czwartek, 21 marca 2019

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Planowana seksedukacja to nic innego, jak homoseksualna akcja werbunkowa i poligon doświadczalny dla podobnych inicjatyw w innych miastach.


I. „Wasze dzieci będą takie jak my!”

Na wstępie przypomnę pewien charakterystyczny obrazek sprzed kilku lat. 22 września 2012 r. odbył się w Berlinie kilkutysięczny Marsz dla Życia. Pokojowa i spokojna demonstracja przebiegła w dość klaustrofobicznej atmosferze – ze względów bezpieczeństwa musiały chronić ją gęste szpalery policji, oddzielające uczestników od nienawistnej i agresywnej tłuszczy zgromadzonych licznie lewaków – aborcjonistów i homoaktywistów, wdających się w przepychanki z siłami porządkowymi i usiłujących fizycznie zaatakować manifestantów (w tym ok. 200-osobową grupę gości z Polski). Wśród wykrzykiwanych pod adresem obrońców życia obelg i haseł, jedno zasługuje na szczególną uwagę: „wasze dzieci będą takie jak my!”. Hasło to jest zresztą stale obecne w przekazie homopropagandy. W 2014 r. w Stuttgarcie miała z kolei miejsce manifestacja rodziców sprzeciwiających się seksedukacji i homoseksualnej indoktrynacji w tamtejszych szkołach (szkolnictwo w Niemczech leży w gestii poszczególnych landów). Tu również aktywiści gejowscy, prócz takich „atrakcji”, jak obrzucanie demonstrujących rodzin prezerwatywami, wywrzaskiwali przytoczony wyżej slogan. Podobnie było przy okazji innych tego typu wydarzeń – np. podczas demonstracji rodziców w Kolonii.

Powtórzmy: „wasze dzieci będą takie jak my!” - w tym haśle zawiera się cały rzeczywisty program szkolnej homoindoktrynacji. Homoseksualizm bowiem, rozumiany w sensie ścisłym, czyli jako występująca czasem biologiczna anomalia, dotyka śladowego odsetka ludzkiej populacji. Dodatkowo, z oczywistych przyczyn pary homoseksualne nie mogą liczyć na potomstwo. Jedynym sposobem dla środowisk LGBT (i innych literek alfabetu) na utrwalanie i poszerzanie wpływów staje się więc „rozmnażanie zastępcze” - czyli, innymi słowy, homoseksualna deprawacja i to w możliwie najwcześniejszym wieku, gdy dziecko jest najbardziej podatne na manipulacje. To właśnie dlatego homolobby kładzie taki nacisk na wkroczenie do szkół pod pozorem „edukacji”, szerzenia „tolerancji” i przeciwdziałania dyskryminacji „nieheteronormatywnych” uczniów.

W podanym przykładzie z Niemiec, władze Badenii-Wirtembergii pod naciskiem lobbystów LGBT wprowadziły do planu edukacyjnego („Bildungsplan”) zwalczanie „homofobii” i „transfobii”. Oczywiście, w sposób do cna zakłamany, sprowadzający się do promocji dewiacji i przedstawiania zboczeń jako normy, włącznie z technicznymi szczegółami odnośnie tego, jak zaspokajają się homoseksualiści oraz pokazywaniem „korzyści” płynących z seksu jednopłciowego (np. brak zagrożenia niechcianą ciążą). Takie podejście w oczywisty sposób obliczone jest na rozchwianie tożsamości płciowej młodych ludzi. Jeżeli zatem ktoś się zastanawia, skąd na Zachodzie wzięła się wyraźna nadreprezentacja osób deklarujących się jako „geje”, lesbijki, trans itp., to właśnie ma odpowiedź. Niewinne zapewnienia, że chodzi wyłącznie o to, by młodzi ludzie o „odmiennej orientacji” nie padali ofiarą prześladowań ze strony rówieśników, są jedynie mydleniem oczu. Co więcej, władze uznają, iż tak pojmowana edukacja jest „elementem demokratycznego i otwartego społeczeństwa” – jest to zatem sankcjonowana przez państwo ideologizacja sfery ludzkiej seksualności. Protesty rodziców zostały zignorowane – co gorsza, w Niemczech nie ma możliwości wypisania dzieci z tego typu zajęć. Za uchylanie się od obowiązku szkolnego rodzicom grozi grzywna, potem areszt – aż do odebrania dziecka przez osławiony Jugendamt. Oto „tolerancja represywna” i terror mniejszości w działaniu.


II. Dewiacyjne pranie mózgu

Wszystko to brzmi upiornie znajomo, gdy spojrzymy na próby wprowadzania homoindoktrynacji do polskich szkół, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. „Karty LGBT+” podpisanej niedawno przez prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego (formalna nazwa dokumentu, to „Deklaracja. Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+”). Tu również mamy do czynienia z działaniami podjętymi ponad głowami rodziców i z naruszeniem ich fundamentalnych praw – będącymi efektem zakulisowych uzgodnień z organizacjami LGBT. Widać wyraźnie, skąd Rafał Trzaskowski czerpał inspirację. Co ciekawe, we wstępie do „Deklaracji” czytamy, iż założenia dokumentuzostały stworzone przed wyborami samorządowymi w konsultacji z warszawskimi organizacjami LGBT+”. Czy coś przeoczyłem, czy Trzaskowski „zapomniał” podczas kampanii wspomnieć o tym swoim wyborcom i zapoznać ich z owymi „założeniami”?

Nie jest to pierwsza inicjatywa tego typu – przypomnę tutaj chociażby „Tęczowy Piątek”. Akcja ta, wprowadzająca tylnymi drzwiami ideologię LGBT do szkół, była efektem kooperacji Kampanii Przeciw Homofobii i Związku Nauczycielstwa Polskiego – z pominięciem MEN i rzecz jasna, rodziców, którzy dowiedzieli się jako ostatni, czego mają być uczone ich dzieci. Teraz dewiacyjne pranie mózgu ma zostać podniesione o poziom wyżej, z oficjalnym błogosławieństwem stołecznego samorządu, stwierdzającego w „Karcie LGBT+, iż jest to zapewnienie „młodym mieszkankom i mieszkańcom edukacji na miarę XXI wieku. Podkreśla się przy tym, iż „edukacja antydyskryminacyjna i seksualna” ma być zgodna ze „standardami WHO”. Inicjatorzy i zwolennicy wzorem niemieckich poprzedników zapewniają oczywiście, że celem jest jedynie uwrażliwienie na poszanowanie odmienności oraz wyczulenie na różne formy przemocy seksualnej, by dzieci nie padały ofiarą molestowania. Otóż nie. W „standardach WHO” w dziale „Zasady i rezultaty edukacji seksualnej” wyraźnie jest napisane, iż „edukacja seksualna zaczyna się w momencie narodzin” (pkt 5). Natomiast w części pt. „Matryca edukacji seksualnej” czekają nas „standardy” typu: „Radość i przyjemność z dotykania własnego ciała, masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa” czy „Uzyskanie świadomości, tożsamości płciowej”. Oba punkty dotyczą – uwaga – dzieci w wieku 0-4 lat! W kolejnych kategoriach wiekowych jest podobnie, przy czym uwagę zwraca zafiksowanie autorów tych światłych zaleceń na tematyce onanizmu.

Kolejna rzecz, to ustanowienie tzw. latarników – czyli „nauczycieli i nauczycielek lub pedagogów i pedagożek szkolnych, którzy i które będą monitorować sytuację uczniów LGBT+ w warszawskich szkołach podstawowych i średnich” (cyt. za „Kartą LGBT+”). Jest to ni mniej, ni więcej, tylko homoseksualna, za przeproszeniem, penetracja środowisk młodzieżowych – wyłapywanie „rokujących” chłopców i dziewcząt i wprowadzanie ich do społeczności gejowskich, lesbijskich i transseksualnych. Mówiąc wprost – w każdej szkole będzie urzędował „zawodowy gej” i wyszukiwał „świeże mięsko”. Nie jest tajemnicą, że wielu gejów wybiera swą „orientację” na skutek homoseksualnego uwiedzenia we wczesnej młodości. Teraz deprawatorzy będą mieli ułatwione zadanie – przypominam jeszcze raz hasło: „wasze dzieci będą takie jak my”... Krótko mówiąc – planowana seksedukacja to nic innego, jak homoseksualna akcja werbunkowa i poligon doświadczalny dla podobnych inicjatyw w innych miastach.


