał, ale przedobrzył – malując rozpaczliwy obraz stanu Polski, mimowolnie uderzył w rząd Prawa i Sprawiedliwości. Na miejscu szefostwa rządzącej partii, zmyłbym mu solidnie głowę za taką wizerunkową dywersję. Naczelny „Gazety Polskiej” lubi się przedstawiać jako „partyzant wolnego słowa” - tyle, że ten „partyzant” wskutek lizusowskiej nadgorliwości niepostrzeżenie stał się dywersantem szkodzącym tym, którym służy.

Nie bez znaczenia jest również wątek medialno-rynkowej pozycji mediów zarządzanych przez „dywersanta”, których sprzedaż notuje rekordowe spadki. Stąd nieprzytomne ataki na „Warszawską Gazetę”, uparcie nazywaną przez Sakiewicza „Gazetą Warszawską” - by niezorientowany odbiorca powiązał nas z rynsztokowym portalem o tej nazwie. Ostatni taki atak miał miejsce w liście rozesłanym do Klubów „Gazety Polskiej”, w którym „dywersant” nieudolnie przypisuje nam współpracę z Romanem Giertychem („DJ Koń” musiałby się nieźle zdziwić), a także polityczne zaangażowanie na rzecz Konfederacji, dyscyplinując przy okazji klubowiczów na okoliczność różnych „myślozbrodni”. Cóż, sugerując nam partyjne zaangażowanie, Sakiewicz po prostu mierzy własną miarą: najwyraźniej nie może mu się pomieścić w głowie, że można pisać to, co się naprawdę myśli i nade wszystko – nie traktować swoich czytelników jak idiotów. Natomiast fakt, że ten list do nas trafił wyraźnie świadczy, że nawet najwierniejsi akolici „Gazety Polskiej” nie dają się już nabierać na te toporne banialuki.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Warszawska Gazeta – medium tożsamościowe

Prasa – ofiara politycznej wojny

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (10-16.05.2019)

Pod-Grzybki 159

Roksana Węgiel, zwyciężczyni dziecięcej Eurowizji, nie wystąpi podczas konkursu „dorosłej” Eurowizji w Izraelu. Miała zaśpiewać, ale w ostatniej chwili organizatorzy „zmienili plany”. No i słusznie – nie można dopuścić, by widzowie zobaczyli sympatyczną, polską nastolatkę, która najwyraźniej nie wyssała antysemityzmu z mlekiem matki. To mogłoby zrodzić poważny dysonans poznawczy zagrażający zdrowiu psychicznemu izraelskiego społeczeństwa.


*

3 maja Tusk wygłosił na UW wykład w którym powiedział... a zresztą, kogo to obchodzi. Co najwyżej te 34 proc., które wciąż chce powrotu Tuska do krajowej polityki - ale oni i tak nie czytają „Warszawskiej”, a reszta wypociny Tuska ma głęboko w tyle. Swoją drogą, podobno to PiS chce upolityczniać uniwersytety... Otóż nie, uniwersytety z upolitycznianiem doskonale radzą sobie same, bez rządowej pomocy - byle byłoby to upolitycznianie słuszne i postępowe. Takie europejskie - po prawidłowej linii i na właściwej bazie.


*

A poza tym, cały show ukradł Tuskowi przedmówca, czyli naczelny pisma „Liberte” Leszek Jażdżewski, który zapodał speech do tego stopnia nasączony jadowitą klerofobią, że w efekcie o mdłym wystąpieniu Tuska nikt już nie pamięta, a co gorsza – przemówienie Jażdżewskiego również pójdzie na jego konto. Jest takie młodzieżowe słówko „krindż”, oznaczające coś bardzo żenującego. I tak oto wielki powrót Króla Europy zakończył się totalnym „krindżem” - w sam raz na miarę „totalnej opozycji”.


*

Generalissimus „Zony Wolnego Słowa” rozesłał do klubowiczów „Gazety Polskiej” sążnisty elaborat, w którym prócz obsmarowania Konfederacji, prof. Osadczego oraz „Warszawskiej Gazety”, przekonuje, iż „ustawa 447” jest dla Polski niegroźna, a poza tym została uchwalona przez amerykański Kongres z podszeptu ruskiej agentury. Chorobcia, zważywszy, że JUST Act został przyjęty przez aklamację, to tej ruskiej agentury namnożyło się w USA jeszcze więcej niż w Polsce! Znamienne: do słynnej rozmowy J. Chodorowicza z T.K. Yazdgerdim „partyzant wolnego słowa” nie odniósł się ANI JEDNYM, nomen omen, słowem.


*

Inny wątek z listu: „Sakiewka” przekonuje, że wcale nie dostał medalu od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, tylko od „społecznej organizacji” przy prezydencie Poroszence, którą kryptonimuje skrótem „RNBU”. Problem w tym, że w pierwotnej informacji na portalu Niezależna.pl jak byk stało, że medal przyznała SBU – a wersję zmieniono dopiero wtedy, gdy zrobił się szum, pisząc, że odznaczenie wręczyła... nie żadna „RNBU”, lecz Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (odpowiednik naszego Biura Bezpieczeństwa Narodowego) – a więc bynajmniej nie „organizacja społeczna”. Wniosek – jak tak dalej pójdzie, to „Sakiewka” przebije w liczbie wersji samego Bolesława „OTUA” Wałęsę. A wystarczy położyć na stole kwity – kto wnioskował o medal, na jakiej podstawie, kto go przyznał i za co. Przecież chyba nawet na Ukrainie nie rozdaje się państwowych odznaczeń „na gębę”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (10-16.05.2019)

niedziela, 5 maja 2019

Żydowska skarbonka

Żydzi i ich organizacje cieszą się u nas jakimś nadzwyczajnym, niemal eksterytorialnym statusem świętych krów, a polskie państwo pełni dla nich wyłącznie rolę skarbonki.


I. Napadnięty sam jest sobie winien

Na marginesie omawianej tu przed tygodniem notatki z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego omawiano terminarz i sposoby realizacji majątkowych uroszczeń „holocaust industry” (przy okazji - w tzw. wiodących mediach cały czas panuje wymowna cisza), warto przyjrzeć się bliżej finansowemu tłu relacji polsko-żydowskich. Śmiem bowiem twierdzić, że ani Stany Zjednoczone, ani Izrael czy żydowska diaspora nie byłyby tak natarczywe i bezczelne w swych szantażach i żądaniach, gdyby nie uznały, że mają do czynienia z łatwą ofiarą, którą wystarczy dobrze przycisnąć, by ta w końcu zaczęła płacić haracz.