III. Przeciw deprawacji

Na szczęście, w Polsce rodzice mają więcej do powiedzenia niż w Niemczech i w odpowiedzi za deprawacyjne zapędy organizacje rodzicielskie powołały „Ruch 4 Marca”, którego celem jest zmuszenie władz Warszawy do wycofania się z „Deklaracji LGBT”. (Ciekawostka na marginesie – w Wlk. Brytanii niektóre szkoły zaczęły rezygnować z lekcji wychowania seksualnego pod naciskiem... lokalnych muzułmańskich społeczności). Prócz tego zareagował Rzecznik Praw Dziecka, obudziło się również Ministerstwo Edukacji Narodowej, obiecując interwencje kuratorów. Na niezgodność zapisów „Karty LGBT+” z obowiązującym prawem wskazuje Instytut Ordo Iuris (np. „latarnicy” gromadziliby wrażliwe dane osób nieletnich – istne marzenie pedofila). Tutaj nie ma miejsca na półśrodki – rodzice, polskie państwo i Kościół muszą połączyć siły i zareagować z całą stanowczością. zanim szkoły staną się terenem łowieckim dla zawodowych homoaktywistów szukających młodego „narybku”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (15-21.03.2019)

Pod-Grzybki 151

Dziś będzie nieco frywolnie – a to za sprawą portalu Agory, który do spółki z jakąś agencją reklamową wykupił gazetkę „Twój Weekend”. Niezorientowanym wyjaśniam (wgłębiłem się w temat, żeby Państwo już nie musieli), że to takie paździerzowe bieda-pisemko z gołymi babami (czyli tzw. striptiz dla ubogich), święcące największe triumfy w latach '90. Dowcip w tym, że samozwańcze ciotki-przyzwoitki z Czerskiej kupiły tytuł tylko po to, by go... zamknąć w ramach „walki z seksizmem” i wydać pożegnalny numer nafaszerowany feministycznym bełkotem – a wszystko z okazji... Dnia Kobiet. Cała akcja jest groteskowa o tyle, że „TW” i tak już nikt od dawna nie kupował, a ja pamiętam, jak „Wyborcza” zachwycała się filmem „Skandalista Larry Flynt” o założycielu pornograficznego magazynu „Hustler” - i w nim jakoś „seksizmu” się nie dopatrzono. No, ale wtedy obowiązywała inna mądrość etapu i porno to był sam cymes – kaganek postępu, „wyzwolenia” obyczajowego i narzędzie walki z seksualnym obskurantyzmem ciemnogrodu. Ciekawe, czy po takim prezencie paniom zrobiło się lepiej?


*

Kontynuując – obecnie agorowy portal „gazeta.pl” również bez skrępowania stosuje praktyki określane w branży reklamowej jako tzw. szczucie cycem. Regularnie np. publikuje szczegółowe dane o klikalności największego portalu pornograficznego „Red Tube”, w rubryce plotkarskiej notorycznie zamieszcza „odważne” zdjęcia celebrytek z obnażonymi „walorami”, zaś w dziale sportowym nie może się obejść bez roznegliżowanych fotek różnych „miss fitnessu” - słowem, dzień bez gołego tyłka, to dzień stracony. I oni moralizują o „seksizmie” i przedmiotowym traktowaniu kobiet? Serio?


*

Nawiasem, „Twój Weekend” to przeniesiony do Polski niemiecki format wzorowany na magazynie „Wochenend” i pierwotnie wydawany był u nas przez niemiecki koncern Bauer. Słowem, takie „Bravo” dla dorosłych. Ale na przaśność i seksizm Niemców, którzy u siebie też masowo kupowali to badziewie, jakoś „GW” nie wybrzydzała - bo Niemcy, wiadomo, wyższa kultura.


*

Portal Agory zabłysnął również publikacją przepisu na mięsne pulpeciki – w samą Środę Popielcową. Jest to o tyle zabawne, że na co dzień lansuje się tam dania wegetariańskie, czyli mówiąc po ludzku – postne (ale słowo „post” nie przejdzie przez gardło ze względu na niesłuszną podbudowę ideologiczną – w przeciwieństwie do słusznego „eko”, „fit” i „vege”). Cóż, gdy jeszcze w siedzibie „Wyborczej” funkcjonowała stołówka pracownicza, to w dobrym tonie było zamawianie w piątek schabowego. Czyli na Czerskiej wszystko po staremu.


*

Z gospodarki. Mediodajnie podały, że wzrasta wartość przeterminowanych długów, jakie mają Polacy – zaległości wynoszą łącznie już 74 mld. zł. Co ciekawe, najwięcej niesumiennych dłużników jest w województwach głosujących na PO, a najmniej – w tradycyjnych bastionach PiS. Domyślam się, że kiedy wyborcy PO dostają monit z banku, to odpowiadają za Rostowskim: „pieniędzy nie ma i nie będzie!”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (15-21.03.2019)

niedziela, 10 marca 2019

Niemiecka strefa euro

Euro w dzisiejszym kształcie korzystne jest niemal wyłącznie dla jednego państwa – Niemiec, które uczyniły wspólną walutę narzędziem eksploatacji reszty kontynentu.

Nieco ponad 20 lat temu, 1 stycznia 1999 r. wprowadzono walutę euro (wtedy jeszcze w wersji bezgotówkowej). Z tej okazji niemieckie Centrum Polityki Europejskiej we Fryburgu opublikowało raport pt. „20 lat euro: zwycięzcy i przegrani”, pokazujący konsekwencje przyjęcia wspólnej waluty przez osiem państw: Niemcy, Holandię, Grecję, Hiszpanię, Portugalię, Włochy, Francję i Belgię. Analiza obejmuje lata 1999-2017. Jak było do przewidzenia, głównym wygranym są Niemcy – w badanym okresie odnotowały one zysk rzędu 1,9 bln. euro. Na drugim miejscu znalazła się Holandia z zyskiem 350 mld. euro. Nominalnym „wygranym” jest również... Grecja z bilansem 2 mld. euro na plusie, choć zapewne sami Grecy za taki „'sukces” woleliby podziękować. W przeliczeniu na głowę mieszkańca przeciętny Niemiec „zarobił” ponad 23 tys. euro, zaś Holender – 21 tys. euro (Grek – hm, powiedzmy, że nominalnie „zyskał” 190 euro).

Wszystkie pozostałe objęte badaniem kraje straciły i to wyraźnie. Szczególnie szokujące dane dotyczą dwóch największych po Niemczech europejskich gospodarek eurozony – Francja wylądowała pod kreską tracąc łącznie 3,6 bln. euro, natomiast Włochy aż 4,3 bln. euro. Pozostali również nie mają powodów do radości – Portugalia straciła 424 mld. euro, Hiszpania – 224 mld. euro, zaś Belgia „skromne” 69 mld. euro. Straty per capita prezentują się następująco: Włochy – 73,6 tys. euro, Francja – 56 tys. euro, Portugalia – 40,6 tys. euro, Belgia – 6,4 tys. euro, Hiszpania – 5 tys. euro. Co ciekawe, per saldo straciła cała ósemka, nawet z uwzględnieniem dodatnich bilansów Niemiec i Holandii – wynik łączny to 6,4 bln. euro „na minusie”. Co ważne, w owej ósemce mamy pięć największych gospodarek eurogrupy – Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię i Holandię. To ci dopiero interes!

Powyższe dane (przytoczone za blogiem Zbigniewa Kuźmiuka) powinno się podtykać pod oczy wszystkim bezkrytycznym euroentuzjastom stręczącym nam „wspólną walutę” jako „autostradę” i „ekskluzywny klub”. Jak się bowiem okazuje, za przynależność do tego klubu trzeba bardzo słono zapłacić. Skoro tracą na nim nawet wielcy (za wyjątkiem pasących się na eksporcie Niemiec i Holandii stosującej zabiegi charakterystyczne dla rajów podatkowych), to cóż dopiero mówić o średniakach, czy małych? Nawiasem, chciałbym poznać wieloletni bilans przynależności do strefy euro państw naszego regionu – bo chyba nie jest przypadkiem, że Litwinom po przyjęciu euro nagle zaczęło się opłacać robienie weekendowych wycieczek zakupowych do Suwałk?

Takie efekty przynosi integracja na siłę, ignorująca realia. Jak w swoim czasie wyznał włoski eurokrata Romano Prodi „euro nie jest projektem ekonomicznym, lecz politycznym” - i teraz widzimy konsekwencje takiego podejścia. Wspólna waluta miała w zamyśle brukselskich mandarynów wymusić pogłębienie integracji politycznej kontynentu, co w jakiejś mierze się powiodło – ale ze skutkami ubocznymi w postaci chociażby permanentnej dysproporcji bilansów handlowych między krajami Północy i Południa. To zaś z kolei spowodowało, że te drugie ostatni kryzys odczuły wyjątkowo boleśnie, a Grecja wręcz katastrofalnie. Druga rzecz – ta „pogłębiona integracja” wymusiła postępujące polityczne uzależnienie od Niemiec przekształcające się momentami w dyktat (znów – przykład Grecji) i ubezwłasnowolnienie ekonomiczne pod pieczą realizującego niemieckie interesy Europejskiego Banku Centralnego (pisałem o tym szerzej w felietonie „Mario Draghi – dyktator z EBC”). Jeżeli dodamy zignorowanie założeń teorii optymalnego obszaru walutowego Roberta Mundella, zakładającej, że wspólna waluta powinna obejmować gospodarki o podobnej strukturze i zbliżonej konwergencji cyklów koniunkturalnych – to otrzymujemy efekt w postaci obecnej kondycji strefy euro: wiecznie chorego człowieka światowej gospodarki.

Euro w dzisiejszym kształcie korzystne jest niemal wyłącznie dla jednego państwa – Niemiec, które uczyniły wspólną walutę narzędziem eksploatacji reszty kontynentu, pozbawiając inne kraje podstawowego mechanizmu obronnego – własnego, suwerennego pieniądza. Prof. Paolo Savona, typowany przed niedawnymi wyborami we Włoszech na ministra finansów (nie zgodziła się Bruksela i „rynki”) i zagorzały przeciwnik euro stwierdził wręcz, iż euro służy realizacji planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r. przewidującego, że „waluty narodowe znajdą się pod wpływem niemieckiej marki”, zaś reszta Europy zajmie pozycję peryferyjną wobec gospodarki niemieckiej, dostarczając jej surowców i siły roboczej. Nic dziwnego, że projekt Savony zakładający wprowadzenie we Włoszech równoległego do euro „bonu rządowego” wywołał furię i zrobiono wszystko, by w nowym rządzie został on odsunięty od wpływu na gospodarkę. Patrząc jednak chociażby na saldo w systemie rozrachunków międzybankowych Target2, z gigantyczną nadwyżką Bundesbanku sięgającą biliona euro i deficytami pozostałych banków centralnych, trudno się z Savoną nie zgodzić. Nie ma co, Walther Funk byłby zadowolony.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (08-14.03.2019)

Piątka Kaczyńskiego – bat na lumpenliberałów

Zapowiedziane transfery społeczne są batem na kombinatorów, złodziei i różnych „lobbystów” zadomowionych za czasów PO w ministerialnych gabinetach.


I. PiS w ofensywie

Ostatnimi czasy zdarzało mi się na tych łamach krytykować politykę rządu - teraz więc, dla odmiany, będzie coś pozytywnego. Chodzi mi mianowicie o tzw. „piątkę Kaczyńskiego”, czyli pakiet obietnic wyborczych złożonych podczas konwencji PiS 23 lutego. Jest to, nie zawaham się powiedzieć, istny majstersztyk – i to na kilku poziomach. Po pierwsze, Prawo i Sprawiedliwość nową ofertą programową wychodzi z defensywy do której zostało zepchnięte w ciągu ostatnich kilku miesięcy (sprawa KNF-Czarnecki, zabójstwo Adamowicza przypisane propagandowo „pisowskiej mowie nienawiści”, „dwórki” Glapińskiego, taśmy Birgfellnera, katastrofalny wizerunkowo szczyt bliskowschodni w Warszawie). Po drugie, „piątka Kaczyńskiego” przenosi ciężar publicznej debaty na teren, na którym partia rządząca jest najmocniejsza i najbardziej wiarygodna – szeroko rozumianej polityki społecznej. Po trzecie, realizacja zapowiedzi przynajmniej częściowo stanie się odczuwalna dla obywateli jeszcze w tym roku, co może wywołać „efekt sprawczości” (spełniamy obietnice). W konfrontacji z kompletnie niezborną programowo Koalicją Europejską i zafiksowaną na kwestiach obyczajowych, skrajnie antyklerykalną „lewicą rozporkową” Biedronia buduje to wizerunek PiS jako formacji konkretnej, bliskiej problemom zwykłych ludzi i obliczalnej.

„Totalna opozycja” zresztą zauważyła to niebezpieczeństwo, tylko oczywiście nie byłaby sobą, gdyby zmarnowała okazję do kolejnego samoośmieszenia swą histeryczną i nieskoordynowaną reakcją. Z jednej strony usłyszeliśmy, że PiS „ukradł pomysły”, z drugiej zaś – że wpycha Polskę na drogę Grecji i Wenezueli. Czyli, jak rozumiem, Kaczyński ukradł opozycji pomysły na doprowadzenie Polski do bankructwa? Tradycyjnie swoisty rekord pobiła „Gazeta Wyborcza” zamieszczając na pierwszej stronie krzyczący nagłówek: „PiS hojnie rozdaje NASZE PIENIĄDZE” wraz z wyliczeniami, jak to się obłowią m.in. wojskowi, nauczyciele i pielęgniarki. Ta sama gazeta, dodajmy, kibicowała strajkowi lekarzy-rezydentów czy protestowi opiekunów niepełnosprawnych, obecnie zaś jakoś nie alarmuje, że nauczyciele domagający się podwyżki 1000 zł. pod groźbą strajku w newralgicznym, egzaminowym okresie, to roszczeniowa hołota dybiąca na „nasze pieniądze”. Za to PiS proponujące tymże nauczycielom w zależności od rangi podwyżki od 371 do 508 zł. od września 2019 r. - to już jest „korupcja polityczna” i „kupowanie wyborców”. Ot, „totalna” logika.


II. Pięć uderzeń

Ale przejdźmy do głównych zapowiedzi PiS. „500+” na każde dziecko to logiczne dopełnienie dotychczasowego programu, który wedle wszelkich dostępnych danych radykalnie zmniejszył skalę ubóstwa wśród dzieci – do niedawna jedną z największych patologii III RP. Generalnie zresztą, w ostatnich latach staliśmy się europejskim liderem w zwalczaniu biedy, co nawiasem mówiąc, pokazuje na jakim poziomie całe rzesze Polaków były zmuszone wegetować wcześniej. Teraz pieniądze trafią również do osób dotąd nie kwalifikujących się do świadczenia – w tym przede wszystkim do samotnych matek. Do tej pory bowiem właśnie ta grupa była najbardziej poszkodowana – wystarczyło przekroczenie kryterium dochodowego o kilka złotych. Co ważne, rozszerzone „500+” zacznie obowiązywać już od lipca – a więc bardzo szybko stanie się odczuwalne dla obywateli.

Drugi punkt, to „trzynastki” dla emerytów i rencistów. Świadczenie ma być wypłacane raz do roku w wysokości emerytury minimalnej – czyli obecnie 1100 zł. (ok. 940 „na rękę”). Tu również wypłaty zaczną się już w najbliższych miesiącach. Trzeba dodać, że obecni i przyszli emeryci należą do grup społecznych, które najbardziej ucierpiały na transformacji gospodarczej. Wraz z „terapią szokową” Balcerowicza nastąpiła bowiem zapaść na rynku pracy – zamykano masowo zakłady przemysłowe, czego efektem było rosnące bezrobocie, osiągające w swym apogeum ponad 20 proc. (2003 r.). Co pozostawało? Ano, robota „na czarno” lub z częścią wypłaty „pod stołem”, za minimalne stawki, ewentualnie „u Niemca” na budowie lub przy zbieraniu szparagów. Dodatkowo na powyższe nałożyła się prekaryzacja rynku pracy, czyli nieozusowane „śmieciówki”. Wszystko to odbijało się na okresach składkowych i wysokościach obecnych i przyszłych emerytur. Swoje zrobiła też „wiekopomna” reforma Buzka wyprowadzająca do prywatnych OFE miliardy złotych w imię mirażu „emerytur pod palmami”. Konsekwencje tego będziemy ponosić również w przyszłości, gdy w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki, które dużą część życia zawodowego przepracowały na różnych „chwilówkach” w ramach „elastycznego rynku zatrudnienia”. Już teraz na granicy egzystencji żyje 300 tys. emerytów, a liczba ta będzie rosnąć. Dodatkowa emerytura to naprawdę minimalna rekompensata za lata harówki i obecne upokorzenie, gdy trzeba wybierać między zakupem jedzenia, leków a opłaceniem rachunków.