Już Roman Dmowski stwierdził, że w relacjach międzynarodowych nie ma czegoś takiego jak „słuszność” - decydujące znaczenie ma natomiast siła i brak siły. Innymi słowy, parafrazując znaną myśl von Clausewitza, napadnięty sam jest sobie winien, ponieważ swoją słabością sprowokował napastnika. To brutalne podejście, lecz znajdujące potwierdzenie w praktyce, co niejednokrotnie przerobiliśmy na własnej skórze. W tym ujęciu, Polska swą dotychczasową polityką nieustannie zachęca do eskalacji roszczeń, bo żadna z dotychczasowych ekip rządzących nie odważyła się jednoznacznie, na forum międzynarodowym, odrzucić pretensji organizacji żydowskich dotyczących tzw. mienia bezspadkowego/bezdziedzicznego – bo o to tak naprawdę toczy się gra, a nie o mienie mające prawnych spadkobierców, które już dziś może być odzyskiwane sądownie na ogólnych zasadach (a jak pokazuje afera reprywatyzacyjna, sądy potrafią być nader liberalne i nie wnikają w szczegóły do tego stopnia, że gotowe są akceptować „pełnomocnictwa” wystawiane przez ponad stuletnich staruszków z drugiego końca świata). Zamiast tego, nieustannie wdajemy się w jakieś dialogi, rozmowy i negocjacje – wplątując się tym samym w zastawioną na nas pajęczynę. W ten sposób sami podtrzymujemy nadzieję na wydudkanie nas z kasy – nie ma się więc co dziwić, że owe rozmowy coraz bardziej przypominają dyktat, co widzieliśmy w przypadku wytycznych przedstawionych przez pana Yazdgerdiego.


II. Futrowanie Żydów

Zresztą, spójrzmy. Najpierw oddaliśmy bez większych ceregieli majątki przedwojennych gmin żydowskich ich samozwańczym spadkobiercom nasłanym z USA (co jeszcze można zrozumieć uwarunkowaniami politycznymi – była to po prostu łapówka dla żydowskiego lobby w Stanach Zjednoczonych za przyjęcie nas do NATO). To, co owe gminy zrobiły z tym majątkiem, to zresztą osobny kryminał – warto przypomnieć słynny tekst „Forbesa” z 2013 r. „Kadisz za milion dolarów” (a w zasadzie cykl tekstów na ten temat) Wojciecha Surmacza i Nissana Tzura, opisujący handel pożydowskimi nieruchomościami, po którym organizacje żydowskie przypuściły szturm na centralę wydawcy pisma – koncern Ringier Axel Springer – szantażując ją rytualnymi oskarżeniami o „antysemityzm”. W efekcie nacisków „z góry”, redakcja polskiego „Forbesa” została zmuszona do publikacji kuriozalnych sprostowań i przeprosin, a Wojciech Surmacz i redaktor naczelny Kazimierz Krupa wkrótce rozstali się z pracą – bo ośmielili się napisać i opublikować prawdę. Nawiasem, Surmacz został za swój tekst uhonorowany nagrodą „Watergate” Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a to samo SDP przyznało tytuł „Hieny Roku” Ralphowi Buechiemu, ówczesnemu szefowi działu międzynarodowego Ringier Axel Springer.

Przekręty na pożydowskim mieniu nie zraziły jednak polskich władz i futrowanie środowisk żydowskich trwało w najlepsze, czego ukoronowaniem było powstanie muzeum POLIN na budowę którego podatnicy wyłożyli ponad 300 mln. zł., zaś MKiDN co roku dofinansowuje placówkę kwotą 8,9 mln. zł. Warto dodać, że polskie państwo nie ma de facto nic do powiedzenia jeśli chodzi o profil i oblicze ideowe finansowanej przez siebie instytucji, bowiem jej statut zakłada równoprawność trzech współtworzących ją podmiotów – Żydowskiego Instytutu Historycznego, Miasta Stołecznego Warszawy oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co w obecnych realiach politycznych oznacza zawsze stosunek głosów 2:1 na niekorzyść strony rządowej. Wskutek powyższego, muzeum POLIN szybko okazało się ogólnoświatowym rozsadnikiem najczarniejszej, antypolskiej propagandy, imputując Polakom antysemityzm i współudział w Holocauście, a po wyborach w 2015 r. stało się otwarcie jednym z politycznych ośrodków opozycji wobec obecnej władzy. Znamienne, że w relacji ze spotkania Chodorowicz-Yazdgerdi, podkreślono stałe i bliskie kontakty amerykańskich przedstawicieli z muzeum POLIN – sami więc hodujemy sobie wrogą jaczejkę i agenturę wpływu.

Na marginesie, POLIN przytula co roku również miliony z tzw. funduszy norweskich, których głównym operatorem w Polsce jest Fundacja Batorego – przy aktywnym zaangażowaniu norweskich przedstawicieli dyplomatycznych. Żeby było zabawniej, fundusze norweskie płacone są przez kraje Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Norwegia, Islandia, Liechtenstein) nie będące członkami Unii Europejskiej w ramach swoistej opłaty za dostęp do unijnego, w tym polskiego, rynku. Na pieniądzach tych w większości krajów naszego regionu trzymają łapę organizacje pozarządowe z sieci George'a Sorosa – i rozdzielają je zgodnie ze swymi ideologicznymi priorytetami. W latach 2017-2018 kontrolę nad funduszami usiłował przejąć min. Gliński chcąc, by polskim operatorem stało się Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, ale poległ z kretesem i wszystko zostało po staremu.

Jednak rząd, niepomny na te doświadczenia, lekką ręką wyłożył 100 mln. zł. na renowację cmentarza żydowskiego na warszawskiej Woli (a gdzie są pieniądze gmin żydowskich ze sprzedaży przekazanych im nieruchomości? - że tak retorycznie zapytam w nawiązaniu do „Kadiszu za milion dolarów”). Mało tego, powstać mają dwie kolejne żydowskie placówki muzealne – Muzeum Getta Warszawskiego i Muzeum Chasydyzmu za łączną kwotę ok. 32 mln. zł. Nota bene, dyrektorem Muzeum Getta Warszawskiego jest Albert Stankowski – współtwórca i członek Rady Muzeum POLIN oraz Żydowskiego Instytutu Historycznego, co samo w sobie jest dość wymowne. Na stronach tworzonego muzeum próżno szukać statutu – nie wiadomo więc, jaki wpływ na jego funkcjonowanie będzie miał główny fundator, czyli polski rząd. Biorąc jednak pod uwagę dotychczasowy model „współpracy” idę o zakład, że polskie władze będą miały do powiedzenia tyle samo, co w przypadku POLIN i rola państwa ograniczy się do sponsoringu z publicznych pieniędzy.


III. Polska żydowską skarbonką

Podsumowując, Żydzi i ich organizacje cieszą się u nas jakimś nadzwyczajnym, niemal eksterytorialnym statusem świętych krów, których nikt nie waży się w żaden sposób kontrolować, a polskie państwo pełni dla nich wyłącznie rolę skarbonki, do której dorzuca się podatnik. Czy można się więc dziwić, że widząc naszą uległość na tym i innych polach (rejterada ws. nowelizacji Ustawy o IPN), dociskają nas do ściany? Skoro trafili frajera – to niech frajer płaci, proste. Na domiar złego, rządzący albo mają zakazane, albo nie chcą informować opinii publicznej o naszej rzeczywistej sytuacji – z jednej strony ze strachu przed pogorszeniem relacji z naszymi „strategicznymi sojusznikami”, a z drugiej w obawie, że nakręci to opozycję po prawej stronie. Tak kończy się uprawianie „bezalternatywnej” polityki. Co gorsza, różni medialni zagończycy z bliskich władzy, upartyjnionych mediów usiłują dezawuować protesty przeciw „ustawie 447” prezentując je jako niemal „agenturalną” dywersję. Krótko mówiąc, sami się podkładamy.

Odwrotnie postępują Niemcy, które w obliczu roszczeń odszkodowawczych za ludobójstwo w Namibii, okupację Grecji czy Polski, twardo stoją na stanowisku, że wszystko już dawno zostało rozstrzygnięte i żadnych pieniędzy nie zapłacą – co z miejsca ustawia poprzeczkę na zupełnie innej wysokości. Która metoda jest skuteczniejsza, pozostaje pytaniem retorycznym.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Na krótkiej smyczy

Gra o bilion złotych II

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

Pod-Grzybki 158

Czerska trzyma twardy zgryz buldoga i nawet po świętach nie odpuszcza tematu „sądu nad Judaszem” w Pruchniku. „Nie wiadomo, dlaczego po latach społeczność Pruchnika postanowiła wrócić do tego zwyczaju” - dziwi się redaktor. Drodzy Czerscy, w ramach dnia dobroci dla niekumatych podrzucę wam kilka haseł: żydowskie roszczenia, ustawa 447, polskie obozy śmierci, Israel Katz, antysemityzm wyssany z mlekiem matki - mówi wam to coś?


*

Swoją drogą, batożenie Judasza i samo wspominanie o tej postaci każdorazowo jakoś dziwnie pobudza środowiska żydowskie. Cóż, w domu, nomen omen, powieszonego, nie wspomina się o sznurze (chyba, że wesoło dynda na nim Haman) – a tym bardziej o zdrajcy, który wydał Sanhedrynowi na śmierć Odkupiciela, po to, by żydowska starszyzna rękoma Rzymian mogła zgładzić „bluźniercę” i w ten osobliwy sposób uświetnić święto Pesach gwoli podkreślenia religijnej ortodoksji. A przecież Czerscy tyle wysiłku włożyli w promowanie gnostyckich bredni z „Ewangelii Judasza”, w której zdrajca chodzi w glorii mędrca. Teraz Żydom zostaje już tylko ogłosić Judasza bohaterem narodowym i wysłać deputację do papieża Franciszka z ultimatum, by przyklepał ten werdykt - bo jak nie, to ucierpi „dialog”. Zakład, że by się zgodził?


*

Na powyższy wniosek naprowadziła mnie wiadomość, że 8-9 maja Papieski Instytut Biblijny wraz z Global Jewish Advocacy i z pełnym błogosławieństwem papieża Franciszka organizuje konferencję, której celem jest przedefiniowanie spojrzenia na relacje między Jezusem a faryzeuszami. Otóż wg nowego podejścia, Jezus wcale nie był z faryzeuszami skonfliktowany, gdzieżby! Faryzeusze byli dotąd osądzani niesprawiedliwie i należy się im rehabilitacja, a Jezus był ich... uczniem i wychowankiem. Jak więc mniemam, od tej pory Ukrzyżowanie zostanie uznane za wynik niefortunnego nieporozumienia, określenie „faryzeizm” stanie się wyszukanym komplementem, zaś „groby pobielane” - pochwałą estetyki i schludności.


*

Z weselszych wieści. Ciśnienie buzujące pod czaszką szefa „Zony Wolnego Słowa” sprawiło, że w końcu odkręcił mu się czubek głowy, uwalniając tkwiące wewnątrz maligny. Wskutek tego, pan „Sakiewka” wysmażył nieprzytomny elaborat w którym zwyzywał narodowców z Konfederacji od „ruskich agentów”, „moczarowców” i generalnie szkodników działających w interesie lewactwa. Czyli, stan nerwów proporcjonalny do spadków sprzedaży jego gazet, utrzymujących się na powierzchni już tylko dzięki zapomogom państwowych spółek. Jeśli dodać rozbuchane ego i ambicje – efekt musiał być właśnie taki. Cóż, wszak mamy do czynienia z wiecznie niespełnionym „Michnikiem prawicy” - nic więc dziwnego, że koniec końców przyszła pora na iście michnikoidalne odloty.


*

Mózg mi stanął” - tak dr Ewa Kurek skomentowała wypowiedź min. Glińskiego, że ekshumacji w Jedwabnem nie będzie, bo Amerykanie wycofają wtedy swoje wojska z Polski. Szanowna Pani doktor, już wyjaśniam: to się nazywa „wstawanie z kolan”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Gra o bilion złotych II

Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry”.