Kolejna sprawa – odbudowa połączeń autobusowych na prowincji. Aż szkoda, że PiS nie zgłosił tego postulatu podczas kampanii samorządowej. Tu również mamy do czynienia z próbą nadrobienia wieloletnich zaniedbań i „zwijania się” państwa. PKS-y najpierw wepchnięto samorządom, potem te je prywatyzowały, następnie nowi właściciele (z reguły zagraniczni, jak izraelski „Mobilis” czy niemiecka „Arriva”) likwidowali nieopłacalne linie, w końcu zaś zaczęto zamykać całe oddziały. Efektem było postępujące wykluczenie komunikacyjne – wiele wsi i małych miasteczek zostało wręcz odciętych od świata, co polecam rozwadze różnych estetów narzekających na Polaków jeżdżących dwudziestoletnimi „rzęchami”. A czym niby mają jeździć, skoro ostatni przystanek w ich okolicy zlikwidowano 20 lat temu? Transport zbiorowy, to możliwość dojazdu do urzędu, lekarza, sklepu, kina, a także do położonej nieco dalej pracy. To krótko mówiąc elementarny standard cywilizacyjny i dobrze najpierw się nim zająć, zanim zacznie się inwestować miliardy w obłędnie drogie samochody elektryczne na które stać może promil najbogatszych.

Dwa ostatnie elementy „piątki” to podatki i gospodarka – zwolnienie z podatku PIT osób do 26 roku życia, czyli dopiero wkraczających na rynek pracy i zarabiających stosunkowo najmniej (do tego często na niestabilnych formach zatrudnienia). To zachęta zarówno do aktywizacji zawodowej (aktywność zawodowa tej grupy wiekowej to ok. 35 proc.), jak i dla pracodawców (niższe „narzuty” na koszty pracy). To samo tyczy się projektu obniżenia stawki PIT z 18 do 17 proc. - co ma szansę w różnym stopniu odczuć ok. 25 mln. płatników podatku dochodowego. Mamy więc i akcent liberalny, tu jednak trzeba będzie trochę poczekać na efekty.


III. Bat na złodziei

Podsumowując, nie dziwi, że opozycja zaczęła z nerwów chodzić po ścianach. „Piątka Kaczyńskiego” to bowiem kolejne dziesiątki miliardów złotych (ostrożnie szacując – ok. 40 mld. zł. rocznie). A to z kolei sprawia, że kto by nie wygrał jesiennych wyborów, będzie musiał utrzymywać żelazną dyscyplinę w ściągalności podatków – zero karuzel vatowskich, patrzenie na ręce koncernom usiłującym wyprowadzać pieniądze do rajów podatkowych, mniej pieniędzy dla różnych „Rysiów” itp. Krótko mówiąc – zapowiedziane transfery społeczne są batem na kombinatorów, złodziei i różnych „lobbystów” zadomowionych za czasów PO w ministerialnych gabinetach. Wrośnie deficyt? Dług publiczny? Proszę mnie nie rozśmieszać – przez dwie kadencje poprzedniej władzy wyprowadzano z Polski dziesiątki miliardów rocznie, sama dziura w VAT osiągnęła rekordowe 53 mld. zł., plus niemal drugie tyle „niedoboru” CIT. Do tego dług publiczny i kolejne deficyty budżetowe rosły jak na drożdżach. Na to Polskę było jakoś stać. No to teraz będzie stać na „luzowanie ilościowe” dla obywateli, pieniądze trafią do realnej gospodarki zamiast na Kajmany i będą w dużej części wracać do budżetu w formie podatków. Dla lumpenliberałów z „totalnej opozycji” takie herezje są nie do przyjęcia. Bo co im zostanie do rozkradzenia, jeśli dorwą się do władzy?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj biedo

„500+” czyli apokalipsa

Pinćset!

Żerowisko

Niechciany transport publiczny

Wykluczenie komunikacyjne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (08-14.03.2019)

Pod-Grzybki 150

Spójna narracja „totalnej opozycji”: PiS kradnie nam pomysły! PiS zrobi drugą Grecję i Wenezuelę! Czyli – PiS kradnie nam pomysły na drugą Grecję i Wenezuelę! Cóż, na tym PO akurat się zna, bo przez dwie kadencje udało się jej zadłużyć Polskę na drugie tyle, co wszystkie poprzednie rządy razem wzięte – i to nawet bez „500+”. Jak to dobrze w końcu poznać ich prawdziwy program!


*

Nauczyciele szykują strajk, bo wstrętne „pisiory” nie chcą im dać – i to już, natychmiast – 1000 zł. podwyżki (z wyrównaniem od początku 2019 r.). PiS proponuje skromniej – od 371 do 508 zł. (w zależności od rangi zawodowej) - ale przecież nauczyciel nie będzie się schylał po marne grosze, jak nie przymierzając, byle roszczeniowa hołota biorąca „pińćset”. Hmm, nauczyciele też wprawdzie dostają owe „pińćset”, ale jak rozumiem, czynią to z poczuciem głębokiego upokorzenia, że pobierają to samo świadczenie, co jakaś patologia – o czym świadczą nerwowe reakcje, gdy ktoś im to przypomni, jak niedawno Krzysztof Szczerski. Należy się więc im elitarny „tysiunc plus” - i ani grosza mniej. Na miejscu PiS zatem, głęboko bym przemyślał, czy dawać cokolwiek – nauczyciele to bowiem chyba najbardziej zatruta „salonowszczyzną” grupa zawodowa w Polsce, a „pisiorów” i Kaczyńskiego nienawidzą jak psów. Kasę wezmą, spluną na odchodnym – a potem i tak pójdą głosować na „totalnych europejczyków”, albo innego Biedronia. Tak więc, może nie warto...


*

Dorota Wellman nie odpuszcza naszemu koledze z łamów, „Inkwizytorowi” Jackowi Piekarze - przypomnijmy, że poczuła się urażona tweetem pisarza i wytoczyła mu proces, który toczył się bez wiedzy pozwanego (koszty przeprosin i odszkodowania opiewają łącznie na 470 tys. zł). Po tym, jak został anulowany zaoczny wyrok skazujący i sprawa wróciła do I instancji, Dorota Wellman dopisała do pierwotnego pozwu (33 strony) kolejnych 36 stron - co daje łącznie 69 stron. Wszystko na podstawie trzyzdaniowego tweeta Piekary. Jedno jest pewne - albo pani Wellman odkryła w sobie talent literacki na miarę Marcela Prousta („przeczytamy dzieła Prousta!/jak rozpusta, to rozpusta!”), albo cierpi na ostrą formę grafomanii.


*

A skoro zahaczyliśmy o dziwne przypadki - w internetach podali info o transseksualiście, który teraz pragnie zostać „bezpłciowym kosmitą” i żąda, by zwracać się do niego w formie bezosobowej – per „coś” lub „ono”. Kosmito, naginaj do Warszawy - #RafałTrzaskowskiLubiTo!

*

Na zakończenie, nietypowo, coś zupełnie serio. W Watykanie odbyła się konferencja w sprawie pedofilii. Jako źródło problemu, wg oficjalnej narracji wskazano „klerykalizm”, czyli traktowanie kapłaństwa jako narzędzia władzy. Otóż nie. Wg raportów z różnych krajów grubo ponad 70 proc. przypadków molestowania dotyczy chłopców, ma więc podłoże homoseksualne. I dopóki nie wypleni się „lawendowej mafii” rozpalonym żelazem, dopóki homoseksualiści będą dopuszczani do święceń, to patologia będzie szerzyła się w najlepsze.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr10 (08-14.03.2019)

czwartek, 7 marca 2019

Frankowe przepychanki

Problem „kredytów frankowych” wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach. To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności.