Wygląda na to, że sprawa żydowskich roszczeń majątkowych jest jak bumerang – im mocniej się ją odrzuca, z tym większym impetem wraca. Tym razem ów bumerang powrócił za sprawą poufnych rozmów polsko-amerykańskich w sprawie realizacji słynnej „ustawy 447” (JUST Act). Niedawno notatkę z jednego z takich spotkań ujawnił znany publicysta i felietonista Stanisław Michalkiewicz. Spotkanie odbyło się 25 października 2018 r. z udziałem ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) oraz jego odpowiednika w Departamencie Stanu USA, Thomasa K. Yazdgerdiego. W telegraficznym skrócie, Thomas K. Yazdgerdi nalegał na stronę polską, by ta przyśpieszyła prace nad restytucją pożydowskiego mienia przejętego po II wojnie światowej przez Skarb Państwa, zakreślając „horyzont czasowy” na 2019 rok, przy czym domagał się, by pierwsze konkretne efekty były widoczne do sierpnia 2019 r. - wtedy to bowiem amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo w związku z kończącą się kadencją chce przekazać Kongresowi raport na temat postępów w zaspokajaniu roszczeń restytucyjnych, do czego zobowiązuje go JUST Act. Do tego czasu amerykański wysłannik wprawdzie nie oczekuje działań legislacyjnych, jednak uważa, iż przedstawiciele Polski powinni nawiązać negocjacje finansowe z organizacjami żydowskimi, mające na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter” (cyt. za treścią notatki ze strony https://nczas.com/). Negocjacje te miałyby mieć charakter nieformalny – a więc utajniony przed opinią publiczną – ze względu na mające się odbyć w Polsce jesienią 2019 r. wybory parlamentarne. Wniosek z tego, że po wyborach przyszłaby pora na przekucie zakulisowych ustaleń w stosowne inicjatywy ustawodawcze.

Na temat żydowskich roszczeń skorelowanych z „ustawą 447” pisałem w tym miejscu w lutym 2018 r., w felietonie „Gra o bilion złotych” - i okazuje się, że przez ten czas sprawy konsekwentnie były posuwane do przodu, wypada więc po nieco ponad roku wrócić do tematu. Z treści notatki jednoznacznie wynika, iż Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry” - i zamierzają się ze swego ustawowego zobowiązania wywiązać, co polecam wszystkim „uspokajaczom” twierdzącym, iż „ustawa 447” ma wymiar jedynie „symboliczny”. Nie, gra toczy się o wielkie pieniądze i zainteresowane siły nie spoczną, dopóki ich z nas nie wyduszą. Druga rzecz – w rozgrywce nie chodzi bynajmniej o reprywatyzację w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, a to z tego względu, że w holocauście ginęły całe rodziny polskich Żydów, więc prawnych spadkobierców znacjonalizowanego mienia jest stosunkowo niewielu. Większość pożydowskiego majątku po wojnie stanowiło tzw. mienie bezspadkowe (zwane w „ustawie 447” mieniem „bezdziedzicznym”) - i to na nim chcą położyć łapę żydowskie organizacje.

Jest to oczywiście prawne i cywilizacyjne horrendum, gdyż w naszym kręgu kulturowym nie funkcjonuje żadna „plemienna współwłasność”, na mocy której Żydzi z drugiego końca świata mogliby rościć sobie pretensje do majątku ich pobratymców z Polski, z którymi nie mają nic wspólnego poza przynależnością etniczną. Dlatego też w „ustawie 447” zastosowano sprytny wybieg – mianowicie „mienie bezdziedziczne” miałoby służyć „zapewnieniu majątku lub rekompensaty oraz pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu, w celu wspierania edukacji o Holokauście i do innych celów”, co z kolei stanowi realizację (formalnie niewiążących) zaleceń zawartych w podpisanej przez Polskę tzw. „deklaracji z Teresina” będącej efektem konferencji „Mienie Ery Holocaustu” z 2009 r. Innymi słowy – żydowskie organizacje restytucyjne dostaną pieniądze za „utracone mienie”, a potem będą decydowały co z nimi zrobią – czy wypłacą je żyjącym ofiarom zagłady, dofinansują działania edukacyjne, czy też przeznaczą je po uważaniu „na inne cele”. Dlatego też główny nacisk został położony na to, by Polska dostosowała swoje prawodawstwo do zapisów JUST Act, legalizując tym samym majątkowe uroszczenia.

Jak widać, od tamtej pory jesteśmy konsekwentnie rozmiękczani – wg ujawnionej notatki podobne spotkanie miało miejsce już w styczniu 2018 r., ponadto Thomas K. Yazdgerdi powołuje się na rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem. Po stronie żydowskiej, z którą mielibyśmy negocjować szczegóły, głównym rozgrywającym jest natomiast Światowa Organizacja ds. Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO) – potężna hydra, zrzeszająca szereg innych organizacji tego typu. A jej roszczenia opiewają, bagatela, na 300-330 mld. dolarów, czyli ponad bilion złotych. Nawet biorąc pod uwagę, że żądania zostaną zaspokojone w 20 proc. (taka liczba pada w rozmowie jako „konstruktywna”), to i tak otrzymujemy 60-66 mld. USD. A to oznacza, że staniemy się wiecznym dłużnikiem, nie będąc w stanie do końca świata wypłacić się z haraczu – zgodnie z najlepszą, lichwiarską tradycją.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Na krótkiej smyczy

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17-18 (26.04-09.05.2019)

Na krótkiej smyczy

Oczekuję od rządu jednoznacznej deklaracji, że nie wprowadzi pod żadnym pozorem zmian legislacyjnych umożliwiających realizację bezprawnych żydowskich roszczeń.

I. „Definitywne rozwiązanie kwestii restytucji”

W ubiegłym tygodniu sporo zamieszania (głównie w internecie, bo media tradycyjne milczały jak zaklęte) wywołała notatka ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z przedstawicielem amerykańskiego Departamentu Stanu Thomasem K. Yazdgerdim. Nie bez powodu, gdyż dokument ujawniony przez znanego publicystę Stanisława Michalkiewicza jasno pokazuje, że w sprawie majątkowych roszczeń organizacji żydowskich Polska trzymana jest na bardzo krótkiej smyczy. Przypomnę na początek w czym rzecz (informacje za treścią notatki opublikowaną na stronach internetowych „Najwyższego Czasu”). Ambasador Jacek Chodorowicz jest pełnomocnikiem ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską, zaś Thomas K. Yazdgerdi jest jego amerykańskim odpowiednikiem, stojącym na czele delegacji USA przy International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA, Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holocauście). Do spotkania doszło 25 października 2018 r. - i jak wynika z relacji, Thomas K. Yazdgerdi sformułował w jego trakcie szereg jednoznacznych i daleko posuniętych oczekiwań wobec Polski. Otóż w związku z uchwaleniem przez amerykański Kongres ustawy JUST Act (tzw. ustawa 447/1226), zobowiązującej Sekretarza Stanu do monitorowania kwestii zwrotu pożydowskiego mienia (w tym również „mienia bezdziedzicznego”) oraz dorocznego raportowania Kongresowi postępów w tej materii, amerykański wysłannik oznajmił, iż oczekuje od strony polskiej, by ta „w konkretny sposób posunęła kwestię restytucji do przodu.

T. K. Yazdgerdi podkreślił, iż zdaje sobie sprawę z polskich uwarunkowań politycznych – szczególnie tego, że na jesieni 2019 r. odbędą się wybory parlamentarne. Z drugiej strony jednak przypomniał, że wg JUST Act termin przedstawienia raportu przez Sekretarza Stanu przypada na październik 2019 r., dodając przy tym, że kadencja obecnego sekretarza (Mike'a Pompeo) upływa już w sierpniu 2019 r. i w związku z tym będzie on chciał ukończyć prace nad raportem jeszcze przed tą datą. Biorąc to pod uwagę, Yazdgerdi zarysował wprawdzie ogólny „horyzont czasowy” na 2019 rok, lecz jednocześnie nalegał, by konkretne efekty działań strony polskiej pojawiły się nie tylko przed wyborami, lecz również zanim raport Sekretarza Stanu zostanie przekazany do odpowiednich komisji Kongresu. Wynika z tego zatem, że pierwszy postawiony przed nami deadline przypada na sierpień tego roku – tak, by Mike Pompeo mógł się pochwalić przed Kongresem jakimiś namacalnymi dokonaniami.

Co do tego momentu mielibyśmy zrobić? Przede wszystkim przystąpić do rokowań z organizacjami żydowskimi, głównie w kwestiach finansowych, co miałoby na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter”. Określone jest to w dokumencie jako „przystąpienie przez stronę polską do procesu prowadzącego do definitywnego rozwiązania kwestii restytucji”. Amerykanie na tym etapie nie oczekują jeszcze od nas działań legislacyjnych, uważają natomiast za możliwe „konkretne rozmowy i działania nie mające wymiaru publicznego i formalnego”. Z powyższego płynie wniosek, że pora na „publiczne i formalne” działania legislacyjne ma przyjść po jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu.


II. W szponach „holocaust industry”

Tym samym potwierdziły się obawy, że ustawa 447 nie została bynajmniej uchwalona „sobie a muzom”, lecz stanowi narzędzie obligujące amerykańską administrację do wywierania na Polskę nacisków w kwestii zaspokojenia wymuszeń rozbójniczych żydowskich organizacji spod znaku „holocaust industry”. Na dodatek, po stronie polskiej najwyraźniej nie ma politycznej woli, by owym bezpodstawnym roszczeniom się przeciwstawić. Świadczy o tym postawa ambasadora Chodorowicza, który w żadnym momencie rozmowy nie zdecydował się na wyartykułowanie jakiegokolwiek sprzeciwu – ograniczył się jedynie do poinformowania T. K. Yazdgerdiego, iż polskie MSZ przygotowało „Białą Księgę” odnośnie „problematyki mienia przejętego przez Polskę po II wojnie światowej oraz niektórych działań związanych z zadośćuczynieniem i upamiętnieniem ofiar wojny”, która ma prezentować nas w „zasadniczo dobrym” świetle. Innymi słowy – nie bijcie, robimy co możemy. Co więcej, aktywnie kooperujemy, bowiem Yazdgerdi powołał się na wcześniejszą rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem, który zaznaczył, iż „kwestie restytucyjne wymagają odpowiedniego przygotowania politycznego - a częścią owych przygotowań ma być zmiana postrzegania spraw restytucyjnych jako dotyczących wyłącznie Żydów i mienia żydowskiego, podczas gdy obejmują one znacznie szersze grono osób. Czyli, nawet nie śmiemy podważać samej zasadności roszczeń – zastanawiamy się już tylko jak przeprowadzić całą operację, tak by zminimalizować straty polityczne.

Postawę cytowanego w notatce Adama Bielana warto zapamiętać, gdyż rzuca ona światło na sposób w jaki „restytucja” zostanie przeprowadzona. Najprawdopodobniej po jesiennych wyborach w przypadku wygranej PiS zostanie przedstawiona „kompleksowa” ustawa reprywatyzacyjna – rzecz generalnie słuszna, tyle, że w gąszczu szczegółowych przepisów zostaną poukrywane różne „zatrute cukierki”, umożliwiające wypłatę rekompensat nie tylko prawnym spadkobiercom, lecz również odszkodowań za „mienie bezdziedziczne”. Całość zostałaby przedstawiona i procedowana tak, by nikt się nie zorientował w rzeczywistym charakterze ustawy, dopóki nie będzie za późno. W rezultacie, zaspokojenie bezprawnych roszczeń hien cmentarnych do nie przysługującego im mienia odbędzie się w ramach ogólnej reprywatyzacji. Nie dziwi więc, że Yazdgerdi podczas rozmowy ostro skrytykował projekt ustawy Patryka Jakiego, ograniczający grono uprawnionych do obywateli polskich i to spośród kręgu najbliższych spadkobierców – stanowiłaby ona bowiem tamę dla żydowskich roszczeń. Równie symptomatyczne jest, że strona polska po wrzaskach organizacji restytucyjnych schowała tę ustawę do szuflady.

Podobnych, bulwersujących „smaczków” jest w rozmowie więcej – np. Yazdgerdi uznał, że propozycja wypłaty 20 proc. wartości utraconego mienia wydaje mu się „konstruktywna”. Policzmy. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała w sierpniu 2018 r. pismo do Ministerstwa Finansów, w którym oceniała wartość pożydowskiego majątku na 330 mld. dol. Dwadzieścia procent od tej sumy daje... 66 mld. dolarów – czyli niemal dokładnie kwotę przewijającą się od lat w kontekście żydowskich roszczeń.


III. Żadnych negocjacji!

Biorąc powyższe pod uwagę, wiemy już dlaczego Mike Pompeo podczas niesławnego szczytu bliskowschodniego w Warszawie wezwał Polskę, do „kompleksowego” uregulowania sprawy zwrotu mienia. To nic innego, jak pokłosie omawianego tu spotkania i konieczności złożenia raportu przed Kongresem. Wiemy również, dlaczego stojący obok minister Czaputowicz nie zareagował ani słowem. Równie charakterystyczna jest reakcja czynników rządowych i okołorządowych na ujawnioną notatkę. Usłyszeliśmy jedynie tradycyjne zapewnienia, że „ustawa 447” nie rodzi w Polsce skutków prawnych i nie jest też źródłem prawa międzynarodowego – w związku z tym, na obecnym gruncie prawnym wypłata odszkodowań za mienie bezspadkowe jest niemożliwa. Tyle, że nie w tym rzecz. Cały amerykańsko-żydowski dyktat sprowadza się bowiem do tego, byśmy dostosowali nasze prawo do wymogów JUST Act! Dlatego nie oczekuję od rządu PiS deklaracji co do obecnego prawa. Oczekuję natomiast od rządu publicznej, twardej, stanowczej i jednoznacznej deklaracji, że nie wprowadzi pod żadnym pozorem zmian legislacyjnych umożliwiających realizację bezprawnych żydowskich roszczeń – a także, że nie będą w tej sprawie podejmowane żadne rozmowy i negocjacje, nie wspominając już o jakichkolwiek zobowiązaniach.