Od kilku dni znów narasta gęsta atmosfera wokół tzw. kredytów frankowych. 19 lutego ambasady Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii wystosowały wspólny list do Andrzeja Szlachty, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, w którym przestrzegają przed przyjęciem ustawy frankowej. Autorzy pisma nie ukrywają, że zostali zaalarmowani w tej sprawie przez banki, pisząc: „Banki wyraziły wobec nas obawy, że z projektem legislacyjnym może się wiązać ryzyko naruszenia fundamentalnych zasad prawa UE”, dalej podnosząc m.in. kwestię kosztów mających sięgać miliardów złotych rocznie, a także okoliczność, iż obowiązkowe wpłaty na rzecz planowanego, kontrolowanego przez państwo funduszu restrukturyzacyjnego, mające stanowić odsetek od ich portfela kredytowego, mogą zostać uznane za „wywłaszczenie”. Tu przypomnijmy, iż procedowany projekt ustawy zakłada, że banki swoje „wkłady” do funduszu mogłyby odzyskać po przewalutowaniu kredytów na złotówki, co ma je „zachęcić” do negocjacji z frankowiczami. W związku z tym, piszą dyplomaci, „spółki dominujące banków, które zainwestowały w Polsce, mogłyby na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT) rozważać wystąpienie z pozwem” (cyt. za wPolityce.pl). Z kolei, jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, Raiffeisen Bank rozesłał list m.in. do prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego, w którym ostrzega, iż będzie domagał się rekompensat za spodziewane „szkody”.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z niedwuznacznymi pogróżkami, choć trzeba przyznać, że sformułowanymi bardziej dyplomatycznie, niż słynny list ambasador Mosbacher w obronie TVN. Na marginesie – to aż niewiarygodne, że przez tyle lat pozwalaliśmy sobie wmawiać, że „kapitał nie ma narodowości”. Jak się okazuje, ma i to bardzo konkretną, a gdy zachodzi potrzeba potrafi zaprząc do obrony swych interesów służby dyplomatyczne – najbardziej bowiem na ustawie ucierpiałyby właśnie banki zagraniczne z wymienionych na wstępie krajów. Druga rzecz, to wciąż nie rozwiązany problem umów BIT (na ich likwidację naciska nawet KE) zawierających procedurę ISDS pozwalającą pozywać zagranicznemu inwestorowi państwo przed międzynarodowy arbitraż na praktycznie dowolną kwotę (wystarczy, że banki wylicza sobie księżycowe „straty”, jak to miało miejsce przy poprzednich projektach ustaw frankowych). Jest to permanentny miecz Damoklesa wiszący nad głową rządu, dający o sobie znać przy różnych okazjach – pozwami grożą też np. zagraniczne koncerny medialne, ilekroć powraca sprawa dekoncentracji mediów.

Kolejna kwestia, to lobbying Związku Banków Polskich, postulującego ograniczenie zmian jedynie do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (czyli w praktyce, pożyczek na spłatę kredytów frankowych). Co więcej, z uczestnictwa w pracach sejmowej komisji wycofało się reprezentujące klientów stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Wedle relacji stowarzyszenia, podczas posiedzenia komisji przewodniczący Andrzej Szlachta nie dopuszczał jego przedstawicieli do głosu – w przeciwieństwie do ZBP oraz Konfederacji Lewiatan. Jak już informowałem na tych łamach, frankowicze jednak nie odpuszczają i przygotowują pozew zbiorowy przeciw Skarbowi Państwa – jak na ironię wykorzystując zalecenie Jarosława Kaczyńskiego, by kredytobiorcy „brali sprawy we własne ręce” i dochodzili sprawiedliwości w sądach.

Jest tajemnicą poliszynela, że PiS-owi w sprawie problemu frankowego „wychłódło”, kiedy okazało się, że frankowicze są w większości zwolennikami opozycji (głównie PO – 29 proc., na PiS głosuje jedynie 19 proc. frankowiczów - sondaż Kantar dla Instytutu Jagiellońskiego). Jest to o tyle zdumiewające, że PiS-owi można co najwyżej zarzucić bierność i stopniowe łagodzenie kolejnych projektów ustaw, podczas gdy Platforma nie dość, że kompletnie ignoruje temat, to podczas swych rządów aktywnie przeciwdziałała rozwiązaniu problemu na forum międzynarodowym. Przypomnijmy, że kiedy Sąd Najwyższy Węgier skierował sprawę kredytów frankowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, rząd Ewy Kopacz wystosował pismo straszące zapaścią sektora bankowego – zachował się więc niczym branżowy lobbysta. Złośliwie powiem, że takie preferencje polityczne ugruntowują wizerunek frankowiczów, jako lemingów z „Miasteczka Wilanów”, którzy uważają, że PiS to „obciach”, bo tak usłyszeli w TVN-ie.

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły). To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności – są dalece posunięte wątpliwości co do samej natury i legalności produktu, umowy zawierane z klientami są najeżone klauzulami abuzywnymi, co znajduje potwierdzenie w kolejnych wyrokach sądowych, wreszcie – w wielu przypadkach owe „kredyty” są nie do spłacenia, co czyni je, cytując klasyka, „nowoczesną formą niewolnictwa”. To chyba wystarczające powody, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (01-07.03.2019)

„Soroszyzacja” mediów

Zamiast repolonizacji, będzie „soroszyzacja” - a wszystko dlatego, że osoby teoretycznie odpowiedzialne za reformę polskiego porządku medialnego wolały w zeszłym roku pajacować z eko-lewakami w obronie norek. Słowem – brawo wy!

I. „Soroszyzacja” zamiast repolonizacji

Nie ma to jak „repolonizacja”... Jak podał branżowy portal wirtualnemedia.pl, Agora do spółki z czeską firmą SFS Ventures przejęła grupę mediową Eurozet od funduszu Czech Media Invest, który zakupił go w 2018 r. od francuskiego koncernu Lagardere. Z wyścigu o kupno radiowego potentata, którego perłą w koronie jest Radio Zet odpadli m.in. „Fratria” (wydawca tygodnika „Sieci”) czy ZPR Media (m.in. „Super Express”, radio „Eska”). Agora będzie mniejszościowym udziałowcem (40 proc. akcji kupione za 130,7 mln. zł.), reszta udziałów przypadnie SFS Ventures – podmiotowi, którego jednym z właścicieli jest spółka Salvatorska Ventures LCC. Spółka ta, co istotne, należy z kolei do funduszu Media Development Investment Fund (MDIF) za którym stoi nie kto inny, tylko nasz dobry znajomy George Soros. Innymi słowy – Soros i Agora powiększają swój stan posiadania na polskim rynku medialnym. Warto dodać, że zgodnie z umową między wspólnikami, żaden z nich nie będzie mógł zbyć swych akcji bez zgody partnera (co automatycznie wyklucza ich kupno np. przez jakiś podmiot państwowy), zaś po upływie roku Agora będzie mogła wezwać SFS Ventures do sprzedania jej pozostałych 60 proc. udziałów (tzw. opcja call – jej termin upłynie 20 czerwca 2020 r.). Oznacza to, że za nieco ponad rok Agora może stać się wyłącznym właścicielem „Zetki”.

Cóż, zatem zamiast „repolonizacji” będzie „soroszyzacja” mediów. Wszystko to odbyło się przy kompletnej bierności podmiotów państwowych - nie pierwszy raz zresztą. Przypomnę, że fundusz Sorosa (MDIF) w 2016 r. odkupił 11 proc. akcji Agory m.in. od należącego do państwowego PZU funduszu „Złota Jesień”. Czyli, zamiast poszerzać wpływy i skupywać od innych udziałowców akcje Agory, wykorzystując ich spadające notowania, państwowa spółka beztrosko opchnęła je Sorosowi. A stopniowe przejmowanie kontroli nad koncernem z Czerskiej było jak najbardziej możliwe – i to bez żadnej „spec-ustawy”, tylko normalnymi, rynkowymi metodami. Teraz natomiast odpuszczono walkowerem walkę o Eurozet. Co ciekawe, gdy w grę wchodziło wykupienie od Włochów (Unicredit) Pekao S.A. za ponad 10 mld. zł, jakoś można się było zmobilizować i PZU wspólnie z Polskim Funduszem Rozwoju przywróciły bank w polskie ręce (słusznie zresztą). Tymczasem w przypadku wystawionego na sprzedaż Eurozetu nie wysupłano dwustu kilkudziesięciu milionów.