A swoją drogą, warto będzie w sierpniu przyjrzeć się raportowi złożonemu w Kongresie przez sekretarza Mike'a Pompeo. Coś mi mówi, że będziemy mogli się dowiedzieć z niego więcej, niż od własnego rządu.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (26-29.04.2019)

Pod-Grzybki 157

Uff, za nami gorąca Wielkanoc. Najpierw nasza słodka Żorżetka wystosowała do Polaków życzenia z okazji żydowskiego święta Pesach – co, delikatnie mówiąc, nie spotkało się ze zrozumieniem. Czyżby to była sugestia, czyją tradycję powinniśmy zacząć kultywować? Swoją drogą, Żorżetka nazwisko „Mosbacher” zawdzięcza właściwemu mężowi i sama nie jest Żydówką – ale najwyraźniej bardzo by chciała i dokłada wszelkich starań. Może liczy na to, że jeśli wykaże należytą gorliwość, to nagle wyrosną jej odpowiednie „korzenie”?


*

Ale to jeszcze nic – prawdziwy gewałt zrobił się dopiero później. Otóż w podkarpackim Pruchniku odbył się nawiązujący do dawnej tradycji wielkanocnej „sąd nad Judaszem”, podczas którego uczestnicy pastwią się na różne sposoby nad kukłą Judasza-zdrajcy, by na koniec ją podpalić i wrzucić do wody. Ot, takie „wielkanocne jasełka” połączone z topieniem Marzanny. Ale „Wyborcza” zawyła. A jak zawyła „Wyborcza”, to równie wilczym głosem odezwał się Światowy Kongres Żydów - a za nim zagraniczne media oraz oczywiście Jonny Daniels. Bo antysemityzm i holocaust. W tym miejscu rozemocjonowanym Żydom warto przypomnieć święto Purim, podczas którego w podobny sposób żydowskie dzieci i młodzież pastwią się nad kukłą okrutnika-Hamana – perskiego dostojnika dybiącego podczas niewoli babilońskiej na Żydów (w odwecie Żydzi wówczas wymordowali 75 tys. Persów). Nadmieńmy, że w polskich realiach kukła Hamana stylizowana była na postać katolickiego księdza, dziś natomiast w żydowskich szkołach rozdaje się dzieciom z tej okazji małe szubieniczki i karabiny-zabawki. Palestyńczycy widząc to z pewnością świetnie się bawią.


*

Odkryłem bezsprzeczny dowód na istnienie telepatii. Tydzień temu w „Pod-Grzybkach” zamieściłem żarcik o izraelskiej sondzie kosmicznej, która rozbiła się na Księżycu, nadmieniając, że w związku z tym Izrael miał w charakterze odszkodowania zażądać „uznania swej suwerenności” nad Srebrnym Globem, dodając następnie, iż roszczeń za „utracone mienie” może spodziewać się Polska, jako że w zniszczeniu sondy mógł maczać palce Pan Twardowski. Napisałem, wysłałem tekst do redakcji – a dzień czy dwa później wszedłem sobie na wideobloga pana Stanisława Michalkiewicza, włączyłem felieton... i w miarę słuchania szczęka opadała mi do podłogi, bo słynny publicysta mówił dokładnie to samo! Co więcej – i to już jest dowód niepodważalny – z adnotacji na You Tube wynika, że wideofelieton został zamieszczony we wtorek 16 kwietnia – czyli dokładnie wtedy, gdy pisałem swoje „Pod-Grzybki”. Otwartą kwestią pozostaje jedynie, czy to ja transmitowałem telepatyczne sygnały do pana Stanisława, czy też byłem jedynie nieświadomym odbiorcą sygnałów wysyłanych przez niego. Nie mniej jednak – jestem telepatą! Wprawdzie, jak to mawia pan Michalkiewicz, komentując wykręty różnych ubeckich kapusiów - „bez swej wiedzy i zgody” – ale zawsze. Czego to człowiek się nie dowiaduje o swych ukrytych talentach!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (26-29.04.2019)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Polacy dziadami Europy

Wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób?

Może staję się nieco monotematyczny, ale cóż począć, skoro w ostatnim czasie regularnie ukazują się analizy i dane, wobec których trudno przejść obojętnie? Mówiliśmy już tu sobie o regresywnym systemie podatkowym na podstawie raportu Instytutu Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, tydzień temu przyjrzeliśmy się rozwarstwieniu dochodowemu opisanemu w analizie World Inequality Lab „Jak nierówna jest Europa?” - a dziś przyjdzie zająć się kosztami pracy, bowiem właśnie pojawiły się najświeższe dane Eurostatu na ten temat. Wynika z nich jednoznacznie, że wynagrodzenia w Polsce są po prostu dziadowskie – i to nie tylko na tle „starej Europy”, lecz również części krajów naszego regionu. Co więcej, wiele do życzenia pozostawia również dynamika wzrostu zarobków.

W 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce wynosił przeciętnie zaledwie 10,1 euro przy europejskiej średniej 27,4 euro/godz. Koszty pozapłacowe to 18,4 proc. tej kwoty, co daje ok. 1,86 euro/godz. i na tle reszty Europy również nie należą do wysokich – unijna średnia kosztów pozapłacowych to bowiem 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz., co polecam uwadze organizacjom pracodawców narzekającym na „wysokie koszty” i „narzuty” na pracę. Za nami są jedynie Bułgaria (5,4 euro), Rumunia (6,9 euro), Litwa (9 euro), Węgry (9,2 euro) oraz Łotwa (9,3 euro). Wyprzedzają nas natomiast Chorwacja (10,9 euro), Słowacja (11,6 euro), Estonia (12,4 euro), Czechy (12,6 euro) i Słowenia (18,1 euro). Jeśli chodzi o dynamikę wzrostu płac rok do roku, również nie prezentujemy się najlepiej – w porównaniu z 2017 rokiem, w 2018 zarobki wzrosły o 6,8 proc. Dla porównania – w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc. (a więc nasi południowi sąsiedzi nam uciekają), zaś spośród krajów, gdzie zarabia się jeszcze mniej niż w Polsce dwucyfrowy wzrost osiągnęły Litwa (10,4 proc.), Rumunia (11,2 proc.) i Łotwa (12,9 proc.) - oni z kolei nas doganiają.