II. „Zetka” wraca do macierzy

Tym samym, można powiedzieć, że Radio Zet „wróciło do macierzy”. Mało kto już pamięta, że stacja ta została założona właśnie przez Agorę we wrześniu 1990 r. jako „Radio Gazeta” - i jak sama nazwa wskazuje, miało być emanacją „Gazety Wyborczej” w eterze. Nadawało na sprzęcie francuskiej rozgłośni publicznej RFI użyczonym w ramach „wspierania młodej demokracji” - i robiło to od strony prawnej kompletnie „na dziko”, na podstawie nie przewidzianego żadnymi przepisami „eksperymentalnego zezwolenia” udzielonego przez ministra łączności. W ten oto sposób Radio Zet na samym starcie zgarnęło szerokim gestem ogromny kawał rynku medialnego i co za tym idzie, reklamowego tortu, dystansując już na początku potencjalną konkurencję. Oto narodziny III RP w pigułce – o sukcesie biznesu zadecydowały układy i znajomości. Teraz stacja wraca pod opiekuńcze skrzydła Agory i wujka Sorosa, by dodać swoje 12 proc. słuchalności (druga lokata na rynku) do TOK FM i 29 lokalnych rozgłośni będących już w portfolio koncernu.

Retorycznie zapytam: czy właśnie na tym polegać ma osławiona „dekoncentracja”, nad którą w pocie czoła pracują ponoć od czterech lat prominentni politycy partii rządzącej? Dla porównania – kiedy dotychczasowy właściciel „Zetki”, czyli Czech Media Invest przejął w październiku 2018 49 proc. udziałów we francuskiej gazecie „Le Monde”, publicznie swoje zaniepokojenie z powodu wejścia na rynek obcego kapitału wyraził tamtejszy minister kultury Franck Riester, a pracownicy „Le Monde” zażądali gwarancji zachowania niezależności i deklaracji, że nowy współwłaściciel nie będzie wpływał na politykę redakcyjną. A mowa jedynie o pakiecie mniejszościowym. Natomiast u nas zagraniczne podmioty, ze szczególnym uwzględnieniem niemieckich potentatów, panoszą się jak chcą, terroryzując polskie redakcje i dziennikarzy groźbami rujnujących pozwów – i nie ma siły, żeby coś z tym zrobić. A potem PiS płacze, że ma przeciw sobie koalicję wrogich mediów. Płaczcie dalej i nic nie róbcie – z pewnością wam to pomoże.


III. Medialny bantustan

Repolonizacja mediów była jednym ze sztandarowych haseł wyborczych Prawa i Sprawiedliwości w 2015 r. Potem, przez następne lata, byliśmy karmieni kolejnymi obietnicami i doniesieniami na temat różnych wariantów „dekoncentracji”. Po raz ostatni o temacie zrobiło się głośno przed wyborami samorządowymi, na przełomie września i października 2018 r. Słyszeliśmy wtedy z ust posłanki Joanny Lichockiej, min. Jarosława Sellina i min. Piotra Glińskiego, że ustawa jest gotowa i czeka tylko na odpowiedni polityczny moment. Moment ten nie nastąpił do dziś, a min. Gliński w połowie października ub.r. otwartym tekstem przyznał w rozmowie z „WP.pl”, że sprawa jest odwlekana ze względu na niebezpieczeństwo wybuchu kolejnego konfliktu z Brukselą. Swoje dołożyła ambasador USA Georgette Mosbacher przestrzegając podczas spotkania z posłami w Sejmie, iż „Kongres nie będzie tolerował” jakichkolwiek zamachów na „wolność mediów”. Wkrótce zresztą okazało się w odpowiedzi na poselską interpelację, że Min. Kultury i Dziedzictwa Narodowego poprzestało na sporządzeniu dwóch analiz i żadnych projektów ustaw czekających na „właściwy moment” zwyczajnie nie ma.

Konserwujemy więc medialny bantustan w którym jednym z głównych graczy na rynku telewizyjnym jest grupa TVN należąca do amerykańskiego Discovery, któremu szefuje przyjaciel ambasador Mosbacher, David Zaslav – i z tego powodu jest „nie do ruszenia”. W segmencie prasy niepodzielnie dominuje kapitał niemiecki monopolizujący gazety lokalne (Verlagsgruppe Passau), prasę kolorową (Bauer), a także trzymający największy tabloid i jeden z największych tygodników („Fakt” i „Newsweek” - Ringier Axel Springer). Portale internetowe, to znów Niemcy – springerowski Onet i należąca do Bauera Interia. Do tego czołowa stacja radiowa – RMF FM (ponownie Bauer), której dziennikarze żartują, że u nich coś złego o Niemczech można powiedzieć tylko dwa razy – pierwszy i ostatni. Jako ponurą ciekawostkę podam, że wg danych Ministerstwa Finansów TVN niemal co roku wykazuje „straty” – i co za tym idzie, praktycznie nie płaci podatku CIT. Z kolei Ringier Axel Springer wykazał 13 269 315 zł dochodu, lecz tylko 170 306 zł. podstawy opodatkowania – w związku z czym zapłacił raptem 32 358 zł. CIT. Żaden poważny kraj nie pozwoliłby na coś takiego.


IV. „Chilling effect”

Na zakończenie, jeszcze jeden wątek, którego nasi politycy unikają jak ognia. To umowy o ochronie i popieraniu inwestycji (BIT), łączące nas z ok. 60 państwami – w tym z Niemcami, USA czy Francją. W umowach tych zawarty jest mechanizm ISDS, pozwalający obcemu podmiotowi gospodarczemu pozwać państwo polskie przed międzynarodowy arbitraż w przypadku np. uchwalenia niekorzystnych rozwiązań legislacyjnych, mogących skutkować wywłaszczeniem – w tym również tzw. „wywłaszczeniem z zysków”. I właściciele zagranicznych koncernów medialnych otwarcie takimi pozwami grożą, gdy tylko do debaty publicznej powraca wątek dekoncentracji mediów – a że odszkodowania (nie mówiąc o kosztach procesów) mogą iść w grube miliony, to nasi wybrańcy po chwili retorycznej szarży, natychmiast milkną i podkulają ogony. Przy takich okazjach używa się pojęcia „chilling effect” („efekt mrożący”) - i właśnie obserwujemy jego działanie w praktyce. Nawiasem, z umowami BIT również nic nie robimy. W takiej sytuacji nie dziwi, że osoby teoretycznie odpowiedzialne za reformę polskiego porządku medialnego wolały w zeszłym roku pajacować z eko-lewakami w obronie norek. Słowem – brawo wy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie

Ech, ta repolonizacja...

Dekoncentracja – kolejne podejście


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (01-07.03.2019)

Pod-Grzybki 149

Szwedzki sąd oddalił wydany przez Polskę europejski nakaz aresztowania Stefana Michnika, powołując się m.in. na jego szwedzkie obywatelstwo. Wniosek z tego, że wraz ze szwedzkim obywatelstwem Stefan Michnik nabył prawa „honorowego Nordyka”. A to z kolei oznacza, że jako przedstawiciel wyższej rasy nie może być sądzony przez jakichś słowiańskich podludzi – byłoby to wbrew prawom natury.


*

PiS ogłosił „jedynki” i „dwójki” na listach wyborczych do europarlamentu – wylądowała na nich w charakterze lokomotyw wyborczych sama partyjna śmietanka. Cały efekt jednak zepsuła rzeczniczka PiS Beata Mazurek (nr 2 z okręgu lubelskiego), mówiąc: „Jak zdobędziemy mandat, to będziemy decydować, czy będziemy go obejmować”. No, z takim rzecznikiem, pisowi nie potrzeba wrogów. To może od razu zagłosować na kandydatów z dalszych miejsc? Oszczędzimy w ten sposób pani Mazurek et consortes rozterek i dylematów.


*

Nowy szczyt hipokryzji. Na marginesie ostatniej zadymy na linii Polska-Izrael, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo „wyraził zrozumienie” dla polskiego stanowiska. Ten sam Pompeo podczas antyirańskiego sabatu w Warszawie dyscyplinował nas w sprawie żydowskich roszczeń i stręczył nam jako nowego bohatera narodowego ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana. Niestety, opinii Mike'a Pompeo na temat wypowiedzi Mike'a Pompeo nie poznamy. Może dlatego, że strona polska nie odważyła się tu zająć żadnego „stanowiska”.


*

I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Werwolf... to jest, Gersdorf, otrzymała niemiecką nagrodę im. Theodora Heussa za to, że „sprzeciwiła się rozwojowi sytuacji w Polsce”. Przewodniczącą fundacji wręczającej nagrodę jest Gesine Schwein... to jest, Schwan – prominentna polityk SPD i była pełnomocnik ds. stosunków z Polską. To tyle, jeśli chodzi o „apolityczność” nadzwyczajnej kasty. Okazuje się, że jeśli sędzia w Polsce jest zarazem aktywnym członkiem V kolumny, to wtedy może liczyć na uznanie i protekcję w Berlinie. A swoją drogą, Niemcy mogłyby przestać się krygować, tylko wprost ufundować odznakę „honorowego volksdeutscha” do nagradzania swych kolaborantów. Chętnych nie zabraknie.


*

Krzysztof Bosak ujawnił raport eksperckiego zaplecza Roberta Gwiazdowskiego i Cezarego Kaźmierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, wg którego do Polski należy sprowadzić 10 mln. migrantów. Mam w związku z tym pewną refleksję. Przez długie lata byłem przeciwnikiem rojeń o włączeniu Lwowa wraz z przyległościami do Polski - bo mielibyśmy wówczas w granicach miliony nienawidzących nas Ukraińców. Tyle, że sytuacja uległa zmianie, odkąd zaczęliśmy masowo importować ukraińskich pracowników. Dziś i tak mamy te miliony Ukraińców - tyle, że bez Lwowa. A skoro tak, to równie dobrze można pójść na całość i dokonać tej aneksji - tym bardziej, że Ukraina jest w stanie rozkładu. Może nawet wielki biznes, tak złakniony ukraińskiej taniej siły roboczej, byłby skłonny zasponsorować tę „małą, zwycięską wojenkę”?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (01-07.03.2019)

wtorek, 26 lutego 2019

Niemcy – największy sponsor Putina

Niemcy napędzają rosyjskie zbrojenia i stają się fundatorami kolejnych agresji Kremla. Dobrze byłoby serdecznie podziękować frau Merkel, kiedy Rosja znów zechce kogoś napaść za niemieckie pieniądze.

W nocy z 12 na 13 lutego Parlament Europejski, Komisja Europejska i Rada UE (przedstawiciele krajów członkowskich) osiągnęły wstępne porozumienie w sprawie nowelizacji dyrektywy gazowej dotyczącej Nord Stream 2. Dobra wiadomość jest taka, że Niemcy nie zdołały zebrać mniejszości blokującej, która odesłałaby dyrektywę do kosza, o co zabiegały niemal do ostatniej chwili, wcześniej do spółki z Austrią na wszelkie sposoby sabotując prace nad nowymi regulacjami. Wiadomość gorsza, to kształt proponowanych przepisów. Pierwotnie miały one zakładać stosowanie unijnej dyrektywy na całym odcinku morskim gazociągu, jednak pod wpływem nacisku Niemiec i Francji ostatecznie ograniczono zakres jej obowiązywania do wód terytorialnych ostatniego państwa członkowskiego leżącego na jego trasie – czyli Niemiec. Oznacza to, że Niemcy będą musiały wynegocjować z Rosją dwustronną umowę dla pozostałej części gazociągu – jednak pod kontrolą Komisji Europejskiej, która ma badać jej zgodność z unijnym prawem. Rodzi to od razu pytanie, czy zważywszy na niemieckie wpływy w Brukseli, nadzór KE nie będzie jedynie formalnością, sprowadzającą się do podżyrowania niemiecko-rosyjskich ustaleń. Natomiast Rosja obawia się spadku rentowności przedsięwzięcia, a w tamtejszych mediach pojawiły się spekulacje odnośnie budowy drugiej nitki TurkStream, pozwalającej ominąć unijne obostrzenia. Teoretycznie bowiem UE mogłaby ograniczyć Gazpromowi prawo korzystania z Nord Stream 2 do połowy jego przepustowości. Dodatkową niewiadomą jest brak zgody Danii na budowę – może to spowodować konieczność położenia części rury na alternatywnej trasie, a to z kolei opóźniłoby uruchomienie gazociągu przynajmniej o rok (obecnie finalizacja budowy przewidziana jest na koniec 2019).

Tradycyjnie przeciwni budowie gazociągu są Amerykanie, czemu niedawno dał wyraz podczas monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa wiceprezydent Mike Pence. Wcześniej ambasador USA w Niemczech Richard Grenell bombardował przedstawicieli niemieckiego biznesu i decydentów gniewnymi listami, grożąc amerykańskimi sankcjami firmom zaangażowanym w inwestycję. Zasłużył sobie tym samym na serdeczną nienawiść tamtejszego establishmentu, co jako żywo przypomina znaną aż nazbyt dobrze w Polsce aktywność Georgette Mosbacher – z tą różnicą, że Niemcy nie pozwalają sobie dmuchać w kaszę i działania Grenella konsekwentnie oprotestowywały. Amerykanie podnoszą, rzecz jasna, kwestie bezpieczeństwa, wskazując na postępujące uzależnienie Europy od rosyjskiego surowca, oraz niebezpieczeństwo marginalizacji Ukrainy jako kraju tranzytowego, co może mieć dla tego kraju opłakane skutki i ponownie wepchnąć go w orbitę rosyjskich wpływów. „Nie możemy zagwarantować obrony Zachodu, jeśli nasi sojusznicy uzależniają się od Wschodu” - stwierdził w Monachium Pence. Z kolei Grenell w liście, który w styczniu br. „wyciekł” do niemieckich mediów przestrzegał szefów niemieckich koncernów, iż „firmy angażujące się w rosyjskim sektorze eksportu energii biorą udział w czymś, co mogłoby pociągnąć za sobą poważne ryzyko sankcji”, wskazując na wzrost ryzyka rosyjskich interwencji na Ukrainie i podsumowując: „w efekcie, niemieckie firmy, wspierające budowę gazociągu, aktywnie torpedują bezpieczeństwo Ukrainy i Europy”. W innej wypowiedzi, nawiązując do obecności US Army w Niemczech stwierdził: „Nie można finansować rosyjskiej agresji i równocześnie prosić Amerykanów o ochronę przed rosyjską agresją. to sprawia wrażenie hipokryzji”. Oczywiście, jest prócz tego jeszcze jeden wątek, którego Waszyngton nie akcentuje – wzrost importu gazu z Rosji ogranicza szanse amerykańskiego gazu skroplonego na europejskich rynkach.

Niemniej, nie da się ukryć, że budowa Nord Stream 2, niezależnie od jego ostatecznego kształtu prawnego, stanowi sukces strategicznej współpracy Niemiec i Rosji. Dla Niemiec gazociąg jest przypieczętowaniem sojuszu mającego zdominować przestrzeń „od Lizbony po Władywostok”. Mantra powtarzana przez kanclerz Merkel, że Nord Stream 2 jest wyłącznie przedsięwzięciem biznesowym to zwykłe mydlenie oczu. Dla Rosji z kolei, surowce zawsze były narzędziem polityki i wojny na równi z konwencjonalnym potencjałem militarnym, a nawet bronią jądrową. Uzależniając od siebie Europę, zyskuje swobodę manewru na innych polach, bo przyssany niczym narkoman do rosyjskiej rury Zachód zwyczajnie nie będzie miał woli stanowczo przeciwstawić się agresywnym poczynaniom Kremla. Już teraz UE importuje ok. 200 mld. m3 rosyjskiego gazu, a Nord Stream 2 to kolejne 55 mld. m3 przepustowości. Niemcy są rzecz jasna największym klientem (tylko w 2017 kupiły 53 mld m3 za ponad 10 mld. dol.) – a co za tym idzie, również kluczowym sponsorem reżimu Putina. Tym samym, napędzają rosyjskie zbrojenia i stają się fundatorami kolejnych rosyjskich agresji. Dobrze byłoby to odpowiednio zaakcentować na forum międzynarodowym i serdecznie podziękować frau Merkel, kiedy Rosja znów zechce kogoś napaść za niemieckie pieniądze.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 08 (22-28.02.2019)

Konsekwencje rejterady

Należy głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu.