Innymi słowy, wciąż tkwimy w pułapce średniego rozwoju – taka jest cena za pozostawanie „montownią Europy” i konkurowanie oparte na taniej sile roboczej. Od ładnych kilku lat mówi się, że taki model gospodarczy to na dłuższą metę ślepy zaułek, lecz jak widać póki co nie wyciągamy z tego praktycznych wniosków. Na domiar złego, pracodawcy strasząc zastojem gospodarki i „presją płacową” wylobbowali sobie otwarcie naszego rynku pracy na masowy napływ gastarbeiterów z Ukrainy i Azji (nad czym bardzo szybko przestano panować), a obecnie zgłaszają jeszcze dalej idące postulaty, nawet niespecjalnie ukrywając, że jedną z głównych motywacji jest zamrożenie płac. Jak widać – cel już teraz został w znacznej mierze osiągnięty. Warto w tym kontekście zerknąć na Czechy. Otóż tamtejszy rząd bardzo skrupulatnie limitował napływ pracowników spoza UE, otwarcie przy tym mówiąc, że ma to na celu podwyższenie zarobków czeskich pracowników. Podejście to okazało się skuteczne – i to do tego stopnia, że gdy Czesi od niedawna nieco uchylili furtkę (podkreślam – furtkę, a nie bramę, jak u nas) dla Ukraińców, to na naszych „Januszy biznesu” padł blady strach przed exodusem ukraińskiej siły roboczej zwabionej wyższymi wynagrodzeniami za południową granicą.

Tak wygląda osławiony „rynek pracownika” - jak zdarzyło mi się już pisać, w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę twarde dane świadczące o dynamice wzrostu wynagrodzeń, udziale płac w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. A rezerwy są, bowiem przez większość okresu naszej sławetnej „transformacji” wzrost wynagrodzeń nie nadążał za wzrostem produktywności, do czego przyczyniało się dwucyfrowe bezrobocie i słynne „jak się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” (obecnie w wersji: „na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców)” - o czym pisałem już półtora roku temu na bazie raportu Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”.

Na zakończenie podpowiedź, którą podrzucam rządzącym w kontekście regresywnego systemu podatkowego oraz trudności z efektywnym opodatkowaniem korporacji i kapitału (wpływy z CIT nie przekraczają u nas 2 proc. PKB). Otóż wyższe pensje, to również wyższe wpływy do budżetu z PIT, składek ZUS i podatków pośrednich (#MinisterFinansówLubiTo). Innymi słowy, wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób? Proponowane rozwiązanie ma także tę zaletę, że równocześnie podnosi poziom zamożności Polaków (zwłaszcza w grupie najmniej zarabiających) i dochody budżetowe – w przeciwieństwie do „500+”, które wprawdzie „tu i teraz” jest programem koniecznym, lecz obciąża budżet i stanowi zaledwie doraźny plasterek łagodzący biedę i nierówności. Na dłuższą metę niezbędny jest radykalny wzrost wynagrodzeń – a że 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej przy dominancie ok. 2500 zł. brutto, to naprawdę jest tu wielkie pole do działania. Bez tego pozostaniemy na kolejne dziesięciolecia dziadami Europy.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16 (19-25.04.2019)

Nauczyciele – upadek etosu

Skutkiem ubocznym strajku będzie ostateczny upadek i tak już mocno nadszarpniętego społecznego prestiżu zawodu nauczyciela.

I. Polityczna robótka Sławomira Broniarza

Coraz więcej wskazuje na to, że strajkujący pod szyldem ZNP nauczyciele zamalowali się do kąta. O ile dobrze rekonstruuję zamiary stojące za protestem, kalkulacje pana Sławomira Broniarza i spółki były następujące: ogłaszamy, że skoro PiS uprawia „rozdawnictwo”, to nam też się należy; występujemy z zaporowymi żądaniami w rodzaju 1000 zł. dla każdego nauczyciela bez względu na rangę (obecnie w wersji 30 proc. podwyżki od podstawy wynagrodzenia z wyrównaniem od stycznia 2019 roku); gdy strona rządowa odmówi lub zaproponuje mniejsze pieniądze, odwracamy się ze wzgardą od „jałmużny” i ogłaszamy strajk; doprowadzamy tym samym do ogólnopolskiego paraliżu w szkolnictwie w newralgicznym, egzaminacyjnym okresie; wściekłość rodziców, których dzieci nie mogły przystąpić do egzaminów ósmoklasistów/gimnazjalnych/maturalnych obraca się przeciw rządowi; w efekcie, PiS przegrywa wybory – najpierw europejskie, a potem na fali społecznego rozgoryczenia również parlamentarne. Później już tylko związkowej wierchuszce zostanie zameldować komu trzeba wykonanie zadania, wypiąć piersi do orderów za utrącenie „Kaczora” i zadawać szyku w charakterze zwycięskich obrońców demokracji, konstytucji i praworządności.

Tymczasem, coś poszło nie tak. Po pierwsze, nie wszystkie placówki oświatowe zastrajkowały – szkoły prywatne, społeczne, katolickie nie przyłączyły się do protestu, bo też i nauczyciele zarabiają w nich stosunkowo nieźle. Nawet w publicznych szkołach skala strajku nie jest zgodna z oczekiwaniami. Generalnie, nie pracuje 48,5 proc. szkół i przedszkoli, natomiast wśród szkół publicznych odsetek wynosi ok. 74 proc. Po drugie, ZNP nawołując do strajku zapomniał sprawdzić, że nauczycielom za ten okres nie przysługuje wynagrodzenie – nawet gdyby chciały je wypłacić opozycyjne wobec obecnej władzy samorządy, na co związek ewidentnie liczył. Cóż, zawodowi związkowcy otrzymują swoje pensje z kasy organizacji (Sławomir Broniarz – 12 tys. brutto) – czyli ze składek członkowskich nauczycieli, łatwo więc było o przeoczenie. Stąd rozpaczliwa improwizacja z tworzeniem „funduszu strajkowego”. Póki co, wpłynęło ok. 5 mln. zł. - biorąc pod uwagę kilkaset tysięcy strajkujących, to „zapomogi strajkowe” wystarczą w sam raz „na waciki”. No i wreszcie po trzecie, mimo presji środowiskowej, szamba wylanego na „łamistrajków”, wycia i buczenia – udało się przeprowadzić egzaminy gimnazjalne, a w chwili gdy piszę te słowa trwają egzaminy ósmoklasistów.