I. „Ogromny sukces”

Trudno dziś nie roześmiać się gorzko czytając wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Sieci” jeszcze przed katastrofalną konferencją bliskowschodnią w Warszawie. Prezes rządzącej partii powiedział wtedy: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, były to oczekiwania dobrze ulokowane” (cyt. za wPolityce.pl). Jak widać, roszada na stanowisku szefa rządu na nic się zdała, bo też i zdać się nie mogła. Wiara w to, że personalna podmianka i jakieś ocieplenie wizerunkowe będzie w stanie powstrzymać rozpędzoną machinę polakożerstwa inspirowaną przez „holocaust industry” dowodzi w najlepszym razie naiwności. Gra toczy się o zbyt wielkie pieniądze i polityczne interesy, by strona przeciwna ot, tak sobie zrezygnowała z ataków, bo Polska wykazała się gestem dobrej woli i chęcią załagodzenia sporu. Przeciwnie – każde takie ustępstwo z naszej strony odczytywane było jako przejaw słabości i dowód na to, że wystarczy nas jeszcze trochę przycisnąć, jeszcze bardziej zmłotkować nienawistnym przekazem, byśmy w końcu ze szczętem położyli uszy po sobie i zaczęli sypać kasą.

Tak też odebrano naszą bezwarunkową kapitulację w kwestii wycofania się z art.55a Ustawy o IPN penalizującego próby przypisywania państwu bądź narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie niemieckiej III Rzeszy. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela z czerwca 2018 r. łaskawie przyznająca, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, wynegocjowana w Wiedniu pod czujnym okiem Mossadu, była jedynie skromnym cukierkiem, mającym nam osłodzić gorycz porażki i pozwolić polskiemu rządowi zachować twarz przed elektoratem. Bezskutecznie zresztą – bo wbrew propagandzie sukcesu, ludzie jednak w znacznej mierze nie dali się na piękne słówka nabrać i słusznie uznali ekspresową „denowelizację” ustawy o IPN za upokarzającą rejteradę.


II. To nie kryzys, to rezultat

Dziś zbieramy konsekwencję owego „ogromnego sukcesu”. Obecna, kolejna już awantura na linii Polska-Izrael to, trawestując Kisiela, nie jest kryzys, tylko rezultat. Wystarczyło kilka dni, by w świat poszedł przekaz wpływowej amerykańskiej dziennikarki o „polskim reżimie” z którym walczyli powstańcy z getta i „Polakach kolaborujących z nazistami” (to z kolei Benjamin Netanjahu). Potem, po naszych rozpaczliwych interwencjach, nastąpiło tradycyjne mydlenie oczu – przeprosiny na które w świecie mało kto zwrócił uwagę i odwracanie kota ogonem, że „Bibi” nie powiedział tego co powiedział, a tak w ogóle, to został źle zrozumiany, bo chodziło mu o poszczególnych Polaków, a nie o polski naród czy państwo. Wszystko okraszone naciskami sekretarza stanu Mike'a Pompeo, byśmy wreszcie zalegalizowali żydowskie wymuszenie rozbójnicze („ustawa 447” zobowiązuje Departament Stanu do takich działań i Pompeo ten obowiązek, jak widać, wypełnia) i przyjęli w poczet bohaterów narodowych żydowskiego, ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana.

Na koniec, żebyśmy nie mieli już żadnych wątpliwości, p.o. szefa izraelskiego MSZ Israel Kac (formalnie szefem MSZ jest Netanjahu) uraczył nas kolejnymi wykwitami oszczerczej arogancji. Najpierw zastępca Netanjahu w całej rozciągłości podtrzymał słowa swego pryncypała, podkreślając, iż „nie zapomnimy i nie wybaczymy” (polskiej „kolaboracji” z Niemcami), by na koniec obcesowo zażądać, byśmy się odfajkowali („Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać i jak upamiętniać naszych zmarłych”). Przywołanie sloganu o „Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki” oraz dzień późniejsza wypowiedź „Antysemityzm był wrodzony u Polaków przed Holokaustem, podczas, i po nim też” były już tylko postawieniem kropki nad „i”.

Krótko mówiąc, ubiegłoroczna wspólna deklaracja przetrwała raptem 8 miesięcy i właśnie na naszych oczach została unieważniona – ba, spektakularnie wysadzona w powietrze.


III. Symetria i asertywność

Dlaczego izraelscy politycy zdecydowali się na taki krok? Bo uznali, że mogą – to raz. Pokazaliśmy jasno, że łatwo uginamy się pod naciskiem – szczególnie, jeśli ze strony naszego aktualnego protektora zza oceanu przyjdą wytyczne, że mamy wbrew wszystkiemu podtrzymywać fikcję „strategicznego sojuszu” i „dobrych relacji”. Tymczasem, nie ma żadnych „dobrych relacji”, ani tym bardziej „przyjaźni polsko-izraelskiej”. Izrael to w najlepszym razie „sojusznik naszego sojusznika” - i nic więcej. Po drugie – w Izraelu trwa kampania wyborcza i granie na antypolonizmie jest politycznie opłacalne, trafia do masowego elektoratu ukształtowanego przez edukacyjną obróbkę i medialną propagandę utrzymaną w duchu nienawiści do Polaków jako współwinnych holocaustu. Antypolonizm jest obecnie częścią izraelskiej tożsamości. Sami zresztą się do tego przyczyniliśmy haniebnymi przeprosinami za Jedwabne i wstrzymaniem ekshumacji, utrwalając jedynie przekonanie, że mamy coś na sumieniu. A skoro tak – to powinniśmy płacić, logiczne. Tak oto w imię podtrzymywania fikcji „przyjaźni”, zamalowaliśmy się do kąta.

W tej sytuacji decyzja premiera Morawieckiego o odwołaniu udziału polskiej delegacji w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej (co poskutkowało oficjalnym anulowaniem całej imprezy, odbędą się jedynie dwustronne spotkania pozostałych państw V4) jest jedynym możliwym ruchem pozwalającym nam ocalić resztki godności. Agencja Reuters z miejsca oceniła, że jest to prestiżowa porażka Netanjahu, który przed kwietniowymi wyborami chciał się pokazać jako zręczny dyplomata, goszczący przyjazne Izraelowi kraje Europy Środkowej (mające stanowić przeciwwagę dla krytycznej wobec Izraela Europy Zachodniej). To pokazuje kierunek dla dalszych relacji z Izraelem. W skrócie można go określić w dwóch słowach – symetria i asertywność. Na zniewagi odpowiadać stanowczymi krokami dyplomatycznymi i wreszcie, na miłość Boską, przestać się bać formułować nasze stanowisko, bo ze słabymi tchórzami nikt się nie liczy. Przeciwnie – kładąc uszy po sobie jedynie prowokujemy kolejne ataki.


IV. Zmienić narrację!

Od tej pory winniśmy radykalnie zmienić naszą narrację w sferze publiczno-międzynarodowej. Trzeba wreszcie zacząć mówić o żydowskiej kolaboracji z komunistami. Przypominać o wydawaniu Polaków przez Żydów w ręce NKWD po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. O żydowskich funkcjonariuszach sowieckiego aparatu represji i ich czynnym udziale w stalinowskim ludobójstwie. O nadreprezentacji Żydów w aparacie komunistycznego terroru, katowaniu i mordowaniu polskich patriotów. Generalnie – głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić nie tylko historycy czy publicyści, lecz przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu – tak jak czynią to członkowie rządu i dyplomaci izraelscy. Oczekuję, że polski premier i polscy ministrowie przy każdej okazji będą przypominali żydowskie zbrodnie na Polakach (a wystarczy, że dziennikarz na konferencji prasowej zada odpowiednie pytanie – tak jak robią to izraelscy odpowiednicy). Potem można najwyżej sprostować, że miało się na myśli „poszczególnych Żydów”, a nie „państwo” czy „naród”...

Ale cóż marzyć o tym – właśnie czytam (info za DoRzeczy.pl) że Jarosław Kaczyński zwołał za plecami Morawieckiego pilną naradę, bo na PiS padł blady strach, że eskalacja konfliktu zaszkodzi partii w eurowyborach i pogorszy nasze relacje z USA... Ręce opadają. Panie prezesie – stanowcza postawa rządu jedynie przysporzy wam głosów, bo Polacy mają po dziurki w nosie rzucanych nam w twarz kalumnii. A i USA szanują jedynie tych, którzy szanują się sami. Czy Pan tego nie widzi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bezwarunkowa kapitulacja

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)