Sądząc po reakcjach, związkowcy takiego obrotu wydarzeń nie przewidzieli i tę bitwę przegrali z kretesem. Teraz padają groźby wstrzymania promocji do następnych klas i sabotowania klasyfikacji, tak by nie dopuścić abiturientów do egzaminów maturalnych – i jest to tak naprawdę ostatnia możliwość szantażu ze strony strajkujących. Tyle, że ten kij ma dwa końce – groźba powtarzania roku to murowany przepis na gniew rodziców i pełnoletnich już uczniów, który zamiast na PiS, łatwo może się skrupić na samych nauczycielach igrających w imię branżowych interesów z przyszłością swoich podopiecznych. Ponadto, zasady klasyfikacji i warunki przeprowadzania egzaminów leżą w gestii MEN, które określa je w drodze rozporządzenia – i wszystko wskazuje na to, że min. Zalewska jest gotowa z tego uprawnienia skorzystać. Wtedy aktywistom ZNP zostaną już tylko bezsilne złorzeczenia, pajacowanie w krowich kostiumach, durne przyśpiewki i konfrontacja z rozzłoszczonymi rodzicami, szukającymi jakiejś opieki dla dzieci – a na koniec, last, but not least, brak wypłaty za czas strajkowej hucpy. Skutkiem ubocznym natomiast będzie ostateczny upadek i tak już mocno nadszarpniętego społecznego prestiżu zawodu nauczyciela. Taka będzie cena, jaką zapłaci ogół „ciała pedagogicznego” za polityczną robótkę Sławomira Broniarza na zlecenie „totalnej opozycji”.


II. Upadek etosu

W szerszym aspekcie, na przykładzie strajkowej awantury obserwujemy degradację inteligenckiego etosu. Warto przypomnieć, skąd wzięła się u nas ta specyficzna, nieznana na Zachodzie, kategoria społeczna. Otóż polska inteligencja narodziła się jako szersza warstwa w XIX w., po upadku powstań – szczególnie Powstania Styczniowego. W wyniku represji i konfiskat mienia pojawiła się liczna grupa zubożałego ziemiaństwa, które tłumnie podążyło do miast w poszukiwaniu źródeł utrzymania. Brak majątku nadrabiali tzw. kapitałem kulturowym – wykształceniem, manierami, szerszymi horyzontami i ogólną ogładą. To spośród nich oraz ich dzieci w znacznym stopniu rekrutowali się urzędnicy, twórcy, dziennikarze, przedstawiciele wolnych zawodów oraz guwernerzy i nauczyciele. Z czasem dołączali do nich przedstawiciele mieszczaństwa, że wspomnę chociażby Romana Dmowskiego – syna warszawskiego brukarza. Wyniesionym z rodzinnych domów zasadom zawdzięczali oni pewien wspólnotowy i patriotyczny etos służby publicznej, rozumianej jako walkę o Polskę - tyle że już nie z bronią w ręku, lecz poprzez organiczną pracę dla dobra ogółu: podnoszenie świadomości narodowej, poziomu wiedzy, samoorganizacji społecznej, wreszcie – gospodarki. Częścią tej szerszej tradycji jest właśnie etos nauczycielski, któremu ta grupa zawodowa zawdzięcza swój autorytet. Nawet za komuny nauczyciel – choćby z „awansu społecznego” - cieszył się na ogół szacunkiem (o ile nie był ostentacyjnym partyjniakiem).

Ten społeczny kapitał jest właśnie trwoniony na naszych oczach. Swoje zrobił ogólny klimat III RP z jej dorobkiewiczowskim kultem materialnego sukcesu. Ponadto, prócz pauperyzacji zawodu nauczyciela, pojawiło się nieznane wcześniej zjawisko – „KOR”, czyli „Komitet Oszalałych Rodziców” handryczących się z pedagogami, a także ogólne rozwydrzenie wychowanego „bezstresowo” młodego pokolenia, co sprawia, że ta praca staje się podwójnie niewdzięczna – materialnie i emocjonalnie. Do powyższego dochodzą lata negatywnej selekcji do zawodu – zamiast inteligentów zbyt często trafiają do niego „wykształciuchy” - i w efekcie mamy to, co mamy.

Dlatego też, gdy obserwuję ponure widowisko w wydaniu akolitów postkomunistycznego ZNP, nie mogę opędzić się od refleksji, że etos inteligencki wyrodził się gdzieś po drodze w jakąś zdegenerowaną formę szlachetczyzny – z wrodzoną jej pogardą dla „ciemnego chama”. Z całej niegdysiejszej intelektualnej dystynkcji ostało się jedynie poczucie wyższości, przejawiające się w „godnościowej” retoryce i furii, gdy ktoś ową wyższość zakwestionuje. Wyobrażam sobie, że np. w XVIII w. z podobną frustracją szlachetka bez ziemi, za to z łyżką w cholewie, mógł reagować na widok wzbogaconego mieszczanina – proszę, jak się chamstwo wypasło... W dzisiejszych realiach owa deklasacja odreagowywana jest chociażby poprzez pomstowanie na program „500+”, odbierany jako rozdawnictwo dla „hołoty”. To dlatego z takim jazgotem spotkała się uwaga Krzysztofa Szczerskiego, że nauczycielom nikt nie każe żyć w celibacie i też przysługuje im „500+” na dzieci. Stoi za tym poczucie upokorzenia, że oni – „elita” – muszą pobierać to samo świadczenie, co jakaś „patologia”. A że na to wszystko nałożyła się jeszcze atawistyczna nienawiść do „Kaczora”, to w rezultacie otrzymaliśmy buzujący kocioł negatywnych emocji – i to wyrażanych w zgoła plebejskiej, jarmarcznej formie.


III. Zgliszcza

Podsumowując, spod kulturalnej, inteligenckiej politury nagle wyjrzała gęba prymitywa – w niczym nie lepszego od innych grup uznawanych powszechnie za „roszczeniowe”. A już zupełnie dyskwalifikujący jest termin protestu, oznaczający potraktowanie z pełną premedytacją uczniów jako zakładników. Żal mi jedynie tych porządnych pedagogów, którzy od strajku się zdystansowali, bo odium społecznej niechęci spadnie i na nich. Jedno jest pewne – wskutek strajku publiczny wizerunek nauczycieli legł w gruzach. Ale cóż, pretensje mogą mieć tylko do siebie, że powodowani stadnym odruchem i prymitywną nienawiścią do „pisiorów” pozwolili się użyć panu Broniarzowi do jego brudnych gierek.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (19-25.04.2019)